KategoriePrzepisy na kosmetyki

Ziołowa pozimowa pielęgnacja nóg czyli różowy ocet i żółty olejek

Dobra, kończymy ze smutami! Zabieramy się za coś zgoła bardziej przyjemnego. Bo skoro już i tak siedzimy w domu, czemu nie przyrządzić sobie jakichś naturalnych cudownych specyfików, a potem rozkoszować się domowym SPA i przyjemną w dotyku, odżywioną, nawilżoną skóra?

Bierzemy się więc do pracy!

Nie wiem jak u Was ale po tej zimie skóra na moich nogach była szorstka, podrażniona i sucha. A tu lada moment ściągniemy spodnie i rajstopy i będziemy hasać po łąkach i lasach z gołymi nogami. No, przynajmniej na to liczę!

Polecam więc Wam dzisiaj prostą, domową kurację, która przywróci skórze nóg (a i jak ktoś ma ochotę to całemu ciału) blask i energię! Potrzebne nam będą dwa kolorowe eliksiry – różowy ocet i żółciutki niczym cytryny olejek.

Nie są to nawet jakoś specjalnie odkrywcze receptury. Podobne kosmetyki robiłam i tutaj nie raz. Bardzo często wykorzystuję je na moich warsztatach i u siebie w domu. Są bowiem zwyczajnie i po prostu – świetne!



Co my tutaj mamy? Mamy naturalny jabłkowy ekologiczny ocet, który wspomogliśmy pielęgnacyjną mocą ziół. Wybrałam te, które zawsze mam pod ręką i dobrze wiem, że działają wspaniale regenerująco i kojąco na skórę. Zarówno więc w occie, jak i w olejku znalazły się lawenda, nagietek i rumianek. To właśnie dzięki lawendzie ocet przybrał ten różowy kolor. Olejek natomiast wzmocniłam dodatkowo jeszcze czystym olejkiem lawendowym, który, stwierdzam to z pełną stanowczością, zawsze do wszystkiego jest dobry 🙂 A już na pewno do podrażnionej skóry!

Ziołowy ocet zapewni nam miękkość skóry. Wspomoże ją w regeneracji, pobudzi do działania, odświeży, stonizuje. Olejek zadziała jeszcze mocniej regenerująco, zatrzyma wilgoć w skórze, odżywi ją. Załagodzi podrażnienia, ukoi szorstkość, przywróci zdrowy wygląd.

Jak wygląda taka domowa kuracja?

Codziennie wieczorem po kąpieli, kiedy skóra jest jeszcze wilgotna, lekko spryskujemy nogi octem. Zanim całość wyschnie, wmasowujemy niewielką ilość olejku. I tyle. Ważne, aby zadziałać w ten sposób możliwie regularnie, przez 1-2 tygodnie.



Różowy ziołowy ocet


Składniki:

  • 200 ml dobrego jabłkowego octu – najlepiej ekologiczny, taki mętny
  • łyżka suszonej lawendy
  • łyżka suszonych nagietków
  • łyżka koszyczków rumianku

Zioła zalewamy octem w buteleczce lub słoiczku. Odstawiamy na kilka dni, np. na tydzień w ciepłe, suche miejsce. Warto codziennie wstrząsnąć. Po tym czasie ocet przecedzamy i przelewamy do buteleczki ze spryskiwaczem. Do nóg używam takiego czystego octu, jeśli jednak będzie za mocny lub chcielibyście stosować go do włosów lub jako tonik do twarzy, koniecznie go rozcieńczcie najlepiej ulubionym hydrolatem. Proporcje ustalcie według własnych preferencji – jak zauważyłam, każdy woli tutaj inaczej. Najlepiej zacząć od jeden części octu i i czterech części hydrolatu. Ocet na nogi stosujemy jak opisałam powyżej.


Żółciutki olejek-macerat ziołowy


Składniki:

  • 500 ml oleju (użyłam z pestek winogron)
  • garść suszonej lawendy
  • garść nagietka
  • garść rumianków
  • 40 kropelek olejku lawendowego

W słoiku zalewamy kwiaty olejem. Ogólna zasada jest taka, że olej ma przykrywać susz. Całość odstawiamy na najlepiej minimum 2 tygodnie w ciepłe, suche miejsce, co jakiś czas wstrząsając. Szybsza metoda polega na delikatnym podgrzewaniu w kąpieli wodnej takiego olejku przez porządnych kilka godzin. Osobiście polecam jednak odstawienie do porządnego zmacerowania. Po tym czasie przecedzamy olej, przelewamy do butelki i dolewamy do niego olejek lawendowy. Ten ostatni można, zwłaszcza teraz w czasie pandemii, zamienić na olejek 4 złodziei, o którym pisałam Wam ostatnio TUTAJ. Olejek stosujemy, jak opisałam powyżej lub według uznania. Nadaje się idealnie jako olejek do ciała, oliwka dla dzieci, olejek do kąpieli, do masażu lub do przygotowania innych kosmetyków.


