KategorieŻycie

Kalabria zimą na 3 dni – Tropea, Scilla, Pizzo

Wyrwaliśmy się w ferie, na chwilę, z całej tej zimy. W lutym, do wiosny. Do liści, do kwiatów, do słońca, do ciepłego wiatru we włosach. I choć udało się to tylko na 3 dni, to i tak był to tak bardzo, bardzo potrzebny zastrzyk słonecznej energii. Jeeej, ile on mi jej dał! Ile zachwytów, smaków, widoków!

Polecieliśmy do Kalabrii. Tak, znowu do Włoch. Bo cenowo jest naprawdę OK, a i lubimy bardzo. No i na mojej liście miejsc do zobaczenia w tym kraju jest jeszcze sporo do odhaczenia… A jako, że zima trzymała, to trzeba było wybrać miejsce położone jak najbardziej na południe. Ciepło miało być na Sycylii, wiosennie w Kalabrii. Padło na to drugie, bo od dawna marzyło mi się zobaczyć Tropeę.

Jeśli więc szukacie pomysłu na niedługi wypad, to podrzucam Wam znowuż mój. Bo po raz kolejny stwierdzam nieskromnie, że fajnie to wszystko wymyśliłam! A wszystko tam po prostu – zachwyca! (No, może nie wszystko, ale Włochy trzeba brać po prostu takie jakie są.)

Oto więc plan w skrócie – lecimy Ryanairem do Lamezia Terme. Podróżujemy we czwórkę (my i dwie nasze córki) pociągami. Bazę mamy w Tropei – bo jest to miasteczko turystyczne, więc i po sezonie coś tam się tu dzieje i jest co robić wieczorami. Do zwiedzenia planujemy bez napięcia dwa inne miasteczka – Scillę i Pizzo.

To teraz przejdźmy do szczegółów dla zainteresowanych!

Bilety na lot Kraków – Lamezia Terme Ryanairem kupowałam dosłownie tydzień wcześniej. Koszt pojedynczego biletu wyszedł nam bazowo około 250 zł. Ja jeszcze jednak zawsze dokupuję miejsca i ubezpieczenie. Za bagaż spokojnie wystarczyły plecaki umieszczane pod siedzeniem. Na miejscu wylądowaliśmy popołudniu, przywitał nas ciepły wiatr. Na lotnisku w kiosku kupiłam bilety na autobus na dworzec kolejowy (okazało się, że wystarczyły 3 bilety – młodsza córka 4-letnia mogła jechać bezpłatnie). Taniej wychodzi wcześniejszy zakup biletów niż bezpośrednio u kierowcy. Warto o tym pamiętać, także przy powrocie (przy dworcu także są kioski z biletami). Do dworca dojeżdża bezpośrednio autobus 90, jedzie 5 minut (kilka razy dziennie zahacza jeszcze o jeden przystanek i jedzie wtedy chwilkę dłużej). Aby dojść do autobusu, po wyjściu z lotniska wystarczy skręcić w prawo i zaraz tam go znajdziecie. Rozkłady jazy są TUTAJ – na dole listy jest autobus „Navetta aeroporto”, klikamy „apri”. Można też kupić bilet łączony na autobus i pociąg, ale nie byłam pewna, na który nam się uda pociąg zdążyć, więc wybrałam powyższą opcję.

Co do pociągów – są naprawdę prostą i fajną opcją podróżowania. Mam też wrażenie, że w przypadku rodzinnych wypadów tworzą dodatkową atrakcję i wrażenie przygody. Poza tym są czyste, wygodne, nowoczesne i punktualne. Trasa na południe ciągnie się wybrzeżem, więc jest też cudownie widokowo. Pociągi na południe, czyli m.in. do Tropei, na dworcu w Lamezii odjeżdżały z peronu 3. Bilety można kupić w kasie i automatach, ale osobiście polecam jednak wgrać sobie aplikację Trenitalia na telefon. Ja właśnie tak kupowałam bilety – szybko i bezproblemowo, co jest też ważne na malutkich dworcach, gdzie nie mamy kas, a z automatami jest różnie. Pamiętajcie, że dzieci mają zniżkę tylko do 12 roku życia. Poniżej 4 lat, przejazdy są bezpłatne. Wszelkie rozkłady i informacje znajdziecie na stronie Trenitalia.

