Żołędziowe świece

Nie jest to pomysł ani odkrywczy, ani nowy. A już tym bardziej nie mój. Obiecałam sobie jednak kiedyś, że zrobię sama takie klimatyczne świece w czapeczkach żołędzi, a skoro już zrobiłam, to i musiałam pokazać! I polecam zrobienie podobnych – zabawy jest sporo, a wyglądają doprawdy uroczo. Nadają się na wspaniały prezent lub po prostu – do zabawy z dziećmi. Mają jednak też wadę, dosyć sporą…. niestety bardzo krótko się palą. Ale cóż – i tak ich zapalenie i obserwowanie sprawia masę radości!

 

 

Mam więc dla Was bardzo prosty i krótki instruktaż. Filozofii bowiem nie mamy tu sporej. Nazbierajcie pod pobliskim dębem czapeczki żołędziowe i zaopatrzcie się w wosk (ja miałam sojowy ekologiczny) oraz knoty. Nie zapomnijcie o dobrym nastroju i miseczce lub zlewce z dziubkiem – będzie łatwiej przelewać wosk. Do moich świec, a w zasadzie do roztopionego wosku dolałam jeszcze kilka kropelek olejku o zapachu zielonej herbaty. Pięknie pachniało!

Pokrójcie knoty na ok. centymetrowe kawałki. W kąpieli wodnej roztopcie wosk w takiej ilości, aby mniej więcej, na oko, odpowiadała ona wszystkim żołędziowym czapeczkom, które chcecie zamienić na świece. Kiedy będzie już płynny, dolejcie olejek zapachowy i lekko zamieszajcie całość.

 

 

Do wykonania świec potrzeba odrobiny cierpliwości – każda musi bowiem stężeć w rękach, ale na szczęście wosk twardnieje bardzo szybko. Chwytacie w palce czapeczkę żołędzia i powoli przelewacie do środka wosk, który zaraz odkładacie z powrotem do kąpieli wodnej (na mały ogień), żeby nam nie stwardniał. Następnie sięgacie po mały knocik i ustawiacie go po środku czapeczki. I tak odczekujecie minutkę, lekko dmuchając, aż świeca stwardnieje i knot sam się w niej utrzyma. Odkładacie do całkowitego wystygnięcia i robicie kolejną świecę.

Żołędziowe świece to świece pływające, zapalamy je więc w miseczce z wodą. A potem wpatrujemy się w płomień, który niedługo się w tej wodzi pogrąży…

Bajka!

 

Zapisz

Zapisz

Nowe w portfolio – Ceramika Muskam

Mam dzisiaj przyjemność zaprezentować Wam jeden z projektów, nad którymi ostatnio pracuję – identyfikację wizualną dla Ceramiki Muskam!

To nowa marka ręcznie wytwarzanej ceramiki i warsztatów ceramicznych z Krakowa. Jej twórczyni – Kinga przyszła do mnie z namalowaną miseczką i prośbą o zamienienie jej w coś, co by było „lekkie i nowoczesne z nutą charakteru”. W między czasie ogromnie spodobały jej się wzory stanowiące jakby mazie pędzlem, postanowiłyśmy więc je dodać do całości. I to koniecznie w czterech kolorach, które w ceramice mają swoje znaczenie! Mamy więc żółty, który oznacza ziemię, granatowy – wodę, jasny niebieski – powietrze, a różowy – ogień.

Całość jest kolorowa i kobieca, z wyraźnym zaznaczeniem ręcznego tworzenia i artystycznej duszy twórczyni ceramiki – Kingi.

 

Zapraszam do mojego portfolio – Lili Creative!

 

I na koniec tekst od samej Kingi i zaproszenie na warsztaty:

Ceramika MUSKAM założona przez Kingę Cyganik specjalizuje się zarówno w warsztatach dla dzieci i dorosłych, jak i tworzeniu unikatowych ozdobnych przedmiotów użytkowych. Można tu zamówić oryginalne talerze, misy, filiżnki, kafle z numerem na dom czy ceramiczną umywalkę. Można też spróbować samemu stworzyć jedną z tych rzeczy podczas warsztatów.
W ofercie są także specjalne zajęcia dla par oraz osób, które chcą własnoręcznie wykonać prezent na wyjątkową okazję.
W pracowni panuje zawsze ciepła i spokojna atmosfera. Przy delikatnej muzyce i kubku gorącej herbaty odrywamy się od świata zewnętrznego. Glina pozwala się wyciszyć i zanurzyć w rzeczywistości spokoju i pracy twórczej. Każdy ma moc stwarzania, wystarczy się zatrzymać.
Ukojenie i możliwość udekorowania swojego domu niebanalnymi i niepowtarzalnymi rzeczami to myśl przewodnia ceramiki MUSKAM.
Serdecznie zapraszam na listopadowe warsztaty w Krakowie, do zamawiania wyrobów i do kontaktu: muskamceramika@gmail.com, Facebook oraz Instagram www.instagram.com/muskamceramika.

