KategorieŻycie

Wyspy Laguny Weneckiej – Murano, Burano, Lido

Bo Wenecja to nie tylko sama Wenecja! Wokół niej rozłożone są dziesiątki wysepek, nieraz wielkości jednego gospodarstwa. Czasem od morza odgradza je ceglany mur, okala je w całości. Czasem są tylko łachą piachu, porośniętą trawami i zamieszkałą przez ptactwo. Niekiedy stanowią jedynie ruinę czegoś nieodgadnionego, dawnego. Czasami znajduje się na takiej po prostu latarnia lub kościółek.

Ale są też większe wyspy, a każda z nich to prawdziwa perełka! Każda inna, każda unikatowa.

Podczas naszego wypadku do Wenecji (relację i praktyczne porady o wyjeździe do tego miasta znajdziecie TUTAJ) odwiedziliśmy trzy z nich – Murano, Burano i Lido.


Pomniejsze wysepki Laguny Weneckiej z perspektywy tramwaju wodnego.

A właściwie, jak już pisałam Wam ostatnio w weneckim wpisie, Murano była naszą wyspą-bazą. Zdecydowaliśmy się na noclegi właśnie tutaj i zakup 3-dniowego biletu na tramwaje wodne, którymi można swobodnie i bez problemu pływać po całej Lagunie, a zwłaszcza po Wenecji.

Wracałyśmy więc co wieczór na nasze, jakże spokojne, wyludnione wręcz o tej porze Murano. Do równie spokojnego, uroczego hotelu, o którym także pisałam Wam w ostatnim wpisie. Zdjęcie jego i jego okolic znajdziecie tu poniżej. A rano znowu wyruszałyśmy w morze, odkrywać kolejne cudowności tego nierealnego miejsca.

Przy okazji, jeśli wybieracie się w te rejony, bardzo polecam poszukać noclegu właśnie przy przystanku tramwaju wodnego. Niezwykle to praktyczne i wygodne. Nasz znajdował się przy jednym takim, tuż pod wielką latarnią, dzięki czemu nie dało się go przeoczyć.


Okolice naszego hotelu na wyspie Murano
Po lewej – nasz uroczy hotel Locanda Al Soffiador
Tam na końcu znajdował się przystanek tramwaju wodnego.

Bardzo, ale to bardzo polecam Wam zwiedzenie także tych trzech wysp podczas wyjazdu do Wenecji. Wiem dobrze, że sama Wenecja jest wspaniała i można cudownie spędzić czas tylko na niej. Ale już choćby fakt pływania od wyspy do wyspy jest ogromną atrakcją. A i one same… no cóż… przyciągają, fascynują i aż proszą się o powrót do nich.

Naszą dzisiejszą małą wędrówkę zaczniemy do tej najbardziej uroczej!



BURANO

Wyspa kolorowych domków


Mignęła mi kilka razy w internecie. Zawsze zwracała na siebie moją uwagę. Po prostu wiedziałam, że muszę ją zobaczyć!

I nie zawiodłam się! Miała być uroczą wyspą kolorowych domków i nią była! Jakby miały tu mieszkać lalki – bajkowe, jakże barwne budyneczki aż prosiły się o to, aby je porównać do wielkiego domku-miasteczka dla lalek właśnie. Ale przy tym zupełnie nie były infantylne, a raczej klimatyczne i wciągające. Tchnące energią i dobrym nastrojem. I co ważne – większość tych budynków jest faktycznie zamieszkała!

Burano jest bardzo niewielką wyspą, nieco oddaloną od samej Wenecji. Tętni życiem, kiedy dopływają tu tramwaje wodne i przywożą grupy ciekawskich turystów. Jestem jednak pewna, że wieczorami, zupełnie tak jak na Murano, jest tu spokojnie. I wtedy właśnie mieszkańcy odpoczywają i sami cieszą się tym swoim malowniczym miejscem.

Jak tylko tu dopłyniecie, nie idźcie za tłumem. Poszwendajcie się po uliczkach, wzdłuż kanałów, przysiądźcie na chwilę nad brzegiem morza, w promieniach ciepłego słońca. nacieszcie oczy tymi nieraz bardzo kontrastowymi i mocnymi barwami.

Polecam bardzo Burano na krótki wypad, jest idealne na pół dnia. Można tu zjeść pyszne lody i dobry lunch, zobaczyć piękne koronki, z których słyną mieszkańcy i spokojnie wyruszyć w dalszą wyprawę.




MURANO

Wyspa szklarzy weneckich


Cała wyspa szkłem stoi!

To tutaj właśnie wytwarza się to słynne na całym świecie weneckie szkło. Jak podaje Wikipedia: początki szklarstwa na Murano sięgają 1291 roku, gdy władze Republiki Weneckiej – z obawy przed pożarem i zniszczeniem miasta zabudowanego głównie drewnianymi budynkami – zarządziły przeniesienie wszystkich wytwórni szkła na wysepkę. Szklarze z Murano stali się wkrótce najbardziej szanowanymi jej mieszkańcami.

I dla tego szkła warto tu zajrzeć! A także dla nieco spokojniejszego od samej Wenecji – weneckiego klimatu. Tu także mamy kanały, mosty, knajpki z pysznym jedzeniem i lodziarnie. A przy tym wytwórnie szkła na każdym niemal rogu. Można do nich cichcem podejść i podpatrzyć, jak takie szkło się dmucha lub tworzy z niego małe figurki.

Ostatniego dnia na Murano poranek przywitał nas gęstą mgłą. Wtedy to wybrałyśmy się na odkrywanie szklanych skarbów, dziesiątek sklepików z pamiątkami i szklaną sztuką. I nawet ta mgła była taka niezwykła! Taka tajemnicza. Sprawiła, że czas nagle się cofnął o kilka wieków i ukazał nam to prawdziwsze oblicze wyspy. A potem znowu wyszło słońce, a my powoli udawałyśmy się na lotnisko.

Ach, na Murano znalazłam jeden z najciekawszych sklepików, jakie widziałam – The M Venezia. Niestety spieszyłyśmy się już wtedy na tramwaj wodny i nie zdążyłam zrobić zdjęć. Kupiłam jednak tam sobie kolczyki i wzięłam namiar – jak tylko otworzą sklep internetowy, na pewno pokażę Wam więcej!


