NapisałaAdriana Sadkiewicz

Sesja produktowa Rosadia

Mam dzisiaj dla Was fragment sesji produktowej, którą wykonałam niedawno dla marki Rosadia.

Znacie te kosmetyki, prawda? Rosadia to jedna z najbardziej kobiecych marek, jakie znam. Jest też jedną z marek córek firmy Sylveco. Cała skupia się wokół tematu róży – mamy więc zawsze sporo róży damasceńskiej i dzikiej róży. Mamy też zapachy, które z różą się kojarzą, choć tak naprawdę różami nie są, czyli olejki z drzewa różanego i geranium. A do tego sporo naturalnych olejków i ekstraktów. Całość zamknięta w charakterystyczne białe opakowania z ludowymi, pięknymi rysunkami.

Postanowiłam zaakcentować tę kobiecość marki i wydobyć z niej subtelne piękno. Sesję podzieliłam na dwie części, obie w zasadzie monochromatyczne i czyste w kolorystyce – jedna jest totalnie wiosenna, bujna wręcz, obfitująca w jedne z najpiękniejszych wiosennych kwiatów, druga stawia na minimalizm i jasność w odbiorze. Obie te części tak bardzo pasują mi do marki.


Zostawiam Was z fragmentami całej sesji i zapraszam serdecznie do odwiedzenia mojego portfolio

>>>> LILI CREATIVE

Kosmetyki Rosadia znajdziecie w drogeriach i sklepach zielarskich oraz oczywiście na stronie Sylveco.


Zauroczona: Moi Mili – Follow the sun, Follow the moon

Kochani, rzadko teraz tu zaglądam, ale mam nadzieję, że dobrze rozumiecie 🙂 Poród lada moment, a kreatywności i energii wystarcza mi jedynie na moje ostatnie zlecenia fotograficzno-graficzne. Niemniej jednak moja Lili zawsze siedzi mi w głowie i powoli gromadzę pomysły na spokojniejsze czasy, kiedy to maleństwo pozwoli mi wrócić do jako takiej działalności.

A tymczasem…

Tymczasem mam dla Was coś pięknego! Moje kolejne zauroczenie! I jestem pewna, że zauroczą Was te dwie kolekcje tak samo, jak mnie!

O marce Moi Mili wspominam co jakiś czas, pokazując jej przepiękne nowości dla maluszków. Śledzę ją też chętnie, bo lubię się zachwycać. I tak, całkiem niedawno zauroczyły mnie dwie nowe kolekcje – Follow the sun i Follow the moon! (a i już pojawiał się kolejna, równie piękna!).

W kolekcjach znajdziecie proste, a jakże piękne poduchy i maty do zabawy z motywem słońca, księżyca i gwiazd oraz inne urocze akcesoria. Wszystko w pięknych barwach, wszystko całkowicie urocze.

Pozostawiam Was z kolekcjami i bardzo polecam stronę Moi Mili oraz profile marki na Instagramie i Facebooku.


Zdjęcia – materiały marketingowe marki, autorstwa @thebirthoflove


Regenerujące kąpielowe… jaja

Tak i zbliża się Wielkanoc. I wiosna w końcu dotarła. I słońce sobie o nas przypomniało. Jeszcze tylko tę pandemię przetrzymać i będzie dobrze, prawda?

Ale tymczasem skupmy się na świętach! No bo, skoro Wielkanoc to i jaja, prawda?

Mam więc dla Was dzisiaj prawdziwe jaja… kąpielowe!


Które wybieracie? Z różami czy piwoniami? Bo ja nie umiem wybrać! Ozdobiłam je płatkami kwiatów, bo tak cudownie kojarzą się dzięki temu z wiosną. No i któż nie lubi kwiatów? A jeśli jeszcze można wśród nich pływać… Och…

Ale od początku – czym są nasze jaja? Wielkanocną wersją kuli kąpielowych! Musujących, pachnących kuli! Dodatkowo, w wersji bardzo kremowej, wypełniłam je bowiem specjalnie cudownym regenerująco-kojącym dobrem – maceratem z rumianków i nagietków! Dzięki temu jaja zyskują łagodzącą moc i przywracają skórze piękny wygląd. Kilka takich kąpieli i jesteście gotowe na wiosnę!

