KategorieŻycie

Karkonoskie migawki

Na ostatnie warsztaty do Karpacza wybrałam się z mężem i córką. Pierwszy raz w takim składzie. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i nieco przedłużyć pobyt w ramach górskich ferii.


Przy okazji zapraszam na stronę moich warsztatów >> Lili Garden

a po więcej na wyróżnione story “Warsztaty” na >> Instagramie


W dniu warsztatowym miałam więc do pomocy niezłą drużynę. Oboje pomogli mi wszystko rozłożyć, a wierzcie mi – sporo mam zawsze wszystkiego! Zwłaszcza, że miałam też dużą, 40-osobowa grupę. Potem tata z córką udali się do parku wodnego i na tor saneczkowy, a ja zajęłam się warsztatami. Wrócili do mnie na wielkie sprzątanie i już – mieliśmy chwilę wakacji!

Pięknie jest w Karpaczu! Pięknie w całych Sudetach. A już najpiękniej na szlaku górskim! Karkonosze mieliśmy na wyciągnięcie ręki! Jeden więc dzień spędziliśmy włócząc się po karkonoskich szlakach. Męża puściłyśmy na wolność i wypruł przodem robiąc wielką pętlę i zahaczając przy tym o Śnieżkę. A my wspinałyśmy się w miarę możliwości mojej Róży.

I chyba nie ma co więcej pisać. Pogoda trafiła nam się bajeczna, widoki zapierały dech i nawet nieco śniegu było!

Wrzucam Wam więc trochę karkonoskiego słońca i górskiej energii!


Końcówka stycznia i najlepszy czas na noworoczne postanowienia

Do tej pory nie zdarzyło mi się przejmować tajemnym tworem marketingowym zwanym blue monday. Aż do wczoraj…

I doprawdy nie wiem czy to nie jest aby sugestia oddziałująca na nas z wszechobecnych mediów, niemniej jednak ów najgorszy dzień w roku, muszę przyznać, wyjątkowo złym dniem był. Chciało mi się wyć i krzyczeć, w żołądku ściskało i dopiero wieczorna drzemka przywróciła mi nieco spokoju. Blue monday czy wybitnie niekorzystne ciśnienie? Smog i szaruga za oknem i kilka rzeczy, które nie wychodzą tak, jak powinny… I na dodatek, o czym wspominałam w ostatnim wpisie, rozpoczynamy najgorszy okres w roku…

Co ciekawe, przeglądając internety, natknęłam się na kilka innych osób, które również w tym czasie przeżywały atak gorszego nastroju. Łączę się więc w bólu, ale i stwierdzam z całą stanowczością – nie daję się!

Zamierzam śnić na jawie, tańczyć i się śmiać. Tulić psa, gilgotać dziecko i żartować z męża. I z mężem 🙂

I wiecie co? Tak naprawdę to dopiero dzisiaj jest najlepszy okres na noworoczne postanowienia. Ooo tak! Dopiero dzisiaj możemy spojrzeć na nie obiektywnie lub stworzyć je sobie na spokojnie. Bez noworocznej presji i świadomi tego, co nam do tej pory nie wyszło.

Co zatem szykuję dla samej siebie? Zacznę może nie od postanowień, ale tych już pewnych planów.

Po pierwsze mam teraz całkiem sporo jeżdżenia po Polsce. Wiecie z social mediów, że dopiero co wróciliśmy z Kołobrzegu, pojutrze wybieramy się do Karpacza, na początku lutego czekają jeszcze Olsztyn, Władysławowo i Rzeszów. Są to wyjazdy służbowe, z moimi warsztatami kosmetyków naturalnych. Obiecałam sobie jednak już dawno, że każdy wyjazd na warsztaty nie będzie tylko nudną wyprawą do pracy, związaną z ogromnym wysiłkiem organizacyjno-logistyczno-fizycznym. Oj nie! Każdy taki warsztat to nowa, choćby nawet mała, ale przygoda! Staram się więc zawsze zobaczyć coś nowego, poznać coś ciekawego, spróbować czegoś regionalnego. W ten sposób praca zyskuje na przyjemności, a ja naprawdę cieszę się na te wyjazdy! Dobre postanowienie, prawda?

Po drugie, przymierzam się już mocno do sporych zmian w Lili. Najwyższy czas na jej nową graficzną odsłonę! Dojrzewa we mnie, kiełkuje sobie, oswajam się z nią. I zapewne całkiem niedługo poznacie moją Lili na nowo. Cały czas poważnie się jeszcze zastanawiam czy zmieniać cały szablon czy tylko grafikę i dojść tu ze sobą do porozumienia nie umiem. Wkrótce się okaże…

Stworzyłam też sobie małe wyzwanie. Małe, ale bardzo mi potrzebne! Postanowiłam bowiem, że codziennie (poza dniami w trasie) coś narysuję lub przejdę nowy tutorial na Illustratora. Rysunki mogą być cyfrowe, na komputerze, lub takie najzwyklejsze – ołówkiem, farbami, pastelami. Cokolwiek. Nie ważne jak, ważne, aby ćwiczyć. I to ćwiczenie za każdym razem bardziej cieszy. Może to być malutka postać lub cały większy widok. Zależy ile mam na to czasu lub ochoty. Zakupiłam nawet sobie i mojej Róży specjalne szkicowniki! Będę Wam pokazywać co nieco na Instagramie, wpadajcie koniecznie!

