KategorieŻycie

O dobrej myśli

Czy Wam też wydaje się, że jakoś połowa ludzi wokół Was wariuje?

Mnie też dopadły ciężkie czasy. Na szczęście, odpukać, nie w ten sposób, którego się wszyscy obawiamy. Niemniej jednak, mój organizm wybitnie udowodnił mi, jak bardzo cała ta sytuacja z koronawirusem, odbiła się na mojej psychice. Otóż, poległam. A dokładniej, moje plecy znowuż poległy i ten post piszę Wam w pozycji leżącej, a dokładniej – z kanapy.

Ja już te moje plecy bowiem dobrze przejrzałam. Znamy się nie od dziś, choć przyznam, że dużo czasu zajęło mi odkrycie pewnej korelacji pomiędzy moimi dolegliwościami, a stanem umysłu. Dopiero całkiem niedawno powiązałam fakty i uświadomiłam sobie, że dopadają mnie, te moje plecy, w sytuacjach mocno obniżonego nastroju. Po prostu wtedy, kiedy jest mi ciężko. Być może dlatego, że wtedy zaniedbuję pracę nad nimi i wykonuję nieprzemyślane ruchy, których wykonywać nie powinnam. Może mam obniżoną odporność. Może stres w jakiś inny sposób oddziaływuje na mięśnie przy kręgosłupie. W każdym razie – ponownie poległam…

Wiem więc, że pomimo pozornego spokoju, boję się bardzo. O moją rodzinę, o siebie, o świat cały. O to, że odwołano mi warsztaty i nie mam pracy. O niepewną przyszłość. Są to lęki całkowicie normalne, słuszne i oparte na oczywistych przesłankach.

Mam jednak wrażenie, o czym wspominałam na początku, że naprawdę sporo z nas, borykających się z tym nieznanym doświadczeniem, jakim jest pandemia koronawirusa i związany z nią kryzys gospodarczy, zwyczajnie wariuje.

I ja nawet te osoby rozumiem. Trochę. I nawet łączę się niekiedy w tym ich strachu. Coraz częściej jednak docierają do mnie obawy innych całkowicie… hmm… odjechane.

I to, doprawdy, staje się dopiero przerażające.

I dlatego, tak niesamowicie ważne jest, abyśmy trzymali się dobrych myśli. Abyśmy byli dobrej myśli. Uwierzyli, że damy radę. Że przetrwamy. Że to szaleństwo się w końcu skończy. Dzieci pójdą do szkoły, my do pracy, w sklepach w końcu znowu będzie papier toaletowy i drożdże. Nadzieja, wiara i ścisłe przestrzeganie zaleceń. Tego musimy się trzymać. I domu. W domu musimy siedzieć. Musimy. I tyle.



Trzymam się więc tych moich dobrych myśli. Nawet leżąc na kanapie w salonie, na środkach przeciwbólowych i z zaległościami do nadrobienia. I wiecie co? To pomaga! I na mój kręgosłup i na to całe szaleństwo!

Jak się tych dobrych myśli trzymać?

Oooo, mam na to kilka sposobów! Wiecie jakich?

Po pierwsze, chwytam się wiosny! Cóż doda nam tak dużo energii, jeśli nie ona? Jeśli nie ciepłe promienie wiosennego słońca na twarzy? Jeśli nie wizja rozkwitłych łąk i szumu wiatru w liściach drzew? Na spacerze z psem zerwałam kilka gałązek z pączkami. Z drzew owocowych i lipy. Chwila niemalże wystarczyła, aby mi to wszystko w domu wybujało. Aby wiosna przyszła szybciej. Leżałam dziś popołudniu na tej mojej kanapie, słońce powoli wędrowało przez pokój, wiatr rozwiewał firankę w drzwiach na taras, które już całe niemal dnie trzymamy otwarte. I wpatrywałam się w te moje gałązki pełne liści i kwiecia. I te dobre myśli same się pojawiały. Ot, chwila pełna spokoju. Tego nam czasem potrzeba. Tego nam brakuje. I to teraz, z przymusu wprawdzie, ale jednak mieć możemy.

