Standardowym pytaniem do osoby będącej na diecie roślinnej jest – to co ty właściwie jesz? Zwłaszcza na śniadanie. No bo jak to tak bez kanapki z wędliną i jajecznicy? Odpowiadam wtedy zawsze, że to wszystko jest kwestią przestawienia myślenia. Że jeśli się wkręcimy, to okaże się, że jest tak dużo pysznych możliwości na poranny posiłek, że tu naprawdę problemu nie ma żadnego.
Bo tak na przykład zawsze w kilka chwil można sobie zrobić taką gniecioną pastę z groszku!
Stała się ona już moją małą klasyką. Uwielbiam ją! I nie tylko ja – mam o nią pytania każdorazowo, jak przygotuję jako część poczęstunku dla gości. A taka prosta! Doprawdy, żadnej filozofii tu nie ma! Groszek, i to taki zwykły, z puszki, cebulka, czosnek, czarnuszka i na chleb. Bardzo polecam do zrobienia sobie i włożenia do słoiczka, na później. Choć ostrzegam, że będzie ciężko, bo dobrze się ją wyjada samą łyżeczką.
Gnieciona pasta z groszku najlepsza
Składniki:
puszka zielonego groszku
pół niewielkiej cebuli
1 ząbek czosnku
łyżeczka ziaren czarnuszki
sól, pieprz
około 4 łyżki oliwy
około 4 łyżki oleju lnianego
Groszek odcedzamy. Cebulę i czosnek kroimy na drobną kostkę. Na patelnię wlewamy oliwę, na to dajemy cebulkę, czosnek i czarnuszkę. Podsmażamy przez chwilę, mieszamy i dosypujemy groszek, solimy i pieprzymy (można wcześniej, na cebulkę zmielić nieco świeżego pieprzu). Mieszamy i gnieciemy go smażąc tak, aby duża część była faktycznie zgnieciona. Po kilku minutach wyłączamy grzanie i pozostawiamy do lekkiego przestudzenia. Dopiero wtedy dolewamy olej lniany, który nie lubi ciepła i całość dokładnie ponownie mieszamy.
Najbardziej lubię ją jeść na kanapce z miodową musztardą i ogórkiem kiszonym. Mega!
Dzielę się więc i w świat puszczam! Bo i pyszne, i zdrowe, i sezonowe, i sycące. I wegańskie oczywiście.
Zapraszam dzisiaj na pycha pulpeciki z młodej kapustki i kaszy jaglanej podane na czerwcowych pomidorach malinowych. Samo dobro!
Pycha pulpety z młodej kapusty i kaszy jaglanej
Składniki:
Pulpety:
połowa niedużej młodej kapusty
1 młoda cebulka lub 2-3 łodyżki cebulki dymki
łyżka czarnuszki
łyżka czosnku w proszku
oliwa
100 g kaszy jaglanej
1-2 łyżeczki suszonej papryki
5-6 łyżek bułki tartej + do obtoczenia
sól, pieprz
Podałam na sosie z czerwcowych malinowych pomidorów
2 duże malinowe pomidory
pół szklanki pasaty pomidorowej
3 ząbki czosnku
szczypta cynamonu
kilka listków bazylii
oliwa, sól, pieprz
Kapustę myjemy i szatkujemy na drobno. W rondelku rozgrzewamy 3-4 łyżki oliwy, dodajemy pokrojoną cebulkę i czarnuszkę. Mieszamy. Po krótkiej chwili dorzucamy całą kapustę, dolewamy odrobinę wody, solimy i dusimy, aż lekko zmięknie, co chwilę mieszając. Przyprawiamy do smaku, dodajemy czosnek. Kiedy kapusta będzie widocznie miękka, ale wciąż pięknie zielona, odstawiamy do wystudzenia.