Krakowskie warsztaty dla dorosłych ruszają 6 listopada o 17:30 i 19:30 (dwie grupy). Zapraszamy do nowej przygody!

Na koniec kilka wcześniejszych pomysłów i kombinacji!

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Halloween – wymiotująca dynia

Pokazywałam Wam niedawno na Facebooku filmik z pomysłami na halloweenowe zabawy z dziećmi. Przyznam, ze szczególnie ujęła mnie koncepcja wymiotującej dyni. Równie mocno spodobała się mojej Róży, a że wybiera się ona na swoje pierwsze „straszne” party, pomyślałyśmy, że taka dynia zapewni świetną rozrywkę małym uczestnikom.

Polecam takie domowe zabawy. Bardzo proste w przygotowaniu, a dzieciaki będą zachwycone!

Zasada działania wymiotującej dyni jest identyczna jak bomb kąpielowych – do zasady (sody) dodajemy kwas (kwasek cytrynowy lub ocet). Dzięki temu całość się pieni i wydostaje z wnętrza dyni. Dodatkowe efekty kolorystyczne zapewnia barwnik do mydeł i płyn do mycia naczyń. Przynajmniej ładnie się wszystko potem zmywa!

 

 

Przygotujcie więc:

(na oko, tu nie potrzeba dokładnych wielkości)

  • dynię
  • dwie garści sody oczyszczonej
  • zielony barwnik do mydeł lub spożywczy
  • płyn do mycia naczyń w zielonym kolorze
  • kwasek cytrynowy (opcjonalnie ocet)
  • bardzo ciepłą wodę

 

Dynię wydrążamy i wycinamy uśmiechniętą buźkę. W miseczce ucieramy sodę z kilkoma kroplami barwnika i płynem do mycia naczyń tak, aby całość miała konsystencję pasty. Dolewamy wtedy 3-4 łyżki wody i wszystko mieszamy. Do połowy szklanki przelewamy bardzo ciepłą wodę i dosypujemy drugie tyle kwasku cytrynowego. Całość mieszamy aż się rozpuści (można tutaj wykorzystać ocet). Do dyni przekładamy pastę z sody i zalewamy kwaśnym roztworem.

Dobrej zabawy!

Zapisz

W roli głównej Wzmacniająca seria Vianek

Jakiś czas temu pisałam Wam o serii normalizującej naszej znanej już dobrze marki Vianek (TUTAJ). Byłam wtedy pewna, że to seria dla mnie. Myliłam się. Odkryłam bowiem, że produkty z tej fioletowej, wzmacniającej serii są dla mnie znacznie lepsze! I choć w założeniu stworzono je do cery naczynkowej, sami producenci mówią, że warto wypróbować je także w przypadku innego rodzaju skóry. Moja, która jest niestety dosyć podrażniona, chłonie wszystko co seria oferuje!

W roli głównej zaprezentuje się Wam dzisiaj pięć produktów Vianek – Wzmacniający krem na dzień, Krem na noc, Serum do twarzy, Płyn micelarny i tonik 2w1 oraz Enzymatyczny żel do mycia twarzy. Zaczęłam używać ich równolegle i mam wrażenie, że tak właśnie działają najlepiej. Uzupełniają się, dopełniają i tworzą prawdziwe, nie tylko wzmacniające, ale po prostu świetnie pielęgnujące kombo.