Róża kupiła sobie szklaną owieczkę na pamiątkę.
Cudowne szklane dzieła sztuki!
Sklepik z weneckimi starociami – bajeczny!
Balony ze szkła oczywiście!
Tamtejszy stragan warzywny – na łódce
Miejscowy sport
I to ze szkła!
Tak wygląda mała szklana manufaktura, w której wytwarza się misterne szklane figurki.


LIDO

Wyspa wielkiej plaży


Jak to tak – być nad morzem i nie zaznać plaży?

Zaznałyśmy więc jej! I to jakiej – ogromnej! Wybrałyśmy się na Lido właśnie dla tej plaży. Żeby spokojnie posiedzieć na piasku przy zachodzącym słońcu, pobrodzić w morzu, poszukać muszli.

Lido jest zupełnie inną wyspą niż te pozostałe. Nie przeszłyśmy jej całej – jest naprawdę spora. Ale i ten fragment, który udało nam się zobaczyć, wart jest uwagi i zajrzenia tutaj.

Od przystanku tramwaju wodnego do plaży ciągnie się wielki deptak z restauracjami i sklepikami. Trzeba bowiem przejść całą wyspę od północy do południa. Nie jest to długa druga, bo wyspa jest wąska, ale za to bardzo długa. Nie ma tu tych odrapanych, klimatycznych, weneckich kamieniczek. Deptak przypomina raczej typowy kurort nadmorski, jakich wiele w innych miastach. Wille są tu nowocześniejsze i na pewno bogatsze niż domki na Murano czy Burano. Niemniej jednak atmosfera jest naprawdę sympatyczna, taka wakacyjna – bo wiadomo – zbliżamy się do plaży!

A plaża jest ogromna. Ciągnie się na całej długości wyspy. Kiedy słońce chyli się ku zachodowi, wszystko tu staje się złote.

Dziecko moje nie wytrzymało i wlazło do wody. Skakało na falach, jakby był środek lata. Cóż, woda i tak wydawała się cieplejsza niż w Bałtyku w lipcu. A w niej tylko ta moja Róża i jeszcze jeden odważny pan. A jak już się wykąpała, to biegała jak szalona i goniła mewy. Złociła się w tym złocie, mieniła szczęściem i zarażała energią.

A kiedy wracałyśmy z Lido tramwajem wodnym w kierunku Placu Świętego Marka w Wenecji, naszym oczom ukazał się jeden z najpiękniejszych w moim życiu widoków, który pokazywałam Wam już w weneckim wpisie. Nocne niebo jakby żarzyło się na horyzoncie, podświetlając weneckie budynki i kościoły. Woda przybrała barwę pomarańczowo-czerwoną. Całość zamieniła się w romantyczny obrazek, w którym dane mi było się znaleźć. I za to dziękuję Wenecji!


Piękna Wenecja – jak zorganizować wyjazd

Zastanawialiście się kiedyś nad podróżą do Wenecji?

Przyznam, że wcześniej jakoś nie specjalnie mnie ciągnęło. Aż w końcu naszło! A jak już tak bardzo naszło, to i na szczęście – udało się wyjechać!

Pojechałyśmy więc na babski wyjazd – ja, Róża i moja siostra. Do miasta obrosłego w tak wiele legend. Do miasta, przed którym nas ostrzegano – że tłumy, że odrapane, że woda śmierdzi. Do miasta tak unikalnego, tak nierzeczywistego, tak często widywanego w internecie i na filmach.



I co?

Jakżeby inaczej – przepadłam! W pełni!

Cały ten pobyt, a pojechałyśmy na trzy noce, był jakby nierealny. Wszystko było tak inne. Jakby przeniesiono nas w jeden z tych filmów. Albo nie – do domku dla lalek! Do baśni, w której pływają gondole, wieczorami tenorzy wyśpiewują włoskie pieśni, zachodzące słońce przyprawia o nagły napływ wzniosłych uczuć, a każdy zaułek skrywa inną tajemnicę. W której w każdym, naprawdę każdym miejscu, czujesz, jakbyś wylądował na jednej ze stronnic tej baśniowej książki. Zakochałam się w tym mieście. W samej Wenecji i pozostałych wyspach, które odwiedziliśmy – Murano, Burano i Lido.

Polecam każdemu, ale najbardziej parom. Jak już pisałam na Facebooku – dawka romantyzmu niemal zabójcza. Polecam, póki to miasto jeszcze istnieje. I trzymam kciuki, aby udało się je uratować przed zatonięciem.

Swoją drogą, czy wiecie, że Wenecja ponoć spoczywa na 10 milionach drewnianych pali wbitych głęboko w błoto, które je chroni przed wodą?

To jak? Wybierzecie się tam? Bo chętnie Wam pomogę!



Sama przed wyjazdem poszukiwałam w internecie bardzo wielu praktycznych porad dotyczących samodzielnych wypadów do Wenecji. Myślę, że przyszła teraz idealna pora, abym sama stworzyła taki mini przewodnik! Od czego zaczynamy? Od tego, jak tam się dostałyśmy!


Kiedy się wybrać, pogoda

Otóż, na początek muszę napisać, że nie wyobrażam sobie zwiedzania Wenecji latem. Być może się mylę, ale mam wrażenie, że nie byłoby to tak przyjemne. Nie lubię tłumów, a tłumy i upał to chyba najgorsze połączenie. Wybrałyśmy więc październik i był to naprawdę dobry wybór. Choć i w Polsce pogoda jest przepiękna! Prognozy wskazywały codziennie około 20 stopni i faktycznie tak było. Były i chmury, i piękne słońce, które porządnie dogrzewało, i w końcu – gęsta niczym mleko, a przez to bardzo tajemnicza mgła. Wieczorami było faktycznie chłodniej – tak na sweter i lekką kurtkę, ale za dnia to i moja córka do morza wskoczyła (ona i jeden pan, nikt więcej na plaży :)). Trzeba po prostu ubierać się na cebulkę i cóż – mieć w torebce czy plecaku coś odrobinę cieplejszego.



