KategorieŻycie

Wspomnienia z wakacji

Niemoc twórcza mnie dopadła…. Okrutna…. Cały zeszły tydzień nic mi nie szło, choć pójść powinno sporo…

I tutaj pustki, choć obiecałam sobie po urlopie przysiąść i pokazać Wam trochę pięknych rzeczy i inspiracji.

Zaczynam więc łagodnie. Och, jakże łagodnie. Zaczynam małym wspomnieniem z wakacji. Naszych niezwykle dziwnych wakacji z przełomu sierpnia i września. Dziwnych, bo w dziwnych czasach. Przesyconych obawą, ale mimo to pięknych i dobrych.

Zostawiam Was z taką pocztówką z Chorwacji końca lata. Choć dobrze wiem, że być może sporo z Was także odwiedziło Chorwację w tym roku. Polakami ponoć stała! I trudno się dziwić – pięknie i pusto, spokojnie i naprawdę bezpiecznie.

Byłam tam pierwszy raz i wiem już na pewno, że kiedyś wrócę. Kiedy już będzie normalniej.


Post sielski

Jeździmy tam co roku. Od wielu już lat. Z przyjaciółmi.

Na wieś prawdziwą. Najprawdziwszą. Taką sielską o tej porze roku.

Na sam koniec świata, na sam koniec drogi. Gdzie dzieci mogą biegać w pełni wolne. Gdzie czasem ktoś tylko podjedzie, popatrzeć jak mu rośnie kapusta. Gdzie siada się popołudniami na werandzie, wpatruje w bujne pola i śmieje do rozpuku, do utraty tchu.

I czeka się na ten wyjazd całą długą kwarantannę. I doczekać się nie może. I tęskni się do tych śmiechów i wariactw. A potem on nadchodzi i jest dokładnie tak, jak miało być.

I wraca spokój.

Przesyłam Wam dzisiaj trochę tej sielskiej wsi. Tego spokoju.

A najlepsze jest to, że całe lato wciąż przed nami!


Jak dzień i noc

Każda z nas ma w sobie dzień i noc, prawda?

A właściwie każdej nocy i każdego dnia przeżywamy nieokreśloną ilość dni i nocy.

Tych dni, jasnych, najjaśniejszych. Kiedy możemy wszystko. Kiedy nie straszne nam są trudności i przeszkody. Kiedy wspinamy się wysoko i lśnimy słonecznymi promieniami.

I nocy, czarnych, najczarniejszych. Które przychodzą nagle i okrywają nasz dnień mrocznym całunem, gęstą mgłą smutku i zwątpienia.

I chyba, jak sądzę, jak mi się wydaje – dopiero kiedy sobie to uświadomimy, możemy zachować równowagę. Bo dniu potrzebna jest noc, a nocy dzień. Bo nie można funkcjonować tylko za dnia, a już na pewno nie jedynie nocą.

Bo dzień jest jaśniejszy, kiedy zwycięży noc. Prawda?



A przy okazji… Spieszę z zaproszeniem Was na Instagram! A dokładniej na moje dwa profile – jeden blogowy, drugi – graficzny.

To co? Śledzicie? :*



Instagram blogowy

>>> LILINATURA <<<



Instagram graficzny

>>> LILICREATIVE <<<

Rozmaiło się

Tak wisiałam sobie ostatnio na naszym fotelo-hamaku, wpatrzona w nową część osiedla, która dopiero powoli się urządza. Zdjęli nam właśnie wielką czarną plandekę, która oddzielała nas od budowy i nagle okazało się, że cała ta nowa część osiedla ma bardzo wdzięczny widok na nasz ogródek. Wisiałam tak więc, obserwując sobie wszystkich tych panów majstrów i zastanawiałam się bardzo poważnie, co tu zrobić z tak okropnie złym dniem. A dokładniej – co zrobić, aby tak okropnie zły dzień, jaki się nam przytrafił, zamienił się w choć odrobinę lepszy.

I teraz jest ten moment, w którym powinnam Was wręcz zastrzelić super ekstra fajnym sposobem obrócenie marazmu w pełną szczęśliwość. Niestety jednak nic nie wymyśliłam…

Wstałam tylko i zabrałam się za kopanie w ogródku. Poplewiłam, obsypałam wszystko korą, popatrzyłam i uznałam, że to był dobry pomysł. Potem zabrałam psa (nikt inny nie chciał) na długi spacer po okolicznych wsiach i łąkach i porobiłam mu na tych łąkach serię portretów. I to także był dobry pomysł, bo fajne wyszły. A kiedy tak szłyśmy z tą moją Misią, kiedy promienie wieczornego słońca ogrzewały mi pół twarzy (pół było oczywiście pod maską), kiedy co rusz mijałyśmy obsypane kwieciem drzewa, kiedy po powrocie obserwowałam jak mucha (mucha!) przysiadła na poidełku mojego pomysłu i autentycznie piła sobie wodę, wtedy to nagle się okazało, że dzień zrobił się lepszy.