I tak ruszyliśmy pociągiem do Tropei. Trasa trwała około godziny i pozwalała zachwycać się zachodem słońca i morzem. Jak już wspominałam, wybrałam Tropeę na bazę, bo jest to jedno z tych popularnych, turystycznych, no i naprawdę pięknych miasteczek. Jako, że byliśmy z sezonie stosunkowo martwym, nie groziły nam tłumy, ale też coś niecoś się w mieście działo i było można wieczorami spacerować i chłonąć energię miasta. Trzeba jednak faktycznie mieć na uwadze, że o tej porze roku sporo atrakcji, restauracji czy sklepików po prostu nie działa. Córka miała na przykład prawdziwy problem, żeby zakupić najzwyklejsze pamiątki. Ale i to ma swój urok, prawda?

Na nasz pobyt wybrałam spokojne B&B, poza granicami najstarszej części miasta. Zależało mi na tym, aby było ogrzewanie, wifi i śniadanie. Był to TEN obiekt i mogę stwierdzić, że jest po prostu przyzwoity 🙂 Ach, pamiętajcie, że jeżeli jeździcie pociągami, to potem wszędzie trzeba dojść, a te miasteczka w Kalabrii to wszystkie są na zboczach, więc sporo tu chodzenia będzie.

I tak pierwszego wieczoru połaziliśmy po miasteczku i zjedliśmy pyszne pizze. Następnego dnia natomiast zaplanowałam nam wycieczkę do miasteczka o nazwie Scilla (choć najpierw oczywiście obeszliśmy Tropeę dookoła). Wynalazłam go na kilku blogach i wiedziałam, że na pewno tam wylądujemy – to nieco ponad godzina widokowej jazdy pociągiem na południe. I to był największy zachwyt tej wycieczki!

Scilla jest piękna! Pięknie położona wśród wzgórz wpadających do morza. Myślę, że byłaby idealna na letnie wakacje. Jest to totalnie urocze miasteczko ze wszystkim, czego nam potrzeba. Z jednej strony ma rozległą plażę z deptakiem i knajpkami. Potem wyrasta nam zamczysko, a po jego drugiej stronie mamy rzędy domów rybaków z wąskimi uliczkami (tutaj zatrzymaliśmy się na lunch w restauracji pani z Polski, było pysznie – zapomniałam tylko sprawdzić jej nazwę…). Jeśli natomiast wdrapiemy się na górną część miasteczka, znajdziemy rozległy plac z cudownym widokiem i zwyczajne domy tamtejszych mieszkańców. Wszędzie mi się tam podobało bardzo. Zapierało dech!

Kolejny dzień był ciepły i słoneczny. Spędziliśmy go w całości w Tropei i jej okolicach. Poszliśmy do portu i na nieco dalszą plażę, która zapewne w sezonie jest oblegana. Teraz minusem były spore ilości śmieci. Mimo to dało się wygrzać na piasku i pobrodzić w wodzie. Poszwendaliśmy się po wąskich uliczkach, zjedliśmy dobre jedzonko (choć nowością była dla mnie cykoria radicchio, która okazała się gorzka…), odwiedziliśmy większy market (uwielbiam!), wybawiliśmy dziecko na placu zabaw. Ot, spokojny dzień w małym włoskim miasteczku.

Ostatniego dnia, po wymeldowaniu z B&B, wsiedliśmy znowuż w pociąg – tym razem na północ, do miasteczka Pizzo. Słynie ono z lodów tartuffo – mają formę kuli i zawsze coś ciekawego w środku. Dzień przywitał nas deszczem, ale i pomimo tego znowuż – było pięknie. Pizzo także jest małym, uroczym miasteczkiem, które ma osobną część przy morzu – plażę, deptak i kanajpki (otworzyły się dopiero jak już wracaliśmy) i osobną – powyżej, na wzgórzu, na które trzeba się wdrapać. Tam jest centralny plac z restauracjami i lodziarniami. My zjedliśmy nasze lody w tej najsłynniejszej Dante – na szczęście jest czynna także zimą). Potem wyszło słońce, więc i można było docenić spacer tamtejszymi uliczkami.

