KategorieMotywacja

Mały biznes 08 – chory freelancer

Dawno nie było wpisu o życiu drobnego przedsiębiorcy, zacznę więc od przypomnienia tych poprzednich. Zapraszam na nie TUTAJ. Zawsze mam nadzieję, że się Wam przydadzą, bo, co jak co, ale coraz więcej osób ma własną działalność, pracuje zdalnie czy dorywczo. Łączmy się więc!

Tymczasem, dzisiejszy wpis, mocno inspirowany ostatnimi czasy, dotyczy freelancera w chorobie.

Bo musicie wiedzieć, że chory freelancer to ma naprawdę przerąbane.

Freelancer nie ma czegoś takiego jak L4. To znaczy, może sobie sam na nie pójść, może na chwilę odpuścić, ale no niestety – nikt mu za to nie zapłaci.

I choć freelancing ma masę zalet, to jest jedna z jego największych wad.

I mnie to czasem dopada. Pół biedy, kiedy akurat jest i tak gorszy sezon i odpocząć po prostu się da. Gorzej, kiedy terminy gonią, są potwierdzone i zaplanowane, a rachunki czekają na zapłacenie.

Co więc wtedy robić? Odpuszczać i pozwolić organizmowi się zregenerować, czy mobilizować wszystkie siły i dotrzymać zobowiązań?

Jest to jedno z trudniejszych pytań w tego typu pracy. Rozsądek i bliscy nakazują odpocząć, bo nie jesteśmy maszynami. Szczęśliwi ci, którzy mają tu oparcie w najbliższej osobie. I to nie tylko psychiczne, nie tylko w takim codziennym wyręczaniu czy pielęgnowaniu, ale i to, jakże tu istotne – finansowe. Bo doprawdy nie da się ukryć, że idealną sytuacją dla freelancera jest świadomość, że jest ta druga osoba, która zapewnia bezpieczeństwo materialne w tak niestabilnej pracy, jak na przykład moja.

No dobrze, ale wciąż pozostają zobowiązania. Czekają klienci, na których stratę nie mogę sobie pozwolić. Bo odbije się to na całej mojej działalności i to na długo.

Co robić kiedy freelancer jest chory?



Ja zazwyczaj robię tak, że dzielę swoje obowiązki na dwie części – na te, których za nic nie mogę odpuścić i te, z których mogę zrezygnować lub odsunąć je w czasie.

Mam to szczęście, ze część moich klientów jest bardzo wyrozumiała. Są to wspaniali ludzie, którzy rozumieją, że sytuacje losowe się po prostu zdarzają. Tym właśnie dobrym ludziom mogę wprost napisać, że dopadła mnie rwa i postaram się wszystko zrobić w najszybszym możliwym terminie, niemniej jednak opóźnienia będą. Postawienie sprawy jasno działa tutaj najlepiej.

Cześć rzeczy odpuszczam na trochę całkowicie lub w dużej części. Zazwyczaj jest to moja działalność blogowa i w social mediach (pomijając sytuacje, kiedy to umawiam się z kimś na konkretne publikacje w konkretnym dniu). I choć wiem, że mogę sobie tu pozwolić na przerwę, równie mocno tkwi mi w świadomości fakt, że może to się wiązać z trudnymi do przywrócenia stratami, np. w ilości odwiedzin, z mniejszym zainteresowaniem kanałami, ze znacznie gorszymi statystykami itp. Być może przez to przepadają mi jakieś wyjątkowo ciekawe okazje na nowe współprace lub nowi klienci. Ale cóż… To jest właśnie to ryzyko, które sama zdecydowałam się kiedyś podjąć.

Są i w końcu te zobowiązania, z których zrezygnować nie mogę. No, nie mogę i kropka. To znaczy, gdyby sytuacja była bardzo ciężka, to i tak nie byłoby wyjścia. To jasne. Jeśli jednak potrafię zmobilizować się na tyle, aby zrealizować coś, do czego się zobowiązałam, na należytym poziomie (to bardzo ważne!), robię co w mojej mocy, aby to zrobić. Biorę więc środki przeciwbólowe i jadę na ważne warsztaty, ale po nich pozwalam sobie na znacznie dłuższy odpoczynek. Pracuję, kiedy mi na to organizm pozwala, czasem na spokojnie, późno w nocy. Ale działam, na ile daję radę.

