NapisałaAdriana Sadkiewicz

IN LOVE latem wypełnione

Oto i garść cudownie lekkich, sielskich i beztroskich inspiracji! Coś dla mniejszych i większych, a na pewno coś dla latem wypełnionych!



W zasadzie wszystkie wzory i kolory marki Yellow Meadow bardzo mi się podobają. Na kimonkach, na sukienkach, na spodniach. Tutaj zestaw idealny na lato w sielskim, mazurskim ogrodzie. Tak to widzę 🙂 / Yellow Meadow

Pasieki Rodziny Sadowskich – marka miodów, które podziwiam od dawna i z ogromnym zaciekawieniem śledzę jej nowości, wypuściła właśnie także własne kosmetyki na miodzie, z pyłkiem i woskiem pszczelim. W pięknych, radosnych opakowaniach. A ta Boska Kostka wpisała mi się tu idealnie! / Pasieki Sadowskich

Chyba najładniejsze dziecięce kołderki i poduszeczki, jakie widziałam! / Lilu

A do nich…. do idealnego pokoiku dziecięcego – przecudnej urody siedzisko wiklinowe z kufrem MAALUM © KOLORY. Jakiż to beztroski mebelek! “Wyplatane z największą starannością w Polsce z najlepszej jakości polskiej wikliny!”/ Lilu

Cudownie letni leciutki koc-pled z bawełny Mondi / Sklum

Wśród nowości w Krem de la Krem znalazłam niedawno takie piękne herbatki, jak ta – PANI JESIEŃ NATURALNIE Herbata Piwoniowa Migotka – połączone siły słodkiej piwonii, promiennego nagietka, niedocenianych liści maliny oraz opiekuńczej jasnoty. Czy ta puszka nie jest przepiękna? Inne też zobaczcie! / Krem de la Krem



Cudownie abstrakcyjny plakat Suncat – dla miłośników kotów i lata, od Natalii – takaartystkazehej / Targi Plakatu

Lekka i piękna – sukienka z haftem z edycji limitowanej – Zara

Jedne z najfajniejszych opakowań na czekolady, jakie widziałam! Zestaw prezentujący wszystkie smaki EQUATOR – w nim sześć czekolad NAIVE / Dom Czekolady Nataszy Kotarskiej

Ta satynowa kurteczka bomberka z serii Angela McKay x H&M spodobała mi się już dawno. Jak tylko więc wpadła w wyprzedaże kupiłam ja mojej Róży. Wygląda świetnie! / H&M

Zerkające na mnie aksamitne poduszki z oczkami Denov. Genialne, prawda?/ Sklum

Przepiękne talerzyki Flora zaprojektowane przez Nathalie Lété dla brytyjskiej marki Meri Meri / Pan Talerzyk

Pachnące kosmetyki rodem z Chorwacji

W Chorwacji byłam w zeszłym roku, we wrześniu. Pierwszy raz. Nie wiem czemu pierwszy, jakoś nie było okazji. Jak się pewnie domyślacie, było pięknie! Jestem pewna, że wiele, wiele spośród Was dobrze zna ten kraj, wraca chętnie i często. Zwłaszcza teraz, kiedy możliwość dojazdu własnym samochodem jest tak istotna. Zamykamy więc oczy na chwilkę i przenosimy się nad skaliste wybrzeże, nad turkusową wodę, do gajów oliwnych, wąskich uliczek i tych pysznych małych knajpek.

Widzicie to? Ja nie tylko widzę, ja jeszcze to czuję! Nakładam odrobinę balsamu na dłonie i zwyczajnie odpływam. Przenoszę się na chorwackie wybrzeże, na ziołowe łąki, w cień drzewek cytrusowych. Bo ten balsam, moi drodzy, pachnie jak Chorwacja. Pachnie jak wakacje. Prawdziwie.

Ale od początku…



Napisała do mnie Martina, właścicielka sklepu Dalmatinka. Napisała tak ładnie, że od razu chciałam zobaczyć, co tam ciekawego w tym sklepie znajdę. I znalazłam całą masę ciekawych rzeczy! I to takich, które pamiętałam z chorwackich sklepików i straganów, na których wyszukiwałam, jak zawsze, tamtejsze kosmetyki. A że opakowania mają tak charakterystyczne i oryginalne, dobrze zapadły w mojej pamięci.