Noclegi

Zdecydowałyśmy się na nieco inną niż ta klasyczna formułę. Nie spałyśmy mianowicie w samej Wenecji – w obawie przed tłumami i dla ciekawszego wyjazdu. Bardzo zależało mi na zobaczeniu okolicznych wysp – w tym kolorowego Burano i wielkiej plaży na Lido. Wybrałyśmy więc przytulny hotelik na jeszcze innej wyspie – Murano, wyspie słynnych weneckich szklarzy. Ten wpis dotyczy organizacji wypadu i samej Wenecji, w kolejnym pokażę Wam relację z tych właśnie wysp (TUTAJ BĘDZIE LINK, PO PUBLIKACJI), bo są doprawdy cudowne!

Hotel rezerwowałyśmy przez Booking.com. Na osobę za trzy noce ze śniadaniami wyszło nam 500 zł. Sam hotel – Al Soffiador na Murano, należał do tych w niższych cenach, ale był naprawdę przyzwoity. Miał wszystko, co potrzeba, miłą obsługę, świetną lokalizację przy przystanku tramwaju wodnego. Śniadanie typowe, proste, ale świeże i dobre – croissanty, bułeczki, ser, szynka, jajka, jogurty, dżemy i pyszna kawa.

Jeśli obawiacie się tłumów, to jest to aż nadto dobre rozwiązanie, bo… tuż po godzinie 17, kiedy zamykają się wszystkie sklepy i większość restauracji, piękne Murano pustoszeje! Przyznam, że nie spodziewałam się tego zupełnie! Być może tak się dzieje tylko teraz, po sezonie. Niemniej jednak, kiedy po wieczornym przybyciu na miejsce, okazało się, że ciężko tu o jakiegokolwiek człowieka – byłam mocno zdziwiona. Tragedii nie ma, nie przesadzajmy. Ze trzy restauracje na całą wyspę się znajdą, kolację zjadłyśmy całkiem dobrą. Murano o tej porze jednak służy za sypialnię dla takich turystów jak my i miejsce wyciszenia dla mieszkańców. Ma to też swój czar – tchnie tajemnicą, historią i… prawdziwością. Z ciekawostek dodam jeszcze, że nawet recepcja w hotelu kończy pracę o 17, a osobom przybywającym po tej godzinie przesyła po prostu kod do drzwi.



Loty, parking

Wybrałyśmy oczywiście tanie linie, a dokładniej Ryanair z Krakowa. I choć pod Krakowem mieszkamy, najwygodniejszą opcją było pozostawienie samochodu przy lotnisku, zwłaszcza, że był to koszt 35 zł. Skorzystałyśmy z rezerwacji za pomocą ParkVia – wybierając po prostu najtańszy parking. Wszystko bez problemów – miła pani nas i odwiozła na lotnisko i szybko z niego przywiozła.

Co do lotów – na głowę tam i z powrotem wyszło ok. 300 zł, przy opcji dobrania dwóch małych walizek, które całkiem niedawno, przed zmianami w Ryanairze, były bagażem podręcznym zawartym w cenie. Teraz trzeba przy rezerwacji biletów po prostu je dodać. Róża miała jedynie plecaczek do schowania pod siedzeniem. Lot trwa 1 godzinę 20 minut, więc w zasadzie ekspresowo. Lądujemy na lotnisku Wenecja Treviso Canova – maleńkim lotnisku tanich linii, na którym nic nie ma. Jeśli tam zgłodniejecie, czekając na lot powrotny, polecam pyszną pizzerię w pobliżu – Carpe Diem. Po wyjściu z terminala skręcamy w prawo i przechodzimy około 50 metrów do czegoś w rodzaju centrum handlowego. Pizza pycha!


Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć

Transfer z lotniska i transport w Wenecji

I tutaj mamy najistotniejsze sprawy! W związku z faktem noclegów na Murano i planami pływania po wyspach, zdecydowałyśmy się wykupić 3-dniowy bilet na tramwaje wodne. Wychodzi to najekonomiczniej i daje swobodę poruszania się tramwajami na terenie Wenecji i wysp laguny.

Istnieje możliwość wykupienia biletu łączonego – na transfer z lotniska i wspomnianego 3-dniowego biletu na tramwaje wodne. Z tej możliwości skorzystałyśmy. Bilety zakupiłam wcześniej na wszelki wypadek, online, za pomocą bardzo wygodnej strony Venezia Unica (poniżej szczegóły). Możecie na niej zakupić nie tylko bilety na transport, ale także za wstępy do muzeów czy atrakcji turystycznych. Przy zakupie online koszt transferu i tramwajów wodnych to 58 euro za osobę dorosłą. Te same bilety, ale w wyższej cenie, można też zakupić ponoć przy okienku ATVO na lotnisku Treviso. Dzieci do lat 6 podróżują tramwajami bezpłatnie.

Nieco inaczej sytuacja wygląda w przypadku osób od 6 do 29 roku życia – za Różę zapłaciłam 46 euro, wykupując przy okazji tzw. Rolling Venice Card, czyli kartę dla młodych, podróżujących osób, która gwarantuje zniżki na komunikację, na rozliczne atrakcje i w sklepach. O samej karcie przeczytacie TUTAJ. Kosztuje ona 6 euro, ale przy łączonym zakupie jej i biletów na komunikację i tak wychodzi sporo taniej. Karta jest ważna rok. Otrzymujemy ją razem z biletami w formie vouchera do druku. Sama nie mogłam wcześniej znaleźć informacji na temat tego, jak taki wydruk zamienić na faktyczną kartę. Pytałam o to już we Włoszech w trzech miejscach, aż w końcu jedna pani mi przekazała, że ona ma po prostu formę takiego zwykłego wydruku, na którym wpisujecie swoje imię i nazwisko. Niemniej jednak ostatecznie z niej nie skorzystałyśmy, nie było okazji – poza tańszym zakupem biletów na transport.


Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć

Jak kupić bilety na transport?

Jak wspomniałam wyżej, wchodzimy na stronę Venezia Unica i klikamy w czerwone pole w prawym dolnym rogu “Venezia Unica City Pass- buy now”. Przekieruje nas na stronę, na której możemy wybrać usługi, które chcemy zarezerwować – np. muzea, atrakcje, wycieczki czy parking, a także to najważniejsze – transfery z dwóch lotnisk i transport publiczny. Zanim dodamy cokolwiek do koszyka, musimy wykreować imienne karty – każdy bilet jest bowiem właśnie imienny. Po prawej stronie znajdziecie sekcję “my cards” i button “add card” Klikacie w niego, wpisujecie imię i nazwisko i tworzycie kartę. I tak każdą osobę po kolei.

