KategoriePrzepisy na kosmetyki

Letni olejek uspokajający czyli ogrodowy balsam dla duszy

Oto i kolejny sposób na zatrzymanie lata!

Przez te kilka lat pokazywałam Wam już podobne olejki. Maceraty tworzę sobie od dawna, na różne potrzeby. Tym razem jednak zainspirował mnie mój własny ogród i postanowiłam stworzyć taką letnią wersję kojącego balsamu dla duszy!

Powstał olejek o cudownym zapachu. Lekko lawendowym, ale ze świeżą ziołową nutą. I doprawdy mam wrażenie, jakby wtopiło się w niego lato! Już samo to powinno podziałać na Was kojąco, kiedy nadejdą jesienie i zimy.



Niemniej jednak w głównej mierze chodzi tutaj o kojące i uspokajające działanie olejków eterycznych – tych, które do olejku dodałam i tych, które on sam sobie wyciągnął z roślin. Olejek pomaga wyłączyć się ze stresujących sytuacji, łagodzi zmęczony umysł, pozwala uspokoić się i zasnąć, jednocześnie dodając witalnej energii. Po prostu – balsam dla duszy!

Do tego zapach ma tak uniwersalny, że z pewnością polubią go i panowie i panie. Jeżeli więc tęsknicie za spokojnymi wieczorami i spokojnym snem, zróbcie go koniecznie. W wersji dla najmniejszych maluszków polecam pozostać jedynie przy lawendzie. Starszym dzieciom możemy już nasz olejek aplikować w czasie trudniejszych dni czy niespokojnych nocy.

Idealnym pojemniczkiem na olejek jest szklana butelka z roll-onem. Nie stosujemy go bowiem dużo. Jest bardzo intensywny i wydajny. Wystarczy wmasować kilka kropel (lub takie roll-onowe maźnięcie) w nadgarstki lub odrobinę za uszy – jak perfumy. Zapach i zawarte w nim olejki eteryczne będą się wokół nas unosić i rozpoczną swoją kojącą magię.



Letni olejek uspokajający czy ogrodowy balsam dla duszy


Mój olejek zrobiłam od razu w buteleczce z roll-onem – po pierwsze dlatego, że ładnie prezentuje się wtedy na zdjęciach, po drugie – można wtedy stosować olejek już podczas macerowania, co przydało mi się kilak razy. Polecam jednak wybrać po prostu słoik – jest znacznie praktyczniejszy. Zwłaszcza, że olejek tak czy siak, trzeba po dwóch tygodniach zlać, przecedzić i wlać do finalnej buteleczki. Dzięki temu nie zepsuje się za szybko i spokojnie wykorzystamy go w zimowe trudne wieczory.

W przypadku naszego olejku proporcje oleju do świeżych roślin, które tu wykorzystujemy powinny być 1:1. Rośliny muszą swobodnie pływać w oleju i być dokładnie nim zakryte. Pamiętamy też, że taką buteleczką lub słojem codziennie wstrząsamy, aby mieć pewność, że olej obleka każdą z roślin i nie narażamy jej na zepsucie.

Do mojego olejku zebrałam kwiaty lawendy, gałązki tymianku, kwiaty macierzanki i zwieńczyłam całość kwiatem czarnuszki. Możecie mieszać te roślinki w dowolny sposób. Warto też dodać igły rozmarynu, który świetnie rozjaśnia umysł i wzmaga koncentrację.

Jako bazę olejową wybrałam tym razem frakcjonowany olej kokosowy, ze względu na to, że praktycznie od razu się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy – jest to tzw. olejek suchy. Z łatwiej dostępnych olejów najlepiej sięgnąć po olej słonecznikowy lub z pestek winogron.



Suche rośliny zalewamy podgrzanym do około 40 stopni olejem – jak wspominałam powyżej w proporcji 1:1 . Dzięki temu mamy większą pewność, że rośliny nam się w trakcie macerowania nie zepsują, zachowując jednocześnie ich olejki eteryczne, które ulatniają się w wysokiej temperaturze. Olejek odstawiamy na dwa tygodnie, codziennie nim wstrząsając. Po tym czasie przecedzamy go przez gazę lub ręcznik papierowy i przelewamy do buteleczki z roll-onem.