Olejek 4 złodziei

Nie wiem czy wiecie, ale jedną z największych zalet moich warsztatów kosmetyków naturalnych jest to, że w dużej części przepisów uczestnicy sami mogą skomponować zapachy swoich kosmetyków. I cieszą się zawsze jak dzieci, bo całe stoły mam zastawione wszelkiej maści pachnącymi olejkami. Są wśród nich sztuczne kompozycje zapachowe przystosowane do produkcji kosmetyków, które pachną np. jak lody wiśniowe czy biała herbata (wspaniale!), ale to, co najcenniejsze, o czym zawsze mówię najwięcej – to naturalne olejki eteryczne.

Te czyste esencje roślinne, te wysoce skomplikowane i skoncentrowane substancje chemiczne, która mają ogromny wpływ na funkcjonowanie naszego organizmu. Tym wpływem zajmuje się nauka zwana aromaterapią. Liznęłam ją ledwo, bo choć interesuje mnie od dawna, dobrze wiem, że wciąż jeszcze wiem mało, oj mało. Wgłębiam się w nią od wielu lat, choć daleko mi do ekspertki. Umiem jednak zastosować podstawowe olejki w codziennym życiu. Ba, po prostu je stosuję. Ja i moja rodzina. I bardzo je sobie cenię.

Sięgnęłam więc po moje wielkie pudło ze wszystkimi warsztatowymi olejkami i wybrałam z nich te, których zapas może nam się przydać w najbliższym czasie. Czasie, jak wiadomo, złym i niepewnym. W czasie panującej epidemii koronawirusa.

Spośród całej armii olejków, które rozłożyłam sobie na stole, wybrałam kilka i stworzyłam z nich własną wersję olejku 4 złodziei.



Słyszeliście już może o tej mieszance olejkowej? Coraz więcej osób teraz do niej powraca, coraz częściej można o niej usłyszeć. Ja sama usłyszałam jej historię już dosyć dawno temu, teraz jednak postanowiłam zgłębić ją dokładniej.

A zaczęło się od legendy… Ciężko stwierdzić ile w niej prawdy, choć z pewnością jest ona prawdopodobna. Ma też bardzo wiele wersji. Gdzie bym nie czytała, zawsze coś je od siebie rożni. Nawet ilość samych złodziei bywa różna – raz jest ich czterech, raz pięciu, czasem siedmiu. Udało mi się jednak wyłuskać z nich pewien ogólny obraz.

Działo się to jakoś w połowie XIV wieku, kiedy do Europy, wraz z genuańskimi galerami powracającymi z Morza Czarnego trafiła dżuma, zwana także czarną śmiercią. Przebyła wcześniej, wraz z wędrującymi kupcami jedwabny szlak. Dotarła więc do nas z Azji i bardzo szybko przetoczyła się po całym kontynencie, zbierając ze sobą ogromne żniwo.

Tak jak i teraz stosuje się możliwe środki zaradcze, tak i wtedy wstrzymano wszelki handel morski. Pozostawiono tym samym wielu ludzi bez środków do życia. Wcześniejsi handlarze różnej maści ziołami i wonnościami, zmuszeni zostali zająć się znacznie mniej wartościowym zajęciem – stali się złodziejami i okradali chorych i umierających. Wśród nich szczególną sławą zasłynęli ci właśnie złodzieje, o których dzisiaj mówimy. Pomimo bardzo częstego kontaktu z zarażonymi dżumą, oni sami pozostali zdrowi.

Kiedy w końcu ich złapano, zaintrygowany sędzia dał im taki wybór – jeśli wyjawią swój sekret, jeśli powiedzą, jakim cudem nie zarazili się dżumą, oszczędzi im przewidzianej wtedy za takie zbrodnie kary, czyli spalenia żywcem. Złodzieje przystali na takie ultimatum i opowiedzieli o specjalnej miksturze, którą nacierali ręce, stopy, okolice ust, uszy czy skronie, a która to właśnie miała zapobiegać zarażeniu. Zadowolony sędzia ponoć dotrzymał słowa. Faktycznie nie spalił ich żywcem, a…. powiesił.

Do dzisiaj nie mamy pewności, co to dokładnie była za mikstura. Wiele źródeł podaje, że był to ocet, w którym moczono różne zioła, jak piołun, szałwię, rozmaryn czy rutę. Słyszałam też o rodzaju nalewki czy właśnie – olejku z wonnościami. Ponoć od tego czasu lekarze francuscy odwiedzający chorych na dżumę zaczęli ubierać specjalne, charakterystyczne maski z długim jakby dziobem. W nim bowiem umieszczali skrawki materiału nasączone olejkami i wyciągami z ziół, które raz, że pozwalały zminimalizować odór rozkładających się ciał, a dwa – pomagały zapobiegać zarażeniu. Choć czytałam także, że zdarzało się, że w tych właśnie maskach wynoszone przeróżne drogocenne niewielkie przedmioty z domów umierających.