Aby wybrać łączony bilet na transfer z lotniska Treviso i 3-dniowe tramwaje wodne, wchodzicie w “Airport transfer Canova Treviso – Venice”, i otwieracie dostępne tam możliwości – czyli sam transfer autokarem ATVO lub łączony z tramwajami ACTV. WYbieramy to drugie, klikamy w “offer details’ i wybieramy “ATVO Transfer Airport CANOVA TREVISO(return ticket) + ACTV 3 days Ticket” za 58 euro. Oczywiście możecie skorzystać z każdej innej tu opcji, albo zakupić bilet na lotnisku (tam sam autokar tam i z powrotem to 22 euro, tramwaje – 40 euro). Osoby pomiędzy 6 a 29 rokiem życia wybierają tu opcję: “ATVO Transfer Airport CANOVA TREVISO(return ticket) + ACTV 3 days + ROLLING (6-29 years ONLY)”. Każdy z biletów przypisujemy do poszczególnej osoby (“assign to” > “select product”) i kupujemy jak to w każdym sklepie internetowym.

Po zakupie otrzymamy vouchery, które należy wydrukować. Po wylądowaniu w Treviso, udajemy się przed lotnisko na postój autobusów ATVO do Mestre i Wenecji. Jeżdżą często, nie sposób ich nie odnaleźć, są tuż za wyjściem, lekko z lewej. Vouchery okazujemy kierowcy lub panu, który nadzoruje autobusy. Po przybyciu do Wenecji musimy wymienić je na bilety – o tym za chwilę. Warto też poprosić u tych panów lub w okienku ATVO o rozkład autobusów powrotnych.



Piazzale Roma i automaty biletowe

Autobus jedzie do Wenecji przez Mestre chwilę ponad godzinę. Na końcu, przez długi most łączący wyspę z lądem, dojeżdżamy na Piazzale Roma – tłumny plac pełen autobusów i ludzi przemieszczających się we wszystkich kierunkach. Tutaj także dociera tramwaj ze stałego lądu. Miejsce to jeszcze zupełnie nie przypomina samej Wenecji, więc się nie stresujemy, tylko poszukujemy automatów ACTV. Są to spore, żółte automaty, w których wymienimy nasze vouchery na bilety. Trzeba podejść do kanału, na lewo od mostu znajdziecie ich kilka. Sama wymiana jest banalnie prosta i bezproblemowa – wybieramy język, klikamy na przycisk o chęci wymiany voucherów, a następnie skanujemy kody z wydruków. Po chwili zabieramy wydrukowane, imienne bilety. Przed wejściem na tramwaj musimy je przyłożyć do czytnika.

Tuz obok znajduje się kilka platform, do których przybijają tramwaje wodne. Jest to naprawdę bardzo wygodny sposób transportu i łatwo go rozgryźć. Dobrze jednak uzyskać wcześniej informację z hotelu, która linia przypływa w jego pobliże. Na Murano z Piazzale Roma dopływa linia 3 (około 20 minut) i 4.2 (40 minut).



Ceny

Obawiałam się, że będzie bardzo drogo, w rzeczywistości jednak ceny nie odbiegały od innych, znanych mi wakacyjnych destynacji. Wprawdzie nie jadałyśmy w najbardziej obleganych restauracjach przy Canal Grande, bo tu zapewne faktycznie ceny są wysokie. Spokojnie jednak można znaleźć małe restauracyjki w bardzo uroczych miejscach i podelektować się odpoczynkiem. Koszt najtańszej pizzy to ok. 7 euro, ciekawszych – ok. 10 euro, makarony zjemy za 8-15 euro. Pamiętajcie jednak, że każda restauracja dodaje do rachunku jeszcze różne kwoty za samo nakrycie do stołu – od 2 euro za cały stolik, do 1,5 euro za osobę (czyli w naszym przypadku 4,5 euro za całość). Wieczorami polecam zajrzeć do marketów i zakupić nieco pysznych świeżych bułek (od ok. 40 centów sztuka) lub innych wypieków oraz gotowe zestawy z prosciutto crudo i serami (ok. 3 euro), do tego sok pomarańczowy i pomidorki i możemy zjeść kolację z najlepszym na świecie widokiem – na pomoście na Canal Grande, obserwując zapierający dech w piersiach zachód słońca. Lub nad brzegiem morza niedaleko Placu Świętego Marka, wpatrując się w przepływający powoli ogromny wycieczkowy statek. Polecam też małe kawiarenki z pyszną kawą lub wyciskanym sokiem z pomarańczy. Tym bardziej, że ciężko tam o toaletę i trzeba korzystać przy okazji posiłków. Reszta wydatków – zależy od potrzeb, chęci i możliwości. Ach, i lody! Dwie porcje/gałki to około 3 euro.


Hotel Danieli

Zwiedzanie

W samej Wenecji faktycznie są tłumy. Najwięcej oczywiście na Placu Świętego Marka (jak na zdjęciu poniżej w jego okolicy) i przy moście Rialto. Są to miejsca, które trzeba zobaczyć, ale zaraz można od nich uciec! Wenecja jest na tyle duża, że spokojnie da się krążyć po spokojniejszych uliczkach i czerpać z tego ogromną przyjemność. My nie zwiedzałyśmy żadnych płatnych atrakcji. Widziałam jedynie kilka sporych kolejek do tych najbardziej znanych obiektów. Wolałyśmy się po prostu powłóczyć, a nasze atrakcje miałyśmy już wykupione. Mam tu na myśli naprawdę warte zobaczenia wyspy Murano, Burano i Lido (o których w kolejnym wpisie), do których dopływają po prostu tramwaje wodne, a które cudownie się odkrywa bez dodatkowych kosztów. Zaserwowałyśmy sobie także wieczorny rejs po Canal Grande – również tramwajem wodnym. Wrażenia niezapomniane. Wypłynęłyśmy z Lido tuż po zachodzie słońca (stąd te zdjęcia, jakby płonące) i wysiadły na Placu Świętego Marka. Tutaj zjadłyśmy kolację obserwując nocne już morze i wielki wycieczkowiec i przesiadłyśmy się do tramwaju linii 1, która powoli pokonuje cały kanał. No, pięknie! I w cenie biletu! Od razu wiedziałyśmy też, że nie zdecydujemy się na gondole – kosztują 80 euro.