Na koniec, wróciliśmy na pociąg do Lamezii, a stamtąd udaliśmy się na lotnisko, czekać na wieczorny lot.

Dodam ponownie – było pięknie. Była wiosna. Młodsza córka zbierała kwiaty, starsza wyszukiwała carbonarę, a mąż nosił obie na barana. Ja natomiast cały czas chłonęłam. Ile sił!

Noworocznie

Ostatnie lata nauczyły mnie, aby nie robić planów.

Postanowienia nigdy się nie sprawdzały.

Nie do końca też wierzę w zasadność otwierania nowego roku jako nowego rozdziału. Zwłaszcza w środku zimy, kiedy wszystko śpi. Kiedy natura odpoczywa. Kiedy i ja mam ochotę po prostu przezimować.

Niemniej jednak mam całkiem sporo marzeń. I celów – większych i mniejszych. I choć kłębią się one w mojej głowie trochę chaotycznie – będę do nich dążyć. Tylko troszkę wolniej. Na spokojnie. Aby ciało i głowa miały czas na regenerację. Bo wciąż jej potrzebują. A ja wciąż jestem jakby w zawieszeniu.

Chciałabym, aby ten rok był naprawdę łaskawy. Aby pozwolił mi wejść na właściwe drogi. Odnaleźć dobrą ścieżkę. Abym mogła tworzyć piękne rzeczy. Kochać. Śmiać się. Oddychać pełną piersią.

Życzę Wam, Kochani, zdrowia, magii i spokoju!

No i zaglądajcie do Lili czasami!

Puste plaże Helu po sezonie

Wybrała się ostatnio sama na Hel…

A dokładniej to zabrałam się z mężem na dwie nocki do Gdańska, a że on tam miał swoje biznesy to skorzystałam z tej cudownej sytuacji i wybrałam się na Hel właśnie. Już bowiem dawno zamarzyły mi się puste helskie plaże. I wiecie co?

Ten dzień, i te wrażenia, i te widoki – to było jedno z najpiękniejszych przeżyć w moim życiu. Dziękuję więc pogodzie, że była tak łaskawa w ten październikowy dzień. I Wszechświatowi, za tę możliwość po prostu. Bo to był wspaniały, spokojny, samotny dzień, którego bardzo potrzebowałam.

Dojechałam więc pociągiem do Helu, a potem podeszłam pomarańczowym szlakiem nad morze od strony północnej. Tam chyba dostałam jakiego zwariowania, bo połowę czasu latałam z aparatem i telefonem i robiłam zdjęcia i filmiki. No ja po prostu lubię robić zdjęcia! A potem zaległam na piasku, w słońcu. Plaże faktycznie są puste. Minęły mniej pojedyncze osoby, a i tak w oddaleniu. No, cudownie!

Na koniec pomaszerowałam do samego Helu, usiadłam sobie w jednej z tych knajpek z widokiem na Zatokę, okryłam się kocykiem, wypiłam herbatkę jesienną, zjadłam pieczonego ziemniaka i czułam spokój.

Ach, no i oczywiście zakupiłam córkom odpowiednie suweniry w postaci slajma, małej pluszowej foki i bransoletki. Bez tego wypad nad morze się nie liczy 🙂 A dodam, że my spod Krakowa.

Pozostawiam Wam i sobie trochę tego helskiego szczęścia w postaci fotek!


Toskania – pomysł na wyjazd

Tak i znowu pojechaliśmy do Włoch… I nic nie żałuję! Bo Toskania… No… wiadomo – od zawsze chciało się zobaczyć. Przyszedł więc na nią czas. I na nasze wczesno-wrześniowe wakacje.

A że znowuż wydaje mi się, że całkiem fajnie mi to się wszystko zaplanowało, to i znowu podrzucam i tutaj – jako inspirację dla Was. Być może także od dłuższego czasu marzy Wam się bowiem Toskania i potrzebujecie tylko tej jednej iskierki, która zadecyduje o przyszłym lecie. Albo jeszcze i jesieni… Tak, jest tam pięknie, bardzo pięknie. Jesienią zapewne też.