Do buteleczki, która ma 60 ml dolewamy 30 kropelek olejku lawendowego i 10 kropelek olejku neroli – z kwiatów gorzkiej pomarańczy i ponownie odstawiamy całość na jeden, a najlepiej na kilka dni. Jeżeli Wasze buteleczki będą miały inna pojemność, najlepiej zapamiętać, że na każde 5 ml oleju dodajemy około 3 kropelki olejku eterycznego. Olejek lawendowy jest łatwo dostępny, jeżeli macie trudności ze znalezieniem olejkiem neroli, możecie pozostać przy samej lawendzie lub dodać do niej olejek geranium lub bergamotkowy.

Po więcej informacji na temat tworzenia maceratów odsyłam Was na blog Ziołowej Wyspy – znajdziecie tam masę ciekawych i praktycznych porad.

Olejek stosujemy, jak opisywałam powyżej tj. kilka kropel lub maźnięcie roll-onem na nadgarstki lub za uszy. Według potrzeby – kiedy czujemy się znużeni, zestresowani, niespokojni. Kiedy nie możemy zasnąć lub mamy niespokojny sen. Kiedy potrzeba nam lata.

Olejek przechowujemy w suchym i ciemnym miejscu, ale wciąż pod ręką. Byłoby idealnie aby roll-on był z ciemnego szkła.

Ach, może jeszcze dodam na wszelki wypadek, że te kwiaty i roślinki wyglądają tak ładnie i kolorowo w olejku tylko na początku. Potem tracą barwę, ale wypełniają olejek swoimi właściwościami!


Cztery letnie hydrolaty i jedna genialna mgiełka DIY

Jestem ogromną miłośniczką hydrolatów. Wszelkich. Kosmetyków, które podarowała nam natura, a które możemy wykorzystywać na wszelakie sposoby. Wód kwiatowych wysyconych roślinnymi ekstraktami. Tym, co w danej roślinie najlepsze.

Jestem też ogromną miłośniczką lata. Celebruję je w pełni, każdego dnia, doświadczam wszystkimi zmysłami. Chcę się nim nasycić, na ile się da. Aby wystarczyło mi tej letniej energii na całe te lutowo-marcowe szarości.

I tak te moje pasje i zamiłowania łączą się idealnie, bo doprawdy nie ma nic lepszego latem niż dobra roślinna mgiełka!

Cóż nam lepiej i przyjemniej odświeży skórę w każdym momencie, kiedy tylko tego odświeżenia ona wymaga?



Trzymam te moje ulubione letnie hydrolaty i mgiełki zawsze pod ręką. Są i w łazience, i przy biurku, przy którym pracuję, czasem znajdę je także w kuchni, niekiedy zawędrują do salonu lub zakotwiczą w ogrodzie przy hamaku.

Czemu? Jeżeli jeszcze nie mieliście tej przyjemności doświadczania letniej mgiełki, to po prostu – zaufajcie mi. Sprawdźcie sobie nowy hydrolat lub stwórzcie naszą dzisiejszą genialną wodę (poniżej). A potem, kiedy upał zacznie Wam doskwierać, spryskajcie się po prostu taką mgiełką. Całą twarz. Albo i całe ciało. Bo czemu nie?

Wtedy doświadczycie tej magii! Wtedy zrozumiecie!



Spieszę więc z poleceniami moich ulubionych letnich hydrolatów! To OLEIQ – marka córka znanych nam dobrze kosmetyków Sylveco, całkiem niedawno wprowadziła na rynek taki idealnie letni zestaw. Mamy więc rośliny, które są po prostu są synonimem wakacyjnego orzeźwienia i ukojenia – aloes, werbenę, ogórek i miętę. Słoneczny kwartet!

