Jak zawsze za szybko. Jak zawsze nie ogarniam, jakim cudem i kiedy to wszystko minęło. Jak zawsze zapewne zorientuję się w listopadzie, że trzeba schować sandały. Bo jakoś nie nadążam…
No ale mamy ten wrzesień. Dzieci już w placówkach, a ja jeszcze żyję upałami letnimi, słońce, morzem i kolorowym jedzonkiem.
Wrzucam więc małą pocztówkę z wakacji. Na pamiątkę. Dla słonecznej energii. Kilka zdjęć tego, co minęło, ale już na zawsze z nami zostanie.
Na początek – cudowne Korfu! Polecieliśmy sobie, aby zanurzyć się w tej krystalicznej wodzie i dźwiękach cykad. A że byliśmy tam z mężem dwa lata temu i już Wam wtedy wszystko opisałam, podrzucam tym razem jedynie zdjęcia.
Korfu jest piękne – planuję już kolejny tam lot. Kiedyś… ale – na pewno. Tymczasem polecam moją zachętę do październikowego wypadu z kilkoma poradami w dawnym poście TUTAJ.
A co sobie przywieźć z Korfu? Zwłaszcza, jeśli się ma minimalny bagaż… Polecam te małe cuda! I już żałuję, że zmieściły się tylko po dwie sztuki… Bo…
Bo ten różany balsam jest genialny! Kupiłam go pierwszy raz dwa lata temu właśnie. I się zakochałam! Pachnie obłędnie różami, jest tłuściutki, ale nie za bardzo i działa jak kojący okład na skórę. Na etykiecie ma napisane Wax cream Rose with organic olive oil i małe logo – Spitiko. Ma też inne wersje zapachowe, ale ich nie sprawdzałam, bo zazwyczaj od razu wybieram różę. Zakupiony w jednym ze sklepików w mieście Korfu po 10 euro/sztuka.
Polecam też te mydełka! Cudne, bo najprostsze z możliwych – na oliwie i soli morskiej. Oznacza to, że nie pachną, ale świetnie działają! Można używać do wszystkiego 🙂 No i jakie ładne opakowanie! Nazwa marki to Papoutsanis, a znalezione zostały w markecie w jednej z pomniejszych miejscowości. 1,90 euro za kostkę. Nie pomylcie z podobnymi, które mają tylko dodatek oliwy i są białe – no, chyba., że takie wolicie. Polecam!
Całkowicie też tego lata zauroczył mnie Wawel. A dokładniej ogrody wawelskie o poranku. Naprawdę – zaraz po otwarciu. Jest pusto. Jest pięknie! Wybrałam się tam na zajęcia qigong na trawie i było to wyjątkowe przeżycie.
Podrzucam więc ten Wawel i moje zachwyty!
No i na koniec – kilka kadrów kolorowych! Letnich i pysznych. Bo przecież latem właśnie tak cudownie się je! Tak soczyście i pazernie. I się więcej chce. Nawet pomimo upałów.
Wyrwaliśmy się w ferie, na chwilę, z całej tej zimy. W lutym, do wiosny. Do liści, do kwiatów, do słońca, do ciepłego wiatru we włosach. I choć udało się to tylko na 3 dni, to i tak był to tak bardzo, bardzo potrzebny zastrzyk słonecznej energii. Jeeej, ile on mi jej dał! Ile zachwytów, smaków, widoków!
Polecieliśmy do Kalabrii. Tak, znowu do Włoch. Bo cenowo jest naprawdę OK, a i lubimy bardzo. No i na mojej liście miejsc do zobaczenia w tym kraju jest jeszcze sporo do odhaczenia… A jako, że zima trzymała, to trzeba było wybrać miejsce położone jak najbardziej na południe. Ciepło miało być na Sycylii, wiosennie w Kalabrii. Padło na to drugie, bo od dawna marzyło mi się zobaczyć Tropeę.
Jeśli więc szukacie pomysłu na niedługi wypad, to podrzucam Wam znowuż mój. Bo po raz kolejny stwierdzam nieskromnie, że fajnie to wszystko wymyśliłam! A wszystko tam po prostu – zachwyca! (No, może nie wszystko, ale Włochy trzeba brać po prostu takie jakie są.)
Oto więc plan w skrócie – lecimy Ryanairem do Lamezia Terme. Podróżujemy we czwórkę (my i dwie nasze córki) pociągami. Bazę mamy w Tropei – bo jest to miasteczko turystyczne, więc i po sezonie coś tam się tu dzieje i jest co robić wieczorami. Do zwiedzenia planujemy bez napięcia dwa inne miasteczka – Scillę i Pizzo.
To teraz przejdźmy do szczegółów dla zainteresowanych!