I choć u nas był to wyjazd wakacyjny, choć prognozy mówiły o niewielkich upałach, to pogoda się trochę sknociła w trakcie i poczuliśmy już ten vibe jesieni. I to też było piękne. A wręcz, mam wrażenie, bardzo pasujące do tych toskańskich tajemniczych widoków, wzgórz, lasów i pozakręcanych dróg. No i w sumie wolimy tak szwendać się w lekkim chłodzie niż w okropnym upale.

Podrzucam zatem trochę zdjęć widoczków – robionych na szybko słabym telefonem, więc nie idealnych. Ale nawet w ten sposób widać na nich tę niezwykłość regionu. Bo tam naprawdę prawie wszędzie jest jak na pocztówce. Domki i zabudowania w tym samym stylu, winnice, gaje oliwne, średniowieczne majestatyczne miasteczka górujące nad okolicą. Zupełnie inne od tych nadmorskich – przywołujące na myśl dawne legendy.


Wybraliśmy się na wakacje rodzinne, podzieliłam więc nasz pobyt na dwie części. Pierwszą spędziliśmy nad morzem na campingu, a potem przemieściliśmy się wgłąb lądu do typowo toskańskiej agroturystyki z pięknym widokiem i w pobliżu kilku tych uroczych miasteczek. Miało być spokojnie, bez zjeżdżania całego regionu i odhaczania po kolei atrakcji turystycznych. I tak było. A dzięki temu jest apetyt na więcej.

Ale wracając do spraw organizacyjnych….

Do Toskanii udaliśmy się samolotem, choć wiem, że wielu naszych rodaków wybiera własny samochód. Jednak dla nas taka długa trasa to stanowczo nie jest dobry pomysł. Wybrałam więc lot do Pizy. Tam też dolecieliśmy na wieczór i spędziliśmy pierwszą noc. Lotnisko w Pizie mieści się praktycznie już w mieście, można więc na spokojnie z całą rodziną i bagażami przejść sobie piechotą do jednego z okolicznych apartamentów, a potem wyjść coś zjeść i poszwendać się po uliczkach. Do krzywej wieży akurat jest piechotą kawałek, więc tę atrakcję zostawiliśmy sobie na ostatni dzień, na zwyczajne odhaczenie.

Rano, po śniadaniu w pobliskiej pasticcerii, udaliśmy się po autko, które zarezerwowałam nam wcześniej, bo to nim właśnie przemieszczaliśmy się w czasie naszych wakacji. Wybrałam wypożyczalnię Centauro. Samochód opłaciłam bezpośrednio na ich stronie. Polecam, bo było to naprawdę bezproblemowe – wybrałam opcję z pełnym ubezpieczeniem, z fotelikiem dla dziecka, z płatnością kartą debetową. Na miejscu zatrzymano na karcie jedynie około 100 euro na poczet paliwa, które potem bez problemu zwrócono. A do wypożyczalni z lotniska odjeżdża co chwilę żółty busik.

No i wyruszyliśmy do naszego pierwszego miejsca…

Camping Hu Park Albatros

Natknęłam się na niego w relacjach, na którymś z „włoskich” blogów i tak jakoś mi… siadł w głowie. Pisano o nim, że jest super na początek przygody z campingowaniem, a że to był właśnie nasz pierwszy raz – weszłam na stronę i zarezerwowałam nam 4 noce. Tak wiecie – bezpiecznie… Bo gdyby było nazbyt głośno czy tłoczno, to nie będzie za długo. I wiecie co? Było wspaniale!

Moja córka nazywała to miejsce Krainą Wesołych Bułeczek (od logo jednego z pośredników, które było na wielu domkach) i coś w tym jest. Tak to widzę – jako miejsce totalnej wakacyjnej radości i szczęśliwości. Tam po prostu ten dziecięcy zachwyt i beztroskę czuło się w powietrzu!