Hydrolaty zamknięto w szklanych kobaltowych buteleczkach, z którymi tak pięknie korespondują etykiety w stylu dawnej apteki, opatrzone pięknymi botanicznymi rysunkami. Wiecie dobrze, jak bardzo takie lubię! Z resztą, pokazywałam Wam już całą ofertę marki, przy okazji sesji produktowej, którą jakiś czas temu dla niej robiłam. A spośród wszystkich tych produktów najchętniej wracam właśnie do hydrolatów. Zwłaszcza latem!

Który wybrać na początek? Trudna decyzja… Ale gdybym miała polecić jeden, który na pewno warto mieć przy sobie latem, postawiłabym na aloes! Z oczywistej przyczyny – aloes jest znanym remedium na poparzenia słoneczne. A nawet jeśli skóra nie jest za bardzo zaczerwieniona po wakacyjnych szaleństwach i tak na pewno prosi się o te odrobinę ukojenia. I aloes właśnie ją zapewnia. Łagodzi i regeneruje. Spryskajcie nim całe ciało lub zmieszajcie z jogurtem i taką mieszaninę nałóżcie na chwilę na skórę. Najlepsza kojąca maska!



Aloes znajdziecie także w hydrolacie z ogórka, który stanowi jakby połączenie ekstraktów aloesowych i ogórkowych. A przy tym pachnie jak świeży ogórek! A wiem, że sporo osób uwielbia ten zapach! “Hydrolat zawiera sok z ogórka, który posiada dużą wartość odżywczą oraz działa nawilżająco. Działa przeciwzapalnie, leczy wypryski a skóra po zastosowaniu staje się delikatna i gładka. Delikatni rozjaśnia przebarwienia. Sok z ogórka polecany jest do cery tłustej, szorstkiej i zmęczonej oraz wrażliwej z tendencją do wyprysków.” Mamy więc podwójne ukojenie o jakże ujmującym wakacyjnym zapachu!

Jeżeli natomiast w upalne dni ślęczycie długie godziny nad komputerami, zaopatrzcie się w miętę i werbenę! Na pierwsza pachnie wspaniale – energetycznie miętowo! Mięta ma działanie lekko pobudzające, więc nie tylko odświeży skórę, ale i pobudzi umysł do działania. Tak, że nawet w te gorące dni będzie nam łatwiej pracować. “Hydrolat przywraca równowagę skóry oraz usuwa oznaki zmęczenia. Cera pozostaje odświeżona i rozjaśniona. Doskonale radzi sobie z rozszerzonymi porami oraz reguluje wydzielanie sebum.

Równie orzeźwiające działanie ma werbena, chociaż muszę tutaj uprzedzić, że niestety nie posiada ona tego charakterystycznego werbenowego zapachu. Niestety nie wszystkie hydrolaty pachną tak, jak ich rośliny matki, ale nie zmienia to faktu, że wciąż posiadają wyjątkowe właściwości! “Werbena była ceniona już w starożytnościi. Przypisywano tej roślinie niezliczone własności lecznicze, znana jest również jako “zioło na każde zło”. Działa uspokajająco i uśmierzająco. Posiada własności przeciwzapalne i antybakteryjne oraz doskonale reguluje wydzielanie sebum. Skóra po zastosowaniu pozostaje nawilżona i odświeżona.

To który wybieracie? Wszystkie znajdziecie np. w Hebe lub na stronie Sylveco.

Ach, muszę tylko jeszcze uprzedzić, że hydrolaty zawierają konserwanty – sami już zdecydujcie, czy to Wam odpowiada czy wolicie inne, w pełni czyste.


A jeśli nie macie pod ręką akurat hydrolatu, polecam Wam bardzo, oj jak bardzo, ogrodową, magiczną wręcz mgiełkę, którą z łatwością zrobicie sami! Aby w pełni korzystać z lata i czerpać z natury, która obdarowuje nas swoimi cudownościami w naszych własnych ogródkach lub na okolicznych łąkach!

Przepis na tę mgiełkę wyobrażam sobie tak… W ciepłą letnią noc, kiedy księżyc jest w pełni lub do pełni właśnie wzrasta, kiedy odżywcze soki krążą najmocniej, a ziele wypełnia się kojąca mocą, zerwij kilka listków mięty i kilka kwiatów nagietka. Zalej je wodą z jurajskiego wywierzyska, które od wieków łączy zbłąkane serca kochanków. Miksturę odstaw na noc, aby czerpała z księżycowej energii. Wraz z brzaskiem zlej miętowo-nagietkową wodę do buteleczki i zużywaj wedle uznania w czasie godzin upalnych.