 

 

Moim zdecydowanym faworytem stał się krem na dzień. „Zawiera ekstrakt z owoców borówki brusznicy, który wpływa korzystnie na rozszerzone naczynka, zwiększając ich odporność na uszkodzenia, a w połączeniu z olejem z czarnej porzeczki działa silnie antyoksydacyjnie. Tlenek cynku oraz zielony pigment wyrównują koloryt skóry, maskują “pajączki”, chroniąc jednocześnie przed promieniowaniem UV.” Uwielbiam tę jego zieloność! I zawartość tlenku cynku, który bardzo pomaga w przypadku cery problematycznej. Wszystkie lekkie zaczerwienienia ładnie się maskują, a zieloność po chwili znika. Krem można stosować punktowo, na pojawiające się niedoskonałości. Bardzo ładnie je wysusza, jednocześnie regenerując i zmniejszając ich widoczność. Ma przy tym odpowiednią konsystencję – jest lekki, ale nie za lekki. Dobrze odżywia i nawilża, szybko się wchłania. Bardzo polecam jako codzienny krem do zadań specjalnych.

 

 

Jego wręcz genialnym uzupełnieniem jest wieczorny duet – serum plus krem na noc. Serum zamknięto w małym praktycznym opakowaniu. Wygląda bardzo niepozornie, również na dłoni, tuż przed wklepaniem w skórę. Ale nie dajmy się zwieść! „Zawiera kompleks ekstraktów (z owoców borówki brusznicy, nasion kasztanowca i kwiatów czarnego bzu) o działaniu wzmacniającym i uszczelniającym kruche naczynka, niwelując jednocześnie skutki codziennego stresu oksydacyjnego. Serum posiada aktywny składnik – azeloglicynę – w stężeniu 3%, wykazujący właściwości rozjaśniające, regulujące i uelastyczniające.” Mamy więc porządną dawkę antyoksydantów, wzmocnioną pochodną kwasu azelainowego, która rozjaśnia przebarwienia i działa przeciwtrądzikowo. Moja skóra chłonie serum bardzo chętnie! Jest niesamowicie leciutkie i zaraz go nie widać, ale faktycznie działa.

Zaraz po serum nakładam krem na noc. Tutaj już mamy prawdziwie nocną historię – krem jest wyraźnie mocniejszy, gęstszy, tłustszy, ale nadal lekki. Ewidentnie chroni nam skórę i odżywia. W nim także znajdziemy dodatek powyższej azeloglicyny, a także: „ekstrakt z nasion kasztanowca, źródło flawonoidów, antyoksydantów oraz escyny, wzmacnia skórę, zapewniając elastyczność naczynkom i zmniejszając ich widoczność. Składniki łagodzące (alantoina, panthenol) przynoszą ukojenie i przyspieszają nocną regenerację.” Mam wrażenie, że krem świetnie uspokaja skórę, wycisza ją i przygotowuje na nowy dzień.

 

 

Czymże jednak były same kremy, bez skutecznego i odpowiedniego oczyszczenia i przygotowania skóry? Tutaj z pomocą przychodzą nam dwa kolejne produkty serii, które również bardzo polubiłam. Zaczynam więc wieczorny rytuał od mycia twarzy Enzymatycznym żelem. Przyznam, że na początku trochę denerwował mnie jego zapach, ale na tyle się już przyzwyczaiłam, że i zdążyłam go polubić. „Bromelaina – enzym proteolityczny z ananasa delikatnie złuszcza martwy naskórek i wygładza. Ekstrakt z owoców czarnej porzeczki to źródło witaminy C, dzięki której skóra jest odporniejsza na skutki działania czynników zewnętrznych. Żel skutecznie myje, nie naruszając naturalnej bariery lipidowej, a olejek rumiankowy przynosi ukojenie.” Czy nie jest to idealne połączenie? Tego właśnie oczekuję od kosmetyku do oczyszczania skóry! Czasami pozostawiam go jeszcze na niej przed spłukaniem na dosłownie dwie minutki, aby ananas mógł lepiej zadziałać złuszczająco. Buzia pozostaje po takim myjącym masażu czysta i czeka niecierpliwie na przyjęcie pozostałych kosmetyków.