Camping to ogromna wakacyjna wioska położona w lasku piniowym – pod ogromnymi, cudownymi drzewami, które dawały cień i wspaniałe zapachy. Jest tu całe zaplecze rekreacyjne – teren z placem zabaw, mini klub, park linowy, przestrzeń do siedzenia z lodami, kilka restauracji i food trucków. Są ogromne baseny – i te głębokie, ale najlepsze były niskie, lagunowe, z miękkim dnem. Idealne dla mniejszych dzieci. Wieczorami na terenie parku wodnego jest mini disco i show dla starszych. Dziecię młodsze i starsze zachwycone, ale od razu mówię, że daleko temu show do poziomu tureckich all inclusive. Niemniej jednak oglądaliśmy zafascynowani tym, co to też może w zasadzie jedna pani wymyślić. A jeśli nie lubicie takiej rozrywki to na głównym placyku zawsze był koncert na żywo. Wieczorami otwierały się też różne stragany, nawet takie z okolicznym rękodziełem. Żyło to miejsce bardzo intensywnie.

Jeśli jednak dopadało nas zmęczenie, wystarczył spacerek do naszego domku, a tam już była naprawdę cisza i spokój. Wybrałam domek rodzaju hu stay Smart L Plus i był to świetny wybór. Miał dwie sypialnie, dwie łazienki, salon z kuchnią i przestronny taras z dużym stołem i leżakami. Uwielbiałam się tam rano budzić i wychodzić w tym zapachu piniowego lasu po coś dobrego na śniadanie. Na miejscu znajduje się bowiem duży market, a w nim codziennie rano świeże pieczywo i przepyszna pizza, krojona na kawałki. Tam też znalazłam cudną oliwę macerowaną z czosnkiem i już można było przepadać! Potem budziłam resztę i zajadaliśmy się tymi smakołykami. Bajka!

Camping znajduje się ponoć jakieś 800 m od morza i faktycznie jest to spory spacer. Zwłaszcza, jeśli macie domek nieco oddalony od wjazdu. Plaża za to jest długa i dzika. I w wielu miejscach można przy niej parkować, więc łączyliśmy to ze zwiedzaniem czy zakupami. Ach, niedaleko jest najsłynniejsza w Toskanii plaża Baratti. Można do niej podjechać busem z campingu lub samochodem. Niestety tam to już jest tłoczno. Pierwszy raz nie udało nam się zaparkować. Potem pogoda nie była idealna, a ludzi i tak sporo, więc jakoś specjalnie nie odebraliśmy tej plaży tak wyjątkowo, jak miało być.

Najbliższe miasteczko to San Vincenzo. Jest uroczą portową mieściną z wakacyjnym vibem. Ma deptaczek, restauracje, sklepiki, marinę, karuzelę i klimat dawnych lat. Wszystko to, czego tu potrzeba. Ma też spory market Coop, a w nim jedzenie w dobrych cenach. Na pewno dużo lepszych niż w markecie na campingu.

W pobliżu znajdziecie sporo ciekawych miejsc do obejrzenia, my nie daliśmy rady ze wszystkim. Polecić mogę do zwiedzenia jeszcze Piombino i Bibbonę.

Przyszła już bowiem pora na udanie się do naszej drugiej destynacji… Ale najpierw trochę zdjęć z Krainy Wesołych Bułeczek!

Ach, a tu jest link do campingu – Hu Albatros (rezerwowałam bezpośrednio na stronie).

Agriturismo Le Case di San Vivaldo

Na kolejne cztery nocki przemieściliśmy się wgłąb lądu – do uroczego zakątka zwanego San Vivaldo. Nie wiem nawet jak to miejsce można nazwać – chyba mikromieściną. Mieszczą się tu zabudowania z apartamentami, kilka domków i restauracja, do której co wieczór zjeżdża pół okolicy. Taka wiecie – toskańska knajpka z lokalnym jedzeniem w dobrych cenach, w której rano można też kupić świeży chleb.

Największą zaletą Agriturismo Le Case di San Vivaldo był niezwykły, po prostu przepiękny widok na okoliczne wzgórza i piękne zachody słońca. A drugą największą zaletą – wielki basen, z którego przez cały nasz pobyt korzystaliśmy chyba tylko my. Może już było troszkę po sezonie, może brak upałów nam tylko nie był straszny. Ale wielki basen, był nasz. Lata swojej świetności miał za sobą, ale to dodawało mu tylko uroku.

Nasz apartament rezerwowałam na Booking.com – Agriturismo Le Case di San Vivaldo – bardzo polecam jeśli poszukujecie czegoś z charakterem, ale w dobrej cenie. O okolicy jest cała masa pięknych, bardziej luksusowych miejscówek. Widać je z drogi i można się naprawdę zachwycać. Tutaj jednak cena wygrała, a klimat, czystość i okolica naprawdę były zacne.