Jeśli nie macie maceratu, możecie oczywiście zastąpić go innym ulubionym olejem. Polecam jednak to złote cudo, bo naprawdę świetnie działa na skórę.

Aby zrobić taki ziołowy macerat czyli olejowy wyciąg z ziół, wystarczy w np. słoiku zalać garść suszonych kwiatów rumianku i drugą garść kwiatów nagietka (dostępne w każdym sklepie zielarskim) wybranym olejem – polecam tutaj olej z pestek winogron, ryżowy, ze słodkich migdałów, pestek moreli lub brzoskwini. Olej ma w pełni zakrywać kwiaty. Całość mieszamy, zakręcamy i odstawiamy w ciepłe, suche miejsce na 2-8 tygodni, co jakiś czas wstrząsając. Po tym czasie przecedzamy olej. Wykorzystujemy jako oliwkę do ciała, olejek do masażu, do kąpieli czy dodatek do innych kosmetyków.

A jak już mamy macerat, robimy nasze wielkanocne jaja!


Regenerujące kąpielowe wielkanocne jaja

Składniki – na 3 jaja:

(w przypadku tego typu kąpielowych bomb możemy się nieco pobawić i nie musimy trzymać się idealnie dokładnych gramatur. Dzisiejsze wielkości podaję więc w łyżkach i zachęcam do zabaw z dziećmi! Idealne w czasie pandemicznego zamknięcia.)

  • 10 kopiastych łyżek sody oczyszczonej
  • 6 dużych łyżek kwasku cytrynowego
  • 3 duże łyżki mąki lub skrobi ziemniaczanej
  • 10 łyżek maceratu rumiankowo-nagietkowego lub ulubionego oleju
  • 40 kropelek olejku eterycznego, użyłam limonkowego
  • odrobina wody
  • foremki w kształcie jaja (użyłam 8-centymetrowych – TYCH)
  • łyżka rafinowanego masła shea
  • suszone płatki kwiatów – róży i piwonii


W misce mieszamy sodę, kwasek i mąkę. Dolewamy macerat/olej i olejek i zaczynamy wyrabiać nasze ciasto ręką. Wybrałam olejek limonkowy aby trochę złagodził mocno-ziołowy aromat maceratu. Dobierzcie zapach do własnych preferencji. Masę bardzo delikatnie spryskujemy dwa razy kilkoma kroplami wody. Posłuży nam za dodatkowe lepiszcze. Musowanie od razu gasimy, wyrabiając dalej ciasto. Ma mieć idealnie jednolitą konsystencję.

Do połówek foremki-jajka nakładamy naszą masę. Staramy się, aby zapełniła całą przestrzeń i jeszcze trochę wystawała. Następnie zlepiamy połówki, mocno je dociskając i lekko szurając na boki, aby nadmiar ciasta “wyszedł” bokami. Kiedy będą już możliwie najlepiej złączone, dociskamy mocno przez kilka sekund, po czym lekko opukujemy foremki i równie lekko ściągamy je z jajek. Powinny zachować już stałą formę. Możemy je tu też palcami wygładzić, zwłaszcza w miejscu złączenia. Jajka odstawiamy na godzinę.

Po tym czasie przekładamy masło shea do małej miseczki i lekko roztapiamy w kąpieli wodnej lub mikrofali. Dosłownie – leciutko i króciutko. Masło mam nam tu posłużyć za klej, którym dokleimy płatki kwiatów do jajek. Ma mieć więc konsystencję szkolnego kleju, a nie płynnego oleju. Masełko nakładamy niczym właśnie klej pędzelkiem na wybrane miejsce na jajku i dolepiamy płatki kwiatów według własnego uznania. Jeżeli płatki są mniejsze, tak jak tutaj te róży, możemy zanurzyć część jajka w maśle, a następnie ponownie zanurzyć w płatkach, które się do niego przykleją.