Martina tak pisze o sobie: Mam na imię Martina i jestem w połowie Polką a w połowie Chorwatką. Pomysł na śródziemnomorski beauty concept narodził się w mojej głowie na początku pandemii, kiedy to zamknięcie granic uświadomiło mi, że moja ulubiona chorwacka pielęgnacja nie jest tak łatwo dostępna w Polsce. Po wybraniu swoich kosmetycznych ulubieńców znad Adriatyku wybrałam marki, z którymi nawiązałam współpracę. Małe, rodzinne manufaktury odwiedzam osobiście. Poznaję historię producentów oraz proces wytwarzania kosmetyków. Szukam produktów z prostymi składami, kosmetyków przemyślanych, wytwarzanych ręcznie i oczywiście kosmetyków zapewniających przyjemne doznania i świetne efekty.  



Ufam więc Martinie i jej wyborom. Zwłaszcza teraz, kiedy sama popróbowałam tych kosmetyków. Wiem, że Martina dobrze się zna na tym, co w jej kraju najcenniejsze. Że w tych kosmetykach znajdziemy choćby oliwę z oliwek, lawendę, nieśmiertelnik, olejki z cytrusów, rozmaryn, olejki z drzewa różanego czy sól morską z wyspy Pag – czyli ogrom słonecznego dobra i tchnienie lata.

Wybrałam kilka produktów najbardziej intrygującej marki 757. To właśnie jej opakowania są tak charakterystyczne i wyjątkowe. Proste, biało-czarne, z jednym tylko małym kolorowym akcentem w logo i z tymi niezwykłymi kreskowymi ilustracjami. Marka oferuje to, co często najprzyjemniejsze – sporo uroczych naturalnych mydełek, które po prostu uwielbiam, a które wspaniale nadadzą się na piękne prezenty, olejki i peelingi.


Zwracam tu szczególną uwagę na peeling właśnie. Mój nazywa się Valley Down South i ma zapach pomarańczy i cytryny. W środku znajdziemy sól morską, oliwę, olejek konopny, masełko shea, olejki cytrusowe i zmielone pestki moreli. Całość zamienia się w unikalne doznanie, w rytuał niemalże, który oczyszcza skórę i pozostawia ją mocno odżywioną i nawilżoną. Polecam jednak od razu sięgnąć po większe pojemności, bo ten mały słoiczek jest stanowczo za mały. Doceniam jednak bardzo sam kosmetyk, to, że jest wytwarzany ręcznie i zawiera same naturalne składniki.



Zakochałam się totalnie w kremie do ciała marki Herbae Dalmatiae! I to jest naprawdę hit, który powinien znaleźć się w każdej łazience. A już na pewno zimą, kiedy tak bardzo brakuje nam południowego słońca.

Ten krem, o konsystencji lekkiego masełka i wyglądzie budyniu waniliowego jest genialny. Powstał a bazie wody lawendowej i oliwy, które wzbogaconą olejkami ze słodkich migdałów i jojoba oraz masłem kakaowym. Całość okraszono gamą energetyzujących olejków cytrusowych. Krem jest bardzo delikatny, szybko się wchłania, ale pozostawia na skórze wyczuwalną warstwę ochronną. Polecam stosować na wieczór, po kąpieli, pięknie nam wtedy zamknie wilgoć w skórze. Ale to nie wszystko! Krem bowiem tak przyjemnie koi i regeneruje! I to nie tylko skórę, ale mam wrażenie, że równie dobrze działa na zmysły. Uspokaja i poprawia nastrój. Jest prawdziwym łagodzącym plastrem na podrażnioną skórę i codzienne smutki. W każdym razie mi dodaje uśmiechu za każdym razem, kiedy po niego sięgam.



Wszystkie kosmetyki prosto z Chorwacji znajdziecie na stronie Dalmatinka.

Mam tez niespodziankę! Z kodem “LILI” otrzymacie 15% rabatu 🙂

Bardzo polecam! A jeśli jesteście właśnie w Chorwacji lub planujecie wyjazd – zazdroszczę!


Ostatnio zawodowo

Kochani, mój mały bąbelek rośnie. Tak naprawdę już nie jest taka malutka, zamieniła się w uroczego pulpecika, którego uśmiech sprawia, że topnieje mi serce. Spędzamy razem dużo czasu i uwielbiamy to. Udaje mi się jednak w tak zwanym międzyczasie zrobić coś niecoś dla moich stałych klientów.

Nie mam tego międzyczasu wystarczająco dużo, żeby zrobić wszystko, co bym chciała. W głowie choćby krążą mi co rusz nowe posty na blog, które jednak muszą chwilkę poczekać. Na szczęście spokojnie mogę moją małą działalność prowadzić, choć w znacznie bardziej ograniczonej formie.