A propos Instagrama! Ruszyła z całkiem nowiutkim i świeżutkim kontem, w którym umieszczać będę część efektów mojej graficznej pracy w Lili Creative! Będzie więc i trochę rysunków, i wizualizacje, i to, co robię dla moich wspaniałych klientek, ale także jakieś miłe słówko od czasu do czasu!


Zachęcam więc do śledzenia >>>> @lilicreative.pl



Mam też, a jakże, całkiem istotne postanowienia dla swojego zdrowia. Po pierwsze – minimum co drugi dzień muszę, ale to muszę zrobić sobie serię ćwiczeń dla mojego kręgosłupa. Robię jej już od jakiegoś czasu i zauważyłam znaczną poprawę! A wierzcie mi, na bólach kręgosłupa to ja się znam! Sprawdzam też, czy uda mi się przetrwać bez nabiału i słodyczy na co dzień. Albo przynajmniej znacznie je ograniczyć. Cóż, od wczoraj się trzymam 🙂 Zobaczymy jak będzie dalej!

I to chyba tyle tych moich postanowień. Nie za dużo, ale właśnie o to chodzi, aby ich za dużo nie było. Aby udało nam się zrealizować plany i wytrwać w tym, co sobie postanowiliśmy.

A poza tym, powiem Wam, że trzeba, ale to trzeba śnic na jawie! Zwłaszcza w styczniu, lutym i w marcu. Ba, i na jawie, i we śnie! Śnić i marzyć. I uśmiechać się do swoich myśli!

Ostatnio

Mam wrażenie, że cały ten ostatni czas przepełniony świętami wszelakimi był jakby… nierealny. Ja wiem, że to taki czas specjalny, czekam na niego, doczekać się nie mogę, ale w tym roku doceniam go jakby bardziej.

W całym tym strachu o przyszłość, w tych zmianach, którym tak trudno zapobiec, w tej ludzkiej obojętności, pośród tego natłoku informacji o strasznych rzeczach, które dzieją się może i na drugim końcu świata, ale, no kurcze, świat jest naprawdę maleńki i to wszystko naprawdę dzieje się tuż obok… W tym wszystkim staram się szczególnie i specjalnie pielęgnować, a zwłaszcza doceniać to, co mam tutaj. Przeżywać te darowane spokojne chwile w pełni i świadomie. Przytulać, mocno, najmocniej przytulać to dziecko moje, dawać jej dzieciństwo beztroskie, wypełnione magią i dobrocią. Spędzać czas z najbliższymi, z rodziną, przyjaciółmi, celebrować te chwile wspólne, pełne śmiechu, tańca i ciepła. Staram się nie bać.

A ostatnio to jeszcze staram się wrócić do normalnego trybu pracy, do mojej codzienności. Wszyscy zapewne doskonale wiecie, że nie jest to łatwe, ale się staram. Nie ma w sumie wyjścia, bo już czeka na mnie kilka wyzwań, do których muszę się przygotować. Już mam też całkiem sporo rzeczy, które Wam tutaj chciałabym pokazać. Sporo pięknych internetowych znalezisk, bo zachwycać nie tylko można, ale i trzeba codziennie! Mam kilka projektów, które sama ostatnimi czasy robiłam (bo mimo wszystko coś niecoś ostatnio pracowałam). Mam w końcu też kilka pomysłów, które czekają na realizację, kilka postanowień i zwyczajnie – konieczności, jak choćby porządek w moich blogowych zakładkach.



W najbliższym czasie czeka mnie prawdziwa objazdówka po kraju z moimi warsztatami. Będzie Kołobrzeg, potem Karpacz, Olsztyn, Władysławowo i Rzeszów. Będę więc często w trasie, co jest z jednej strony naprawdę fajne, ale z drugiej zawsze napawa mnie lękiem (polscy kierowcy są STRASZNI!). Cieszę się jednak, że zobaczę miejsca mi nieznane i powrócę do tych, które już kiedyś dane mi było odwiedzić.

Zamierzam się też sporo uczyć! To jedno z moich najważniejszych postanowień. Niedawno rozpoczęłam sobie mały kursik kreatywnego rysowania, czeka też już na mnie sporo graficznych tutoriali, które na bieżąco dodaję w zakładki, a potem zazwyczaj o nich zapominam… Nie tym razem!

Budzę się więc z tego świątecznego snu. Snu wypełnionego dobrymi marzeniami, z ciągle jednak czyhającym na mój goryszy nastrój koszmarem. Koszmarem, z którego boje się, kiedyś ciężko nam się będzie przebudzić.

Wzywa jednak to tu i teraz. Nastawiam się więc pozytywnie, kumuluję dobra energię i taką właśnie zamierzam Wam ponownie przekazywać.

Już niedługo!


Ach, zdjęcia pochodzą z naszego krótkiego wypadu w poszukiwaniu śniegu. Wybraliśmy się bowiem raz specjalnie w tym celu jakieś 45 minut jazdy na południe od Krakowa i poszaleliśmy jak wariaty. A najbardziej szalał pies! Misia, jak tylko widzi śnieg, dostaje psiej głupawki. Kochana 🙂


Wyspy Laguny Weneckiej – Murano, Burano, Lido

Bo Wenecja to nie tylko sama Wenecja! Wokół niej rozłożone są dziesiątki wysepek, nieraz wielkości jednego gospodarstwa. Czasem od morza odgradza je ceglany mur, okala je w całości. Czasem są tylko łachą piachu, porośniętą trawami i zamieszkałą przez ptactwo. Niekiedy stanowią jedynie ruinę czegoś nieodgadnionego, dawnego. Czasami znajduje się na takiej po prostu latarnia lub kościółek.