Jaja odstawiamy na noc do stwardnienia.

Jako, że nasze jaja zawierają całkiem sporo olejku, proponuję do kąpieli wykorzystać połowę takiego jajeczka, a drugą osuszyć (lub oderwać) i zamknąć w słoiczku do następnej kąpieli.


Co tam słychać?

Tak rzadko ostatnio coś pojawia się w tej mojej Lili, że postanowiłam napisać Wam po prostu co tam u mnie słychać. Na bieżąco staram się wrzucać coś niecoś na Facebook i Instagram, jeśli więc jeszcze Was tam nie ma, to serdecznie zapraszam – na FB TUTAJ, na Instagram TUTAJ.

Pozostał mi już tylko miesiąc do porodu i przyznaję, że moja produktywność i kreatywność spadły do minimum. A dokładnie skupiają się na ostatnich zleceniach, które przyjęłam i nic poza nimi już nie jestem w stanie zrobić. Choć plany mam i nadzieję, że jeszcze coś niecoś ciekawego Wam tu zaprezentuję. Tylko wiecie… lekko nie jest. Dosłownie 🙂



Śpię o połowę więcej, wieczorem padam – zmęczona i obolała, za dnia muszę sobie zrobić przerwę i poleżeć. Mała na dodatek uwielbia akrobacje i wierci się jak szalona, uciskając wszystko po kolei. Na kręgosłup chucham i dmucham, ale czasem i on już nie wyrabia. Mąż daleko, przyjeżdża tylko na weekendy, więc staramy się ze starszą córką dawać radę. I jeszcze cała ta pandemia…

Mimo to cieszę się bardzo, bo tych kilka ostatnich zleceń jest naprawdę super. A dokładniej – mam nadzieję, że wyjdą super, bo stanowią dla mnie prawdziwe wyzwanie. Wyzwanie, ale takie… wiecie… pozytywne. Któremu człowiek chce sprostać, wkręcić się w nie, tworzyć!



Równolegle powoli przeobrażam nasze mieszkanie na 3 osoby w mieszkanie 4-osobowe, co proste nie jest. Zbieram po znajomych wszystkie te dziecięce akcesoria, z których inni już powyrastali. Robię porządki w ciuszkach po Róży i w nowych skarbach. Kompletuję torbę do szpitala. Dokupuję ostatnie rzeczy. I przeszukuję co się da, bo kurcze – nie mogę znaleźć pościeli niemowlęcej po Róży. Ech…

To tak z bieżących spraw…

Ale jest też coś niecoś, co działo się niedawno lub ciągle dzieje, o czym chciałabym Wam napisać!


Po pierwsze – wyszłam niedawno z mojej strefy komfortu i poprowadziłam całodniowe warsztaty z…. fotografii produktowej! To dopiero było dla mnie wyzwanie! Zwłaszcza, że dobrze wiem, jak dużo sama muszę się jeszcze nauczyć. Mimo to było wspaniale, inspirująco i kreatywnie. Na warsztaty przyjechały do mnie dwie osoby zajmujące się prowadzeniem social mediów dla jeden z marek kosmetycznych. Sporo porozmawialiśmy o ich codziennej pracy, przejrzeliśmy ich zdjęcia oraz te warte szczególnej uwagi, a wyszukane w internetach. I oczywiście – było dużo fotografowania, układania, komponowania. I był też lunch, który zrobiłam specjalnie wcześniej. Ale najlepsze jest to, że spoglądam teraz co jakiś czas na nowe zdjęcia moich kursantów i pękam z dumy (z siebie taka dumna jestem!), bo widzę dokładnie to, nad czym pracowaliśmy. I jest pięknie!



Poza tym, uprzejmie donoszę, że wciąż prowadzę profil marki Rosa. Panna Poranna na >> Instagramie!