W tamtych czasach kierowano się głównie instynktem i ludowymi podaniami. Kiedy jednak w XX wieku rozpoczęto przeprowadzanie badań esencji roślinnych, okazało się, że wiele z nich faktycznie ma silne właściwości bakterio- i wirusobójcze. Okazało się, że w legendzie może być sporo prawdy.

Przepisów na olejek 4 złodziei jest niemal tyle ile wersji samej legendy o tychże. Przejrzałam naprawdę sporo stron, w tym wiele angielskojęzycznych i prawie zawsze różniły się one nie tylko proporcjami, ale także składem. Zanim jednak przejdziemy do szczegółów, kilka ważnych słów tytułem wstępu.

Pamiętajcie – żaden olejek, czy mieszanka olejków, ani żaden ziołowy specyfik nie zapewnią Wam gwarancji ochrony przed koronawirusem. Możemy stosować je jedynie WSPOMAGAJĄCO. Zawsze, ale to zawsze stosujemy się do wytycznych lekarzy i odpowiednich służb. Siedzimy więc W DOMU, ograniczamy kontakty, unikamy zgromadzeń, MYJEMY RĘCE, nie dotykamy palcami powierzchni często dotykanych, nie przykładamy palców do twarzy, szczególnie dbamy o higienę i zgłaszamy się do służb w przypadku wystąpienia objawów choroby.

Pamiętajcie – pomimo faktu, że olejki eteryczne, które występują w takich jak ta nasza dzisiejsza mieszankach, mają udowodnione działanie przeciwwirusowe np. na wirusa grypy, nie zapewnią w pełni skutecznej bariery przed wirusami. Aby faktycznie mogły zadziałać w ten sposób, musiałyby mieć znacznie większe stężenie.

Mogą natomiast, jak już pisałam, zadziałać wspomagająco, tworzyć tak zwany filtr biologiczny zapachowy (np. kiedy stosujemy je tak, jak ja to zazwyczaj robię – dając kropelkę lub dwie na bluzkę, sweter, czy szalik, aby unosiły się wokół nas), ale, co tutaj równie istotne – takie mieszanki olejków, które razem działają lepiej niż każde z osobna, tj. działają synergicznie, znacząco wspomagają naszą odporność. Dzisiejszy olejek 4 złodziei ma też inna ogromną zaletę, którą szczególnie docenimy w tej sytuacji – działa kojąco na psychikę! Taka mieszanina dodaje energii, wprawia w dobry nastrój, stymuluje pracę mózgu, wzmaga koncentrację, rozjaśnia umysł, zwiększa też poczucie bezpieczeństwa. Przyznajcie, jest to nam teraz bardzo potrzebne.

Zaznaczę także, że musimy przestrzegać kilku zasad bezpiecznego stosowania olejków – mieszanki nie nakładamy bezpośrednio na skórę, jedynie zmieszaną z olejem bazowym (łyżeczka oleju bazowego + 3 kropelki olejków eterycznych) lub np. balsamem do ciała. Jeżeli macie obawy o możliwe uczulenia, zróbcie najpierw próbę uczuleniową. Olejkiem możemy wspierać także dzieci, ale od 3 roku życia, w bardzo niewielkich ilościach, kierując się zdrowym rozsądkiem i jeżeli nie ma przeciw temu żadnych przeciwwskazań zdrowotnych. Kobiety w ciąży i karmiące piersią kierują się tutaj jedynie wytycznymi swoich lekarzy. Mieszanki NIE stosujemy doustnie.



Wracając do meritum, różne strony podają doprawdy różne składniki olejków 4 złodziei. Te, które powtarzają się najczęściej to:

  • Olejek eukaliptusowy – silne działanie przeciwwirusowe, także antybakteryjne i przeciwgrzybicze, wspomagające układ odpornościowy, udrażniające górne drogi oddechowe
  • Olejek pomarańczowy – działanie przeciwzapalne i przeciwgrzybicze, znany jako aromaterapeutyczny antydepresant, dodaje energii
  • Olejek cytrynowy – podobne działanie do pomarańczowego, także odświeżające, dezodorujące. Uwaga – olejki cytrusowe na skórze wystawionej na działanie promieni słonecznych mogą spowodować przebarwienia
  • Olejek cynamonowy z liści – działanie przeciwwirusowe, antybakteryjne
  • Olejek cynamonowy z kory – znany z właściwości rozgrzewających, ściągających, przeciwbakteryjnych i przeciwzapalnych
  • Olejek goździkowy – o działaniu przeciwwirusowym i bakteriobójczym, ale także kojącym umysł i nerwy
  • Olejek rozmarynowy – jeden z silniejszych antyseptyków, stymuluje prace mózgu, wzmaga koncentrację