Ale są też większe wyspy, a każda z nich to prawdziwa perełka! Każda inna, każda unikatowa.

Podczas naszego wypadku do Wenecji (relację i praktyczne porady o wyjeździe do tego miasta znajdziecie TUTAJ) odwiedziliśmy trzy z nich – Murano, Burano i Lido.


Pomniejsze wysepki Laguny Weneckiej z perspektywy tramwaju wodnego.

A właściwie, jak już pisałam Wam ostatnio w weneckim wpisie, Murano była naszą wyspą-bazą. Zdecydowaliśmy się na noclegi właśnie tutaj i zakup 3-dniowego biletu na tramwaje wodne, którymi można swobodnie i bez problemu pływać po całej Lagunie, a zwłaszcza po Wenecji.

Wracałyśmy więc co wieczór na nasze, jakże spokojne, wyludnione wręcz o tej porze Murano. Do równie spokojnego, uroczego hotelu, o którym także pisałam Wam w ostatnim wpisie. Zdjęcie jego i jego okolic znajdziecie tu poniżej. A rano znowu wyruszałyśmy w morze, odkrywać kolejne cudowności tego nierealnego miejsca.

Przy okazji, jeśli wybieracie się w te rejony, bardzo polecam poszukać noclegu właśnie przy przystanku tramwaju wodnego. Niezwykle to praktyczne i wygodne. Nasz znajdował się przy jednym takim, tuż pod wielką latarnią, dzięki czemu nie dało się go przeoczyć.


Okolice naszego hotelu na wyspie Murano
Po lewej – nasz uroczy hotel Locanda Al Soffiador
Tam na końcu znajdował się przystanek tramwaju wodnego.

Bardzo, ale to bardzo polecam Wam zwiedzenie także tych trzech wysp podczas wyjazdu do Wenecji. Wiem dobrze, że sama Wenecja jest wspaniała i można cudownie spędzić czas tylko na niej. Ale już choćby fakt pływania od wyspy do wyspy jest ogromną atrakcją. A i one same… no cóż… przyciągają, fascynują i aż proszą się o powrót do nich.

Naszą dzisiejszą małą wędrówkę zaczniemy do tej najbardziej uroczej!



BURANO

Wyspa kolorowych domków


Mignęła mi kilka razy w internecie. Zawsze zwracała na siebie moją uwagę. Po prostu wiedziałam, że muszę ją zobaczyć!

I nie zawiodłam się! Miała być uroczą wyspą kolorowych domków i nią była! Jakby miały tu mieszkać lalki – bajkowe, jakże barwne budyneczki aż prosiły się o to, aby je porównać do wielkiego domku-miasteczka dla lalek właśnie. Ale przy tym zupełnie nie były infantylne, a raczej klimatyczne i wciągające. Tchnące energią i dobrym nastrojem. I co ważne – większość tych budynków jest faktycznie zamieszkała!

Burano jest bardzo niewielką wyspą, nieco oddaloną od samej Wenecji. Tętni życiem, kiedy dopływają tu tramwaje wodne i przywożą grupy ciekawskich turystów. Jestem jednak pewna, że wieczorami, zupełnie tak jak na Murano, jest tu spokojnie. I wtedy właśnie mieszkańcy odpoczywają i sami cieszą się tym swoim malowniczym miejscem.

Jak tylko tu dopłyniecie, nie idźcie za tłumem. Poszwendajcie się po uliczkach, wzdłuż kanałów, przysiądźcie na chwilę nad brzegiem morza, w promieniach ciepłego słońca. nacieszcie oczy tymi nieraz bardzo kontrastowymi i mocnymi barwami.

Polecam bardzo Burano na krótki wypad, jest idealne na pół dnia. Można tu zjeść pyszne lody i dobry lunch, zobaczyć piękne koronki, z których słyną mieszkańcy i spokojnie wyruszyć w dalszą wyprawę.




MURANO

Wyspa szklarzy weneckich


Cała wyspa szkłem stoi!

To tutaj właśnie wytwarza się to słynne na całym świecie weneckie szkło. Jak podaje Wikipedia: początki szklarstwa na Murano sięgają 1291 roku, gdy władze Republiki Weneckiej – z obawy przed pożarem i zniszczeniem miasta zabudowanego głównie drewnianymi budynkami – zarządziły przeniesienie wszystkich wytwórni szkła na wysepkę. Szklarze z Murano stali się wkrótce najbardziej szanowanymi jej mieszkańcami.

I dla tego szkła warto tu zajrzeć! A także dla nieco spokojniejszego od samej Wenecji – weneckiego klimatu. Tu także mamy kanały, mosty, knajpki z pysznym jedzeniem i lodziarnie. A przy tym wytwórnie szkła na każdym niemal rogu. Można do nich cichcem podejść i podpatrzyć, jak takie szkło się dmucha lub tworzy z niego małe figurki.