Po dokładnym umyciu twarz sięgam po tonik. A dokładniej tonik i płyn micelarny 2w1! Sprawdza się dobrze zarówno do tonizowania skóry przed nałożeniem kremu, jak do zmywania makijażu czy przemywania twarzy po powrocie do domu z naszego krakowskiego smogu (który już daje się we znaki…). Używam go więc dosyć często, muszę więc szybko uzupełnić zapas. Bo lubię go bardzo. Ładnie pachnie i dobrze się spisuje. „Ekstrakt z kwiatów czarnego bzu, zawierający m.in. rutynę i witaminę C, chroni kruche naczynka włosowate, działa antyoksydacyjnie, a w połączeniu z pozostałymi składnikami lipidowymi (skwalan, olej ze słodkich migdałów) zwiększa poziom nawilżenia w skórze. Dodatek kwasu migdałowego pobudza komórki skóry do szybszej regeneracji, ujednolica koloryt i spłyca drobne zmarszczki.” Jest jednocześnie delikatny i skuteczny, a na tym właśnie zależy mojej podrażnionej skórze.

Nie muszę chyba wspominać, że kosmetyki Vianek są bardzo przystępne cenowo i dostępne już prawie wszędzie (widziałam je nawet w Rossmanie, nie wspominając o drogeriach Natura, Hebe czy wszystkich sklepach z kosmetykami naturalnymi i zielarskich). Dodam tylko na koniec, żeby nie ograniczać się do tego, co napisane na etykiecie. Bo ja naprawdę nie mam cery naczynkowej, a właśnie ten zestaw, zaraz po serii regulującej, stał się moim ulubionym (zaznaczam, że inne także przewinęły się przez moją łazienkę).

Bardzo polecam!

Kosmetyki Vianek dostępne na Sylveco.pl

Zapisz

Zapisz

Kolory #4

Tym razem to ta piękna jesień, która jeszcze tak niedawno nam towarzyszyła, natchnęła mnie kolorystycznie!

Mam więc dla Was kolejne zestawienie. Nieco cieplejsze niż te ostatnie, bardziej przytulne i miękkie, ale wciąż mocno… kolorowe! Zanurzamy się bowiem w odcieniach brązu, w klimacie kamelowym i w musztardowych dodatkach. A całość opatrzymy intensywnym kobaltem.

1.Ciepły, futrzany płaszcz w intensywnych kolorach / Mango

2. Piękna, jedwabna koszula / Uterque

3. Brązowe spodnie / C&A

4. Kobaltowa, dzianinowa apaszka / Zara

5. Bransoletka Acai / Parfois

6. Eleganckie, kobaltowe rękawiczki / Monika Kamińska

7. Musztardowa torba typu shopper / Zara

8. Skórzane sztyblety / CCC

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Tanie podróżowanie

No i zaczęła się ta mglista, ponura część jesieni… Nie powiem, ma ona swój urok, jest w niej coś przyciągającego… Sprzyja jednak melancholii, apatii i zmęczeniu. Cóż więc robić w te coraz ciemniejsze i bardziej szare (zwłaszcza tu, w Krakowie…) dni? Planować podróże!

Ale, ale… tu się nagle okazuje, że kupujemy mieszkanie, że trzeba je urządzić, mebli trochę kupić, sami rozumiecie. Czy jest więc nadzieja na wakacje w tym roku? Oj, musi być! Wakacje bowiem, spójrzmy prawdzie w oczy, to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy na świecie! Prawda? Nie pozostaje więc nic innego, jak poszukać sposobów na tanie podróżowanie!

Sama głowię się nad tym tematem od dłuższego czasu. Nie wiem jeszcze na co się zdecydujemy. Mam jednak przy okazji i dla Was kilka sprawdzonych, przeze mnie lub moich bliskich, porad. A nuż zainspirują Was lub pomogą zorganizować wyjątkowy wyjazd? Ekonomiczny wyjazd!

A że temat podróży przewija się w Lili od czasu do czasu, będę się tu też posiłkowała moimi wcześniejszymi wpisami! Tak najlepiej! Poszukamy więc sposobów, na zaplanowanie taniego podróżowania, na wyjazdy bliskie i dalekie! Na wypady jesienne, narty zimowe i najlepsze wakacyjne przygody!

 

Polowanie na last minute okiem specjalistki!

Tak, tutaj z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jestem specjalistką. Tak bardzo wyspecjalizowaną, że o polowaniu na najlepsze last minut napisałam całkiem niedawno osobny post (link poniżej). Ze względu na specyfikę pracy mojego męża, z którym nic nie można planować na później niż około tydzień (!), ale też po prostu z pobudek ekonomicznych, odkąd urodziła się Róża najczęściej wybieramy wakacje last minute. Jest to też idealna opcja dla osób, które lubią niespodzianki. Które potrafią zdać się na los i pojechać tam, gdzie akurat pojawi się wyjątkowa oferta. My lubimy!