Dla ciekawych, zacytuję tu jeszcze fragment cyklu o olejkach przeciwwirusowych u Herbiness:

Obiektem badań laboratoryjnych jest bardzo często wirus grypy, czyli Influenza. Płynne preparaty zawierające następujące olejki eteryczne w stężeniu do 0,3% wykazały bardzo wysoką skuteczność w dezaktywowaniu wirusa grypy: kora cynamonu, bergamotka, trawa cytrynowa, tymianek ct. tymol. Podobny rezultat uzyskano stosując wyższe stężenia olejków takich jak: lawenda, geranium, eukaliptus gałkowy, goździk. Powyższe olejki zostały wymienione na podstawie publikacji Vimalanathan / Hudson 2014.
To zestawienie olejków o działaniu przeciwwirusowym warto uzupełnić o olejki skuteczne w przypadku wirusa grypy wg publikacji Price / Price 2012: liść cynamonu, cytryna, limonka, eukaliptus: smithii i promienisty, kocanki piaskowe, palmaroza, hyzop, melisa, korzennik, pieprz czarny, ravensara, szałwia, goździk oraz tymianek ct. tymol.
(więcej na FB Herbiness).



Olejek 4 złodziei

Receptura autorska – w oparciu o zgromadzoną wiedzę skomponowałam własny olejek, do którego celowo dodałam większą niż w innych ilość olejków cytrusowych (cytryny i pomarańczy), aby miał lżejszy, bardziej odświeżający zapach, który łatwiej zaakceptuje moja rodzina. Dodałam do niego także nieco olejku tymiankowego, który stosuję od lat.


Składniki:

  • 40 kropelek olejku goździkowego
  • 30 kropelek olejku cytrynowego
  • 30 kropelek olejku pomarańczowego
  • 20 kropelek olejku cynamonowego z kory
  • 15 kropelek olejku eukaliptusowego
  • 15 kropelek olejku rozmarynowego
  • 15 kropelek olejku tymiankowego

Wszystkie olejki przelewamy od osobnej buteleczki i lekko ją obracamy, aby się połączyły. Mój olejek ma cudowny, faktycznie kojący zapach. Córka mówi, że pachnie pierniczkami i trzeba przyznać, że jest to przyjemna dominująca nuta.

Przygotowałam sobie dwie wersje użytkowe olejku. Po pierwsze – czysta aromaterapeutyczna mieszanina, której/którą:

  • Nakładam dwie kropelki na ubranie przed wyjściem z domu, tworząc w ten sposób tzw. zapachowy filtr biologiczny (wg Herbiness). Taką ładną nazwę wyczytałam ostatnio, choć olejki stosuję właśnie w ten sposób od wielu lat. Z taką kropelką po domu chodzi także moja córka, wymiennie z czystą lawendą.
  • Dodaję kilka kropelek do środków czyszczących różne powierzchnie w domu – głównie kuchnię i łazienkę (używam Zielko), dzięki czemu nabierają siły dezynfekującej.
  • Dodaję odrobinę do maceratu z nagietka, który wmasowuję w skórę po kąpieli (o tym będzie niedługo osobny post).
  • Olejek można dodać także do preparatów antybakteryjnych do rąk, do mydeł w płynie, do balsamu do ciała, do soli lub olejku do kąpieli, do płynu do prania. Ważne, aby zachować umiar i przestrzegać zasad bezpieczeństwa.
  • Oczywiście możemy także stosować olejek w dyfuzorze lub kominku do aromaterapii.

Zrobiłam także bardzo praktyczny spray na bazie spirytusu, który rozpylam czasem w domu w niewielkich ilościach, a czasami robię nieco większe rozpylenie, odczekują chwilę, a następnie porządnie wietrzę cały dom.

Taki spray warto także trzymać w samochodzie i co jakiś czas i tam nim spryskać wnętrze.

Spray na bazie spirytusu salicylowego:

  • 4 części spirytusu
  • 1 część olejku 4 złodziei

Ze względu na specyfikę spirytusu salicylowego (takiego z apteki) olejek będzie się rozwarstwiał i należy całość za każdym razem wstrząsnąć. Jeśli macie do dyspozycji spirytus 95%, nie powinno być takiej potrzeby.