Bilety na lot Kraków – Lamezia Terme Ryanairem kupowałam dosłownie tydzień wcześniej. Koszt pojedynczego biletu wyszedł nam bazowo około 250 zł. Ja jeszcze jednak zawsze dokupuję miejsca i ubezpieczenie. Za bagaż spokojnie wystarczyły plecaki umieszczane pod siedzeniem. Na miejscu wylądowaliśmy popołudniu, przywitał nas ciepły wiatr. Na lotnisku w kiosku kupiłam bilety na autobus na dworzec kolejowy (okazało się, że wystarczyły 3 bilety – młodsza córka 4-letnia mogła jechać bezpłatnie). Taniej wychodzi wcześniejszy zakup biletów niż bezpośrednio u kierowcy. Warto o tym pamiętać, także przy powrocie (przy dworcu także są kioski z biletami). Do dworca dojeżdża bezpośrednio autobus 90, jedzie 5 minut (kilka razy dziennie zahacza jeszcze o jeden przystanek i jedzie wtedy chwilkę dłużej). Aby dojść do autobusu, po wyjściu z lotniska wystarczy skręcić w prawo i zaraz tam go znajdziecie. Rozkłady jazy są TUTAJ – na dole listy jest autobus „Navetta aeroporto”, klikamy „apri”. Można też kupić bilet łączony na autobus i pociąg, ale nie byłam pewna, na który nam się uda pociąg zdążyć, więc wybrałam powyższą opcję.
Co do pociągów – są naprawdę prostą i fajną opcją podróżowania. Mam też wrażenie, że w przypadku rodzinnych wypadów tworzą dodatkową atrakcję i wrażenie przygody. Poza tym są czyste, wygodne, nowoczesne i punktualne. Trasa na południe ciągnie się wybrzeżem, więc jest też cudownie widokowo. Pociągi na południe, czyli m.in. do Tropei, na dworcu w Lamezii odjeżdżały z peronu 3. Bilety można kupić w kasie i automatach, ale osobiście polecam jednak wgrać sobie aplikację Trenitalia na telefon. Ja właśnie tak kupowałam bilety – szybko i bezproblemowo, co jest też ważne na malutkich dworcach, gdzie nie mamy kas, a z automatami jest różnie. Pamiętajcie, że dzieci mają zniżkę tylko do 12 roku życia. Poniżej 4 lat, przejazdy są bezpłatne. Wszelkie rozkłady i informacje znajdziecie na stronie Trenitalia.
I tak ruszyliśmy pociągiem do Tropei. Trasa trwała około godziny i pozwalała zachwycać się zachodem słońca i morzem. Jak już wspominałam, wybrałam Tropeę na bazę, bo jest to jedno z tych popularnych, turystycznych, no i naprawdę pięknych miasteczek. Jako, że byliśmy z sezonie stosunkowo martwym, nie groziły nam tłumy, ale też coś niecoś się w mieście działo i było można wieczorami spacerować i chłonąć energię miasta. Trzeba jednak faktycznie mieć na uwadze, że o tej porze roku sporo atrakcji, restauracji czy sklepików po prostu nie działa. Córka miała na przykład prawdziwy problem, żeby zakupić najzwyklejsze pamiątki. Ale i to ma swój urok, prawda?
Na nasz pobyt wybrałam spokojne B&B, poza granicami najstarszej części miasta. Zależało mi na tym, aby było ogrzewanie, wifi i śniadanie. Był to TEN obiekt i mogę stwierdzić, że jest po prostu przyzwoity 🙂 Ach, pamiętajcie, że jeżeli jeździcie pociągami, to potem wszędzie trzeba dojść, a te miasteczka w Kalabrii to wszystkie są na zboczach, więc sporo tu chodzenia będzie.
I tak pierwszego wieczoru połaziliśmy po miasteczku i zjedliśmy pyszne pizze. Następnego dnia natomiast zaplanowałam nam wycieczkę do miasteczka o nazwie Scilla (choć najpierw oczywiście obeszliśmy Tropeę dookoła). Wynalazłam go na kilku blogach i wiedziałam, że na pewno tam wylądujemy – to nieco ponad godzina widokowej jazdy pociągiem na południe. I to był największy zachwyt tej wycieczki!
Scilla jest piękna! Pięknie położona wśród wzgórz wpadających do morza. Myślę, że byłaby idealna na letnie wakacje. Jest to totalnie urocze miasteczko ze wszystkim, czego nam potrzeba. Z jednej strony ma rozległą plażę z deptakiem i knajpkami. Potem wyrasta nam zamczysko, a po jego drugiej stronie mamy rzędy domów rybaków z wąskimi uliczkami (tutaj zatrzymaliśmy się na lunch w restauracji pani z Polski, było pysznie – zapomniałam tylko sprawdzić jej nazwę…). Jeśli natomiast wdrapiemy się na górną część miasteczka, znajdziemy rozległy plac z cudownym widokiem i zwyczajne domy tamtejszych mieszkańców. Wszędzie mi się tam podobało bardzo. Zapierało dech!
