KategorieŻycie

Słucham, czytam, uczę się

Przybywam dziś do Was z garścią inspiracji w nieco innej formie niż zawsze! Mam bowiem coś dla ducha, dla umysłu, dla dobrego samopoczucia! Mam moje ostatnie polecajki do czytania (no, słuchania), coś wspaniałego do naszego rozwoju i kilka miłych dla ucha rytmów do poruszania nóżką czy bioderkiem.

Ach, zaznaczam, że post nie jest w żadnej mierze sponsorowany – to wszystko z głębi serca i głębokiego przeświadczenia, że warto!

A zaczynamy od… audiobooków!


Nie wiem, czy tylko ja odkryłam je tak niedawno! Nie mogłam się wcześniej przekonać, żeby zacząć, aż tu przy okazji któregoś wyjazdu przyszło mi do głowy, że czemu by nie spróbować. I o jeju – jakie to wygodne! Można robić masę rzeczy i słuchać! (wiem, wiem… ale dla mnie to odkrycie) Nie trzeba zabierać książek na wyjazdy, jest jak zająć dziecko czymś ciekawym, nie zasypia się wieczorem po przeczytaniu ledwie połowy strony książki tradycyjnej. Słucham więc kiedy dziecko zasypia i potrzebuje, żeby przy nim posiedzieć, w komunikacji miejskiej, przy sprzątaniu, a kiedy się nie mogę oderwać – po prostu wszędzie.

A słucham za pomocą aplikacji BookBeat, o której kiedyś nawet tu wspominałam. Jest niezwykle wygodna i intuicyjna, a jeśli się wahacie, to na początek każdy użytkownik ma próbny bezpłatny miesiąc. Naprawdę warto.

I to właśnie tu wysłuchałam ostatnio przepiękną historię, którą chcę Wam polecić – Gdzie śpiewają raki, Delii Owens, które czyta Magdalena Boczarska. U nas zwykło się mawiać gdzie raki zimują, na rozlewiskach Karoliny Północnej najwidoczniej śpiewają. Tam właśnie, w latach 50- i 60-tych toczy się ta poruszająca, szalenie plastyczna historia pełna śpiewu ptaków, pokrzykiwania mew i szumu fal. Tam też właśnie pewna bardzo wrażliwa mała dziewczynka została zupełnie sama. Pośród bagien, mokradeł i dzikiej przyrody. Musiała przetrwać, nauczyć się zarabiać pieniądze, borykać z samotnością i zesłaniem. Tam też odnalazł ją pewien chłopiec, który nauczył ją czytać, w kilka lat później pomógł wydać pierwszą botaniczną książkę. Tam także wydarzyła się tragedia. Zbrodnia, którą przez całą powieść próbujemy odkryć i zrozumieć. Tam w końcu odkrywamy jak bardzo natura i jej prawa są surowe, a jednocześnie tak kojące. Bardzo polecam! / BookBeat


A jeśli już wysłuchacie całej powieści i wygospodarujecie chwilkę czasu na własny rozwój – czy to zawodowy czy ten hobbystyczny, zajrzyjcie koniecznie w zasoby portalu Domestika. Znacie już tę stronę?

Domestika oferuje ogromny wybór kursów online w bardzo, ale to bardzo przystępnych cenach. Nie są to żadne rozbudowane, skomplikowane historie. Są to w zasadzie krótkie kursy, pozwalające zgłębić na przykład konkretną technikę tworzenia, czy sposobu działania, umiejętności, techniki itp. Skończyłam już kilka z tych kursów – z ilustracji, tworzenia kolaży, programu Illustrator czy fotografii produktowej. Dla mnie są niezwykłą inspiracją! I sposobem na wgląd w codzienną pracę i jej tajniki uznanych światowych twórców. Pozwalają szerzej otworzyć oczy, podłapać pewne sztuczki i prześledzić pewien cykl twórczy. Stanowią ogromną, nieocenioną pomoc w mojej codziennej pracy. A kosztują ledwie po kilkadziesiąt złotych (polecam korzystać z licznych promocji).