A że traktuję ją jak moje kolejne dziecko – samą markę, całą szatę graficzną, a już na pewno jej instagramowy profil – zapraszam Was tam serdecznie! Jest już bardzo, bardzo wiosennie, więc mam nadzieję, że przeglądając zdjęcia i kolaże, poprawi Wam się nastrój!



Do rzeczy, z których ostatnio jestem specjalnie dumna, doszedł właśnie projekt papieru pakowego, przygotowanego dla Oli z Arsenic.pl!

A na nim – prawdziwe, magiczne niebo Oli! Pełne alchemicznych symboli, z których cześć bezpośrednio nawiązuje do działalności Arsenic, czyli analiz kolorystycznych. Są też oczywiście elementy identyfikacji, które niedawno stworzyłam – arsenicowe barwy i ważki.

Wiem, że pierwsze analizy-książki już poleciały do swoich nowych właścicieli zapakowane w taki właśnie papier. A to cieszy najbardziej!



Muszę też, po prostu muszę i tutaj podrzucić Wam przepis na PRZEPYSZNĄ tartę, którą niedawno robiłam dla gości i pokazywałam na Instagramie. Jedna z najpyszniejszych, jakie jadłam!


Tarta rustykalna z wiśniami i migdałami!

Składniki:
🍒 250 g mąki
🍒 125 g zimnego masła
🍒 pół szklanki cukru pudru
🍒 1 jajko całe
🍒 1 żółtko
🍒 szczypta soli
🍒 łyżeczka cynamonu
🍒 słoiczek wiśni do deserów ( à la frużelina)
🍒 garstka płatków migdałów
🍒 do podania – szklanka śmietany 18% lub 36% posłodzona do smaku

Ugniatamy ciasto – na tortownicę lub do dużej miski przesypujemy mąkę, dodajemy pokrojone w drobniejsze kawałeczki masło, cukier puder, jajka, sól i cynamon. Całość zagniatamy, aż uformuje się zwarta kula. Chowamy ją do lodówki na czas ogarniania domu (30-60 min.).
Ciasto rozwałkowujemy na mniej więcej zwarte koło o grubości ok. 0,5 cm. Przekładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (najlepiej zawijając na wałek). Na ciasto wylewamy wiśnie, pozostawiając wolne około 5 cm brzegu, który następnie zakładamy na wiśnie formując kształt tarty. Całość posypujemy migdałami i wkładamy do piekarnika nagrzanego na 180 stopni na ok. pół godziny, aż ciasto się zarumieni. Pod koniec można dodać termoobieg.
Podajemy ze śmietaną, lekko posłodzoną. W końcu ma być rustykalnie!
Pycha!



I jeszcze na koniec – moje ostatnie odkrycie, o którym wczoraj pisałam w social mediach – STOKROTKI!

Pierwszy raz kupiłam. Dwie malutkie, bidule takie, w doniczkach, z jednym dosłownie kwiatem. Wsadziłam obie w takie oto naczynie ze zdjęcia, a po tygodniu okazało się, że mam pełne szaleństwo! Prawdziwy stokrotkowy szał! I to jak cudownie piękny, optymistyczny i wiosenny szał!



Dobra, trzymajcie kciuki, abym zdążyła jeszcze ze wszystkim, co mam zaplanowane i co mi siedzi w głowie. Bo potem pojawi się coś znacznie ważniejszego 🙂 I nie wiem, kiedy to to pozwoli mi wrócić do działania :*


Hyundai Moka Garden by Jaime Hayon

Mam dla Was coś wyjątkowego. Wyjątkowe doznania artystyczne-wizualne – przynajmniej dla większości z nas, bo z pewnością nie wszyscy będą mieli okazję odwiedzić Koreę i na własne oczy podziwiać i wypróbować to cudo.