Co ważne, rozpoczął się teraz najlepszy okres na poszukiwanie wycieczek last minute. Październik, listopad, a zwłaszcza początek grudnia to miesiące, w którym najłatwiej znaleźć świetną ofertę, choć oczywiście musimy się nastawić na pewne niedogodności, jak nieco niższa temperatura w destynacjach europejskich i krótszy dzień. Niemniej jednak w zeszłym roku to właśnie pod koniec października wybraliśmy się na Cypr i były to niezwykle udane wakacje! Na Cyprze o tej porze roku wciąż jest gorąco, woda jest cieplutka, a turystów znacznie mniej. Bardzo polecam.

Stanowczo bardziej polecam, niż czerwcowy wypad do Grecji… Choć było pięknie (sprawdźcie w linku poniżej), koniec czerwca jest tam wybitnie gorący i niestety już – drogi. Udało mi się znaleźć całkiem dobrą ofertę w miejsce o którym od dawna marzyłam – na wyspie Skopelos, na której kręcono Mamma Mia. Do teraz jestem zauroczona, ale upał skutecznie uniemożliwiał normalne funkcjonowanie i zwiedzanie. Jestem pewna, że wrzesień/październik to lepsze miesiące na Grecję. Albo szykujcie się już na maj!

O tym gdzie szukać najlepszych i najtańszych wycieczek last minute, czym się kierować w wyborze hotelu, a także jak niezwykle wciągające jest to zajęcie, znajdziecie w poście „Jak ustrzelić last minute”!

Zobacz wpisy:

 

A może odwrotnie – poszukiwania first minute?

Coraz więcej moich znajomych decyduje się na nieco inną opcję, na first minut. To z kolei świetny pomysł dla tych wszystkich, którzy planować mogą i lubią! Którzy sami chcą decydować, gdzie i kiedy pojadą, a potem cieszyć się tą myślą przez wiele miesięcy. Całkiem przyjemna to wizja, prawda?

Jednak równie istotną motywacją jest cena. Wycieczki first minut potrafią kosztować 30-40 % taniej niż w sezonie, nieraz także dodawane są do nich ciekawe bonusy. Może więc warto już teraz pomyśleć o przyszłych wakacjach i oszczędzić sobie i nerwów i pieniędzy?

Ale to nie wszystko! W biurach podróży wciąż w opcji first minute pojawia się… zima 2017/2018! I tak wchodząc na stronę biura TUI mamy możliwość wyjazdu na Riwierę Turecką na tydzień za 567 zł, a na narty do Czech w Karkonosze za 338 zł, także na tydzień. Polecam też bardzo Maderę od 1249 zł –  to doprawdy idealna destynacja na zimę, bo przenosimy się do krainy wiecznej wiosny!

Sprawdź oferty biur, na przykład TUI.

 

Weekendowe city breaks z tanimi liniami – gdzie, kiedy, z kim?

Wyjazdy typu city breaks są idealną opcją na jesień i wiosnę. Pozwalają choć na krótką chwilę wyrwać się z szarej codzienności w zupełnie inny, zazwyczaj znacznie cieplejszy świat. Zwłaszcza, że bilety lotnicze potrafią tu kosztować naprawdę mało i za doprawdy grosze można skoczyć w październiku lub kwietniu do Barcelony, Rzymu, Londynu, Sztokholmu czy na Sycylię.

Minusem jest fakt, że nawet jak dolecimy za pół darmo, to jeszcze trzeba się na miejscu porządnie wyspać, a i coś dobrego zjeść. Na szczęście mamy teraz do dyspozycji tak genialne portale jak Airbnb, Booking.com czy Hostelworld (z którego namiętnie korzystałam na studiach), które pozwalają znaleźć świetne zakwaterowanie w równie świetnych cenach. Ostrzegam jednak… Na Airbnb można całkowicie wsiąknąć… O co mi chodzi? Szukałam w zeszłym roku jakiejś ciekawej willi dla nas na Sycylii. Pamiętam, że całe godziny spędziłam na tym portalu, przeglądając wszystkie możliwe miejsca i szukając ich na mapie. Sprawiało mi to ogromną przyjemność i do teraz mam wrażenie, że całkiem dobrze poznałam wyspę!