Obejrzyj filmy, które lubisz, do których chętnie wracasz. Takie, które wypełniają dobrą energią i pozostawiają uśmiech. Ja tak chętnie wracam zawsze do angielskich komedii – Był sobie chłopiec, Notting Hill czy Cztery wesela i pogrzeb i do klasyki – zawsze, ale to zawsze do Dumy i uprzedzenia czy Perswazji. Z mężem znowuż oglądamy Przyjaciół. Po raz kolejny. Co wieczór. Codziennie wybuchamy śmiechem. Razem.

Zrób z dzieckiem spaghetti lub upiecz babeczki. Takie to proste, a jakież niesie wielkie pokłady radości! Posprzątaj sobie szafkę, na którą nigdy nie masz czasu. Och, ile to dopiero tej radości przyniesie! I ulgi! Usiądź na chwilę w ogródku (na balkonie, w oknie chociaż) i wystaw twarz do słońca. Zamknij oczy i odpłyń. Dzisiaj tak zrobiłam. Uśmiech sam się pojawił i zejść nie mógł. Przytul się do psa i poddaj się psiej czułości. Jakże mnie to zawsze uspokaja! Wyciągnij z szafy ozdoby wielkanocne i porozkładaj je po domu. Jest znowu na co czekać! Sięgnij po książkę, którą zaczęłaś rok temu i sama już nie pamiętasz, dlaczego ją odłożyłaś nieskończoną. Po czym obudź się po dwóch godzinach i przypomnij sobie, że faktycznie – zawsze po jednej stronie zasypiałaś. Ale kurcze, ale to była dobra drzemka! Wkręć się z córką w serial na Netflixie dla dzieciaków i tłumaczcie za każdym razem mężowi/tacie kto jest kim, co robi i dlaczego. I śmiejcie się wspólnie, że ten znowu nic nie rozumie.

A wieczorem, wyjdź na chwilę na zewnątrz. Sama. I wgap się w księżyc. Koniecznie. I poczekaj, aż on podeśle ci tę ważną, jedną dobrą myśl.

Że wszystko będzie dobrze.


Mały Biznes 10 – Kryzys w branży

Tak i dopadł nas kryzys.

A dokładniej całą branżę eventową. I wiele innych. I światową gospodarkę. I wszystkich nas w mniejszym lub większym stopniu dopadnie. Koronawirus już skutecznie przeobraził codzienność wielu osób i sparaliżował funkcjonowanie mnóstwa firm. Nie tylko w Chinach, czy we Włoszech. Coraz większe środki prewencyjne podejmowane są też u nas. I to dobrze oczywiście, najważniejsze to zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa. Niemniej jednak kryzys zajrzał wielu przedsiębiorcom głęboko w oczy.

W tym niestety i mi.

Jestem jedynie malutkim trybikiem w wielkiej machinie eventowej, a już odczuwam kryzys bardzo. Odwołano mi bowiem najbliższe zlecenia czyli moje warsztaty kosmetyków naturalnych i słodyczy kosmetycznych, które prowadzę dla firm i instytucji, podczas spotkań pracowniczych, wyjazdów integracyjnych czy wielkich pikników rodzinnych (>> LiliGarden.pl).

A jako, że jest to jedno z głównych źródeł mojego dochodu, zapowiadają się lata, a przynajmniej miesiące, mocno… chude. I dzisiaj właśnie to zrozumiałam. Dzisiaj to do mnie dotarło, a w zasadzie uderzyło w twarz jakby obuchem. Dzisiaj dostałam nie tylko maile z anulacjami, ale także okazało się, że i w zawieszeniu są płatności za wykonane już zlecenia. No jedna wielka… Wiadomo co…

Cały dzień zamartwiałam się okrutnie. Aż w końcu rzuciłam wszystko w kąt (czy tam w cholerę) i otworzyłam sezon kijkowy. Szłam sobie znowu uśmiechnięta, w promieniach zachodzącego słońca przez pobliskie wsie i w końcu zrozumiałam, że nie ma co się zamartwiać. W końcu kto jak kto, ale to ja właśnie od lat staram się robić na co dzień najróżniejsze rzeczy, żeby nie być uzależnioną jedynie od jednej z nich.

Nazywają to ładnie – dywersyfikacją przychodów.