Aqua alta

Udało nam się tego uniknąć, ale muszę Was ostrzec. W Wenecji regularnie pojawiają się powodzie, zwane aqua alta. Poziom morza podnosi się na tyle, że duża część ulic jest zalewanych, w tym najpopularniejszy Plac Świętego Marka. Zdarza się to kilka razy do roku, a spowodowane jest feralnym układem mas powietrza i prądów morskich. Ponoć mieszkańcy często wiedzą, kiedy taka wysoka woda nadchodzi i można dopytywać w hotelach czy nie mają na ten temat informacji. Zazwyczaj taka powódź trwa kilka godzin, ale zdarzały się też większe poważne powodzie, które skutecznie uniemożliwiały normalne funkcjonowanie miasta. Na czas aqua alta rozkładane są specjalne pomosty, po których można chodzić, a ich plan znajduje się na mapkach na przystankach tramwajów wodnych.


Te 3 noce, 4 niecałe dni, to stanowczo za krótko i chętnie do Wenecji powrócę. Jeszcze sporo został do zobaczenia! Dokładniej, spokojniej, bez tego pierwszego szaleństwa i ciągłych okrzyków radości i zachwytów.

To jak? Wybierzecie się?


Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć
Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć
Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć
Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć

Turcja 2019

Tak i wybraliśmy się na wakacje do Turcji. Widzieliście już na Facebooku lub Instagramie, prawda? Mam nadzieję, że tak!

Jak to w naszym przypadku od wielu lat bywa, zarówno termin jak i destynacja wakacyjna nigdy nie są pewne. Nasze prace nie pozwalają nam planować, często więc o wyjeździe decydujemy na 1-2 tygodnie wcześniej.

Tym razem zdecydowaliśmy się zapolować na last minute do Turcji właśnie. Czemu? Bo oboje bardzo lubimy te klimaty, ludzi, jedzenie, widoki, a i ceny całkiem przystępne mają.

Wybraliśmy wybrzeże Morza Egejskiego, które odwiedziliśmy już w 2013 roku, z 2-letnią wtedy Różą. W TYM wpisie – relacji z tamtych wakacji pisałam: “Polecam Turcję. Wrócę do niej. Nie wiem kiedy. Kiedyś na pewno…”

No i wróciłam. Sześć lat później. I wrócę ponownie!



Jedno z najdoskonalszych uczuć, które miałam szansę doświadczyć, dopada mnie, kiedy pływam w ciepłym morzu. To szczęście pełne, totalne, to spełnienie, wzruszenie, radość nie do opisania. Nie trzeba udawać, ba – nie trzeba być nawet sobą. Po prostu – się jest. Chwila trwa, odczuwa się ją każdą częścią ciała, każdym jego zakamarkiem. Mrużę oczy od słońca, język zbiera słony smak morza, włosy rozwiewa egejski wiatr. I tylko dłonie wciąż suną do przodu, aby za chwilę się rozdzielić i znowu połączyć. I wciąż, i wciąż. Ten rytmiczny, spokojny ruch działa kojąco, woda oczyszcza umysł. Kąciki ust nie mogą przestać się podnosić w dziecięcym poczuciu beztroski.

No szczęście pełne. Po prostu.



Polowałam na ten hotel od samego początku tegorocznych poszukiwań. Utkwił mi w głowie i wyjść nie mógł. I udało się. Miał to bowiem być hotel, który nie leży w popularnym kurorcie, który jest na uboczu, ale spacerkiem od niewielkiej miejscowości. Hotel już niemal w lesie, po którym można spacerować, a mąż mój może biegać. Hotel przy morzu, z niewielką plażą. Z animacjami dla dzieci i dobrym jedzeniem.

Na miejscu okazało się, że jest jeszcze lepiej. Hotel stanowił kompleks niewielkich domków, rozstawionych pośród sosen i drzewek oliwnych, porośniętych kwiatami. Chodziło się między tymi domkami jak po labiryncie, jak w małym greckim miasteczku. Uwielbiałam to. Tak samo, jak kolorowe kafelki na tarasach i schodach.


Najwięcej było tam Turków, a i tego, przyznam, poszukiwałam wczytując się w opinie i komentarze. Są to bowiem niezwykle mili i kulturalni ludzie. Na pewno milsi i kulturalniejsi od Polaków na wakacjach. A przy okazji sprawia to wrażenie większej autentyczności.


Na śniadanie jadałam bakłażany, pomidory i sery. Na lunch i obiad w sumie też, ale w połączeniu z innymi tureckimi smakołykami. Łącznie z ogromnymi pochłanianymi ilościami cudownie dojrzałych arbuzów!

No bajka, po prostu bajka.



Wieczorem, już po mini disco dla dzieci i codziennym show dla gości, siadaliśmy na leżakach na plaży, wpatrując się w nocny widok zatoki. Wsłuchując się w dobiegającą z oddali muzykę z knajpek z pobliskiego miasteczka lub w śpiewy muezina. Kiedy jednego wieczoru zostałam sama, bo mąż poszedł już położyć Różę, z tych właśnie leżaków przegoniło mnie przechodzące stado dzików. Potem wróciliśmy z Różą w poszukiwaniu powracających dzików, ale niestety już sobie poszły. To podekscytowanie w oczach dziecka, skrzyżowanie radości i lekkiego strachu i ogromna potrzeba zobaczenia zwierzęcia – ten widok mojej córki długo we mnie pozostanie.

No bajka, po prostu.



Szwendaliśmy po tym niedalekim miasteczku. Po lasach i pagórkach okolicznych. Pojechaliśmy zobaczyć dalsze miasto z ogromnym deptakiem zapełnionych całymi tureckimi rodzinami (oni na wakacje jeżdżą wielopokoleniowo). Raz jednak, kiedy moi wybrali granie w gigantyczne szachy, poszłam sobie w las sama. Było cicho, spokojnie, pachniało igliwiem i morską bryzą. Weszłam w las ledwie widoczną ścieżką, które po jakimś czasie zmieniła się w wąską dróżkę, aby za chwilę całkowicie zaniknąć. Mimo to szłam dalej. Wyżej. Aby zobaczyć co jest z drugiej strony zatoki. Za horyzontem. Światło stało się złote. Wszystko zaczęło się złocić. Gdzieś w oddali majaczyły wysepki. Morze co chwilę wychylało się z zarośli. Znalazłam w końcu miejsce z widokiem na drugą stronę. I stałam tak długą chwilę. Wpatrywałam się jak najmocniej, aby wyryć sobie ten obraz w pamięci. Aby stał się tarczą na nasze lutowe i marcowe szarości.