Kolejny dzień był ciepły i słoneczny. Spędziliśmy go w całości w Tropei i jej okolicach. Poszliśmy do portu i na nieco dalszą plażę, która zapewne w sezonie jest oblegana. Teraz minusem były spore ilości śmieci. Mimo to dało się wygrzać na piasku i pobrodzić w wodzie. Poszwendaliśmy się po wąskich uliczkach, zjedliśmy dobre jedzonko (choć nowością była dla mnie cykoria radicchio, która okazała się gorzka…), odwiedziliśmy większy market (uwielbiam!), wybawiliśmy dziecko na placu zabaw. Ot, spokojny dzień w małym włoskim miasteczku.
Ostatniego dnia, po wymeldowaniu z B&B, wsiedliśmy znowuż w pociąg – tym razem na północ, do miasteczka Pizzo. Słynie ono z lodów tartuffo – mają formę kuli i zawsze coś ciekawego w środku. Dzień przywitał nas deszczem, ale i pomimo tego znowuż – było pięknie. Pizzo także jest małym, uroczym miasteczkiem, które ma osobną część przy morzu – plażę, deptak i kanajpki (otworzyły się dopiero jak już wracaliśmy) i osobną – powyżej, na wzgórzu, na które trzeba się wdrapać. Tam jest centralny plac z restauracjami i lodziarniami. My zjedliśmy nasze lody w tej najsłynniejszej Dante – na szczęście jest czynna także zimą). Potem wyszło słońce, więc i można było docenić spacer tamtejszymi uliczkami.
Na koniec, wróciliśmy na pociąg do Lamezii, a stamtąd udaliśmy się na lotnisko, czekać na wieczorny lot.
Dodam ponownie – było pięknie. Była wiosna. Młodsza córka zbierała kwiaty, starsza wyszukiwała carbonarę, a mąż nosił obie na barana. Ja natomiast cały czas chłonęłam. Ile sił!
Ostatnie lata nauczyły mnie, aby nie robić planów.
Postanowienia nigdy się nie sprawdzały.
Nie do końca też wierzę w zasadność otwierania nowego roku jako nowego rozdziału. Zwłaszcza w środku zimy, kiedy wszystko śpi. Kiedy natura odpoczywa. Kiedy i ja mam ochotę po prostu przezimować.
Niemniej jednak mam całkiem sporo marzeń. I celów – większych i mniejszych. I choć kłębią się one w mojej głowie trochę chaotycznie – będę do nich dążyć. Tylko troszkę wolniej. Na spokojnie. Aby ciało i głowa miały czas na regenerację. Bo wciąż jej potrzebują. A ja wciąż jestem jakby w zawieszeniu.
Chciałabym, aby ten rok był naprawdę łaskawy. Aby pozwolił mi wejść na właściwe drogi. Odnaleźć dobrą ścieżkę. Abym mogła tworzyć piękne rzeczy. Kochać. Śmiać się. Oddychać pełną piersią.
A dokładniej to zabrałam się z mężem na dwie nocki do Gdańska, a że on tam miał swoje biznesy to skorzystałam z tej cudownej sytuacji i wybrałam się na Hel właśnie. Już bowiem dawno zamarzyły mi się puste helskie plaże. I wiecie co?
Ten dzień, i te wrażenia, i te widoki – to było jedno z najpiękniejszych przeżyć w moim życiu. Dziękuję więc pogodzie, że była tak łaskawa w ten październikowy dzień. I Wszechświatowi, za tę możliwość po prostu. Bo to był wspaniały, spokojny, samotny dzień, którego bardzo potrzebowałam.
Dojechałam więc pociągiem do Helu, a potem podeszłam pomarańczowym szlakiem nad morze od strony północnej. Tam chyba dostałam jakiego zwariowania, bo połowę czasu latałam z aparatem i telefonem i robiłam zdjęcia i filmiki. No ja po prostu lubię robić zdjęcia! A potem zaległam na piasku, w słońcu. Plaże faktycznie są puste. Minęły mniej pojedyncze osoby, a i tak w oddaleniu. No, cudownie!
Na koniec pomaszerowałam do samego Helu, usiadłam sobie w jednej z tych knajpek z widokiem na Zatokę, okryłam się kocykiem, wypiłam herbatkę jesienną, zjadłam pieczonego ziemniaka i czułam spokój.
Ach, no i oczywiście zakupiłam córkom odpowiednie suweniry w postaci slajma, małej pluszowej foki i bransoletki. Bez tego wypad nad morze się nie liczy 🙂 A dodam, że my spod Krakowa.
Pozostawiam Wam i sobie trochę tego helskiego szczęścia w postaci fotek!