I choć często zastanawiałam się czy to dobrze tak łapać kilka srok za ogon, jak zwykła mawiać moja wychowawczyni w podstawówce, to właśnie dzisiaj okazało się, że to naprawdę dobre rozwiązanie. Zwłaszcza w przypadku tak małych, jednoosobowych działalności, które po prostu muszą być elastyczne. Bo inaczej czy to przy pierwszym drobnym potknięciu czy przy światowej epidemii – zatonę.

Skupiam się zatem w najbliższych tygodniach między innymi na mojej LiliCreative.pl. Może to właśnie będzie ten czas, kiedy uda się nadrobić zaległości tutaj, na blogu? Przejść kursy i tutoriale, które wciąż i wciąż czekają w internetowych zakładkach. I tym samym – przeczekać światowy kryzys. Aż skończy się to szaleństwo. Aż zwalczymy wirusa i świat wróci do tego, co nazywamy normalnością.

A może wszystkie odwołane imprezy wydarzą się jesienią i będzie ich tyle, że z przepracowania wszyscy padniemy? Oj, nie zdziwiłabym się…

Ale damy radę! Byle kryzys przetrwać. Byle to wszystko szybko się skończyło. Byle wszyscy zarażeni wrócili szczęśliwie do swoich domów.


PS Przy okazji podsyłam dwa ostatnie projekty. Nie maja wprawdzie nic wspólnego z tematem, ale polubiłam się z nimi bardzo!

Karkonoskie migawki

Na ostatnie warsztaty do Karpacza wybrałam się z mężem i córką. Pierwszy raz w takim składzie. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i nieco przedłużyć pobyt w ramach górskich ferii.


Przy okazji zapraszam na stronę moich warsztatów >> Lili Garden

a po więcej na wyróżnione story “Warsztaty” na >> Instagramie


W dniu warsztatowym miałam więc do pomocy niezłą drużynę. Oboje pomogli mi wszystko rozłożyć, a wierzcie mi – sporo mam zawsze wszystkiego! Zwłaszcza, że miałam też dużą, 40-osobowa grupę. Potem tata z córką udali się do parku wodnego i na tor saneczkowy, a ja zajęłam się warsztatami. Wrócili do mnie na wielkie sprzątanie i już – mieliśmy chwilę wakacji!

Pięknie jest w Karpaczu! Pięknie w całych Sudetach. A już najpiękniej na szlaku górskim! Karkonosze mieliśmy na wyciągnięcie ręki! Jeden więc dzień spędziliśmy włócząc się po karkonoskich szlakach. Męża puściłyśmy na wolność i wypruł przodem robiąc wielką pętlę i zahaczając przy tym o Śnieżkę. A my wspinałyśmy się w miarę możliwości mojej Róży.

I chyba nie ma co więcej pisać. Pogoda trafiła nam się bajeczna, widoki zapierały dech i nawet nieco śniegu było!

Wrzucam Wam więc trochę karkonoskiego słońca i górskiej energii!


Końcówka stycznia i najlepszy czas na noworoczne postanowienia

Do tej pory nie zdarzyło mi się przejmować tajemnym tworem marketingowym zwanym blue monday. Aż do wczoraj…

I doprawdy nie wiem czy to nie jest aby sugestia oddziałująca na nas z wszechobecnych mediów, niemniej jednak ów najgorszy dzień w roku, muszę przyznać, wyjątkowo złym dniem był. Chciało mi się wyć i krzyczeć, w żołądku ściskało i dopiero wieczorna drzemka przywróciła mi nieco spokoju. Blue monday czy wybitnie niekorzystne ciśnienie? Smog i szaruga za oknem i kilka rzeczy, które nie wychodzą tak, jak powinny… I na dodatek, o czym wspominałam w ostatnim wpisie, rozpoczynamy najgorszy okres w roku…

Co ciekawe, przeglądając internety, natknęłam się na kilka innych osób, które również w tym czasie przeżywały atak gorszego nastroju. Łączę się więc w bólu, ale i stwierdzam z całą stanowczością – nie daję się!