Nie są to łatwe decyzje. Wiążą się z długą nauką zachowywania odpowiedniej równowagi. Tego szczególnego balansu, który pomaga jednocześnie pracować, robiąc to, co się lubi, ale z drugiej strony zachować zdrowie, dobre samopoczucie i zwyczajnie – nie zwariować w tej nieustającej gonitwie.

Ja wciąż się tego uczę, choć pracuję na własny rachunek już wiele lat.

A jak Wy sobie radzicie w chorobie? Pozwalacie sobie na pełen odpoczynek czy pomimo wszystko – dalej pracujecie?


(PS dobra wiadomość jest taka, że wiosna przyszła!)


Ptasie planery tygodniowe do druku

Początek roku sprzyja planowaniu, postanowiłam więc podrzucić Wam praktyczne tygodniowe planery!

A że ptasie etykietki na prezenty bardzo Wam się spodobały, planery także są ptasie. Cóż… i mi te ptaki jakoś z głowy nie mogą wyjść. I doprawdy, przyjemniej się planuje w towarzystwie ptaszynek.

Planery mają taki układ, jaki ostatnimi czasy uważam za najlepszy dla mnie. Najbardziej praktyczny i wygodny. Jest więc tabela z dniami tygodnia, ale też sporo miejsca na tygodniowe notatki i plany wszelakie. Tutaj spisuję sobie wszystko to, co chciałabym w tym tygodniu zrobić, zawodowo i nie tylko. Potem tylko odhaczam lub skreślam kolejne pozycje. Ale muszę mieć to uwidocznione, musi być na papierze. Wtedy ma większą wartość 🙂

Jest też taki mały drobiazg ode mnie! Ot, mała adnotacja: “super, bo…”. Napiszcie tu sobie w każdym z tygodni, dlaczego ten właśnie jest wyjątkowy. Co takiego się wydarzy, jaki macie nastrój, na co czekacie. Taki drobiazg, a sprawia, że tydzień staje się piękniejszy!

Oby więc się przydały!

Planery należy ściągnąć na komputer, klikając w poniższe przyciski, a następnie wydrukować.

Planery do użytku osobistego.

Wybierzcie jedną lub wszystkie ptasie wersje!

Miłego planowania!


Girly things

Nie wiem jak Wy, ale ja zamiast pełni nowej energii, wkraczam w ten 2019 rok w raczej nostalgicznym nastroju. Może to kwestia przeziębienia, może to ta ponura pogoda za oknem, może pustka pozostała po cudnych Świętach i Sylwestrze? Ciężko mi się zebrać w sobie i ruszyć, wejść w codzienną rutynę, głowa chwilo nie tworzy pomysłów, a wszystkie “zeszłoroczne” gdzieś mi umknęły…

Może to też dlatego, że szykują się zmiany i to do nich próbuję się aktualnie pozytywnie nastawić? Od poniedziałku będę znowu chwilowo bemężna, choć tym razem nieco inaczej niż do tej pory, bo przez 3 miesiące mąż będzie daleko, ale jednak w kraju. I na weekendy będzie do nas przyjeżdżał. Niemniej jednak, znowu trzeba się będzie przestawiać na całkiem inny tryb codzienności.

Ażeby więc marazm nie dopadł mnie zupełnie, żeby jakoś rozruszać blog w ten Nowy Rok, żeby się zmotywować i doenergetyzować, postanowiłam zacząć ten całkiem nowy sezon poświąteczny wpisem nieco innym niż poprzednie.

Wpisem dziewczyńskim, dobrym, kolorowym, którego zadaniem jest stworzenie dobrej energii, chęci do działania i przywrócenie kreatywnej myśli w mojej głowie.

Bo wiem dobrze, że jak już się raz zacznie to potem przestać nie można!

Oto więc totalnie dziewczyński post motywacyjny!


Dzień z życia

Znalazłam nowy sposób na dobry nastrój.

Postanowiłam sobie nie umniejszać.

Miałam niegdyś tendencję do tłumaczenia sobie, że co ja tam narzekam, skoro inni mają o wiele ciężej. Ano mają, mają. Zawsze ktoś będzie miał ciężej. Że ja to jedno dziecko ledwie ogarnąć muszę, i to jeszcze całkiem fajne, mądre i zdrowe, a inne matki to ogarniają i po kilka i dają radę. Że ja tylko pół roku w zasadzie jestem samotną matką, ze wsparciem mocnym, ale jednak, a inne to mają tak po prostu cały czas. Że nie umiem wystarczająco dobrze zorganizować pracy i domu, aby wszystko było na tip top, a pieniądze wpływały niczym ta rwąca rzeka. I wiele jeszcze takich i owakich.