Ostatniego dnia na Murano poranek przywitał nas gęstą mgłą. Wtedy to wybrałyśmy się na odkrywanie szklanych skarbów, dziesiątek sklepików z pamiątkami i szklaną sztuką. I nawet ta mgła była taka niezwykła! Taka tajemnicza. Sprawiła, że czas nagle się cofnął o kilka wieków i ukazał nam to prawdziwsze oblicze wyspy. A potem znowu wyszło słońce, a my powoli udawałyśmy się na lotnisko.

Ach, na Murano znalazłam jeden z najciekawszych sklepików, jakie widziałam – The M Venezia. Niestety spieszyłyśmy się już wtedy na tramwaj wodny i nie zdążyłam zrobić zdjęć. Kupiłam jednak tam sobie kolczyki i wzięłam namiar – jak tylko otworzą sklep internetowy, na pewno pokażę Wam więcej!


Róża kupiła sobie szklaną owieczkę na pamiątkę.
Cudowne szklane dzieła sztuki!
Sklepik z weneckimi starociami – bajeczny!
Balony ze szkła oczywiście!
Tamtejszy stragan warzywny – na łódce
Miejscowy sport
I to ze szkła!
Tak wygląda mała szklana manufaktura, w której wytwarza się misterne szklane figurki.


LIDO

Wyspa wielkiej plaży


Jak to tak – być nad morzem i nie zaznać plaży?

Zaznałyśmy więc jej! I to jakiej – ogromnej! Wybrałyśmy się na Lido właśnie dla tej plaży. Żeby spokojnie posiedzieć na piasku przy zachodzącym słońcu, pobrodzić w morzu, poszukać muszli.

Lido jest zupełnie inną wyspą niż te pozostałe. Nie przeszłyśmy jej całej – jest naprawdę spora. Ale i ten fragment, który udało nam się zobaczyć, wart jest uwagi i zajrzenia tutaj.

Od przystanku tramwaju wodnego do plaży ciągnie się wielki deptak z restauracjami i sklepikami. Trzeba bowiem przejść całą wyspę od północy do południa. Nie jest to długa druga, bo wyspa jest wąska, ale za to bardzo długa. Nie ma tu tych odrapanych, klimatycznych, weneckich kamieniczek. Deptak przypomina raczej typowy kurort nadmorski, jakich wiele w innych miastach. Wille są tu nowocześniejsze i na pewno bogatsze niż domki na Murano czy Burano. Niemniej jednak atmosfera jest naprawdę sympatyczna, taka wakacyjna – bo wiadomo – zbliżamy się do plaży!

A plaża jest ogromna. Ciągnie się na całej długości wyspy. Kiedy słońce chyli się ku zachodowi, wszystko tu staje się złote.

Dziecko moje nie wytrzymało i wlazło do wody. Skakało na falach, jakby był środek lata. Cóż, woda i tak wydawała się cieplejsza niż w Bałtyku w lipcu. A w niej tylko ta moja Róża i jeszcze jeden odważny pan. A jak już się wykąpała, to biegała jak szalona i goniła mewy. Złociła się w tym złocie, mieniła szczęściem i zarażała energią.

A kiedy wracałyśmy z Lido tramwajem wodnym w kierunku Placu Świętego Marka w Wenecji, naszym oczom ukazał się jeden z najpiękniejszych w moim życiu widoków, który pokazywałam Wam już w weneckim wpisie. Nocne niebo jakby żarzyło się na horyzoncie, podświetlając weneckie budynki i kościoły. Woda przybrała barwę pomarańczowo-czerwoną. Całość zamieniła się w romantyczny obrazek, w którym dane mi było się znaleźć. I za to dziękuję Wenecji!


Piękna Wenecja – jak zorganizować wyjazd

Zastanawialiście się kiedyś nad podróżą do Wenecji?

Przyznam, że wcześniej jakoś nie specjalnie mnie ciągnęło. Aż w końcu naszło! A jak już tak bardzo naszło, to i na szczęście – udało się wyjechać!

Pojechałyśmy więc na babski wyjazd – ja, Róża i moja siostra. Do miasta obrosłego w tak wiele legend. Do miasta, przed którym nas ostrzegano – że tłumy, że odrapane, że woda śmierdzi. Do miasta tak unikalnego, tak nierzeczywistego, tak często widywanego w internecie i na filmach.



I co?

Jakżeby inaczej – przepadłam! W pełni!

Cały ten pobyt, a pojechałyśmy na trzy noce, był jakby nierealny. Wszystko było tak inne. Jakby przeniesiono nas w jeden z tych filmów. Albo nie – do domku dla lalek! Do baśni, w której pływają gondole, wieczorami tenorzy wyśpiewują włoskie pieśni, zachodzące słońce przyprawia o nagły napływ wzniosłych uczuć, a każdy zaułek skrywa inną tajemnicę. W której w każdym, naprawdę każdym miejscu, czujesz, jakbyś wylądował na jednej ze stronnic tej baśniowej książki. Zakochałam się w tym mieście. W samej Wenecji i pozostałych wyspach, które odwiedziliśmy – Murano, Burano i Lido.

Polecam każdemu, ale najbardziej parom. Jak już pisałam na Facebooku – dawka romantyzmu niemal zabójcza. Polecam, póki to miasto jeszcze istnieje. I trzymam kciuki, aby udało się je uratować przed zatonięciem.

Swoją drogą, czy wiecie, że Wenecja ponoć spoczywa na 10 milionach drewnianych pali wbitych głęboko w błoto, które je chroni przed wodą?