Najprzyjemniej wspominam krótki wypad do Barcelony z moim dobrym kolegą. Był to kwiecień, a ja tak bardzo bardzo potrzebowałam słońca. I tego właśnie słońca tam było tak dużo. I radości na ulicach, i kolorów, i morza, i dobrej energii.

Jeśli więc decydujecie się na city break to koniecznie z kimś bliskim z kim można intensywnie poszaleć! 🙂

A gdzie lecieć? Tutaj zacytuję Grzesia Pękałę z wpisu, który linkuję poniżej i który bardzo polecam, bo wciąż jest aktualny:

„Latam z Krakowa, dlatego pozwolę sobie polecić tanie wyskoki do Palma de Mallorca (zwiedziłem ją w 2 dni!), na Maltę oraz do Bolonii i na Sycylię (Trapani). Tutaj lotniska są naprawdę blisko miast, więc będzie i tanio, i nie stracimy czasu na dojazdy. W każdym z tych miejsc zdążyłem w parę dni odpocząć, „nazwiedzać się”, a także porozmawiać z lokalsami. Oczywiście, zawsze żałuję, że nie mogę wyrwać się na dłużej, ale tak to już jest, gdy kręcę reportaże telewizyjne i muszę działać niezwykle szybko. Nadzwyczaj tanie bilety daje się zarezerwować też do Barcelony (główne lotnisko to El Prat, a nieco dalej położone to Girona), Cypr (uwaga na wysokie ceny hoteli w sezonie!), Oslo i Sztokholmu (tutaj z kolei ceny noclegów spadają w sierpniu).”

Zobacz wpisy:

 

 

Podróże dalekie w dobrej cenie – polowanie na tanie bilety!

Daleko też można polecieć tanio. No… względnie tanio! Tutaj mamy dwa ogólne sposoby poszukiwania taniego podróżowania. Po pierwsze last minute, tylko w wersji egzotycznej. Jak pisałam w jednym z wymienionych wyżej wpisów, warto zwrócić uwagę na loty czarterowe, na przykład Tui – tui.pl. Ich ceny potrafią bardzo spektakularnie spaść i za naprawdę dobre pieniądze można polecieć na Dominikanę czy do Indonezji”.

Całkiem jednak niedawno wymyśliłam, że polecimy właśnie do Tajlandii. Pomysł był spontaniczny i niestety nie wyszedł (skończyło się na Cyprze), ale idea była zacna. U jej podstaw leżały bardzo tanie bilety liniami Air China. Ich sporym minusem (kiedy podróżuje się z dzieckiem, bo gdyby nie to, mógłby to nawet być plus), była niecała doba przerwy w Pekinie. Wydało mi się to za dużym obciążeniem dla 5-latki. Gdybyście jednak lecieli z takimi przesiadkami, to musicie wiedzieć, że można sobie w tym czasie przyjemnie bezwizowo zwiedzić Pekin!

Ach, no i my się może wystraszyliśmy, ale moi przyjaciele spędzili miesiąc w Indonezji, głównie na mało znanych wyspach, z dwójką malutkich dzieci i trzecim w brzuszku. Da się? No jasne, że się da. Bardzo miło wspominają cały ten wypad.

 

SPA we Włoszech i fabryka w Anglii czyli zagraniczne staże oraz wakacyjne wyjazdy do pracy – zaplanuj już teraz!

Teraz coś dla studentów! Bo chyba najlepszym sposobem na tanie podróżowanie w tym wieku, w wieku, w którym zazwyczaj zwyczajnie nie dysponuje się za bardzo środkami, są wyjazdy na staże i do pracy. Już Wam o tym wspominałam, polecam poniższy link!

Bo czasem wystarczy wysłać mail… O co chodzi? Przypomnę Wam historię moich włoskich wakacji, kiedy to odbywałam staż w SPA świetnego hotelu, położonego na plaży, niedaleko Sorrento. Spędziłam tam trzy niezwykłe miesiące. Do mojej dyspozycji był jeden z hotelowych pokoi oraz stołówka pracownicza z przepysznym jedzeniem. Dostawałam też kieszonkowe, które prawie w całości oszczędziłam.

Podczas stażu pracowałam 8 godzin przez 5 dni w tygodniu – czyli standardowo – w hotelowym luksusowym SPA. Obsługiwałam gości, opowiadałam o obiekcie po włosku i angielsku, pomagałam we wszystkich czynnościach administracyjnych i chłonęłam wiedzę związaną z pielęgnacją i tematyką SPA. To i brzmi dobrze i naprawdę dobrze mi tam było (choć tęskno).