W Domestice znajdziecie kursy w kategoriach: Illustration, Craft, Marketing & Business, Photography & Video, Design, 3D & Animation, Architecture & Space,s Writing, Web & App Design, Fashion, Calligraphy & Typography, Music & Audio. Kursy są w języku angielskim lub hiszpańskim z angielskimi napisami (z innymi językami nie miałam tu styczności). Wiele, oj wiele jeszcze przede mną! / Domestika


No dobra… Poczytaliśmy już (czy tam wysłuchali), pouczyliśmy się, pora na kilka miłych dla ucha rytmów!

Załączam Wam te, które są ze mną ostatnio codziennie. Pozwalają mi z dobrą energią rozpocząć pracę i działać w równie dobrym nastroju.

Część na pewno znacie, ale może gdzieś tam coś dawno umknęło…

Po prostu posłuchajcie!



Na koniec – czerwcowe czereśnie mówią – czereśniowych snów!

Barcelona w lutym

Udało się wyrwać choć na chwilkę. Na trzy dni ledwie. Do słońca, do morza, do Barcelony!

Kiedy mówiłam, że się wybieramy, pytali – czemu w lutym? Czemu nie poczekać, aż będzie cieplej?

Bo w lutym doprawdy czeka się najgorzej!

Bo to właśnie w lutym potrzeba tego słońca, tej wiosny, tej energii. I nawet te trzy dni potrafią tak wspaniale baterie naładować.

Dzidziuś więc pozostał pod troskliwą opieką taty i dziadków, a ja zabrałam starszą córę i siostrę i poleciałyśmy ku przygodzie.

I było wspaniale! Minęło ekspresowo, ale w te trzy dni, mam wrażenie, wydarzyło się więcej niż przez ostatnie nasze zimowe miesiące.

Czerpałyśmy z tych kilku chwil tak bardzo, że wieczorami padałyśmy bez sił. A jakie to było dobre zmęczenie! Twarze i włosy pełne wiatru i promieni słońca. Najedzone pysznym jedzonkiem, wyleżane na ciepłym piasku, wsłuchane w szum fal. Wyjeżdżone na rowerach, kolejką linową i metrem. Przechodzone kilometry, nakupowane pamiątki, lody i świeże, soczyste owoce.

Czy było ciepło? O wiele cieplej niż u nas! Jednego dnia nawet dwadzieścia stopni. Może kąpać się jeszcze nie dało, ale plażować a i owszem!

Czy warto pojechać w lutym choć na chwilkę do Barcelony? TAK!


Wrzucam kilka zdjęć, wszystkie robione telefonem. Wpatruję się w nie i uśmiecham w duchu.

Jeszcze wrócimy!

Co nowego – 2022

Kochani, być może zauważyliście mały zastój tutaj w Lili. Nie może mi się ten nowy dziwny rok odpowiednio rozpędzić. Myśli krążą innymi torami niż zawsze. Zamiast poszukiwać inspiracji, tworzyć nowe lili-cuda, pokazywać Wam to, co piękne i warte polecenia, mam w głowie raczej zimę – dosłowną i metaforyczną. I do słońca mnie ciągnie. Choć na chwilę. A najlepiej – na zawsze.

Na szczęście moje małe światełka rozświetlają mi codzienność, która biegnie swoim tempem. Lilcia ma już 9 miesięcy i powili zaczynam myśleć o tym, co będzie po tej mojej macierzyńskiej przerwie. Choć ciężko to nazwać faktyczną przerwą, bo kiedy tylko młoda śpi lub cieszy się bliskością dziadków, ja pracuję. Pracuję dla moich stałych klientów i mam jeszcze jeden nowy, bardzo ciekawy projekt. Robię zdjęcia, dużo zdjęć. Robię grafiki – na nowe produkty i na potrzeby social mediów. Staram się też douczać, bo bez tego nie ma szans utrzymać się na rynku. Ale na to już ledwie starcza mi sił, energii i tego o co najtrudniej – czasu.

Myślami jestem wciąż przy wiośnie. Jak tylko wyjdzie słońce, łapiemy jego promienie i wystawiamy do niego twarze. Jeśli tylko zawieje cieplejszy wiatr, dajemy mu poszarpać nasze włosy. Częściej jednak otulamy się ciepłem naszego mieszkania niczym bezpieczną kołderką. I za to kocham to miejsce.

Wiosna w końcu przyjdzie. Oby przyniosła ze sobą spokój, nadzieję i radość.