To jak? Wybierzecie się tam? Bo chętnie Wam pomogę!



Sama przed wyjazdem poszukiwałam w internecie bardzo wielu praktycznych porad dotyczących samodzielnych wypadów do Wenecji. Myślę, że przyszła teraz idealna pora, abym sama stworzyła taki mini przewodnik! Od czego zaczynamy? Od tego, jak tam się dostałyśmy!


Kiedy się wybrać, pogoda

Otóż, na początek muszę napisać, że nie wyobrażam sobie zwiedzania Wenecji latem. Być może się mylę, ale mam wrażenie, że nie byłoby to tak przyjemne. Nie lubię tłumów, a tłumy i upał to chyba najgorsze połączenie. Wybrałyśmy więc październik i był to naprawdę dobry wybór. Choć i w Polsce pogoda jest przepiękna! Prognozy wskazywały codziennie około 20 stopni i faktycznie tak było. Były i chmury, i piękne słońce, które porządnie dogrzewało, i w końcu – gęsta niczym mleko, a przez to bardzo tajemnicza mgła. Wieczorami było faktycznie chłodniej – tak na sweter i lekką kurtkę, ale za dnia to i moja córka do morza wskoczyła (ona i jeden pan, nikt więcej na plaży :)). Trzeba po prostu ubierać się na cebulkę i cóż – mieć w torebce czy plecaku coś odrobinę cieplejszego.



Noclegi

Zdecydowałyśmy się na nieco inną niż ta klasyczna formułę. Nie spałyśmy mianowicie w samej Wenecji – w obawie przed tłumami i dla ciekawszego wyjazdu. Bardzo zależało mi na zobaczeniu okolicznych wysp – w tym kolorowego Burano i wielkiej plaży na Lido. Wybrałyśmy więc przytulny hotelik na jeszcze innej wyspie – Murano, wyspie słynnych weneckich szklarzy. Ten wpis dotyczy organizacji wypadu i samej Wenecji, w kolejnym pokażę Wam relację z tych właśnie wysp (TUTAJ BĘDZIE LINK, PO PUBLIKACJI), bo są doprawdy cudowne!

Hotel rezerwowałyśmy przez Booking.com. Na osobę za trzy noce ze śniadaniami wyszło nam 500 zł. Sam hotel – Al Soffiador na Murano, należał do tych w niższych cenach, ale był naprawdę przyzwoity. Miał wszystko, co potrzeba, miłą obsługę, świetną lokalizację przy przystanku tramwaju wodnego. Śniadanie typowe, proste, ale świeże i dobre – croissanty, bułeczki, ser, szynka, jajka, jogurty, dżemy i pyszna kawa.

Jeśli obawiacie się tłumów, to jest to aż nadto dobre rozwiązanie, bo… tuż po godzinie 17, kiedy zamykają się wszystkie sklepy i większość restauracji, piękne Murano pustoszeje! Przyznam, że nie spodziewałam się tego zupełnie! Być może tak się dzieje tylko teraz, po sezonie. Niemniej jednak, kiedy po wieczornym przybyciu na miejsce, okazało się, że ciężko tu o jakiegokolwiek człowieka – byłam mocno zdziwiona. Tragedii nie ma, nie przesadzajmy. Ze trzy restauracje na całą wyspę się znajdą, kolację zjadłyśmy całkiem dobrą. Murano o tej porze jednak służy za sypialnię dla takich turystów jak my i miejsce wyciszenia dla mieszkańców. Ma to też swój czar – tchnie tajemnicą, historią i… prawdziwością. Z ciekawostek dodam jeszcze, że nawet recepcja w hotelu kończy pracę o 17, a osobom przybywającym po tej godzinie przesyła po prostu kod do drzwi.



Loty, parking

Wybrałyśmy oczywiście tanie linie, a dokładniej Ryanair z Krakowa. I choć pod Krakowem mieszkamy, najwygodniejszą opcją było pozostawienie samochodu przy lotnisku, zwłaszcza, że był to koszt 35 zł. Skorzystałyśmy z rezerwacji za pomocą ParkVia – wybierając po prostu najtańszy parking. Wszystko bez problemów – miła pani nas i odwiozła na lotnisko i szybko z niego przywiozła.

Co do lotów – na głowę tam i z powrotem wyszło ok. 300 zł, przy opcji dobrania dwóch małych walizek, które całkiem niedawno, przed zmianami w Ryanairze, były bagażem podręcznym zawartym w cenie. Teraz trzeba przy rezerwacji biletów po prostu je dodać. Róża miała jedynie plecaczek do schowania pod siedzeniem. Lot trwa 1 godzinę 20 minut, więc w zasadzie ekspresowo. Lądujemy na lotnisku Wenecja Treviso Canova – maleńkim lotnisku tanich linii, na którym nic nie ma. Jeśli tam zgłodniejecie, czekając na lot powrotny, polecam pyszną pizzerię w pobliżu – Carpe Diem. Po wyjściu z terminala skręcamy w prawo i przechodzimy około 50 metrów do czegoś w rodzaju centrum handlowego. Pizza pycha!


Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć

Transfer z lotniska i transport w Wenecji

I tutaj mamy najistotniejsze sprawy! W związku z faktem noclegów na Murano i planami pływania po wyspach, zdecydowałyśmy się wykupić 3-dniowy bilet na tramwaje wodne. Wychodzi to najekonomiczniej i daje swobodę poruszania się tramwajami na terenie Wenecji i wysp laguny.