Jeżeli macie jakiekolwiek obawy względem stosowania tej lub podobnej mieszaniny, polecam Wam dzisiaj dwa miejsca, w których zasięgniecie rzetelnej porady. Jak już wspominałam, sama nie jestem ekspertem w dziedzinie aromaterapii, znam jednak dwie wspaniałe dziewczyny, które śledzę od dawna i jestem pewna, że możecie im zaufać.


Klaudyna Hebda

Klaudyna jest aromaterapeutką kliniczną i prawdziwą znawczynią świata aromaterapii i zielarstwa. Nawet niedawno prowadziła bardzo ciekawy webinar o olejku złodziei oraz stworzyła e-book o tym, jak ten olejek stosować. Wszystkie informacje z pewnością otrzymacie po zapisaniu się do Biblioteczki Alchemiczki – TUTAJ. Poza tym, jeżeli nie macie dostępu do olejków lub nie ufacie sobie, mnie lub innym internetowym źródłom, w sklepie Klaudyny znajdziecie 4 wersje jej autorskiej mieszanki złodziei, skomponowanej w oparciu o wysokiej klasy olejki (Klaudyna o to bardzo dba). Znajdzie je TUTAJ.

Herbiness

Inez jest dyplomowaną fitoterapeutką, specjalizującą się w ziołach aromatycznych i olejkach eterycznych. Podziwiam ogrom jej wiedzy i ofertę jej własnego sklepu z olejkami i surowcami kosmetycznymi – TUTAJ. Sklep niestety chwilowo nie działa, aby nie nieść niebezpieczeństwa zarażenia koronawirusem podczas dostarczania paczek. Polecam Wam jednak coś wspaniałego – cykl o olejkach przeciwwirusowych, który Herbiness prowadzi na swoim Facebooku. Każda zawarta tam informacja jest szalenie ciekawa i warta zapamiętania. Prześledźcie koniecznie! Znajdziecie go TUTAJ.


Kosmiczne babeczki do kąpieli

A gdyby tak i do kąpieli dodać trochę kosmicznej magii? Hmmm? To by dopiero było! Połączenie mocy lawendy i kosmosu. Co powiecie?

Bo ja mówię TAK!

Zachęcam Was dzisiaj do kreatywnej, jakże odstresowującej (sprawdziłam dobrze na sobie) zabawy w malowanie błyszczącego kosmosu na kąpielowych babeczkach! A potem zamykamy się w łazience i chłoniemy tę energię dobrą i kojącą.

I doprawdy, jest to bardzo proste!



Kosmiczne babeczki do kąpieli


Składniki (na 6/7 babeczek)

  • 10 dużych łyżek sody oczyszczonej
  • 6 dużych łyżek kwasku cytrynowego
  • 5 dużych łyżek skrobi ziemniaczanej
  • ok. 40 kropelek olejku lawendowego
  • pół szklanki ulubionego oleju (użyłam ryżowego)
  • woda w spryskiwaczu
  • barwniki spożywcze – złoty, miedziany i rubinowy (Allegro)
  • odrobina spirytusu salicylowego
  • akcesoria: foremki do muffinek i pędzelki

W dużej misce mieszamy sodę, kwasek i skrobię. Dolewamy olej i olejek lawendowy i rozpoczynamy wyrabianie naszego babeczkowego “ciasta” ręką. Co jakiś czas spryskujemy je lekko wodą. Jeśli zacznie musować, gasimy to musowanie mieszając. Ciasto wyrabiamy do takiej konsystencji, że jak ściśniemy je w dłoni i ją otworzymy, pozostanie na niej zwarty kształt.

Ciasto przekładamy do foremek na muffinki, dokładnie je dociskając i wygładzając palcami. Odstawiamy je na noc do wyschnięcia. Nazajutrz wyciągamy z foremek nasze lawendowe babeczki i zabieramy się za dekorowanie

Każdy z barwników spożywczych, które mają postać proszku, musimy zamienić w farbkę. Aby to uczynić mieszamy w małej miseczce odrobinę proszku z równie niewielką ilością spirytusu. Ma powstać farbka, którą łatwo się będzie malowało. Najlepiej dodawać po kilka kropel spirytusu, mieszać całość pędzelkiem i w ten sposób kontrolować konsystencję. Spirytus będzie na bieżąco wysychał, trzeba więc trzymać go w pobliżu i co jakiś czas dodawać kilka kropel.

Gotowymi farbami malujemy po wierzchu babeczek według uznania.

Jak tylko farbki wyschną, są dosyć trwałe. Oczywiście przy mocniejszym dotyku będą schodzić, ale spokojnie można je zabezpieczyć i przechowywać.



Na koniec pokombinowałam z nieco inną formą – takiego kąpielowego krążka. Też fajnie wyszło, prawda?