Kaszę jaglaną (100 g to równowartość jednego woreczka – ja taką miałam, ale wyciągam ją zawsze z woreczków), opłukujemy na sitku. Można też przelać ją wrzątkiem. Dodajemy do wrzącej osolonej wody w proporcji około – 1 część kaszy-2,5 części wody. Przykrywamy pokrywką i gotujemy na malutkim ogniu przez ok. 15 minut. Po tym czasie jeszcze odstawiamy na bok, aby w pełni pochłonęła wodę i stała się mięciutka i ostygła.
Do miski przekładamy kaszę i kapustę (jeżeli zostało w niej trochę wody – to staramy się ją odlać), dodajemy około 5-6 łyżek bułki tartej (najlepiej domowej) i paprykę w proszku. Jeżeli trzeba – jeszcze doprawiamy solą i pieprzem. Formujemy pulpeciki, które obtaczamy w niewielkiej ilości bułki tartej.
Pieczemy w air fryerze lub piekarniku, aż się lekko zarumienią (około 15-20 minut, 200 stopni).
W między czasie sparzamy pomidory i ściągamy z nich skórkę. Wykrajamy gniazda nasienne i kroimy całość na drobne części. Na niewielkiej ilości oliwy podsmażamy poszatkowany czosnek, po chwili dodajemy pomidory, po kolejnej chwili passatę. Dorzucamy liście bazylii, szczyptę cynamonu, sól i pieprz. Redukujemy sos i mieszamy go co chwilę. Na końcu układamy na nim pulpety, aby aromaty ładnie się połączyły.
Zapiekanka pasterska czyli z angielska shepards pie może mieć doprawdy wiele odsłon. Ja dzisiaj polecam Wam moją! Wegańską! Bo jest pyszna, aromatyczna, bardzo zdrowa, pełna roślinnego białka i bardzo komfortowa. Oznacza to, że pozostawia w brzuszku takie przyjemne cieplutkie ciepełko. Tym bardziej polecam na tę naszą, jakże już się dłużącą, zimę!
Standardowo tego typu zapiekanki składają się z warstwy „mięska” z różnymi dodatkami, którą przykrywa kołderka z ziemniaków. Dzisiaj zamieniamy dół na miks pieczarek i strączków. Jakże pyszny miks! Umamiczny i kojący. Dobry dla brzuszka i kojący dla głowy. Mocno aromatyczny i przeciwzapalny. Jeśli połączymy go z zarumienionymi ziemniaczkami, nie będzie się dało takiej zapiekance oprzeć
Ziemniaki obieramy, kroimy i gotujemy w osolonej wodzie do miękkości.
Pieczarki, pora i czosnek kroimy na drobne kawałeczki. Na patelni rozgrzewamy oliwę, wrzucamy na nią pora i czosnek, mieszamy, po chwili dodajemy pieczarki. Podsmażamy całość wraz z czarnuszką, papryką wędzoną, kurkumą, gałką i pieprzem. Kiedy pieczarki będą już ładnie podsmażone, dodajemy groszek, soczewicę, edamame. Mieszamy. Dodajemy ocet winny, sos sojowy, sól do smaku i dusimy całość przez chwilę, co jakiś czas mieszając. Na koniec dorzucamy ulubione zioła, mieszamy i ściągamy z ognia.
Ziemniaki ubijamy na puree wraz z mlekiem sojowym, dwoma łyżkami oliwy, musztardą i płatkami drożdżowymi.
Do naczynia do zapiekania przekładamy pieczarki z dodatkami. Na nich układamy warstwę ziemniaków, w miarę równo i płasko. Całość przekładamy do piekarnika lub air fryiera i zapiekamy około 20 minut w 180-200 stopniach, aż ziemniaki się z wierzchu ładnie zarumienią.
Ja podałam z surówką z młodej kapusty i marchewki z olejem lnianym.
Ja to, nie chwaląc się, robię totalnie najpyszniejsze tofucznice. No, odkąd w ogóle odkryłam takie coś, przeszłam długą drogę prób i błędów i oto stałam się tofucznicową ekspertką.