Istnieje możliwość wykupienia biletu łączonego – na transfer z lotniska i wspomnianego 3-dniowego biletu na tramwaje wodne. Z tej możliwości skorzystałyśmy. Bilety zakupiłam wcześniej na wszelki wypadek, online, za pomocą bardzo wygodnej strony Venezia Unica (poniżej szczegóły). Możecie na niej zakupić nie tylko bilety na transport, ale także za wstępy do muzeów czy atrakcji turystycznych. Przy zakupie online koszt transferu i tramwajów wodnych to 58 euro za osobę dorosłą. Te same bilety, ale w wyższej cenie, można też zakupić ponoć przy okienku ATVO na lotnisku Treviso. Dzieci do lat 6 podróżują tramwajami bezpłatnie.

Nieco inaczej sytuacja wygląda w przypadku osób od 6 do 29 roku życia – za Różę zapłaciłam 46 euro, wykupując przy okazji tzw. Rolling Venice Card, czyli kartę dla młodych, podróżujących osób, która gwarantuje zniżki na komunikację, na rozliczne atrakcje i w sklepach. O samej karcie przeczytacie TUTAJ. Kosztuje ona 6 euro, ale przy łączonym zakupie jej i biletów na komunikację i tak wychodzi sporo taniej. Karta jest ważna rok. Otrzymujemy ją razem z biletami w formie vouchera do druku. Sama nie mogłam wcześniej znaleźć informacji na temat tego, jak taki wydruk zamienić na faktyczną kartę. Pytałam o to już we Włoszech w trzech miejscach, aż w końcu jedna pani mi przekazała, że ona ma po prostu formę takiego zwykłego wydruku, na którym wpisujecie swoje imię i nazwisko. Niemniej jednak ostatecznie z niej nie skorzystałyśmy, nie było okazji – poza tańszym zakupem biletów na transport.


Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć

Jak kupić bilety na transport?

Jak wspomniałam wyżej, wchodzimy na stronę Venezia Unica i klikamy w czerwone pole w prawym dolnym rogu “Venezia Unica City Pass- buy now”. Przekieruje nas na stronę, na której możemy wybrać usługi, które chcemy zarezerwować – np. muzea, atrakcje, wycieczki czy parking, a także to najważniejsze – transfery z dwóch lotnisk i transport publiczny. Zanim dodamy cokolwiek do koszyka, musimy wykreować imienne karty – każdy bilet jest bowiem właśnie imienny. Po prawej stronie znajdziecie sekcję “my cards” i button “add card” Klikacie w niego, wpisujecie imię i nazwisko i tworzycie kartę. I tak każdą osobę po kolei.

Aby wybrać łączony bilet na transfer z lotniska Treviso i 3-dniowe tramwaje wodne, wchodzicie w “Airport transfer Canova Treviso – Venice”, i otwieracie dostępne tam możliwości – czyli sam transfer autokarem ATVO lub łączony z tramwajami ACTV. WYbieramy to drugie, klikamy w “offer details’ i wybieramy “ATVO Transfer Airport CANOVA TREVISO(return ticket) + ACTV 3 days Ticket” za 58 euro. Oczywiście możecie skorzystać z każdej innej tu opcji, albo zakupić bilet na lotnisku (tam sam autokar tam i z powrotem to 22 euro, tramwaje – 40 euro). Osoby pomiędzy 6 a 29 rokiem życia wybierają tu opcję: “ATVO Transfer Airport CANOVA TREVISO(return ticket) + ACTV 3 days + ROLLING (6-29 years ONLY)”. Każdy z biletów przypisujemy do poszczególnej osoby (“assign to” > “select product”) i kupujemy jak to w każdym sklepie internetowym.

Po zakupie otrzymamy vouchery, które należy wydrukować. Po wylądowaniu w Treviso, udajemy się przed lotnisko na postój autobusów ATVO do Mestre i Wenecji. Jeżdżą często, nie sposób ich nie odnaleźć, są tuż za wyjściem, lekko z lewej. Vouchery okazujemy kierowcy lub panu, który nadzoruje autobusy. Po przybyciu do Wenecji musimy wymienić je na bilety – o tym za chwilę. Warto też poprosić u tych panów lub w okienku ATVO o rozkład autobusów powrotnych.



Piazzale Roma i automaty biletowe

Autobus jedzie do Wenecji przez Mestre chwilę ponad godzinę. Na końcu, przez długi most łączący wyspę z lądem, dojeżdżamy na Piazzale Roma – tłumny plac pełen autobusów i ludzi przemieszczających się we wszystkich kierunkach. Tutaj także dociera tramwaj ze stałego lądu. Miejsce to jeszcze zupełnie nie przypomina samej Wenecji, więc się nie stresujemy, tylko poszukujemy automatów ACTV. Są to spore, żółte automaty, w których wymienimy nasze vouchery na bilety. Trzeba podejść do kanału, na lewo od mostu znajdziecie ich kilka. Sama wymiana jest banalnie prosta i bezproblemowa – wybieramy język, klikamy na przycisk o chęci wymiany voucherów, a następnie skanujemy kody z wydruków. Po chwili zabieramy wydrukowane, imienne bilety. Przed wejściem na tramwaj musimy je przyłożyć do czytnika.