No bajka. Po prostu.



Wysyłam więc i Wam trochę tej bajki. Tego mignięcia ledwie zwanego wakacjami. Tej chwili krótkiej, która pozostaje w nas najdłużej.


(Wybraliśmy wakacje z biurem Itaka, w hotelu Roxy Luxory Nature, w Akbuku, niedaleko Didymy.)



HOTEL



Wędrówki


Pakowanie!

Wiecie, jak wygląda planowanie wakacji freelancera?

A dokładniej wakacji freelancera i mojego męża, którego sytuację zawodową zawsze trudno określić, ale na pewno jest po prostu wysoce nieprzewidywalna.

My wakacji nie planujemy pół roku wcześniej. My co najwyżej ustalamy sobie, że chcemy je mieć, a potem czekamy na odpowiedni moment.

I czekamy…. I czekamy….

Moment odpowiedni następuje wtedy, kiedy oboje możemy wygospodarować nieco spokojnego czasu. Tak i oto w zeszłym tygodniu ustanowiłam sobie 2-tygodniowy urlop, mąż zaakceptował i przedwczoraj podjęliśmy ostateczną decyzję – lecimy na wakacje! No i lecimy! Jutro!



Ciężko mi za to wyszło moje urlopowe postanowienie. Bo i wczoraj i przedwczoraj pół dnia pracowałam, a pół – ogarniałam dom i jutrzejsze wakacje. Wszystko jednak spokojniej, na zwolnionych obrotach, sypiając do dziesiątej. Może więc jednak jest to urlop, co? Nie mogę narzekać, zwłaszcza, że jeszcze na kilka dni weekendowych wyrwaliśmy się na wieś z przyjaciółmi. Szalony czas!

Bardzo lubię ten wakacyjny rozgardiasz. Planowanie, przeszukiwania internetu, a potem szaf – po wakacyjne torby, ubrania, cały ten plażowy rozgardiasz. Zawsze jest też nieco nerwów, prania, prasowania, zawsze walizki nie chcą się dopiąć. Ma to jednak swój czar, za którym potem tęskno.

Już dawno przygotowałam sobie wakacyjną książkę. Jak tylko zobaczyłam ją w księgarni, wiedziałam, że będzie idealna na wyjazd (znam inne pozycje autorki). Czekała sobie wiec razem z nami. Schowana głęboko w szufladzie. Na wszelki wypadek. Gdyby wakacje nie wyszły. I żeby nie kusiła!

Wyszukałam piękną wakacyjną sukienkę, idealne kimono i zwariowaną, żółtą opaskę do włosów. Zaopatrzyłam się w ulubioną gazetę, kremy z filtrem i balsamy chłodzące (widzieliście już mój wakacyjny kosmetyczny niezbędnik? Wpadnijcie TUTAJ).

Jutro podlewam kwiatki, ustawiam autoresponder na mailu i uciekam. Choć na chwilę!

Wrócę do Was niedługo! Z pięknymi wpisami!



Na zdjęciach:


Opaska H&M / Sukienka Reserved / Kimono Parfois / gumki do włosów H&M / MÁDARA AGE DEFYING SUNSCREEN Przeciwzmarszczkowy krem z filtrem SPF 30 – Matique / Bania Agafii – Ekspresowa maseczka do twarzy ODŚWIEŻAJĄCA – Blisko Natury / Hydrolat Kwiat Lotosu Różowego – Manufaktura Natura / Kolczyki Parfois / Córka zegarmistrza Kate Morton – Wydawnictwo Albatros


To ostatnio moje ulubione połączenie kolorystyczne – głęboki granat, buraczkowe bordo i miodowo-cytrynowa żółć!


Hela Foka i inne książki na lato dla dzieci

Jak tam? Pakujecie się już na wakacje? A może próbujecie jakoś ciekawie wypełnić dzieciakom czas w domu?

My właśnie szykujemy się do urlopu! A w związku z tym, jak zawsze, pojawia się pytanie – co zabrać ze sobą, aby w spokojniejszych chwilach, w samolocie czy w samochodzie, wieczorami lub kiedy trzeba odpocząć od słońca, zapewnić dziecku dobre zajęcie.

Do mojej Róży ostatnio trafiły pewne szczególne książki, uznałam więc, że to świetny pomysł na przekazanie i Wam tych kilku inspiracji. I to nie tylko książkowych, bo nie mogłam odmówić sobie i zaprezentowania niezwykłych… tatuaży, na które się w moich poszukiwaniach natknęłam! Czyż jest coś bardziej wakacyjnego niż uśmiechnięte dziecko w krótkich spodenkach i z rekami pokrytymi takimi zmywalnymi tatuażami? Moja córcia je uwielbia!



Te szczególne książki, o których wspomniałam, to dzieła znanej z TVN reporterki – Renaty Kijowskiej. Jako pierwsza, nakładem wydawnictwa Znak ukazała się książka Kuba Niedźwiedź, historie z gawry, nowością za to jest Hela Foka, historie na fali.

Drodzy moi, w czasach, kiedy to trzeba, no trzeba, bo innej możliwości nie ma, budować już we wczesnym dzieciństwie świadomość ekologiczną, trafiają do nas historie, które nie tylko urzekają i wciągają, ale jednocześnie edukują. I to nie tylko dzieci, bo sporo ciekawych rzeczy i ja się dowiedziałam, śledząc przygody pewnej odważnej, wesołej foki.

Wybieracie się w tym roku nad Bałtyk? Nie ma innej opcji – musicie koniecznie zaopatrzyć się w Helę Fokę i odwiedzić Stację Morską na Helu! No dobra, jeśli planujecie wakacje gdziekolwiek indziej to tym bardziej. Zwłaszcza, jeśli posiadacie dzieci w wieku, jak na moje oko – 6-9 lat! Czemu?