Tymczasem spieszę Wam pokazać kilka dosłownie rzeczy, nad którymi pracowałam w ostatnim czasie.

To na początku i końcu tego wpisu to moja kolejna ilustracja z Misią. W pełni oddaje nostalgiczny nastrój tej zimy. 🙂

Poniżej – nowości dla marek, z którymi współpracuję.

Nowa seria o!figa – Ukochanie, a w niej peeling i masełko. Całość przyoblekłam w taki kobiecy magiczny kolaż.

Dostępne są na stronie – o!figa


Są tez już dostępne dwie nowości Rosa. Panna Poranna – hydrolat lawendowy i malinowe masełko do ust. Polecam je Waszej uwadze 🙂

Znajdziecie je na strona PannaPoranna.pl


Nie dajcie się tej zimie! Jeszcze trochę!


Ostatnio

Drodzy, przesyłam Wam nieco złotego ciepła i słońca, które jeszcze niedawno gościło na naszym niebie. Wiem, że wraz z listopadową szarością pojawiają się smutki i zniechęcenie, wiem to dobrze. Mam więc nadzieję, że gdy tylko tutaj zajrzycie, zrobi się Wam cieplej na sercu. A wraz z Waszymi radościami i u mnie ona się pięknie rozwinie i powróci ten pełen chęci i zapału letni nastrój.

Tymczasem i ja walczę z szarością. Z brakiem słońca. I dnia w ogóle. Ledwie bobas zaśnie i rozpocznie swoją drzemkę, ledwie się z niej wybudzi, już się robi ciemno, zimno i ponuro i w zasadzie jakiekolwiek dłuższe spacery już odpadają.

Staram się podchodzić do tej listopadowej aury w sposób…. romantyczny. Postrzegać ją jako sentymentalne, melancholijne i budzące wręcz pewien wewnętrzny niepokój oblicze natury rodem z Wichrowych Wzgórz. Wpatrywać się w sunące chmury, wystawiać twarz do chłodnego północnego wiatru i marzyć o tym, że wystarczy zamknąć oczy i wraz nim polecieć gdzieś na południe, badać ile to jeszcze pozostało liści na okolicznych drzewach, sycić się nową paletą barw – przygaszonych brązów drzew, ciemnych fioletów wyschniętych winogron, wybijającej się czerwieni jagód na pobliskich krzaczkach i tej ferii brązowych szarości na naszej łące. Albo stanąć i nie móc oderwać oczu od samotnej małej brzozy z ostatkiem żółtych liści, pośród masy uschniętych nawłoci. Jak by nie patrzeć – jest to zwyczajnie piękne.

Energii dodają mi kolorowe, mocno aromatyczne eksperymenty w kuchni. Nowa fioletowa pościel, w którą tak cudownie się zawinąć i schować przed światem. Ulubione kokosowe jeżyki jedzone w tajemnicy. Gorące kakao zrobione przez starszą córcię, która robi je naprawdę przepyszne. A już chyba najbardziej to te chwile, tuż po przebudzeniu, kiedy patrzą na mnie wielkie uśmiechnięte oczy mojej młodszej córci (już ma pół roku!) i zachęcają do przytulasków i gilgotek. I to jest właśnie to, co mnie trzyma w pionie w ten nieprzyjemny, zimny czas.

Mogłabym też troszkę ponarzekać… Naszej suni, Misi, zerwało się więzadło w kolanie i musi mieć kosztowną operację. Kolejna fala pandemii znowu odbija się na mnie bardzo boleśnie, bo odwołano mi warsztaty w tym i kolejnym miesiącu, a to jest doprawdy spory cios. Szczepcie się więc, bardzo proszę. Bobas dopiero co wyszedł z nieprzyjemnej i groźnej dla niemowląt infekcji, przez którą nie załapaliśmy się na program bezpłatnych szczepień, na który bardzo liczyłam.

I na te smutki także bardzo, bardzo, bardzo staram się patrzeć pozytywnie. Misia dostanie jakąś tytanową czy stalową łapę (no, nie całą, tylko fragment kolana), na której ponoć będzie hulać bez obaw już do końca swych ziemskich dni. Ja mam więcej czasu dla bobaska i łatwiej ogarniać mi inne rzeczy. A Lilcia w końcu tę infekcję przeszła bardzo gładko, obyło się bez szpitali, jest więc silną małą dziewczynką.