Tuz obok znajduje się kilka platform, do których przybijają tramwaje wodne. Jest to naprawdę bardzo wygodny sposób transportu i łatwo go rozgryźć. Dobrze jednak uzyskać wcześniej informację z hotelu, która linia przypływa w jego pobliże. Na Murano z Piazzale Roma dopływa linia 3 (około 20 minut) i 4.2 (40 minut).



Ceny

Obawiałam się, że będzie bardzo drogo, w rzeczywistości jednak ceny nie odbiegały od innych, znanych mi wakacyjnych destynacji. Wprawdzie nie jadałyśmy w najbardziej obleganych restauracjach przy Canal Grande, bo tu zapewne faktycznie ceny są wysokie. Spokojnie jednak można znaleźć małe restauracyjki w bardzo uroczych miejscach i podelektować się odpoczynkiem. Koszt najtańszej pizzy to ok. 7 euro, ciekawszych – ok. 10 euro, makarony zjemy za 8-15 euro. Pamiętajcie jednak, że każda restauracja dodaje do rachunku jeszcze różne kwoty za samo nakrycie do stołu – od 2 euro za cały stolik, do 1,5 euro za osobę (czyli w naszym przypadku 4,5 euro za całość). Wieczorami polecam zajrzeć do marketów i zakupić nieco pysznych świeżych bułek (od ok. 40 centów sztuka) lub innych wypieków oraz gotowe zestawy z prosciutto crudo i serami (ok. 3 euro), do tego sok pomarańczowy i pomidorki i możemy zjeść kolację z najlepszym na świecie widokiem – na pomoście na Canal Grande, obserwując zapierający dech w piersiach zachód słońca. Lub nad brzegiem morza niedaleko Placu Świętego Marka, wpatrując się w przepływający powoli ogromny wycieczkowy statek. Polecam też małe kawiarenki z pyszną kawą lub wyciskanym sokiem z pomarańczy. Tym bardziej, że ciężko tam o toaletę i trzeba korzystać przy okazji posiłków. Reszta wydatków – zależy od potrzeb, chęci i możliwości. Ach, i lody! Dwie porcje/gałki to około 3 euro.


Hotel Danieli

Zwiedzanie

W samej Wenecji faktycznie są tłumy. Najwięcej oczywiście na Placu Świętego Marka (jak na zdjęciu poniżej w jego okolicy) i przy moście Rialto. Są to miejsca, które trzeba zobaczyć, ale zaraz można od nich uciec! Wenecja jest na tyle duża, że spokojnie da się krążyć po spokojniejszych uliczkach i czerpać z tego ogromną przyjemność. My nie zwiedzałyśmy żadnych płatnych atrakcji. Widziałam jedynie kilka sporych kolejek do tych najbardziej znanych obiektów. Wolałyśmy się po prostu powłóczyć, a nasze atrakcje miałyśmy już wykupione. Mam tu na myśli naprawdę warte zobaczenia wyspy Murano, Burano i Lido (o których w kolejnym wpisie), do których dopływają po prostu tramwaje wodne, a które cudownie się odkrywa bez dodatkowych kosztów. Zaserwowałyśmy sobie także wieczorny rejs po Canal Grande – również tramwajem wodnym. Wrażenia niezapomniane. Wypłynęłyśmy z Lido tuż po zachodzie słońca (stąd te zdjęcia, jakby płonące) i wysiadły na Placu Świętego Marka. Tutaj zjadłyśmy kolację obserwując nocne już morze i wielki wycieczkowiec i przesiadłyśmy się do tramwaju linii 1, która powoli pokonuje cały kanał. No, pięknie! I w cenie biletu! Od razu wiedziałyśmy też, że nie zdecydujemy się na gondole – kosztują 80 euro.



Aqua alta

Udało nam się tego uniknąć, ale muszę Was ostrzec. W Wenecji regularnie pojawiają się powodzie, zwane aqua alta. Poziom morza podnosi się na tyle, że duża część ulic jest zalewanych, w tym najpopularniejszy Plac Świętego Marka. Zdarza się to kilka razy do roku, a spowodowane jest feralnym układem mas powietrza i prądów morskich. Ponoć mieszkańcy często wiedzą, kiedy taka wysoka woda nadchodzi i można dopytywać w hotelach czy nie mają na ten temat informacji. Zazwyczaj taka powódź trwa kilka godzin, ale zdarzały się też większe poważne powodzie, które skutecznie uniemożliwiały normalne funkcjonowanie miasta. Na czas aqua alta rozkładane są specjalne pomosty, po których można chodzić, a ich plan znajduje się na mapkach na przystankach tramwajów wodnych.


Te 3 noce, 4 niecałe dni, to stanowczo za krótko i chętnie do Wenecji powrócę. Jeszcze sporo został do zobaczenia! Dokładniej, spokojniej, bez tego pierwszego szaleństwa i ciągłych okrzyków radości i zachwytów.

To jak? Wybierzecie się?


Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć
Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć
Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć
Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć

Turcja 2019

Tak i wybraliśmy się na wakacje do Turcji. Widzieliście już na Facebooku lub Instagramie, prawda? Mam nadzieję, że tak!

Jak to w naszym przypadku od wielu lat bywa, zarówno termin jak i destynacja wakacyjna nigdy nie są pewne. Nasze prace nie pozwalają nam planować, często więc o wyjeździe decydujemy na 1-2 tygodnie wcześniej.