Zamierzam śnić na jawie, tańczyć i się śmiać. Tulić psa, gilgotać dziecko i żartować z męża. I z mężem 🙂

I wiecie co? Tak naprawdę to dopiero dzisiaj jest najlepszy okres na noworoczne postanowienia. Ooo tak! Dopiero dzisiaj możemy spojrzeć na nie obiektywnie lub stworzyć je sobie na spokojnie. Bez noworocznej presji i świadomi tego, co nam do tej pory nie wyszło.

Co zatem szykuję dla samej siebie? Zacznę może nie od postanowień, ale tych już pewnych planów.

Po pierwsze mam teraz całkiem sporo jeżdżenia po Polsce. Wiecie z social mediów, że dopiero co wróciliśmy z Kołobrzegu, pojutrze wybieramy się do Karpacza, na początku lutego czekają jeszcze Olsztyn, Władysławowo i Rzeszów. Są to wyjazdy służbowe, z moimi warsztatami kosmetyków naturalnych. Obiecałam sobie jednak już dawno, że każdy wyjazd na warsztaty nie będzie tylko nudną wyprawą do pracy, związaną z ogromnym wysiłkiem organizacyjno-logistyczno-fizycznym. Oj nie! Każdy taki warsztat to nowa, choćby nawet mała, ale przygoda! Staram się więc zawsze zobaczyć coś nowego, poznać coś ciekawego, spróbować czegoś regionalnego. W ten sposób praca zyskuje na przyjemności, a ja naprawdę cieszę się na te wyjazdy! Dobre postanowienie, prawda?

Po drugie, przymierzam się już mocno do sporych zmian w Lili. Najwyższy czas na jej nową graficzną odsłonę! Dojrzewa we mnie, kiełkuje sobie, oswajam się z nią. I zapewne całkiem niedługo poznacie moją Lili na nowo. Cały czas poważnie się jeszcze zastanawiam czy zmieniać cały szablon czy tylko grafikę i dojść tu ze sobą do porozumienia nie umiem. Wkrótce się okaże…

Stworzyłam też sobie małe wyzwanie. Małe, ale bardzo mi potrzebne! Postanowiłam bowiem, że codziennie (poza dniami w trasie) coś narysuję lub przejdę nowy tutorial na Illustratora. Rysunki mogą być cyfrowe, na komputerze, lub takie najzwyklejsze – ołówkiem, farbami, pastelami. Cokolwiek. Nie ważne jak, ważne, aby ćwiczyć. I to ćwiczenie za każdym razem bardziej cieszy. Może to być malutka postać lub cały większy widok. Zależy ile mam na to czasu lub ochoty. Zakupiłam nawet sobie i mojej Róży specjalne szkicowniki! Będę Wam pokazywać co nieco na Instagramie, wpadajcie koniecznie!

A propos Instagrama! Ruszyła z całkiem nowiutkim i świeżutkim kontem, w którym umieszczać będę część efektów mojej graficznej pracy w Lili Creative! Będzie więc i trochę rysunków, i wizualizacje, i to, co robię dla moich wspaniałych klientek, ale także jakieś miłe słówko od czasu do czasu!


Zachęcam więc do śledzenia >>>> @lilicreative.pl



Mam też, a jakże, całkiem istotne postanowienia dla swojego zdrowia. Po pierwsze – minimum co drugi dzień muszę, ale to muszę zrobić sobie serię ćwiczeń dla mojego kręgosłupa. Robię jej już od jakiegoś czasu i zauważyłam znaczną poprawę! A wierzcie mi, na bólach kręgosłupa to ja się znam! Sprawdzam też, czy uda mi się przetrwać bez nabiału i słodyczy na co dzień. Albo przynajmniej znacznie je ograniczyć. Cóż, od wczoraj się trzymam 🙂 Zobaczymy jak będzie dalej!

I to chyba tyle tych moich postanowień. Nie za dużo, ale właśnie o to chodzi, aby ich za dużo nie było. Aby udało nam się zrealizować plany i wytrwać w tym, co sobie postanowiliśmy.

A poza tym, powiem Wam, że trzeba, ale to trzeba śnic na jawie! Zwłaszcza w styczniu, lutym i w marcu. Ba, i na jawie, i we śnie! Śnić i marzyć. I uśmiechać się do swoich myśli!