A na dodatek – takie pisanie jest chyba samo w sobie formą terapii listopadowej! Bardzo polecam!


No…. przy okazji chciałabym polecić Wam dwie rzeczy, które tego polecenia są doprawdy godne!


Jakiś czas temu dostałam przedpremierowo książki Dagmary Chmurzyńskiej-Rutkowskiej, znanej jako Mama Pediatra – „Jak zadbać o zdrowie swojego dziecka. Radzi Mama Pediatra”, wyd. Muza.

Chętnie zgodziłam się na współpracę, bo zaczęłam odczuwać brak solidnej wiedzy zebranej w jednym konkretnym miejscu. Od czasu gdy Róża była niemowlaczkiem minęło już 10 lat, sporo więc istotnych rzeczy gdzieś mi tam z głowy zdążyło ulecieć.

To, co mnie ujęło w tej książce, a w zasadzie nawet zaskoczyło, to to, że czyta się ją tak niesamowicie lekko i szybko. Jest napisana bardzo prostym i zrozumiałym językiem. Autorka wręcz łopatologicznie tłumaczy czasem trudne zagadnienia, dzięki czemu i mi w głowie poukładały się rzeczy, które do tej pory stanowiły pewien chaos. Istotny wpływ ma tu też zapewne sposób podania poszczególnych zagadnień – przejrzystość tematów i ich poukładanie sprawiają, że nie trzeba od razu czytać wszystkiego i cierpieć potem na ból głowy z powodu natłoku faktów. Treści przeglądasz, zatrzymujesz się na tych, które cię akurat interesują, a o kolejnych zapisujesz sobie w głowie, żeby sięgnąć w razie potrzeby.

Książka jest więc bardzo czytelnym poradnikiem, który możesz mieć zawsze pod ręką i wracać do niego wraz z rozwojem dziecka lub w trudniejszych sytuacjach.

Mi osobiście bardzo spodobał się na przykład sposób wyjaśnienia różnic pomiędzy pierwszymi obowiązkowymi szczepionkami. Zdecydowaliśmy się wprawdzie na jedną, ale w zasadzie na chybił trafił. Dopiero teraz mam takie źródło, które pozwala podjąć świadomą decyzję, bo dokładnie wyjaśnia czym różnią się szczepionki płatne od tych refundowanych.

W książce jest tez jeden niezwykle istotny rozdział – Pierwsza pomoc w pigułce. Jest to naprawdę niewiele stron z szalenie istotna wiedzą, która powinien mieć każdy rodzić. Ten rozdział należy przeczytać koniecznie, na spokojnie, przeanalizować i mieć już na zawsze w głowie.

Polecam też rozdział, który opisuje kiedy leczyć w domu, a kiedy udać się do lekarza. Są to zagadnienia bardzo problematyczne, zwłaszcza dla młodych rodziców. Mamy więc podane najczęstsze dolegliwości wieku dziecięcego, takie jak gorączka, biegunka, kaszel itp. oraz najważniejsze informacje dotyczące tego, jakie mogą być przyczyny i jak reagować na objawy. Jestem pewna, ze tych kilka stron rozwieje bardzo dużo wątpliwości i pomoże podjąć decyzję o konieczności wizyty lekarskiej.

Nieco mniej dokładnie zgłębiłam rozdziały dotyczące ciąży, porodu i noworodków, bo to już za nami. Mogę jednak z czystym sumieniem polecić je każdej przyszłej mamie, zawierają bowiem całą masę niezwykle praktycznych informacji, które pomogą Wam przejść przez ten niesamowity okres.

Choć sama nie jestem zwolennikiem wgłębiania się w różnej maści poradniki dotyczące wychowywania maluszków, tę akurat książkę powinni przeczytać i mieć pod ręką wszyscy młodzi rodzice. O ileż wtedy będą spokojniejsi!

To masełko pokazywałam Wam już w Lili kilkukrotnie, przy okazji zdjęć produktowych, które wykonywałam dla marki Rosa. Panna Poranna. Nigdy jednak nie opisałam Wam go dokładniej… I jest to doprawdy niedopatrzenie, bo…

Bo jest to Masło różane z miodem wręcz genialne!