Co ważne, staż ten zorganizowałam sobie sama, wysyłając najzwyczajniej w świecie mail do hotelu. Po więcej, zapraszam do poniższego posta, kliknijcie w link. I koniecznie, moi drodzy studenci – próbujcie! Możecie zyskać wspaniałe doświadczenie i przeżyć przygodę!

Podczas wcześniejszych wakacji pracowałam w supermarkecie w Irlandii, a w kolejne – w fabryce mrożonego jedzenia dla Tesco w Anglii. Te pierwsze były wspaniałe i niezapomniane, fabryki jednak dobrze nie wspominam. W obu przypadkach wyjeżdżałam w ciemno, poszukując pracy już na miejscu. Tego stanowczo nie polecam. Kolejnego lata poszłam po rozum do głowy i już w zimie zaczęłam wysyłać maile z zapytaniem o powyższy staż. Warto więc planować! Warto zacząć planowanie już teraz!

A może jeszcze inaczej? Może zdecydujecie się na wolontariat? Tutaj nie mam doświadczenia, ale wierzę, że to naprawdę ciekawa opcja!

Zobacz wpis:

 

 

Poznajemy to, co wciąż niepoznane czyli własne okolice, ale w ciemno!

Wróćmy na własne podwórko. Bo co zrobić, jeśli mamy wolny zaledwie jeden dzień? Mam otóż ekspresową poradę! Całkiem niedawno odkryliśmy z mężem, ile radości sprawia podróżowanie w ciemno! Pakujemy się całą rodziną w samochód i jedziemy przed siebie. Tam gdzie akurat jest ładniejszy zakręt. Nie zerkamy na gps, na mapę, po prostu jedziemy! Zatrzymujemy się tam, gdzie wydaje nam się, że znajdziemy coś ciekawego. Za każdym razem się udaje!

Ale wiecie co jest najlepsze? To szczególne uczucie wolności! Jedziesz, po prostu jedziesz. Nie spieszysz się, cieszysz się chwilą, podziwiasz widoki za oknem. Jedziesz!

 

Dla odważnych – autostop i spanie na plaży. Czy warto?

Za młodu jeździłam co nieco stopem i do teraz bardzo sobie te momenty chwalę. Przyznam jednak, że im jestem starsza tym mniej mam zaufania do ludzi i tym większą potrzebę wygody i samostanowienia. Autostop pozostaje więc kolejną opcją dla studentów, ale oczywiście obciążoną pewną dozą niebezpieczeństwa. Takie podróżowanie to jednak prawdziwa przygoda. Niezapomniana przygoda. Mam wielu znajomych, którzy w ten sposób zwiedzili całą Europę!

Moim najciekawszym wspomnieniem jest taka jedna noc, kiedy to jechaliśmy ze znajomymi w Słowacki Raj. Podzieliśmy się na pary. Niestety mnie i mojego towarzysza zastała noc w środku całkowicie powalonego przez niedawny orkan lasu. Co gorsza – mieliśmy jedynie tropik od namiotu, bo stelaż zabrała inna para. Rozłożyliśmy ten tropik wśród tych powalonych konarów i próbowaliśmy spać. Nie było lekko 🙂 Ale wspominam to fantastycznie!

Mój mąż, natomiast, z kolegami jeździł autostopem na Lazurowe Wybrzeże, gdzie sypiali na plaży (odwiedziłam ich kiedyś na tydzień i także na tej plaży spałam) i pracowali myjąc jachty. To dopiero były czasy! Można było dobrze zarobić w tak czarującym i niezwykłym miejscu! Co istotne, na tej plaży pozostawiali wszystkie bagaże i nic nigdy się z nimi nie stało. Była tam też łazienka i prysznice. No bajka!

I ten szum fal zaraz po przebudzeniu…

Trzeba tylko trochę odwagi!

 

Strony i blogi, które inspirują i pomogą tanio podróżować

Zainspirujcie się! Zajrzyjcie na poniższe strony, znajdziecie tam nieraz genialne porady i pomysły!

 

I cóż? Do dzieła! Ruszamy w świat!

 

Materiał powstał w wyniku miłej współpracy z Tui.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Facebook