Tym razem zdecydowaliśmy się zapolować na last minute do Turcji właśnie. Czemu? Bo oboje bardzo lubimy te klimaty, ludzi, jedzenie, widoki, a i ceny całkiem przystępne mają.

Wybraliśmy wybrzeże Morza Egejskiego, które odwiedziliśmy już w 2013 roku, z 2-letnią wtedy Różą. W TYM wpisie – relacji z tamtych wakacji pisałam: “Polecam Turcję. Wrócę do niej. Nie wiem kiedy. Kiedyś na pewno…”

No i wróciłam. Sześć lat później. I wrócę ponownie!



Jedno z najdoskonalszych uczuć, które miałam szansę doświadczyć, dopada mnie, kiedy pływam w ciepłym morzu. To szczęście pełne, totalne, to spełnienie, wzruszenie, radość nie do opisania. Nie trzeba udawać, ba – nie trzeba być nawet sobą. Po prostu – się jest. Chwila trwa, odczuwa się ją każdą częścią ciała, każdym jego zakamarkiem. Mrużę oczy od słońca, język zbiera słony smak morza, włosy rozwiewa egejski wiatr. I tylko dłonie wciąż suną do przodu, aby za chwilę się rozdzielić i znowu połączyć. I wciąż, i wciąż. Ten rytmiczny, spokojny ruch działa kojąco, woda oczyszcza umysł. Kąciki ust nie mogą przestać się podnosić w dziecięcym poczuciu beztroski.

No szczęście pełne. Po prostu.



Polowałam na ten hotel od samego początku tegorocznych poszukiwań. Utkwił mi w głowie i wyjść nie mógł. I udało się. Miał to bowiem być hotel, który nie leży w popularnym kurorcie, który jest na uboczu, ale spacerkiem od niewielkiej miejscowości. Hotel już niemal w lesie, po którym można spacerować, a mąż mój może biegać. Hotel przy morzu, z niewielką plażą. Z animacjami dla dzieci i dobrym jedzeniem.

Na miejscu okazało się, że jest jeszcze lepiej. Hotel stanowił kompleks niewielkich domków, rozstawionych pośród sosen i drzewek oliwnych, porośniętych kwiatami. Chodziło się między tymi domkami jak po labiryncie, jak w małym greckim miasteczku. Uwielbiałam to. Tak samo, jak kolorowe kafelki na tarasach i schodach.


Najwięcej było tam Turków, a i tego, przyznam, poszukiwałam wczytując się w opinie i komentarze. Są to bowiem niezwykle mili i kulturalni ludzie. Na pewno milsi i kulturalniejsi od Polaków na wakacjach. A przy okazji sprawia to wrażenie większej autentyczności.


Na śniadanie jadałam bakłażany, pomidory i sery. Na lunch i obiad w sumie też, ale w połączeniu z innymi tureckimi smakołykami. Łącznie z ogromnymi pochłanianymi ilościami cudownie dojrzałych arbuzów!

No bajka, po prostu bajka.



Wieczorem, już po mini disco dla dzieci i codziennym show dla gości, siadaliśmy na leżakach na plaży, wpatrując się w nocny widok zatoki. Wsłuchując się w dobiegającą z oddali muzykę z knajpek z pobliskiego miasteczka lub w śpiewy muezina. Kiedy jednego wieczoru zostałam sama, bo mąż poszedł już położyć Różę, z tych właśnie leżaków przegoniło mnie przechodzące stado dzików. Potem wróciliśmy z Różą w poszukiwaniu powracających dzików, ale niestety już sobie poszły. To podekscytowanie w oczach dziecka, skrzyżowanie radości i lekkiego strachu i ogromna potrzeba zobaczenia zwierzęcia – ten widok mojej córki długo we mnie pozostanie.

No bajka, po prostu.



Szwendaliśmy po tym niedalekim miasteczku. Po lasach i pagórkach okolicznych. Pojechaliśmy zobaczyć dalsze miasto z ogromnym deptakiem zapełnionych całymi tureckimi rodzinami (oni na wakacje jeżdżą wielopokoleniowo). Raz jednak, kiedy moi wybrali granie w gigantyczne szachy, poszłam sobie w las sama. Było cicho, spokojnie, pachniało igliwiem i morską bryzą. Weszłam w las ledwie widoczną ścieżką, które po jakimś czasie zmieniła się w wąską dróżkę, aby za chwilę całkowicie zaniknąć. Mimo to szłam dalej. Wyżej. Aby zobaczyć co jest z drugiej strony zatoki. Za horyzontem. Światło stało się złote. Wszystko zaczęło się złocić. Gdzieś w oddali majaczyły wysepki. Morze co chwilę wychylało się z zarośli. Znalazłam w końcu miejsce z widokiem na drugą stronę. I stałam tak długą chwilę. Wpatrywałam się jak najmocniej, aby wyryć sobie ten obraz w pamięci. Aby stał się tarczą na nasze lutowe i marcowe szarości.

No bajka. Po prostu.



Wysyłam więc i Wam trochę tej bajki. Tego mignięcia ledwie zwanego wakacjami. Tej chwili krótkiej, która pozostaje w nas najdłużej.


(Wybraliśmy wakacje z biurem Itaka, w hotelu Roxy Luxory Nature, w Akbuku, niedaleko Didymy.)



HOTEL



Wędrówki


Facebook