Bo po prostu moja tofucznica jest PYCHA!
Oczywiście można ją robić na milion sposobów. To przecież jak z rosołem – każdy ma swój patent. Ja jednak najbardziej lubię tą tutaj – z porem, pomidorkami i szpinakiem. I czymś zielonym na wierzchu. I z tofu wędzonym, który doda tego lekkiego aromatu wędzonki.
Dobra wegańska tofucznica wymaga kilku patentów. Są to magiczne składniki, o których jeszcze całkiem niedawno nie miałam pojęcia, że istnieją, a teraz są po prostu częścią mojej kuchennej codzienności. Chodzi o czarną sól kala namak oraz płatki drożdżowe nieaktywne. Ta pierwsza ma charakterystyczny jajowy zapach, więc dodaje się ją do dań, które powinny przypominać te z jajkami. A płatki drożdżowe to taki wegański aromat serowy, a do tego są bogatym źródłem witamin z grupy B. Oba te składniki, w połączeniu z kurkumą (dla koloru, ale też jest mega zdrowa i ma znaczące działanie przeciwnowotworowe) sprawiają, że tofu zamienia się w tofucznicę!
Polecam więc mój przepis, zapewne bardzo podobny do tak wielu innych, ale i klasyki trzeba udostępniać, bo tak naprawdę mało jeszcze są popularne. A szkoda, bo tofucznica jest pysznym, bardzo zdrowym śniadaniem, pełnym dobrego białka!
Najlepsza tofucznica
Składniki:
pół kostki tofu – może być naturalne, może być wędzone – to drugie nadaje jeszcze aromatu wędzonki
kawałek pora – około 4 cm, pokrojone na drobniejsze kawałeczki
kilka pomidorków koktajlowych
garść liści szpinaku baby
sól kala namak – do smaku, około pół łyżeczki
kurkuma – około łyżeczki
płatki drożdżowe nieaktywne – około łyżki, też do smaku
Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oliwy. Dorzucamy pora, mieszamy. Dodajemy rozdrobnione nieregularnie w rękach tofu, mieszamy. Dodajemy sól kala namak, kurkumę, pieprz do smaku. Kiedy całość lekko się zarumieni, podlewamy odrobinę mlekiem sojowym. Dzięki niemu ustalamy odpowiednią dla nas konsystencję tofucznicy (niektórzy wolą bardziej płynną, inni mniej). Dodajemy łyżkę płatków drożdżowych i pomidorki przekrojone na pół. Mieszamy. Jeśli przywiera do dna, znowuż podlewamy odrobiną mleka sojowego. Na koniec dodajemy szpinak i mieszamy aż się zblanszuje i połączy z całością. Tofucznicę przekładamy na talerz, posypujemy zieleninką i zajadamy ze smakiem.
Ach, jeśli nie macie czarnej soli kala namak i płatków drożdżowych – zróbcie Waszą tofucznicę bez nich. Też będzie pyszna 🙂
W kuchni roślinnej antyrakowej ważne jest bardzo wiele kwestii, o których tu już Wam pisałam. Musi być mocno warzywno-owocowo, strączkowo i zbożowo, musi być świeżo, produkty możliwie nieprzetworzone, ekologiczne, musi być pełno antyrakowych superfoods i tak dalej i tak dalej. Ale…
Ale musimy także się tą kuchnią cieszyć! A smaki znane od dziecka i bardzo zawsze lubiane to coś, co tworzy takie przyjemne poczucie komfortu i ciepełka w brzuszku i serduszku, prawda?
Dlatego właśnie już dłuższy czas temu postanowiłam tworzyć własny majonez!