I oduczyłam się tego. I dobrze mi z tym!

Bo po pierwsze – najgorsze, to porównywać się do innych. Po drugie, przecież robię wszystko w miarę moich możliwości, staram się, pcham ten kamień wielki i ciężki, ale wciąż do przodu i wcale, ale to wcale nie jest mi źle.

Wiecie więc jak wygląda dzień z życia Wonder Woman w skali mikro?

Jest szalony, totalnie niepoukładany, ale dobry. A wieczorem mówię sobie – jestem super! Bo zrobiłam to, to i to. A jak tu jeszcze, pomimo zmęczenia, na maila odpowiem, grafikę skończę, projekt zamknę, albo wymyślę coś ekstra, to w ogóle – oj, jaka super jestem. Bo dziecko śpi spokojnie, cztery ściany stoją, w kurzu nie tonę, pies najedzony chrapie obok.

Zrobię pranie i je jeszcze rozwieszę – super! Fajnie, że zrobiłam!

Ugotuję obiad, który moje dziecko zje, co wierzcie mi – nie jest takie łatwe i oczywiste – oj, jak super!

Pójdę biegać, kiedy Róża jest na gimnastyce artystycznej – łoooo jak super!

A jakaż ja byłam super, kiedy skosiłam trawę, zasadziłam czereśnię i kupiłam łopatę do odśnieżania! Toż z tej dumy myślałam, że się rozpłynę!

Byłabym zapewne jeszcze bardziej super, gdybym wymieniła opony na zimowe, ale to już jednak zostawię mężowi, który jutro, po dwóch miesiącach, wraca do nas. Niechaj też poczuje się super 🙂

Bo w ogóle, odkąd Róża zaczęła szkołę, a my mieszkamy na wsi naszej podmiejskiej, wszystko się zmieniło. Cała organizacja dnia przewróciła się do góry nogami. Dziecko każdego dnia ma na inną godzinę – rozstrzał od 8 do 13. Nie siedzi długo w świetlicy, więc chodzę po nią w kółko. Zdecydowaliśmy, że nie będzie jadła obiadów w szkole, więc jeszcze codziennie trzeba ugotować coś porządnego. Męża akurat nie ma, więc sama latam wszędzie, zawożę na zajęcia, objeżdżam znajomych, robię zakupy. A pracy mam coraz więcej. Pracuję więc nie tylko wtedy, kiedy akurat Róża jest w szkole, ale głównie wieczorami. I nocami. Najbardziej lubię te noce, spokojne, pełne twórczej energii, kiedy tak się rozkręcam, że wcale nie chce mi się spać, kiedy nikt nie przeszkadza. I kiedy wiem, że rano mogę odespać, bo dziecko ma do szkoły dopiero na 13. Zamieniam się więc w małą sówkę. Ale jest to super sówka! Sówka, która stara się jak może i daje radę.

A jak szalone są te dni, kiedy wyjeżdżam na warsztaty! To to już na osobną historię zasługuje!

Kiedy więc w końcu kładę głowę na poduszce, kiedy obok pochrapuje dziecko (czasem sypia ze mną, kiedy nie ma męża) i pies, myślę sobie – super, zrobiłam, co miałam zrobić i jest dobrze. I nawet jak nie zdążę zrobić wszystkiego, kiedy pranie wciąż zalega w łazience, a podłoga prosi się o odkurzanie – i tak jest super. Bo przecież to dziecko obok śpi szczęśliwe, a w lekkim przebudzeniu mówi do mnie: “ja ciebie też”.

I wiecie co? Jestem pewna, że każda z Was jest taką Wonder Woman!

Jej Świat: Absurdalna Marysia

Z Marysią zetknął mnie los. Tak widać chciał. Uznał, że tak będzie najlepiej. Spędziłyśmy bowiem kiedyś razem całkowicie absurdalną (nomen omen) dobę w jednym szpitalnym pokoju. Obie totalnie zmarnowane śmiałyśmy się wtedy, choć słabo, z tego naszego odrealnionego wspólnego dnia.