I jeszcze coś… Uwielbiam wyrażenie “rozmaiło się”! Niesie w sobie ogromne pokłady wszystkiego co dobre – słońca, gołych stóp na trawie, kwiatów na drzewach i łąkach, liści zielonych tą intensywną zielenią, porannej rosy, zapachu bzów, popołudniowych deszczów, wiatru we włosach i piegów na nosie.

I wiecie co?

Rozmaiło się!


Jeden z psich porterów! Więcej na Instagramie!
Magia odkryta pewnego popołudnia w pokoju Róży!
Moja własna ukochana wiśnia!
A tu mi po prostu dobrze 🙂

Kwestia balansu

Pewnie nie odkryję Ameryki, pisząc, że wszystko jest kwestią odpowiedniego balansu.

A chodzi mi oczywiście o funkcjonowanie w tym nierealnym stanie światowej pandemii, zamknięcia, narodowej kwarantanny, czy jak to sobie jeszcze określimy.

Wprawdzie sama zaczęłam mniej więcej wyczuwać tę kojącą równowagę dopiero ostatnio, niemniej jednak – w końcu czuję się po prostu lepiej. Nie będę więc przynudzać i umoralniać. Zwróćcie po prostu uwagę, choć na pewno sami to dobrze wiecie, że jeżeli udaje się odpowiednio zrównoważyć dzień, staje się on pełniejszy i lepszy. Nawet w tej przymusowej izolacji.

Teraz już można, więc wyjdźcie na spacer! W odludne miejsce, z maseczką, zachowując środki ostrożności, ale trzeba wyjść. Mnie ratują okoliczne łąki, na które uciekam z psem, choć na chwilę. Nikogo tam nigdy nie ma. I ta pustka, o dziwo, koi. Ta przestrzeń, niebo, słońce. Przysiadam na chwilę, zamykam oczy i czuję się dobrze.

Albo zamykam się w innym świecie w moim mini ogródku. Znowuż w tym słońcu, które jeszcze jest takie nieśmiałe, a które niesie tyle energii. Biorę książkę, gazetkę, kawę i po prostu – znikam.

A potem już umiem odpowiednio zrównoważyć dzień. Trochę pracy (cóż no, nie mam jej teraz tyle co zawsze), nauki z córką, codzienne domowe czynności, sprawdzanie ilości stokrotek w trawniku, sianie kwiatów, rozmowy przez telefon z rodzicami i przyjaciółmi, serial, który oglądamy z Różą, serial, który oglądam sama, gotowanie z mężem, planowanie przyszłości i oswajanie zmian. Mniej wiadomości, codziennych raportów o ilości zachorowań, strachu i paniki. To już za mną.

Jakże nierealna jest ta rzeczywistość teraz. Ale ile w niej dobra!

Jeśli tylko zachowa się odpowiedni balans.


Dzieci światła, córka słońca

Podświadomie czułam to od zawsze. Uczono mnie tego, powtarzano, przekazywano, donoszono. Wiem na pewno jednak od niedawna. A w zasadzie czuję. I jak nic, szczególnie teraz, korzystam w pełni.

Słońca nam trzeba! Jego kojących, uzdrawiających promieni. Jego wypełniającej energii. Pokładów nadziei, które tylko ono potrafi tak łaskawie zakorzenić w naszej świadomości.

Właśnie teraz, w czasach trudnych, w czasach próby i zmiany, teraz właśnie czuję, że to słońce pomoże mi przetrwać.

Łapię więc tę jego energię codziennie. Zażywam kąpieli słonecznych, aby wypełnić każdy kawałeczek ciała pozytywnym myśleniem. Zalegam na trawce, na macie i kocyku i leczę obolałe ciało i zmęczony umysł. Nic tak dobrze mi nie pomaga na moje problemy z kręgosłupem, na rwę, która mnie w tym stresie dopadła, jak właśnie ten czas spędzony na słońcu. Kwietniowym, łagodnym, jakże kojącym słońcu.



Promienie słoneczne przenoszą nam dobre myśli, ale nie tylko one. To Hania, która stworzyła Synchronię i Green Dragonfly Natural Candles, nauczyła mnie, że tak samo działają drobne światełka, promyczki zaklęte w płomieniach świec, tworzonych z sercem.

Te świece, które koją moją duszę swoim promieniem i naturalnym zapachem, te świece towarzyszą mi od dawna. Mam to ogromne szczęście, że trafiają do mnie właśnie wtedy, kiedy potrzebuję ich najbardziej. Ich płomień przynosi nadzieję, spokój i to przyjemne uczucie radosnego oczekiwania na to, co dopiero się wydarzy. Na wszystkie dobre rzeczy, które nas jeszcze czekają.

Taką moc mają świece Hani!

Na pudełeczku są życzenia “Świetlistych Świąt”. I to chyba najlepsze życzenia, jakie do tej pory słyszałam.

Po świece odsyłam Was na stronę Green Dragonfly Natural Candles.


A tutaj przesyłam moje ostatnie słoneczne ilustracje i zdjęcia z nowymi świecami Hani, które dotarły do mnie, aby rozświetlić mi Święta.


Facebook