Umówmy się – nie jest to produkt pierwszej potrzeby i nawet w mojej wersji jest po prostu tłusty. A kuchnia antyrakowa jest kuchnią niskotłuszczową! Ale tu znowuż pojawia się to magiczne – ale. Majonez traktujmy jako dodatek smakowy do naszych innych zdrowych wyborów. Podkręcamy nim sałatki pełne warzyw, wykańczamy kolorowe kanapeczki, a w święta, kiedy pół świata zdaje się zajadać sałatką jarzynową – my tworzymy naszą, zdrowszą wersję i świętujemy jak wtedy, gdy świat zdawał się prostszy i lepszy.
Niegdyś do głowy mi nie przyszło, aby kręcić majonez. A już tym bardziej, że da się go zrobić z mleka sojowego i oliwy. Majonez! I to taki, który smakiem zupełnie przypomina ten Kielecki. Jest po prostu pyszny i totalnie majonezowy. A mam w domu prawdziwego konesera majonezu i on to potwierdza 🙂
Od samego początku nie zdecydowałam się na sięganie po dostępne na rynku markowe wegańskie majonezy. Czemu? Nie mają dobrych składów, są produktami przetworzonymi, pełnymi cukru. Podczas gdy mój majonez oparłam na oliwie, mleku sojowym, bio occie jabłkowym, musztardzie dijon (ma prosty skład, bez cukru), syropie z agawy i cytrynce. Mamy więc pełną kontrolę tego, co w naszym majonezie się znajduje.
Z istotnych rzeczy to od razu tu napiszę jeszcze, że do majonezu wykorzystuję oliwę z wytłoczyn z oliwek. Czyli nie tą najzdrowszą (zwłaszcza w kuchni antyrakowej) z pierwszego tłoczenia, a tą pozbawioną już smaku i zapachu. Próbowałam na tej dobrej, ale niestety majonez za bardzo pachniał oliwą, a za mało majonezem. Wciąż jednak stawiamy tu na oliwę.
Sięgając po mleko też zwróćcie uwagę, aby miało prosty skład czyli głównie soję. Ach, no i polecam właśnie sojowe, bo jest odpowiednio tłuste i dostarcza przy okazji białko. Jest też jedną z głównych składowych mojej kuchni antyrakowej.
Dodam jeszcze, że mam za sobą wiele majonezowych prób. I nawet teraz, kiedy jestem już w tym kręceniu całkiem obyta, zdarza się, że majonez się zwarzy i po prostu nie wyjdzie.
Ale muszę tutaj jeszcze oddać hołd autorce bloga Olga Smile bo to z niego nauczyłam najwięcej. Znajdziecie tam wiele różnych majonezowych przepisów. Mój powstał a bazie TEGO – najlepszego. No, nie dziwię się!
Najlepszy wegański majonez
Składniki:
550 ml oliwy z wytłoczyn z oliwek
180 ml mleka sojowego
1 duuuża łyżka musztardy dijon
sok z połowy cytryny
4 łyżki octu jabłkowego (dobrego, bio)
2-3 łyżki syropu z agawy
mniej niż 1 łyżeczka soli
Z takiej ilości składników wychodzi niecały duży litrowy słoik majonezu.
Do blendera kielichowego przelewamy mleko sojowe, sok z cytryny, ocet, agawę. Dodajemy sporą łyżkę musztardy i sól. Całość blendujemy przez minutkę na niskich obrotach, aby się ładnie połączyło. Po chwili zaczynamy dolewanie oliwy przez otwór w pokrywce, małym strumieniem. Spokojnie i cierpliwie. Majonez zacznie się ubijać do konsystencji, którą znamy. Na końcu próbujemy majonez – możemy teraz dodać albo octu, albo musztardy, albo agawy. Każdy z tych produktów może inaczej smakować, dopasujmy majonez do naszych preferencji. Całość ponownie mieszamy – jeśli trudno się miesza w blenderze, domieszajmy łyżką. I gotowe!
Jak tam ma się sezon dyniowy w Waszych domach? Lubicie te pomarańczowe wibracje czy nie możecie się przekonać?