Bo mamy tu historię, dziejącą się u nas! W naszym polskim morzu! Historię foki Heli, która została wypuszczona na wolność z fokarium Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego przez swoją opiekunkę Polę. Hela odkrywa niezwykły tajemniczy świat bałtyckich głębi, o którym sama nie miałam pojęcia! Hela poznaje przyjaciół, o których nie zdawałam sobie sprawy, że żyją w Bałtyku np. morświny czy krewetki. Ratuje wielorybicę, która się zagubiła (a to, jak się okazuje, się zdarza!) i odkrywa nieśmiertelne galaretowate zwierzęta! Jakie? Sprawdźcie koniecznie!

Hela musi też stawić czoło zagrożeniom, które dotykają bałtycką faunę. Musi udobruchać bałtyckich rybaków, którzy konkurują z fokami o… ryby. Ale wraz z przyjaciółmi musi także uratować ekosystem – odkrywają bowiem pod wodą wrak statku, z którego wycieka paliwo. Jak myślicie, uda im się?



Wciągających przygód mamy więc sporo, ale co najistotniejsze – te przygody małej foki uświadamiają nam ogromne, prawdziwe problemy, które dotykają nasz Bałtyk. Jednocześnie pokazując tak wspaniały świat morskich stworzeń, ich bogactwo i różnorodność. Dla mnie osobiście najciekawsze były takie specjalne niebieskie strony, które stanowiły rodzaj przerywnika w całej historii. Na tych niebieskich stronach autorka przekazuje fakty i ciekawostki w sposób dostępny dla dzieci. Muszę tu jednak napisać, że są to doprawdy ważne i ciekawe informacje, które dla mnie nieraz były prawdziwym odkryciem!

Czemu więc sięgnąć po Helę Fokę? Bo, raz jeszcze to napiszę, w sposób przyjazny dzieciom edukuje i uświadamia ekologicznie! Pokazuje, co ma wspólnego foliówka zakupiona na górskim deptaku z problemami morskich zwierząt. Co zrobić, kiedy znajdziemy na plaży morświna. Albo chociażby – jak zachować się w fokarium.



Ta druga książeczka – Kuba Niedźwiedź, historie z gawry – dopiero przed nami. Nie było innej opcji z córką – trzeba było zacząć od foki! Ja jednak przejrzałam sama historię tego niedźwiadka i wierzcie mi – tak się wzruszyłam, że omal się nie popłakałam. Bo tak wzruszająca jest opowieść o pierwowzorze Kuby – prawdziwym niedźwiedziu. O tym, jak trzeba go było z matką w dzieciństwie odłowić i wywieźć do zoo i wszyscy przy tym płakali. Albo jak trzymano go przez 10 lat w ciemnym bunkrze… Albo jak niedźwiedzica miała wadę serca, a przy tym nie mogła zaaklimatyzować się w zoo i… Poczytajcie sami… Potrzeba nam takich wzruszeń. Nam i naszym dzieciom. Musimy zdawać sobie sprawę, co dotyka otaczającą nas przyrodę.

Ale nie tylko same historie stanowią siłę tych dwóch pozycji. Równie istotne są tu ilustracje Anny Łazowskiej! Są całkowicie przepiękne! Jedne z najładniejszych, jakie widziałam! Tworzą klimat, oddają emocje, świetnie obrazują treść i pokazują opisywane zwierzęta. Zakochałam się w tych obrazkach i ja i moja Róża!

Obie książki znajdziecie na Znak.com.pl



No to jedna czy dwie książeczki na podróż już mamy. Coś jeszcze by się przydało do tego dobrać, prawda?

Idealne książki wakacyjne, książki na podróż dla dzieci, muszą angażować. To, co najlepiej sprawdza się u nas, a i znajomi polecają to zwłaszcza dobre tzw. szukajki, czyli książki wypełnione ilustracjami, na których dużo, oj dużo się dzieje. W których można przepaść bez pamięci na długi czas. Zatopić się po prostu w inny świat i odkrywać go za każdym razem na nowo. Dobrze też mieć pod ręką wszelkiego rodzaju książeczki do bazgrania, pełne zagadek i kolorowanek. Idealnie sprawdzają się labirynty i łamigłówki. A dla dzieci w wieku mojej Róży, które czytają, ale jeszcze nie idealnie płynnie – komiksy. I to nawet klasyka znana z naszej młodości, choćby Donaldowe Giganty!

Zobaczcie, co Wam tu wybrałam!


  1. Miasto w chmurach. Miasto pod ziemią, Tomasz Kowal – ma formę harmonijki, którą można oglądać strona po stronie jak tradycyjną książkę lub rozłożyć w całości niczym mapę. A raczej dwie mapy, bo znajdziemy tutaj panoramy dwóch miast: Podniebna z jednej strony harmonijki i Podziemina z drugiej! / Wydawnictwo Nasza Księgarnia
  2. Kieszonkowa książeczka do bazgrania i kolorowania, Fiona Watt, wyd. Olesiejuk – Rysujcie, bazgrajcie, uzupełniajcie niesamowite wzory oraz kolorujcie ilustracje, które znajdują się w tej niewielkiej książce. Warto mieć ją zawsze przy sobie, umili np. czas podróży. Dzięki niej powstaną niezwykłe dzieła sztuki! / swiatksiazki.pl
  3. I druga część – Podręczna książeczka do bazgrania i kolorowania, Fiona Watt, wyd. Olesiejuk / swiatksiazki.pl
  4. Absolutnie fantastyczne łamigłówki, William Potter – Książka pęka w szwach od kolorowych łamigłówek obrazkowych, językowych i matematycznych, labiryntów, a także zadań typu: znajdź różnice, połącz kropki, dopasuj, wyszukaj szczegóły i wielu innych / Wydawnictwo Nasza Księgarnia
  5. Absolutnie fantastyczne labirynty, Becky Wilson – Ponad 100 wystrzałowych, rewelacyjnych, kapitalnych labiryntów! Dla początkujących i zaawansowanych / Wydawnictwa Nasza Księgarnia
  6. Książka do bazgrania. Oko w oko z potworami, Inka Vigh – Zanurz się w świecie pokrętnych, mrocznych labiryntów, niebezpiecznie twórczych zabaw i najstraszniejszych potworów… / Wydawnictwo Nasza Księgarnia
  7. Ostatnio nasza ulubiona szukajka – Gdzie jest Wally TERAZ? / wyd. Mamania – Światowy bestseller podbił serca wnikliwych czytelników z całego świata. Poszukaj Wally’ego i jego przyjaciół w epoce kamienia łupanego, w starożytnym Egipcie i Japonii oraz na paryskim balu. / Noski Noski
  8. A to już nasz klasyk – najlepsza! Detektyw Pierre w labiryncie. Na tropie skradzionego Kamienia Chaosu / IC4DESIGN, Hiro Kamigaki, Chihiro Maruyama – Ta zachwycająco zilustrowana książka z labiryntami i zadaniami polegającymi na wyszukiwaniu szczegółów to przygoda, jakiej dotąd nie było! / Wydawnictwo Nasza Księgarnia
  9. Podwodnik – Szkicownik odkrywcy podwodnego świata, tekst i ilustracje: Aleksandra i Daniel Mizielińscy / Wyrusz na rysunkową wyprawę w głębiny mórz i oceanów! Naucz się języka nurków, zaprojektuj okręt podwodny i wydobądź skarb z dna morza. Stwórz własną rafę koralową, znajdź najkrótszą drogę przez wrak Titanica i wyrwij się z macek ogromnej kałamarnicy. Rysuj i czytaj ciekawostki. Baw się i poznawaj świat! / Wydawnictwo Dwie Siostry
  10. Harry Potter. Magiczne stworzenia do kolorowania, Wydawnictwo Otwarte – Dzięki tej kolorowance bez trudu przeniesiesz się do Zakazanego Lasu, a nawet będziesz towarzyszyć Harry’emu, Ronowi i Hermionie w spektakularnej ucieczce z Banku Gringotta na smoczym grzbiecie / Livro.pl
  11. Dziecięca klasyka – Gigant Poleca. Tom 3/2019. Nocna wyprawa / Egmont
  12. Przygody Tintina. Skarb Szkarłatnego Rackhama. Hergé / Tintin, reporter i detektyw-amator, wraz kapitanem Baryłką i pieskiem Milusiem, szuka na Karaibach pirackiego skarbu! / Egmont