Ostatnio

Mam wrażenie, że cały ten ostatni czas przepełniony świętami wszelakimi był jakby… nierealny. Ja wiem, że to taki czas specjalny, czekam na niego, doczekać się nie mogę, ale w tym roku doceniam go jakby bardziej.

W całym tym strachu o przyszłość, w tych zmianach, którym tak trudno zapobiec, w tej ludzkiej obojętności, pośród tego natłoku informacji o strasznych rzeczach, które dzieją się może i na drugim końcu świata, ale, no kurcze, świat jest naprawdę maleńki i to wszystko naprawdę dzieje się tuż obok… W tym wszystkim staram się szczególnie i specjalnie pielęgnować, a zwłaszcza doceniać to, co mam tutaj. Przeżywać te darowane spokojne chwile w pełni i świadomie. Przytulać, mocno, najmocniej przytulać to dziecko moje, dawać jej dzieciństwo beztroskie, wypełnione magią i dobrocią. Spędzać czas z najbliższymi, z rodziną, przyjaciółmi, celebrować te chwile wspólne, pełne śmiechu, tańca i ciepła. Staram się nie bać.

A ostatnio to jeszcze staram się wrócić do normalnego trybu pracy, do mojej codzienności. Wszyscy zapewne doskonale wiecie, że nie jest to łatwe, ale się staram. Nie ma w sumie wyjścia, bo już czeka na mnie kilka wyzwań, do których muszę się przygotować. Już mam też całkiem sporo rzeczy, które Wam tutaj chciałabym pokazać. Sporo pięknych internetowych znalezisk, bo zachwycać nie tylko można, ale i trzeba codziennie! Mam kilka projektów, które sama ostatnimi czasy robiłam (bo mimo wszystko coś niecoś ostatnio pracowałam). Mam w końcu też kilka pomysłów, które czekają na realizację, kilka postanowień i zwyczajnie – konieczności, jak choćby porządek w moich blogowych zakładkach.



W najbliższym czasie czeka mnie prawdziwa objazdówka po kraju z moimi warsztatami. Będzie Kołobrzeg, potem Karpacz, Olsztyn, Władysławowo i Rzeszów. Będę więc często w trasie, co jest z jednej strony naprawdę fajne, ale z drugiej zawsze napawa mnie lękiem (polscy kierowcy są STRASZNI!). Cieszę się jednak, że zobaczę miejsca mi nieznane i powrócę do tych, które już kiedyś dane mi było odwiedzić.

Zamierzam się też sporo uczyć! To jedno z moich najważniejszych postanowień. Niedawno rozpoczęłam sobie mały kursik kreatywnego rysowania, czeka też już na mnie sporo graficznych tutoriali, które na bieżąco dodaję w zakładki, a potem zazwyczaj o nich zapominam… Nie tym razem!

Budzę się więc z tego świątecznego snu. Snu wypełnionego dobrymi marzeniami, z ciągle jednak czyhającym na mój goryszy nastrój koszmarem. Koszmarem, z którego boje się, kiedyś ciężko nam się będzie przebudzić.

Wzywa jednak to tu i teraz. Nastawiam się więc pozytywnie, kumuluję dobra energię i taką właśnie zamierzam Wam ponownie przekazywać.

Już niedługo!


Ach, zdjęcia pochodzą z naszego krótkiego wypadu w poszukiwaniu śniegu. Wybraliśmy się bowiem raz specjalnie w tym celu jakieś 45 minut jazdy na południe od Krakowa i poszaleliśmy jak wariaty. A najbardziej szalał pies! Misia, jak tylko widzi śnieg, dostaje psiej głupawki. Kochana 🙂


Wyspy Laguny Weneckiej – Murano, Burano, Lido

Bo Wenecja to nie tylko sama Wenecja! Wokół niej rozłożone są dziesiątki wysepek, nieraz wielkości jednego gospodarstwa. Czasem od morza odgradza je ceglany mur, okala je w całości. Czasem są tylko łachą piachu, porośniętą trawami i zamieszkałą przez ptactwo. Niekiedy stanowią jedynie ruinę czegoś nieodgadnionego, dawnego. Czasami znajduje się na takiej po prostu latarnia lub kościółek.

Ale są też większe wyspy, a każda z nich to prawdziwa perełka! Każda inna, każda unikatowa.