Cudo stworzył mój ulubiony designer Jaime Hayon, którego uwielbiam i podziwiam od dawna. Od dawna też śledzę jego coraz to nowsze pomysły i dzieła i nadziwić się nie mogę, ile tkwi w nim kreatywności, ile pasji, ile chęci do działania. Jest jednym z najbardziej charakterystycznych twórców, a jego styl jest rozpoznawalny na całym świecie. Nie idzie na kompromisy, tworzy tak, jak mu w duszy gra. I za każdym razem jest pięknie! I perfekcyjnie. Nie ważne czy są to elementy sztuki użytkowej, obrazy czy całe wnętrza, rzeźby i instalacje, zabawki, wazony, naczynia, meble czy nawet – karuzela. Zawsze się zachwycam. Zawsze!

Jednym z najnowszych dzieł twórcy jest niesamowita przestrzeń – cześć centrum edukacyjnego dla dzieci Hyundai Museum of Kids’ Books & Art (MOKA) położone w Hyundai Premium Outlet Space 1 w Namyangju, w Korei Południowej. Powierzono mu trzy części MOKA Garden:

  • MOKA Library (biblioteka)
  • Jaime Hayon Garden (wewnętrzny ogród)
  • MOKA Play (wewnętrzny plac zabaw)

Przestrzeń ta stanowi część ogromnego kompleksu skupiającego elementy rozrywki, edukacji, doświadczenia, kultury i sztuki, ale także umiejscowiono to szereg luksusowych sklepów.

Powiem Wam, że jeżeli tylko uda mi się kiedykolwiek odwiedzić Koreę, centrum to stanie na czele mojej listy rzeczy do zobaczenia!

Pozostawiam Was ze zdjęciami tych wspaniałych, magicznych, całkowicie odrealnionych i jakże specyficznych wnętrz. Ale to nie wszystko – prawdziwą perełką są szkice Jaimego, obrazujące jego proces twórczy.

No, ja jestem zakochana!

Więcej na hayonstudio.com


Na koniec – sam Jaime Hayon!

Nowe w Portfolio: Healthy2Wealthy Mikroliście

Spieszę do Was z nowym projektem!

A w zasadzie z efektami jednego z projektów, nad którymi ostatnio pracowałam. A że, muszę przyznać, praca ta sprawiała mi sporo radości, tym bardziej się cieszę, że… w końcu ożyła. Nie ma bowiem nic przyjemniejszego, jak obserwowanie tego, co wykiełkowało w mojej głowie – w realnym świecie. Namacalnym. A i słowo „wykiełkowało” pasuje tu jak ulał! Czemu?

Jakiś czas temu zgłosili się do mnie Daniel i Marcin z potrzebą stworzenia identyfikacji wizualnej dla ich młodziutkiej firmy Healthy2Wealthy. Przyznam, że wtedy słowo „hydroponika” było dla mnie mocno enigmatyczne. W pełni jednak ujęli mnie innym określeniem, które idealnie opisywało profil ich działalności – mikroliście!

Mikroliście! Czy to nie brzmi fantastycznie?

A zatem, wszystkim mieszkańcom na początek Krakowa i okolic donoszę, że od niedawna w Waszych warzywniakach i sklepach z ekologiczną żywnością możecie nabyć owe mikroliście. I dodam tu najważniejsze – są pyszne!



Mikrolistki to jakby forma przejściowa pomiędzy kiełkiem a dużą rośliną. Są łagodniejsze w smaku od kiełków i jakby bardziej soczyste. Idealnie nadają się jako dodatek do wszystkiego! A i do podjadania samodzielnie też. Wyglądają przepięknie i podkręcają wygląd każdego dania.