Na koniec – obiecani przyjaciele dziecięcych szalonych wakacji – zmywalne tatuaże!

Ojej, jakie one teraz je cudne robią! Prawda?



  1. Tatuaże tęcza Meri Meri / Extra Mama
  2. Kwiatowe tatuaże Djeco / Noski Noski
  3. Pirackie tatuaże Djeco / Noski Noski
  4. Jakie to ładne! Tatuaże dla dzieci Paryż, Moulin Roty / Druga Świnka
  5. Przecudny zestaw tatuaży projektu Katarzyny Stróżyńskiej Goraj / Mysiogonek.pl
  6. Tatuaże dla dzieci Mały Czarodziej, Moulin Roty / Druga Świnka
  7. Tatuaże dla dzieci Wyścig, Londji / Druga Świnka
  8. Tatuaże dla dzieci Magiczny Moment, Moulin Roty / Druga Świnka
  9. Tatuaże na palce Apli Kids – Potworki / Extra Mama
  10. Tatuaże flamingi Meri Meri / Extra Mama
  11. Tatuaże piraci Meri Meri / Extra Mama
  12. Tatuaż dla dzieci XXL Brokatowa Syrenka, Djeco / Druga Świnka

Pochwała codzienności

Siedziałam sobie ostatnio w kuchni. Za oknem powoli słońce zbierało się ku zachodowi, jego cieplejsze promienie rozpoczęły swój codzienny taniec na ścianach. Firanka zakrywająca wejście na taras, lekko kołysała się unoszona wieczornymi powiewami specjalnie przez nas tworzonego przeciągu. Gdzieś w oddali słyszałam śmiechy dzieci biegających po osiedlu. Wśród nich ewidentnie wybijały się radosne pokrzykiwania mojej Róży. Pies od czasu do czasu poszczekiwał w ogrodzie na przechodzących sąsiadów. Koło mnie natomiast krzątał się mój mąż, który ostatnio zakotwiczył w domu.

I tak kontemplowałam te pierwsze dni czerwca. Tego miesiąca obfitości i kolorów. Zapachów i uniesień. Tego okresu błogiego i dobrego, na który czeka się całe pół roku szarugi i marazmu.

Obserwowałam ogórki. Zrobiłam je tu pierwszy raz, drugi raz w życiu w ogóle. A że małosolne pochłaniam z uwielbieniem, doprawdy nie wiem czemu tak trudno mi to nastawianie przychodziło. Może w tej kuchni po prostu mam lepszą energię. Może umysł otwarty, może i chęci do wszystkiego większe.

Ustawiłam te ogórki przed sobą, aby na spokojnie móc obserwować wędrujące bąbelki. Obok wdzięczyła się do mnie nasza pierwsza żółta róża z ogrodu (tym razem kwiat, nie dziecko :)) Na blacie czekał na męża arbuz, obok naszykowałam na wieczór lemoniadę i resztkę truskawek. Na obiad wcześniej zjedliśmy fasolkę szparagową z młodymi ziemniakami i kefirem. Z młoda kapustą i marchewką. Proste jedzenie. Najlepsze.



Otworzyłam książkę. Zaczęłam czytać, ale odłożyłam ją po chwili. Wpatrywałam się w ten wczesnowieczorny obrazek. Takie to było sielskie. Takie dobre. Takie, jak być powinno.

Jak to rasowa blogerka, od razu chwyciłam za aparat, aby ten sielski widoczek uchwycić. Potem zaczęłam w myślach niemal nucić pierwsze słowa tego wpisu. A jeszcze potem dotarło do mnie, jak bardzo nie doceniamy codzienności.

Bo to codzienność nas tworzy. Codzienność nas buduje. I może na zdjęciach pozostają zazwyczaj piękne obrazki z tych kilku dni niezwykłych przeżyć czy wyjazdów, w nas samych jednak tkwić będzie ta codzienność. Bo to z nią się zmagamy. To ona potrafi przytłaczać. I to z nią dobrze by było się zaprzyjaźnić.

W naszych rękach leży to, czy będzie to dobra codzienność, czy będzie nam ciążyć. Czy stanie się tym czymś, co tak górnolotnie nazywamy szczęściem, czy zaprowadzi nas w zupełnie odwrotnym kierunku. Czy dostrzeżemy ją w tej ciągłej pogodni za czymś tak nieokreślonym jak “sukces”?

Bo właśnie kiedy ją dostrzegamy i kiedy nam z nią dobrze – czas spowalnia.

Oby ten czerwiec trwał jak najdłużej!


Facebook