Pachnące woski Gienki

Miały się inaczej nazywać. Miało być coś z pszczelim designem, z woskiem we współczesnym wydaniu, z geometrią. Sama nie wiedziałam do końca, choć pomysł pojawił się jeszcze w listopadzie. Wtedy to wymyśliłam, że Święta cudownie łączą się z przytulnością pszczelego wosku i pięknego zapachu. I że zrobię coś, co będzie oryginalne w swojej formie. Aż tu nagle wczoraj pojawiła się Gienka…



Być może śledziliście losy Gienki na Facebooku lub Instagramie i już wszystko wiecie. Jeśli jednak nie, to już wszystko wyjaśniam!

Gienka to pszczoła, którą znalazłam wczoraj rano przyczepioną do elewacji naszego domu, sztywną, zamarzniętą, bez większych szans na przeżycie, bo i dzień był wyjątkowo, jak na tę zimę – chłodny. Musiała się przebudzić dzień wcześniej i nie udało jej się na czas dolecieć do ula. Tak sądzę…

Zabraliśmy się Gienkę do domu. Położyliśmy na blacie w kuchni, obok niej wylałam odrobinę miodu i wody, a pod nią – wosk pszczeli, który akurat miał być rekwizytem do sesji pachnących wosków. Pomyślałam, że zapachnie jej domem.



Przez dłuższy czas Gienka nie dawała znaku życia, aż w końcu, bardzo powolutku zaczęła ruszać nóżkami. Odtajała, odżywała! Kiedy miała już na tyle siły, żeby się podnieść, zaczęła jeść i pić. I jadła i piła, i jadła i piła! Potem rozpoczęła rekonesans po blacie. Spacerowała sobie, zataczając się przy tym i upadając. Kiedy zaczęło mi się wydawać, że ma więcej siły, wystawiłam ją do ogrodu, z myślą, że może odleci. Nic z tego. Znowu się skuliła i przestała ruszać. Wróciła więc do kuchni, na blat, na swoje miejsce. Do wieczora obeszła sobie większą jego część. Aż w końcu znalazła spokojny kącik i zasnęła (sprawdzaliśmy dwa razy czy żyje, ewidentnie zakłócając jej sen…).

Dzisiaj rano Gienka przywitała nas z sałaty. Wspięła się nią, wędrowała sobie po niej i patrzyła na nas kątem oka. Bałam się, że skoro nadal tylko się wspina, to może mieć problem ze skrzydełkami. Może za późno ją znaleźliśmy… Może nadal za słaba. Już planowałam zatrzymać bidulę na zimę u nas…

A kiedy po godzince weszłam do kuchni, usłyszałam małą bzyczącą pszczołę, która lata wzdłuż okna, szukając drogi na zewnątrz! No, aż krzyknęłam z radości! Wzięłam więc Gienkę w szklankę i wyniosłam do ogrodu. Kiedy ją wypuściłam, zrobiła nade mną kilka kółek. Albo próbowała się rozeznać w terenie, albo, w co chcę wierzyć, żegnała się ze mną, dziękując. I poleciała!

Dzisiaj jest całkiem ładnie, ma być 14 stopni. Kilka uli mamy całkiem niedaleko, być może jeden z nich jest domem Gienki. Jestem więc dobrej myśli. Wiem, że wróci do swoich!

A swoją droga to Gienka z bliska wygląda jak taki misiek do przytulania. Już mi jej brakuje…



Wracając do tematu wosków… Kiedy Gienka wczoraj sobie tajała, ja robiłam zdjęcia i woskom i jej. Może czuła zapach olejku sosnowego i myślami błądziła po lesie? Oby!

To właśnie na cześć Gienki, mój dzisiejszy pomysł nazwałam “pachnącymi woskami Gienki”!

Są to woski zapachowe, które wykonałam z wosku sojowego i pszczelego i ozdobiłam węzą pszczelą – jest to używany w pszczelarstwie szablon z wytłoczonymi kształtami komórek plastra pszczelego. Z takiej węzy tworzy się popularne świece, ja postanowiłam wykorzystać ją nieco inaczej, bardziej współcześnie, mocno geometrycznie. I choć na początku próbowałam te moje woski zrobić tak, aby biała część w żaden sposób nie nachodziła na żółtą, to potem znacznie bardziej zaczęły mi się podobać te, gdzie mamy niewielkie, nieregularne wylania. Sami zdecydujcie, które Wam bardziej przypadają do gustu, postanowiłam bowiem pokazać oba warianty.

Woski umieszczamy na choince lub chowamy do szuflad i szafek, wieszamy na wieszakach lub kładziemy tam, gdzie ma po prostu pachnieć!

Moje woski zrobiłam w dwóch zapachach – sosnowym i pomieszaną pomarańczą z lodami wiśniowymi. Oba cudne!