Potem los znowu pozwolił się nam spotkać. Widać miał w tym jakiś plan. Wtedy też dopiero okazało się, że Marysia Bocheńska to jest Absurdalna Marysia! Czemu? Była wtedy właścicielką uroczego sklepiku z rękodziełem o nazwie Absurdalia, tuż koło krakowskiego Rynku. Ów znany nam już los postanowił potem być dla niej nieco przewrotny i dziś Marysia ma własną kawiarnię! Absurdalia Cafe, z małym słonikiem Absurdaliuszem w logo. Dodam też, że już w naszych krakowskich kręgach i znaną i modną, bo i klimat ma i atmosferę dobrą i ciepłą. I nawet kakałko ma z różową bitą śmietaną!

Ale to nie wszystko! Marysia ma też talent niemały i głowę pełną energii i pomysłów. Jest autorką bloga Absurdalia, Bachanalia & Niemoralia, pełnego pięknych rysunków jej autorstwa i krótkich historyjek. Planuje wydać książkę dla dzieci i jestem pewna, że będzie to naprawdę wyjątkowa pozycja.

Nie mogło być więc inaczej – Marysia musiała zostać bohaterką jednego z wpisów z serii “Jej Świat”. Opowie Wam więc dziś coś niecoś sama o sobie!

 

Ach, i koniecznie zajrzyjcie na blog Marysi – Absurdalia, Bachanalia & Niemoralia, a jak będziecie w Krakowie wstąpcie do Absurdalia Cafe, przy Kładce Bernatka!

 

 

Kim jesteś?

Bardzo trudne pytanie. Nie mam charakterystycznego zawodu, który pozwoliłby mi napisać, że jestem na przykład informatykiem albo chirurgiem. Jestem trzydziestolatką, która wciąż uczy się dorosłego życia. Z dumą prowadzę własną kawiarnię i próbuję żyć tak, żeby być szczęśliwą. Cały czas szukam równowagi pomiędzy byciem dziewczynką, a poważną biznesłumen. Próbuję pogodzić te dwie sprzeczności. W moim życiu występuje dużo „absurdaliów” 🙂

 

Jak i kiedy odkryłaś, co chcesz tak naprawdę w życiu robić?

Kilka lat temu z wielkim zaskoczeniem odkryłam, że nie wiem co chcę robić w życiu, ale że na pewno musi to być coś naprawdę fajnego. Na razie nic się w tym temacie nie zmieniło. Od czasu tamtego „odkrycia” robię wyłącznie fajne rzeczy, jednak nie są one do końca sprecyzowane. Rzuciłam poważną pracę, żeby otworzyć własną działalność. Najpierw wyprodukowałam pościel dziecięcą z zaprojektowanym przeze mnie wzorem, potem sprzedawałam swoje rysunki, prowadziłam sklepik z polskim rękodziełem, a teraz mam wymarzoną kawiarnię. I mam cichą nadzieję, że tak będzie wyglądało moje życie (mam jeszcze mnóstwo wspaniałych pomysłów w zapasie) 😀

 

Co Cię motywuje?

W pracy motywuje mnie uśmiech innych. Jeśli  to co zrobiłam powoduje, że inni ludzie są zadowoleni i wyrażają pochlebne opinie to… nic więcej nie trzeba do szczęścia. Od kiedy prowadzę własny biznes nauczyłam się też, że niesamowicie motywujące jest wsparcie rodziny i bliskich. Najbardziej stresujący (i demotywujący) jest brak akceptacji. Więc to ludzie motywują mnie, żeby to co robię było dobre.

 

Co Cię inspiruje?

Absolutnie wszystko! Słońce, śnieg, ładne zdjęcie w internecie, fajnie ubrany człowiek w tramwaju, a nawet kolorystyka smyczy mojego psa. Czasem (często!) mam wrażenie, że świat jest tak nafaszerowany wszelkimi inspiracjami, że zaczyna mnie boleć głowa od ich nadmiaru. Chciałabym móc zrobić wszystko i w dodatku natychmiast. Czuję nieustającą potrzebę tworzenia czegoś nowego! Ale są to rzeczy tak skrajnie od siebie różne, że niemożliwe jest zrealizowanie nawet połowy tych pomysłów. Czasem wystarczy tylko, żeby zawiał pachnący wiosenny wiatr, a ja już dostaję świra. Taki zapach wiosny może być inspiracją do wspaniałej podróży, do wprowadzenia niesamowitego deseru do kawiarnianego menu albo do nauki dziergania na drutach. Ciężko przewidzieć 😉

 

Co zaprzątało Ci głowę dzisiaj rano?