I tak na przykład, miałam ostatnio pierwsze od roku stacjonarne warsztaty! Pisałam Wam o tym na Instagramie i Facebooku – zachęcam ciepło do śledzenia. Sprawiły mi one masę radości. Nawet się wzruszyłam, patrząc jak moje uczestniczki zasiadają do stołu. Było fantastycznie! Także dlatego, że po raz pierwszy moją asystentką była moja starsza, 10-letnia córa. Kolejne warsztaty już w poniedziałek w pięknych Szaflarach. Także zabieram Różę i już się na nie cieszę! Sam dojazd tam jest niezwykle ciekawy – te widoki!


Dzisiaj jednak chciałabym pokazać Wam trzy inne rzeczy – jeden projekt czysto graficzny i efekty dwóch sesji zdjęciowych produktowych.

Zaczynamy od grafiki!

Marka o!figa, którą już zapewne dobrze znacie, a której przygotowywałam całą szatę graficzną, znowu wypuściła na rynek wspaniałą nowość. Tym razem jest to magiczna oliwka do ciała Błysk. Zarówno więc wzór, jak i etykieta i kolaż produktowy także musiały być magiczne! I pełne błysku.

Oto więc nowe pobłyskujące projekty dla o!figi, które spotkały się z dużym entuzjazmem 🙂


Niedawno także oddałam ostatnią część sesji produktowej marki Rosadia. Poprzednie fragmenty pokazywałam Wam w jednym z ostatnich postów. Brakowało mi tu jednak jeszcze bardzo letnich, energetycznych, słonecznych i oczywiście – różanych kadrów.

Oto więc fragment różanej sesji kosmetyków Rosadia!



Na koniec ponownie odeślę Was na instagramowy profil marki Rosa. Panna Poranna – TUTAJ! I przypomnę, że jestem tutaj także autorką identyfikacji i grafik wszelakich, ale także wypełniam wizualnie jej Instagram!

A poniżej kilka ostatnich zdjęć i kolaży, które wykonałam dla Rosy!



Na koniec zapraszam gorąco na mój graficzno-fotograficzny profil na Isntagramie >>> Lili Creative

Jesteśmy :)

Drodzy, kochani moi, wpadam na chwilę, żeby donieść uprzejmie, że jesteśmy całe i zdrowe. Mała urodziła się pod koniec kwietnia. Nie było lekko, bo zaplątała się z pępowinę i trzeba było zrobić ekspresową cesarkę… No, nie wspominam tego najlepiej… Ale już jest wszystko dobrze i jest z niej ogromnie mamusiowy bobas. Bardzo potrzebuje bowiem mojej bliskości, co sprawia, że choćby ten wpis planowałam napisać już od jakichś dwóch tygodni…

Ale jest dobrze. Jest czerwiec. A ja mam moje dwa kwiatuszki – Różę i Lilię. Dzieli je 10 lat różnicy, ale rozumieją się doskonale. Róża uwielbia Lilę, cudownie się nią zajmuje. A dzidziuś uspokaja się co wieczór w rękach starszej siostry.

Nie ma więc mnie tutaj za dużo. Jestem teraz głównie dla moich dziewczynek. I chłonę ten czas pełen wzruszeń, miłości, ciepełka, ale też zmęczenia, frustracji i niepokoju. Tak ma być. A czerwiec dodaje wszystkiemu magii! Bujamy się na spokojnie w hamaku z bobaskiem na piersi, leżakujemy w cieniu wiśni, chodzimy na wieczorne spacery, które pachną wszystkimi poprzednimi wakacjami, zajadamy młode ziemniaki i truskawki z naszego ogródeczka. I zamęczamy sąsiadów, kiedy akurat mała czuje się gorzej i beczy okrutnie. Ale tak też być musi.