Zacznę jednak od małego przypomnienia – masełko jest mi szczególnie miłe, bo stworzyłam mu taką pszczelo-różaną oprawę graficzną!

Ale do rzeczy… Pachnie kusząco słodko, jak połączenie róży i miodu właśnie. Jest mięciutkie i łatwo się rozsmarowuje. A najważniejsze – przynosi natychmiastowe ukojenie! Taką ulgę dla przesuszonej jesienią skóry. Usta stają się od razu mięciutkie. Polecam na noc pod oczy – wspaniale odżywia. Polecam na zmarznięte buzie dzieci i mężów biegających wieczorami po lasach. Polecam na przesuszoną skórę łokci i pięt. Polecam na spracowane dłonie – kiedy już skończycie wieczorne ogarnianie świata, umyjcie je dokładnie, potem nasmarujcie hojnie masłem i odpocznijcie chwilę.

Masełko dostępne jest w dwóch pojemnościach. Mały słoiczek 15 ml z poprawiającym nastrój napisem „Jesteś piękna!” trzymam zawsze w torebce. Przydaje się wtedy doraźnie – do ust czy a buzię dziecka. A to większe – 60 ml – jest do codziennego stosowania. Jest niezwykle uniwersalne, nadaje się praktycznie dla wszystkich no i…. uzależnia 🙂

Mój jesienny umilacz, który przywodzi na myśl pełnię lata!

Masełka znajdziecie na stronie PannaPoranna.pl – wersja 15 ml i wersja 60 ml.

Jesteśmy :)

Drodzy, kochani moi, wpadam na chwilę, żeby donieść uprzejmie, że jesteśmy całe i zdrowe. Mała urodziła się pod koniec kwietnia. Nie było lekko, bo zaplątała się z pępowinę i trzeba było zrobić ekspresową cesarkę… No, nie wspominam tego najlepiej… Ale już jest wszystko dobrze i jest z niej ogromnie mamusiowy bobas. Bardzo potrzebuje bowiem mojej bliskości, co sprawia, że choćby ten wpis planowałam napisać już od jakichś dwóch tygodni…

Ale jest dobrze. Jest czerwiec. A ja mam moje dwa kwiatuszki – Różę i Lilię. Dzieli je 10 lat różnicy, ale rozumieją się doskonale. Róża uwielbia Lilę, cudownie się nią zajmuje. A dzidziuś uspokaja się co wieczór w rękach starszej siostry.

Nie ma więc mnie tutaj za dużo. Jestem teraz głównie dla moich dziewczynek. I chłonę ten czas pełen wzruszeń, miłości, ciepełka, ale też zmęczenia, frustracji i niepokoju. Tak ma być. A czerwiec dodaje wszystkiemu magii! Bujamy się na spokojnie w hamaku z bobaskiem na piersi, leżakujemy w cieniu wiśni, chodzimy na wieczorne spacery, które pachną wszystkimi poprzednimi wakacjami, zajadamy młode ziemniaki i truskawki z naszego ogródeczka. I zamęczamy sąsiadów, kiedy akurat mała czuje się gorzej i beczy okrutnie. Ale tak też być musi.