Podczas naszego wypadku do Wenecji (relację i praktyczne porady o wyjeździe do tego miasta znajdziecie TUTAJ) odwiedziliśmy trzy z nich – Murano, Burano i Lido.


Pomniejsze wysepki Laguny Weneckiej z perspektywy tramwaju wodnego.

A właściwie, jak już pisałam Wam ostatnio w weneckim wpisie, Murano była naszą wyspą-bazą. Zdecydowaliśmy się na noclegi właśnie tutaj i zakup 3-dniowego biletu na tramwaje wodne, którymi można swobodnie i bez problemu pływać po całej Lagunie, a zwłaszcza po Wenecji.

Wracałyśmy więc co wieczór na nasze, jakże spokojne, wyludnione wręcz o tej porze Murano. Do równie spokojnego, uroczego hotelu, o którym także pisałam Wam w ostatnim wpisie. Zdjęcie jego i jego okolic znajdziecie tu poniżej. A rano znowu wyruszałyśmy w morze, odkrywać kolejne cudowności tego nierealnego miejsca.

Przy okazji, jeśli wybieracie się w te rejony, bardzo polecam poszukać noclegu właśnie przy przystanku tramwaju wodnego. Niezwykle to praktyczne i wygodne. Nasz znajdował się przy jednym takim, tuż pod wielką latarnią, dzięki czemu nie dało się go przeoczyć.


Okolice naszego hotelu na wyspie Murano
Po lewej – nasz uroczy hotel Locanda Al Soffiador
Tam na końcu znajdował się przystanek tramwaju wodnego.

Bardzo, ale to bardzo polecam Wam zwiedzenie także tych trzech wysp podczas wyjazdu do Wenecji. Wiem dobrze, że sama Wenecja jest wspaniała i można cudownie spędzić czas tylko na niej. Ale już choćby fakt pływania od wyspy do wyspy jest ogromną atrakcją. A i one same… no cóż… przyciągają, fascynują i aż proszą się o powrót do nich.

Naszą dzisiejszą małą wędrówkę zaczniemy do tej najbardziej uroczej!



BURANO

Wyspa kolorowych domków


Mignęła mi kilka razy w internecie. Zawsze zwracała na siebie moją uwagę. Po prostu wiedziałam, że muszę ją zobaczyć!

I nie zawiodłam się! Miała być uroczą wyspą kolorowych domków i nią była! Jakby miały tu mieszkać lalki – bajkowe, jakże barwne budyneczki aż prosiły się o to, aby je porównać do wielkiego domku-miasteczka dla lalek właśnie. Ale przy tym zupełnie nie były infantylne, a raczej klimatyczne i wciągające. Tchnące energią i dobrym nastrojem. I co ważne – większość tych budynków jest faktycznie zamieszkała!

Burano jest bardzo niewielką wyspą, nieco oddaloną od samej Wenecji. Tętni życiem, kiedy dopływają tu tramwaje wodne i przywożą grupy ciekawskich turystów. Jestem jednak pewna, że wieczorami, zupełnie tak jak na Murano, jest tu spokojnie. I wtedy właśnie mieszkańcy odpoczywają i sami cieszą się tym swoim malowniczym miejscem.

Jak tylko tu dopłyniecie, nie idźcie za tłumem. Poszwendajcie się po uliczkach, wzdłuż kanałów, przysiądźcie na chwilę nad brzegiem morza, w promieniach ciepłego słońca. nacieszcie oczy tymi nieraz bardzo kontrastowymi i mocnymi barwami.

Polecam bardzo Burano na krótki wypad, jest idealne na pół dnia. Można tu zjeść pyszne lody i dobry lunch, zobaczyć piękne koronki, z których słyną mieszkańcy i spokojnie wyruszyć w dalszą wyprawę.




MURANO

Wyspa szklarzy weneckich


Cała wyspa szkłem stoi!

To tutaj właśnie wytwarza się to słynne na całym świecie weneckie szkło. Jak podaje Wikipedia: początki szklarstwa na Murano sięgają 1291 roku, gdy władze Republiki Weneckiej – z obawy przed pożarem i zniszczeniem miasta zabudowanego głównie drewnianymi budynkami – zarządziły przeniesienie wszystkich wytwórni szkła na wysepkę. Szklarze z Murano stali się wkrótce najbardziej szanowanymi jej mieszkańcami.