Ja po prostu uwielbiam zupę dyniową i kluseczki. Potrafią ukoić mój brzuszek nawet wtedy, gdy jest rozstrojony wszelkimi kuracjami. Są więc kojącym comfort foodem. I nie tylko, bo dynia jest przecież jednym z bardzo ważnych warzyw w diecie antyrakowej – posiada znacznie więcej beta karotenu niż marchewki, a ten jest silnym antyoksydantem, który bardzo wspomaga organizm i walkę z chorobami.
Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moim sposobem na dyniowe kluski. I z pewnością nie odkryję tu Ameryki, bo jest to autentycznie najprostszy z możliwych sposobów – mamy bowiem dynię i mąkę! Od razu mówię, że w diecie antyrakowej unikamy białej mąki. Nie lubimy jej! Zamieniamy ją gdzie się da na tę pełnoziarnistą, dobrze aby była żytnia lub orkiszowa. Dla tych klusek robię jednak wyjątek. Raz, że takie wychodzą mi po prostu najlepsze, dwa – że dokładnie one mają tę moc ukojenia zbolałego brzuszka.
Ale to nie tylko kluski są naszą dzisiejszą gwiazdą. Ostatnio zakochałam się w łączeniu ich z kremowym szpinakiem! Jest to połączenie, które – przyznaję – nie wygląda szczególnie apetycznie, ale o jeju, jak smakuje! Szpinak jest równie, jak wszyscy wiemy, bardzo wartościowy. Do tego masa czosnku i śmietanki nerkowcowej i wychodzi nam petarda!
Vege kluski dyniowe z kremowym szpinakiem
Składniki
mała dynia hokkaido (chyba, że wolicie inne)
mąka – 2-3 szklanki
duży pęczek świeżego szpinaku (wciąż dostępny na straganach i ryneczkach)
3-4 ząbki czosnku
2/3 szklanki śmietanki z nerkowców (TUTAJ był przepis)
3 łyżki płatków drożdżowych
oliwa z oliwek
sól, pieprz
łyżeczka tymianku
do podania – łyżeczka siemienia lnianego, orzechy włoskie lub migdały
Dynię kroimy na ćwiartki, wyciągamy łyżką środek z pestkami, wkładamy do naczynia żaroodpornego i do piekarnika na 200 stopni. Pieczemy aż będzie mięciutka. Wyciągamy, studzimy. Przy pomocy łyżki oddzielamy środek od skórki (skórki wyrzucamy), przekładamy do miski i miksujemy blenderem na gładkie puree (można utrzeć widelcem na mniej gładkie). Warto masę odcedzić dłońmi z nadmiaru wody. W zależności od tego, jak bardzo jest mokra – tyle przyjmie mąki. Nie ma tu więc dokładnego przelicznika. Ja dodaję ponad drugie tyle mąki i wyrabiam ciasto. Powinno ono być zwarte, ale wciąż kleiste w środku. Jeśli za bardzo się klei, podsypujemy mąką, ale nie za dużo, aby kluseczki nie były twarde.
Ciasto odkładam na pół godziny, potem kroję nożyczkami na kluski. Oprószam je mąką i gotuję na dwa razy w osolonej wodzie, aż wypłyną. Gotowe przekładam do miski, podlewam leciutko oliwą, aby się nie skleiły i posypuję tymiankiem.
Pęczek szpinaku dokładnie myję i kroję na drobno. Przekładam na patelnię z niewielką ilością rozgrzanej oliwy. Lekko podlewam wodą, aby się nie przypalił i duszę na małym ogniu często mieszając. W między czasie dodaję przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku, sól, pieprz, płatki drożdżowe i śmietankę z nerkowców. Całość razem gotujemy przez klika chwil.
Orzechy włoskie lub migdały szatkujmy i podprażamy na suchej patelni. Siemię lniane rozgniatamy w moździerzu lub młynku.
Na talerz nakładamy trochę szpinaku, na to kluseczki, całość posypujemy siemieniem i orzechami.