Wszelkie aktywności zawodowe ograniczyłam więc na razie do minimum. Coś tam czasem dla stałych klientów oczywiście robię i nawet cieszy mnie to bardzo – to takie oderwanie chwilowe od bobasa. Ale nawet fizycznie nie mam czasu i siły na nic nowego czy bardziej absorbującego. Musiałam też niedawno przyznać się do przecenienia moich możliwości. Przed porodem rozpoczęłam pewien projekt, przygotowanie identyfikacji wizualnej. Niestety nie udało nam się z klientkami na czas znaleźć wspólnego do niego klucza. Tego czegoś, co zaskoczy i będzie można iść dalej. Wszystko więc ogromnie się przedłużyło, no i niestety nie zamknęłam projektu w planowanym czasie przed porodem. Być może dlatego, że ten końcowy okres ciąży już był dla mnie bardzo ciężki. Źle się czułam, moja kreatywność i produktywność spadły do minimum. Niemniej jednak obiecałam sobie dosyć szybko do projektu wrócić i zaskoczyć klientki super pomysłami. Tak to sobie wymyślałam, że kiedy Lilka będzie spać, ja będę siadać do komputera i tworzyć. Dwa tygodnie po porodzie zaczęłam więc próbować. I próbowałam skupić się, skoncentrować, uruchomić wszystkie zasoby mojej kreatywności, aby stworzyć coś wyjątkowego i nie zawieźć dziewczyn. I męczyłam się przy tym strasznie… Bo, jak już wspominałam, bobas jest bardzo mamusiowy i potrzebuje mnie często. Wolnych chwil dużo nie było (i nie ma), a jak już były, to ledwo udało mi się coś rozpocząć, już mała wołała o mamę. Zaczęłam czuć się z tym bardzo źle, byłam zmęczona. A wiecie jak to jest – nie służy to ani projektowaniu, ani dzidziusiowi. Decyzja więc zapadła. Jedyna rozsądna w tej sytuacji – zrezygnowałam z projektu. Wytłumaczyłam dziewczynom, zwróciłam pierwszą wpłatę. I choć na początku czułam, że jest to moja porażka, to teraz już wiem, że to było naprawdę jedyne dobre wyjście. Bo najważniejszy jest przecież dzidziuś 🙂 Takie to właśnie są uroki własnej działalności…

Podrzucam Wam jednak kilka motywów, które przygotowałam w tamtym projekcie, a które mi samej się zwyczajnie podobają. Takie klimaty kolorowych lat 70-tych 🙂

Podsyłam też majowego bobasa – Lilię w bzach 🙂 Po więcej zapraszam na Instagram. Też może nie jestem tam teraz za często, ale czasem zaglądam :*

BUZIAKI!

Co tam słychać?

Tak rzadko ostatnio coś pojawia się w tej mojej Lili, że postanowiłam napisać Wam po prostu co tam u mnie słychać. Na bieżąco staram się wrzucać coś niecoś na Facebook i Instagram, jeśli więc jeszcze Was tam nie ma, to serdecznie zapraszam – na FB TUTAJ, na Instagram TUTAJ.

Pozostał mi już tylko miesiąc do porodu i przyznaję, że moja produktywność i kreatywność spadły do minimum. A dokładnie skupiają się na ostatnich zleceniach, które przyjęłam i nic poza nimi już nie jestem w stanie zrobić. Choć plany mam i nadzieję, że jeszcze coś niecoś ciekawego Wam tu zaprezentuję. Tylko wiecie… lekko nie jest. Dosłownie 🙂



Śpię o połowę więcej, wieczorem padam – zmęczona i obolała, za dnia muszę sobie zrobić przerwę i poleżeć. Mała na dodatek uwielbia akrobacje i wierci się jak szalona, uciskając wszystko po kolei. Na kręgosłup chucham i dmucham, ale czasem i on już nie wyrabia. Mąż daleko, przyjeżdża tylko na weekendy, więc staramy się ze starszą córką dawać radę. I jeszcze cała ta pandemia…

Mimo to cieszę się bardzo, bo tych kilka ostatnich zleceń jest naprawdę super. A dokładniej – mam nadzieję, że wyjdą super, bo stanowią dla mnie prawdziwe wyzwanie. Wyzwanie, ale takie… wiecie… pozytywne. Któremu człowiek chce sprostać, wkręcić się w nie, tworzyć!



Równolegle powoli przeobrażam nasze mieszkanie na 3 osoby w mieszkanie 4-osobowe, co proste nie jest. Zbieram po znajomych wszystkie te dziecięce akcesoria, z których inni już powyrastali. Robię porządki w ciuszkach po Róży i w nowych skarbach. Kompletuję torbę do szpitala. Dokupuję ostatnie rzeczy. I przeszukuję co się da, bo kurcze – nie mogę znaleźć pościeli niemowlęcej po Róży. Ech…

To tak z bieżących spraw…

Ale jest też coś niecoś, co działo się niedawno lub ciągle dzieje, o czym chciałabym Wam napisać!