Wszelkie aktywności zawodowe ograniczyłam więc na razie do minimum. Coś tam czasem dla stałych klientów oczywiście robię i nawet cieszy mnie to bardzo – to takie oderwanie chwilowe od bobasa. Ale nawet fizycznie nie mam czasu i siły na nic nowego czy bardziej absorbującego. Musiałam też niedawno przyznać się do przecenienia moich możliwości. Przed porodem rozpoczęłam pewien projekt, przygotowanie identyfikacji wizualnej. Niestety nie udało nam się z klientkami na czas znaleźć wspólnego do niego klucza. Tego czegoś, co zaskoczy i będzie można iść dalej. Wszystko więc ogromnie się przedłużyło, no i niestety nie zamknęłam projektu w planowanym czasie przed porodem. Być może dlatego, że ten końcowy okres ciąży już był dla mnie bardzo ciężki. Źle się czułam, moja kreatywność i produktywność spadły do minimum. Niemniej jednak obiecałam sobie dosyć szybko do projektu wrócić i zaskoczyć klientki super pomysłami. Tak to sobie wymyślałam, że kiedy Lilka będzie spać, ja będę siadać do komputera i tworzyć. Dwa tygodnie po porodzie zaczęłam więc próbować. I próbowałam skupić się, skoncentrować, uruchomić wszystkie zasoby mojej kreatywności, aby stworzyć coś wyjątkowego i nie zawieźć dziewczyn. I męczyłam się przy tym strasznie… Bo, jak już wspominałam, bobas jest bardzo mamusiowy i potrzebuje mnie często. Wolnych chwil dużo nie było (i nie ma), a jak już były, to ledwo udało mi się coś rozpocząć, już mała wołała o mamę. Zaczęłam czuć się z tym bardzo źle, byłam zmęczona. A wiecie jak to jest – nie służy to ani projektowaniu, ani dzidziusiowi. Decyzja więc zapadła. Jedyna rozsądna w tej sytuacji – zrezygnowałam z projektu. Wytłumaczyłam dziewczynom, zwróciłam pierwszą wpłatę. I choć na początku czułam, że jest to moja porażka, to teraz już wiem, że to było naprawdę jedyne dobre wyjście. Bo najważniejszy jest przecież dzidziuś 🙂 Takie to właśnie są uroki własnej działalności…

Podrzucam Wam jednak kilka motywów, które przygotowałam w tamtym projekcie, a które mi samej się zwyczajnie podobają. Takie klimaty kolorowych lat 70-tych 🙂

Podsyłam też majowego bobasa – Lilię w bzach 🙂 Po więcej zapraszam na Instagram. Też może nie jestem tam teraz za często, ale czasem zaglądam :*

BUZIAKI!

Sesja produktowa Rosadia

Mam dzisiaj dla Was fragment sesji produktowej, którą wykonałam niedawno dla marki Rosadia.

Znacie te kosmetyki, prawda? Rosadia to jedna z najbardziej kobiecych marek, jakie znam. Jest też jedną z marek córek firmy Sylveco. Cała skupia się wokół tematu róży – mamy więc zawsze sporo róży damasceńskiej i dzikiej róży. Mamy też zapachy, które z różą się kojarzą, choć tak naprawdę różami nie są, czyli olejki z drzewa różanego i geranium. A do tego sporo naturalnych olejków i ekstraktów. Całość zamknięta w charakterystyczne białe opakowania z ludowymi, pięknymi rysunkami.

Postanowiłam zaakcentować tę kobiecość marki i wydobyć z niej subtelne piękno. Sesję podzieliłam na dwie części, obie w zasadzie monochromatyczne i czyste w kolorystyce – jedna jest totalnie wiosenna, bujna wręcz, obfitująca w jedne z najpiękniejszych wiosennych kwiatów, druga stawia na minimalizm i jasność w odbiorze. Obie te części tak bardzo pasują mi do marki.


Zostawiam Was z fragmentami całej sesji i zapraszam serdecznie do odwiedzenia mojego portfolio

>>>> LILI CREATIVE

Kosmetyki Rosadia znajdziecie w drogeriach i sklepach zielarskich oraz oczywiście na stronie Sylveco.


Zauroczona: Moi Mili – Follow the sun, Follow the moon

Kochani, rzadko teraz tu zaglądam, ale mam nadzieję, że dobrze rozumiecie 🙂 Poród lada moment, a kreatywności i energii wystarcza mi jedynie na moje ostatnie zlecenia fotograficzno-graficzne. Niemniej jednak moja Lili zawsze siedzi mi w głowie i powoli gromadzę pomysły na spokojniejsze czasy, kiedy to maleństwo pozwoli mi wrócić do jako takiej działalności.

A tymczasem…

Tymczasem mam dla Was coś pięknego! Moje kolejne zauroczenie! I jestem pewna, że zauroczą Was te dwie kolekcje tak samo, jak mnie!

O marce Moi Mili wspominam co jakiś czas, pokazując jej przepiękne nowości dla maluszków. Śledzę ją też chętnie, bo lubię się zachwycać. I tak, całkiem niedawno zauroczyły mnie dwie nowe kolekcje – Follow the sun i Follow the moon! (a i już pojawiał się kolejna, równie piękna!).

W kolekcjach znajdziecie proste, a jakże piękne poduchy i maty do zabawy z motywem słońca, księżyca i gwiazd oraz inne urocze akcesoria. Wszystko w pięknych barwach, wszystko całkowicie urocze.

Pozostawiam Was z kolekcjami i bardzo polecam stronę Moi Mili oraz profile marki na Instagramie i Facebooku.


Zdjęcia – materiały marketingowe marki, autorstwa @thebirthoflove


Facebook