Najbliższe miasteczko z możliwością zrobienia większych zakupów (znowuż polecam market Coop) to Montaione. Dosłownie 10-12 minut jazdy, a znowuż przenosimy się do jakiegoś magicznego świata. Miasteczko jest przeurocze, położone na wzgórzu, niewielkie, nie ma tłoku, łatwo zaparkować, a te widoki… No cudne.

W odległości 30-40 minut od agroturystyki jest kilka miejsc bardziej lub mniej turystycznych, które warto odwiedzić. My byliśmy z miasteczkach:

  • Volterra – chyba najbardziej mi się podobała. Turystyczna, ale nie zapchana turystami. Wspaniały klimat, piękne widoki, idealna na spacery.
  • Certaldo – wybraliśmy się tam specjalnie, bo doczytałam, że jest „nieodkryte” turystycznie 🙂 Jest o tyle ciekawe, że średniowieczna starówka mieści się na wzgórzu i trzeba do niej dojechać takim specjalnym tramwajem/kolejką, co jest atrakcją samą w sobie. A dookoła miasto żyje swoim współczesnym życiem, co też ma swój urok.
  • San Gimignano – chyba najbardziej znane okoliczne miasteczko, słynące z pozostałych tu średniowiecznych wież. Zapewne też byłoby najciekawsze, gdyby nie ilość odwiedzających. Tłumy nas przerosły, ale też byliśmy tylko na popołudnie. Zapewne byłoby znacznie lepiej zostać tu na noc i odkryć miasteczko wieczorem i o poranku, kiedy jeszcze nie zjeżdżają się wycieczki autobusowe. W każdym razie – też piękne i warte zobaczenia.

Raz jeszcze też napiszę, że te miejsca powyższe są piękne same w sobie, ale w zasadzie pięknie jest tu prawie wszędzie. Jedziesz autem i się cały czas zachwycasz. Czy świeci słońce, czy właśnie spektakularnie zachodzi, czy powstają mgły po deszczu pomiędzy wzgórzami, czy nawet ten deszcz leje – jest niesamowicie.

Ostatniego dnia wróciliśmy do Pizy, oddać samochód i zobaczyć wieżę. I wróciliśmy do naszej codzienności.

Z pięknymi wspomnieniami!

To kto wybiera się do Toskanii na kolejne wakacje?

Warsztaty jako stoisko w galerii

W zasadzie chciałabym tu pozostawić ślad ostatnich warsztatów. Zależy mi bowiem na tym, abyście wiedzieli, że warsztaty słodyczy kosmetycznych i kosmetyków naturalnych, które oferujemy, to nie tylko tradycyjne 2-3-godzinne spotkanie. Mogą mieć one doprawdy najróżniejsze formy. A wszystko zależy od… Was! Czyli od organizatorów.

Przypominam, że z warsztatami jeździmy tam, gdzie organizujecie swój event. Po całej Polsce. Przyjeżdżamy zazwyczaj w pełni zapakowanym samochodem, zastawiamy stół wszystkimi składnikami, dodatkami, kwiatami, olejkami – co tam jest w programie. I działamy! I zawsze, ale to zawsze, jest efekt wow!

Ostatnio w jednej z krakowskich galerii mieliśmy stoisko otwarte. Takie stoiska proponujemy także na dużych spotkaniach firmowych albo piknikach. Czym jest takie stoisko?

Do stoiska można podejść i wykonać swój jeden kosmetyk, dopasowany do własnych potrzeb i preferencji, pod moim czujnym okiem z moją ciągłą pomocą.

Tym razem klientki zdecydowały się na perfumowane olejki w roll-onie. Nie wiedziały tylko do końca czy zdecydować się na olejki nabłyszczające – z pobłyskującą miką, czy takie wypełnione kolorowymi kwiatami, które pachną pięknie i wyglądają uroczo.

Na zdjęciu widać, jaką ostatecznie podjęły decyzję! A swoje olejki zrobiło 150 osób!