Po pierwsze – wyszłam niedawno z mojej strefy komfortu i poprowadziłam całodniowe warsztaty z…. fotografii produktowej! To dopiero było dla mnie wyzwanie! Zwłaszcza, że dobrze wiem, jak dużo sama muszę się jeszcze nauczyć. Mimo to było wspaniale, inspirująco i kreatywnie. Na warsztaty przyjechały do mnie dwie osoby zajmujące się prowadzeniem social mediów dla jeden z marek kosmetycznych. Sporo porozmawialiśmy o ich codziennej pracy, przejrzeliśmy ich zdjęcia oraz te warte szczególnej uwagi, a wyszukane w internetach. I oczywiście – było dużo fotografowania, układania, komponowania. I był też lunch, który zrobiłam specjalnie wcześniej. Ale najlepsze jest to, że spoglądam teraz co jakiś czas na nowe zdjęcia moich kursantów i pękam z dumy (z siebie taka dumna jestem!), bo widzę dokładnie to, nad czym pracowaliśmy. I jest pięknie!



Poza tym, uprzejmie donoszę, że wciąż prowadzę profil marki Rosa. Panna Poranna na >> Instagramie!

A że traktuję ją jak moje kolejne dziecko – samą markę, całą szatę graficzną, a już na pewno jej instagramowy profil – zapraszam Was tam serdecznie! Jest już bardzo, bardzo wiosennie, więc mam nadzieję, że przeglądając zdjęcia i kolaże, poprawi Wam się nastrój!



Do rzeczy, z których ostatnio jestem specjalnie dumna, doszedł właśnie projekt papieru pakowego, przygotowanego dla Oli z Arsenic.pl!

A na nim – prawdziwe, magiczne niebo Oli! Pełne alchemicznych symboli, z których cześć bezpośrednio nawiązuje do działalności Arsenic, czyli analiz kolorystycznych. Są też oczywiście elementy identyfikacji, które niedawno stworzyłam – arsenicowe barwy i ważki.

Wiem, że pierwsze analizy-książki już poleciały do swoich nowych właścicieli zapakowane w taki właśnie papier. A to cieszy najbardziej!



Muszę też, po prostu muszę i tutaj podrzucić Wam przepis na PRZEPYSZNĄ tartę, którą niedawno robiłam dla gości i pokazywałam na Instagramie. Jedna z najpyszniejszych, jakie jadłam!


Tarta rustykalna z wiśniami i migdałami!

Składniki:
🍒 250 g mąki
🍒 125 g zimnego masła
🍒 pół szklanki cukru pudru
🍒 1 jajko całe
🍒 1 żółtko
🍒 szczypta soli
🍒 łyżeczka cynamonu
🍒 słoiczek wiśni do deserów ( à la frużelina)
🍒 garstka płatków migdałów
🍒 do podania – szklanka śmietany 18% lub 36% posłodzona do smaku

Ugniatamy ciasto – na tortownicę lub do dużej miski przesypujemy mąkę, dodajemy pokrojone w drobniejsze kawałeczki masło, cukier puder, jajka, sól i cynamon. Całość zagniatamy, aż uformuje się zwarta kula. Chowamy ją do lodówki na czas ogarniania domu (30-60 min.).
Ciasto rozwałkowujemy na mniej więcej zwarte koło o grubości ok. 0,5 cm. Przekładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (najlepiej zawijając na wałek). Na ciasto wylewamy wiśnie, pozostawiając wolne około 5 cm brzegu, który następnie zakładamy na wiśnie formując kształt tarty. Całość posypujemy migdałami i wkładamy do piekarnika nagrzanego na 180 stopni na ok. pół godziny, aż ciasto się zarumieni. Pod koniec można dodać termoobieg.
Podajemy ze śmietaną, lekko posłodzoną. W końcu ma być rustykalnie!
Pycha!



I jeszcze na koniec – moje ostatnie odkrycie, o którym wczoraj pisałam w social mediach – STOKROTKI!

Pierwszy raz kupiłam. Dwie malutkie, bidule takie, w doniczkach, z jednym dosłownie kwiatem. Wsadziłam obie w takie oto naczynie ze zdjęcia, a po tygodniu okazało się, że mam pełne szaleństwo! Prawdziwy stokrotkowy szał! I to jak cudownie piękny, optymistyczny i wiosenny szał!



Dobra, trzymajcie kciuki, abym zdążyła jeszcze ze wszystkim, co mam zaplanowane i co mi siedzi w głowie. Bo potem pojawi się coś znacznie ważniejszego 🙂 I nie wiem, kiedy to to pozwoli mi wrócić do działania :*


Facebook