Pachnące woski Gienki


Składniki / na 2 woski:

  • 50 g wosku sojowego (ewentualnie pszczelego bielonego)
  • 70 kropelek olejków eterycznych lub zapachowych (do niektórych użyłam sosnowego, do innych pomieszałam olejek pomarańczowy z olejkiem o zapachu lodów wiśniowych)
  • kawałek węzy pszczelej do ozdabiania (kupiłam TAKI zestaw na Allegro)
  • foremki silikonowe do żywicy (z Allegro – prostokątna i w kształcie plastra miodu)
  • sznureczki lub fragmenty knotów z zestawu z węzą pszczelą

Wosk sojowy roztapiamy w kąpieli wodnej. Foremki przykładamy do brzegu plastra wosku i nożem odkrawamy kawałek, który wielkością pasuje do naszej formy. Dokrajamy go według uznania i umieszczamy na dnie foremki, lekko dociskając.

Roztopiony wosk ściągamy z ognia i odstawiamy do wystygnięcia. W między czasie dolewamy olejki zapachowe i mieszamy. Aby ciepły wosk sojowy nie roztopił nam wosku pszczelego, musi naprawdę ostygnąć. Zacznie mętnieć, bielić się, a na brzegach zlewki pojawi się woskowy osad.

I tutaj mamy różnice w wykonaniu wosków idealnie geometrycznych i tych z lekkim nieregularnym wylaniem. Aby nic białego nie przelało się nasz wosk pszczeli, musimy odczekać, aż wosk sojowy porządnie ostygnie i stanie się gęsty. Aby spowodować wylanie, przelewamy wosk nieco wcześniej, kiedy już ostygnie, ale nie za bardzo – kiedy pojawi się już osad na ściankach zlewki, ale sam wosk nie będzie jeszcze gęstniał.

Woski odstawiamy na godzinę do wystygnięcia. Gotowe nawlekamy na sznurek i wieszamy lub kładziemy w wybrane miejsce. No, ewentualnie pakujemy je na prezent dla bliskich!


Pełne słońca marchewkowo-rokitnikowe puszyste masełko do ciała

Czy Waszej skórze też tak bardzo, bardzo brakuje tej odrobiny słońca? Czy Wy też potrzebujecie znowu poczuć lekkość lata, energię bijącą z ciepłych, słonecznych promieni?

Mam dzisiaj dla Was pomysł na to, jak zamknąć letnie słońce w puszystym masełku do ciała!

To coś, czego skóra się domaga! Czego pragnie! Czego i Wasze zmysły potrzebują, bo masło ma intensywnie, totalnie, całkowicie pomarańczowy kolor i pomarańczowy zapach. Ma też delikatne, mieniące się złote drobinki, aby nadać skórze dodatkowy słoneczny blask.



Masełko poprawia koloryt skóry, działa mocno odżywczo i silnie regenerująco. Jest prawdziwym kojącym plastrem na naszą polską, zimową, podrażnioną i bladziutką skórę. Ma właściwości przeciwzapalnie i odmładzające. Stanowi bogactwo karotenoidów – witamin z grupy A, które to właśnie nadają kolor olejom, ale także innych cennych witamin. Pomaga z walce z bliznami i rozstępami. Polecam zwłaszcza do skóry problematycznej, przesuszonej, dojrzałej.

Jest też jedno ale… Jak się zapewne domyślacie, masełko, które wprawdzie sprawia tyle radości w użytkowaniu, niestety barwi ubrania. Wystarczy jednak nakładać je regularnie, ale z umiarem i odczekać chwilę do wchłonięcia albo stosować na noc, pod piżamkę, którą trzeba będzie po prostu wyprać. Obiecuję – warto!

Jestem pewna, że dzisiejsze masełko będzie cudownym świątecznym prezentem!



Pełne słońca marchewkowo-rokitnikowe puszyste masełko do ciała


Składniki:

  • 100 g masła shea rafinowanego
  • 25 ml oleju rokitnikowego (ZielonyKlub.pl)
  • 25 ml maceratu marchewkowego w oleju słonecznikowym (ZielonyKlub.pl)
  • 50 kropelek olejku pomarańczowego
  • 1/3 – 1/2 łyżeczki złotej miki (dodałam )


W kąpieli wodnej roztapiamy masło shea. Kiedy będzie już płynne, ściągamy je z ognia i przelewamy do wysokiego naczynia (dzięki temu łatwiej będzie nam je miksować). Dolewamy oleje, olejek pomarańczowy i dosypujemy mikę (jej ilość dopasujcie do własnych preferencji – jeśli lubicie błyszczeć, dosypcie jej nieco więcej). Mieszamy i odstawiamy do lekkiego stwardnienia. Obserwujemy masło – kiedy tylko zacznie gęstnieć, rozpoczynamy miksowanie ręcznym blenderem, co pozwoli uzyskać puszystą jak chmurka konsystencję. Jeśli masło wciąż będzie płynne, ponownie odczekujemy, aż stwardnieje i ponownie miksujemy. Gotowe przekładamy do słoiczka.