I dla tego szkła warto tu zajrzeć! A także dla nieco spokojniejszego od samej Wenecji – weneckiego klimatu. Tu także mamy kanały, mosty, knajpki z pysznym jedzeniem i lodziarnie. A przy tym wytwórnie szkła na każdym niemal rogu. Można do nich cichcem podejść i podpatrzyć, jak takie szkło się dmucha lub tworzy z niego małe figurki.

Ostatniego dnia na Murano poranek przywitał nas gęstą mgłą. Wtedy to wybrałyśmy się na odkrywanie szklanych skarbów, dziesiątek sklepików z pamiątkami i szklaną sztuką. I nawet ta mgła była taka niezwykła! Taka tajemnicza. Sprawiła, że czas nagle się cofnął o kilka wieków i ukazał nam to prawdziwsze oblicze wyspy. A potem znowu wyszło słońce, a my powoli udawałyśmy się na lotnisko.

Ach, na Murano znalazłam jeden z najciekawszych sklepików, jakie widziałam – The M Venezia. Niestety spieszyłyśmy się już wtedy na tramwaj wodny i nie zdążyłam zrobić zdjęć. Kupiłam jednak tam sobie kolczyki i wzięłam namiar – jak tylko otworzą sklep internetowy, na pewno pokażę Wam więcej!


Róża kupiła sobie szklaną owieczkę na pamiątkę.
Cudowne szklane dzieła sztuki!
Sklepik z weneckimi starociami – bajeczny!
Balony ze szkła oczywiście!
Tamtejszy stragan warzywny – na łódce
Miejscowy sport
I to ze szkła!
Tak wygląda mała szklana manufaktura, w której wytwarza się misterne szklane figurki.


LIDO

Wyspa wielkiej plaży


Jak to tak – być nad morzem i nie zaznać plaży?

Zaznałyśmy więc jej! I to jakiej – ogromnej! Wybrałyśmy się na Lido właśnie dla tej plaży. Żeby spokojnie posiedzieć na piasku przy zachodzącym słońcu, pobrodzić w morzu, poszukać muszli.

Lido jest zupełnie inną wyspą niż te pozostałe. Nie przeszłyśmy jej całej – jest naprawdę spora. Ale i ten fragment, który udało nam się zobaczyć, wart jest uwagi i zajrzenia tutaj.

Od przystanku tramwaju wodnego do plaży ciągnie się wielki deptak z restauracjami i sklepikami. Trzeba bowiem przejść całą wyspę od północy do południa. Nie jest to długa druga, bo wyspa jest wąska, ale za to bardzo długa. Nie ma tu tych odrapanych, klimatycznych, weneckich kamieniczek. Deptak przypomina raczej typowy kurort nadmorski, jakich wiele w innych miastach. Wille są tu nowocześniejsze i na pewno bogatsze niż domki na Murano czy Burano. Niemniej jednak atmosfera jest naprawdę sympatyczna, taka wakacyjna – bo wiadomo – zbliżamy się do plaży!

A plaża jest ogromna. Ciągnie się na całej długości wyspy. Kiedy słońce chyli się ku zachodowi, wszystko tu staje się złote.

Dziecko moje nie wytrzymało i wlazło do wody. Skakało na falach, jakby był środek lata. Cóż, woda i tak wydawała się cieplejsza niż w Bałtyku w lipcu. A w niej tylko ta moja Róża i jeszcze jeden odważny pan. A jak już się wykąpała, to biegała jak szalona i goniła mewy. Złociła się w tym złocie, mieniła szczęściem i zarażała energią.

A kiedy wracałyśmy z Lido tramwajem wodnym w kierunku Placu Świętego Marka w Wenecji, naszym oczom ukazał się jeden z najpiękniejszych w moim życiu widoków, który pokazywałam Wam już w weneckim wpisie. Nocne niebo jakby żarzyło się na horyzoncie, podświetlając weneckie budynki i kościoły. Woda przybrała barwę pomarańczowo-czerwoną. Całość zamieniła się w romantyczny obrazek, w którym dane mi było się znaleźć. I za to dziękuję Wenecji!


Facebook