Pierwszą rzeczą o jakiej myślę rano jest mój kalendarz i lista rzeczy, które muszę zrobić tego dnia. Dzisiaj od samego rana myślałam o Absurdaliach – mojej kawiarni do której planowałam pojechać w pierwszej kolejności. Chciałabym kupić dużo kwiatów na zewnątrz. Żeby było tak trochę „na dziko”. Ale gdzie można kupić kwiaty ogródkowo-balkonowe na początku kwietnia? Może rozpocznę od bluszczy?

Czym się w życiu kierujesz?

Często myślę sobie o tym, że (prawdopodobnie) mamy tylko jedno życie. I że dobrze byłoby tego nie zmarnować. Więc mogę chyba powiedzieć, że kieruję się w życiu poczuciem szczęścia. Cały czas dążę do tego, co sprawia radość i szczęście (czy to jest hedonizm? Całkiem możliwe).

Bardzo bym chciała, żeby każdy człowiek mógł żyć tak jak chce. Drażnią mnie różne dziwne normy, zakazy i stereotypy. Im więcej „przykazań”, tym większy bunt wewnętrzny odczuwam. Więc jeszcze raz – każdy człowiek powinien żyć tak, żeby być szczęśliwym. Byle nie krzywdził innych. Takie mogłabym mieć motto życiowe 😉

 

Co robisz, kiedy tracisz zapał i chęci do działania?

Snuję się po domu w szlafroku i narzekam tak długo, aż mój konkubent na mnie nakrzyczy.

 

Czego nauczyłaś się ostatnio?

W związku z tym, że jestem w ciąży od kilku miesięcy śledzę etapy powstawania nowego człowieka. To fascynujące! Wcześniej nie wiedziałam, że taki mały ludzik jest w stanie tak bardzo wierzgać nóżkami i rączkami, że można rozpoznać je przez skórę! Zdumiewające jest jak tworzy się nowe życie. Niby każdy uczy się o tym w szkole i są to oczywiste oczywistości. Ale kiedy zaczyna się doświadczać tego wszystkiego na własnej skórze…. Niesamowite i przedziwne jest mieć kogoś w brzuchu:)

Poza tym ostatnio uczę się wreszcie robić na drutach 🙂

 

 

Ulubione:

  • zapach: drzewa na wiosnę i benzyna w Trabancie
  • kosmetyk: domowe peelingi, których nauczyła mnie Ada z Lili
  • książkę: jest ich zbyt wiele, nie mam jednej ulubionej. Ostatnio przeczytałam nową Musierowicz. Poza tym bardzo lubię te współczesne, przepięknie ilustrowane książki dla dzieci.
  • film: nie mam ulubionego filmu, ale lubię te pozytywne. Nie cierpię horrorów i smutnych zakończeń
  • rzecz w domu: wanna i łóżko
  • rzecz w szafie: różowa tiulowa spódnica
  • blog / blogi, które polecasz: bardzo lubię Julię Rozumek i jej drewniany dom 🙂
  • miasto: Kraków
  • jedzonko/napój: koktajl owocowy
  • cytat: „You may say I`m a dreamer; but I`m not the only one

 

Planery tygodniowe do druku

Bardzo spodobały Wam się ostatnie planery do druku, które przygotowywałam. Wiele z Was je ściągnęło. Przypominam, że wciąż czekają TUTAJ. Serdecznie do nich zapraszam.

Tymczasem postanowiłam stworzyć nowsze, nieco inne. Prostsze i bardziej przejrzyste. Weekend tym razem zamknęłam w jednej ramce, ale dodałam nieco miejsca na notatki na dole. Całość w towarzystwie ptaszków i kwiatów – do wyboru!

Ściągnijcie więc sobie planery na komputer, wydrukujcie i trzymajcie gdzieś pod ręką – na lodówce, na korkowej tablicy, na komodzie w przedpokoju, na biurku. Abyście mieli dostęp do nich Wy i Wasi bliscy. Aby nic nie umknęło. Aby wszystko zapamiętać i ogarnąć.

Mam nadzieję, że się przydadzą!

Planer z ptaszkami

Ściągnij klikając poniżej

planer-tygodniowy-z-ptaszkami.pdf (363 pobrania)

 

 

Planer z kwiatami

Ściągnij klikając poniżej

planer-tygodniowy-z-kwiatami.pdf (467 pobrań)

 

Facebook