Z ciekawostek, które umieszczałam na plakacie chłopaków:

  • Mikroliście to podrośnięte kiełki z pierwszym liściem właściwym. Badania wskazują, że mikroliście zawierają do 16 razy więcej witamin i mikroelementów niż dojrzałe rośliny i z tego powodu zalicza się je do elitarnej kategorii “superfoods”!
  • Początkowo mikroliście stanowiły dodatek w wykwintnych restauracjach w Stanach Zjednoczonych. Zdobywają coraz większą popularność w Europie, ponieważ są pyszne oraz efektownie prezentują się na talerzu.
  • Są świeże i wolne od pestycydów.
  • Uprawiane są w idealnych dla nich warunkach i dostępne są przez cały rok.
  • Metodą, którą stosujemy w uprawie jest hydroponika. Mikroliście pobierają składniki rozpuszczone w wodzie, a nie w ziemi, dzięki temu rośliny są wolne od szkodników i chorób.


Temat zaciekawił mnie bardzo. Kiedy więc udało nam się zakończyć większość prac graficznych, wybrałam się do chłopaków, zobaczyć, jak owe liście rosną. Po pierwsze, ewidentnie widać, że firma dopiero się rozkręca, że dopiero poszukują sklepów partnerskich. Pomieszczenie jest niewielkie, a liści jeszcze stosunkowo niewiele. W chłopakach widać jednak zaangażowanie, a pasją z jaką opowiadają o liściach naprawdę się udziela.

Na środku niewielkiej salki stoi specjalny regał przystosowany do upraw, a na nim ustawione są pojemniki z rosnącymi liśćmi. W zasadzie wygląda to jak przedszkole dla roślinek. Całe pomieszczenie jest zamknięte, mieści się w przyziemiu i nie ma dostępu do słońca. Wiecie zatem, jak te liście rosną?



Tym właśnie zajmuje się owa tajemnicza hydroponika, w której wspominałam Wam na początku. Jest to forma nowoczesnego rolnictwa, które stało się popularne na Zachodzie. Tam bowiem dochodzi do szybkiej degradacji ziem uprawnych, głównie na potrzeby budownictwa, a co za tym idzie – coraz mniejsza powierzchnia pół może w pewnym momencie spowodować niedobór płodów rolnych. Rozpoczęto więc tam już na przykład przystosowywanie pomieszczeń pofabrycznych, starych magazynów czy wielkich szklarni na takie właśnie uprawy hydroponiczne, w których roślinki rosną ustawione warstwami, co sprawia, że rozwiązuje się problem braku powierzchni.

Co jednak tu najważniejsze – uprawy hydroponiczne są w pełni uniezależnione od zewnętrznych warunków atmosferycznych. Rośliny uprawiane są bez gleby. Do ich korzeni dostarczana jest napowietrzona woda ze składnikami odżywczymi niezbędnymi do ich wzrostu. Specjalne lampy emitują światło podobne do słonecznego. Cała więc energia, jaką roślina w normalnych warunkach pożytkuje na rozrost korzenia i poszukiwanie wody, teraz idzie w samą roślinę. Nie mamy pór roku, nie ma katastrofalnych susz czy ulew, roślina ma wszystko, czego potrzebuje, aby pięknie wzrastać. Nie stosuje się tu pestycydów, nie ma obaw o skażenie gleb, stosuje się optymalną ilość wody.



Marcin i Daniel są w pełni zafascynowani hydroponiką i trudno im się dziwić. Mają wielkie plany i marzenia. I powiem Wam, że naprawdę nietrudno wyobrazić sobie, jak z tego małego pomieszczenia przeprowadzają się niedługo do czegoś znacznie większego. Czegoś wypełnionego roślinkami po same brzegi. Bo zaczynają od Krakowa, ale wierzę, że będą po kolei zdobywać kolejne miasta. Bo doprawdy – jak tu się nie zauroczyć takimi listkami?

Żeby jeszcze tylko udało się znaleźć odpowiedni zamiennik tego plastiku w opakowaniach, a będzie idealnie, prawda?

Pozostawiam Was z mikroliśćmi i kilkoma efektami naszej graficznej współpracy. Listki nie mają jeszcze niestety swojej strony, ale wszystko jest w planach. Tymczasem, szukajcie ich w okolicznych sklepach!



Zapraszam też na stronę mojego portoflio

LILI CREATIVE

Facebook