Masło stosujemy do ciała po kąpieli, na wilgotną jeszcze skórę. Jest bardzo wydajne, ekspresowo zamienia się w lekki olejek. Wmasowujemy w skórę jego niewielką ilość, dzięki czemu szybko się wchłania i zmniejszymy prawdopodobieństwo zabarwienia ubrań.


Leśne woski zapachowe ze złotym zdobieniem

Zapach lasu… Ukojenie zmysłów, wolność, głęboki oddech, natura. Zamykam oczy i czuję igliwie, słyszę ptaki, wiatr muska mi włosy. Uwielbiam ten zapach!

Szczególnie w okresie świątecznym! Tak mocno związanym ze wszystkim, co leśne. Polecam Wam więc dzisiaj ponownie, bo chyba co roku coś leśnego polecam, las w postaci leśnych olejków! Zapraszamy do siebie intensywnie, jakże cudownie pachnącą sosnę, jodłę i świerk i pozwalamy naszemu umysłowi się zregenerować!

Ale nie byłabym sobą, gdybym tych leśnych zapachów nie podała Wam w szczególny sposób!

Tym razem zrobimy sobie urocze woski zapachowe! Takie do połamania i roztopienia w kominku zapachowym. Ale są też tacy, którym ciężko to zrobić, bo takie są śliczne. Mogą więc zwyczajnie stać i pachnieć, choć polecam jednak te kominki zapachowe, aby w pełni uwolnić pachnącą ich moc!



A śliczne są bo udało mi się znaleźć śliczne foremki, a potem przyozdobić je złotą miką! Zamieniłam ją w farbkę, bardzo prosto, a potem małym pędzelkiem razem z moją Różą malowałyśmy te woski. Może nie wyszło idealnie, ale jesteśmy ogromnie dumne z efektu. Woski pięknie świątecznie błyszczą i pachną. Czego chcieć więcej!

Co to za foremki? To silikonowe formy do herbatników. Takie, które mają ciasteczkowy spód i czekoladową górę. Kupiłam ją w zeszłym roku na wyprzedaży w Tchibo (to TE właśnie). Niestety nie znalazłam już dostępnych identycznych. Może Wam się uda? Wyszukałam natomiast kilka innych podobnych, które również będą wyglądać uroczo. Znajdziecie je TUTAJ i TUTAJ i TUTAJ i TUTAJ i nieco inne, ale równie urocze TUTAJ.



Leśne woski zapachowe ze złotym zdobieniem


Składniki / na ok. 15 wosków:

  • 150 g wosku sojowego
  • 45 kropelek olejku sosnowego
  • 45 kropelek olejku jodłowego
  • 45 kropelek olejku cedrowego
  • łyżka złotej miki
  • około łyżeczka spirytusu

(O foremkach pisałam wyżej)


Wosk roztapiamy w kąpieli wodnej. Kiedy będzie płynny, ściągamy go z ognia i dolewamy olejki. Całość mieszamy i przelewamy do foremek. Jeżeli mamy ich mniej, przygotowujemy połowę porcji, a kolejną, kiedy już poprzednia partia nam zastygnie. Woski odstawiamy na 2 godziny w spokojne miejsce do zastygnięcia. Najlepiej dać im sporo czasu, aby w pełni stwardniały. Wyciągamy je delikatnie, dociskając zwłaszcza najdrobniejsze elementy. Im mniej tych drobnych i cienkich wzorków, tym łatwiej się wyciąga.

Przygotowujemy farbkę. W małej miseczce rozrabiamy złotą mikę ze spirytusem (takim z apteki). Mieszamy całość pędzelkiem. Lepiej na początek dodać mniej spirytusu, a potem go ewentualnie dolewać. Farbka ma mieć jednolitą konsystencję, ma być gęsta, ale łatwa do nakładania. Jeśli będzie długo stała, spirytus zacznie znikać. Wystarczy wtedy nieco go dolać i ponownie całość zmieszać.

Farbką dekorujemy woski wedle uznania. Dekoracje można korygować małym patyczkiem lub wykałaczką. Nadmiar farby na pędzelku ściągamy dociskając go do ścianek miseczki. Gotowe woski odstawiamy na noc do wyschnięcia. Farbka będzie się trzymać i ładnie wyglądać, ale nie będzie bardzo trwała – palcem można ją ściągnąć, więc nie polecam wkładać ich np. do szuflad z ubraniami.

Woski najlepiej pakować w papierowe torebeczki śniadaniowe. Można do nich włożyć także niewielkie gałązki jodłowe lub świerkowe.


Facebook