Jeśli planujesz swoje wydarzenie, mniejszy lub większy event, zapraszam po więcej na stronę warsztatową:

LiliGarden.pl

Napisz do mnie mail na lilinatura@lilinatura.pl z informacją, co to ma być za wydarzenie, z jego lokalizacją i planowaną liczbą uczestników, a podeślemy konkretną ofertę z kosztami i propozycjami tematów takich warsztatów!

Muszę jeszcze wrzucić moje kwiatowe zachwyty – bo zaraz och nie będzie… Niechaj trwają tutaj!

Wiosna w Apulii

Mam już tak czasami, że przychodzi do mnie taka ogromna potrzeba, aby wypić spokojną kawę na jakiejś włoskiej piazzy. Tak i zabrałam starsze dziecię i wybrałyśmy się we dwie na kilka dni zobaczyć Apulię wiosną.

Tym razem nie będę się rozpisywać o tym, jak zorganizować taki wypad i co warto zobaczyć. W internecie jest już bardzo dużo na ten temat. A i mam wrażenie, że Apulia przeżywa aktualnie najazd rodaków – na ulicach słyszy się głównie włoski i polski. Ja skorzystałam z porad z dwóch blogów, które serdecznie tu polecam – Podróże po Europie i Italia poza szlakiem – zwłaszcza wpis o Monopoli i Ostuni.

Jako, że do Apulii pojechałam z 13-latką, z góry założyłam, że nie będziemy zaliczać po kolei wszystkich okolicznych polecanych miasteczek. Miałyśmy się na spokojnie nasycić klimatem. Udało się więc i trochę pobyczyć w uroczych plażowych zatoczkach, i posiedzieć leniwie w kawiarniach, pospacerować niespiesznie, ale i trochę zobaczyć.

Przyleciałyśmy do Bari, ale od razu udałyśmy się pociągiem do Monopoli. To tutaj zarezerwowałam trzy noclegi (kolejny, czwarty, w Bari) w małym apartamenciku z osobną sypialnią i kuchnią z salonem. Mieścił się w kamienicy z historycznym centrum, na jej ostatnim piętrze. Miałyśmy i malutki balkonik z widokiem na wąskie uliczki i cudowny taras na dachu z widokiem na… no, na wszystko. Na dachy, na inne tarasy, na kopuły i kościoły, a przede wszystkim na morze. Uwielbiałam pić tam kawę i jeść śniadanie.

Monopoli jest wspaniałym miasteczkiem i doskonałą bazą wypadową do zwiedzania regionu – koleją można dotrzeć spokojnie w wiele miejsc. A jak nie koleją to autobusem. My jednego dnia udałyśmy się do chyba najsłynniejszego Polignano a Mare, a drugiego do Ostuni. Oba miasteczka piękne. Pierwsze mieści się na klifach, które robią wrażenie, drugie to białe miasteczko w głębi lądu o niezwykłym klimacie.

Jednak to właśnie Monopoli skradło moje serce. Na południe od niego, w odległości spaceru, mieszą się małe plaże w schowanych zatoczkach i łąki, porośnięte o tej porze roku kolorowym kwieciem. Bajka! A po samym Monopoli chodzi się jak po jakiejś włoskiej bombonierce. Centrum historyczne to labirynt wąskich, zadbanych, czystych uliczek, w których łatwo się zgubić, ale i równie łatwo odnaleźć. Ludzi jest sporo na głównych jego szlakach, dalej już całkiem przyjemnie. Co ważne, miasto żyje swoim włoskiem życiem. O ile w tych dawnych kamieniczkach sporo jest starszych mieszkańców, to tuż obok znajdziemy normalne miasto ze zwykłymi sklepami i swoją południową codziennością.

Najmniejsze wrażenie zrobiło na mnie samo Bari – może dlatego, że trochę zepsuła nam się wtedy pogoda… A może po prostu wolę małe miasteczka? Ale może też dlatego, że nie było dużo czasu, aby się wgłębić w tkankę miejską, wchłonąć ją, doświadczyć i zrozumieć. Cóż, trzeba będzie wrócić! Obiecałam to w końcu mojej młodszej córeczce!

Odsyłam Was więc na blogi, o których wspomniałam na początku, a tutaj pozostawiam troszkę naszej kilkudniowej włoskiej przygody!

Facebook