A jeśli wyobrażenia moje wydają się nazbyt skomplikowane, nic się nie martwcie! Po prostu wieczorem odwiedźcie ogródek, zerwijcie nieco listków mięty i kwiatów nagietka i faktycznie zalejcie je wodą, po czym odstawcie całość na noc. Nie róbcie takich wód na zapas, jedynie małe ilości, które zużyjecie podczas upalnego dnia. Ewentualnie – woda wytrzyma nieco dłużej, przechowywana oczywiście w lodówce.

Rano wystarczy taki wodny macerat przelać do buteleczki ze spryskiwaczem, a potem… wierzcie mi… będziecie się spryskiwać taką miętowa mgiełką co chwilę. Taka jest przyjemna!


Woski pachnące majem malowane

Za szybko mijają te dni najpiękniejsze rozkwitu bujnego i pełnego. Za szybko maj nam uciekła, a i czerwca zaraz zapewne nie będzie. Jak zatrzymać te beztroskie radości, te kolory naładowane słoneczną energią, te chwile zapomnienia i szczęśliwości?

Można na przykład zakląć je w woski pachnące? I ozdobić je majem!



I choć ja faktycznie w maju wybrałam się na poszukiwania kwiatów, to spokojnie przez całe lato możecie zbierać te najpiękniejsze! A jesienią kolorowe liście. I tak powstanie nam swoisty pamiętnik czasów dobra i ciepła.

Wybieramy się więc na okoliczne łąki i do ogródków, zbieramy po trochę kwiatów i zasuszamy je pomiędzy kartami grubych książek. Na książkach ustawiamy coś ciężkiego, aby rośliny dobrze nam się sprasowały i odstawiamy je w spokojne miejsce na 1-2 tygodni.

Kiedy dobrze się zasuszą, rozpoczynamy tworzenie woskowych obrazów!



Woski pachnące majem malowane


Składniki / 4-6 tabliczek woskowych podobnych do tych na zdjęciach

  • 100 g wosku sojowego (polecam EcoSoya Q210 ze ZróbMydełko)
  • 1 łyżka olejku ylang ylang (mój pięknie pachnący także ze ZróbMydełko)
  • zasuszone kwiaty


Do stworzenia wosków wykorzystałam specjalne silikonowe foremki, ale spokojnie możecie wykorzystać to, co macie pod ręką – foremki na muffinki lub choćby przycięte kartoniki po serach feta. Jeżeli chcielibyście takie woski potem powiesić, a Wasze foremki nie mają specjalnego otworu/dziurki, to możecie go wykonać samemu, np. wbijając przyciętą papierową rurkę do picia w taki świeżutko stwardniały wosk. Zostawiamy ją w nim, aż nieco bardziej całość stwardnieje i delikatnie wyciągamy.

Do aromatyzowania moich wosków wybrałam olejek ylang ylang o głębokim, mocnym, odurzającym wręcz zapachu egzotycznych kwiatów. Jego działanie określa się mianem euforycznego, jest też znanym afrodyzjakiem. Sama bardzo lubię ten zapach, choć znam osoby, którym nie odpowiada on w ogóle. Polecam go jednak do naszych wosków, bo fantastycznie komponuje się z feerią majowych suszonych kwiatów.

Wosk roztapiamy w szklanej zlewce lub ceramicznej miseczce w kąpieli wodnej. Kiedy będzie płynny, ściągamy go z ognia i dolewamy olejek. Całość mieszamy i przelewamy do foremek. Odczekujemy chwilę, aż wosk lekko stwardnieje – stanie się gęstszy, bielszy, a powierzchnia delikatnie zastygnie. Dopiero wtedy układamy na nim kwiaty według uznania. Nie trzeba się bardzo spieszyć, wosk jeszcze dłuższą chwilę będzie “lepki”, a roślinki można ewentualnie lekko dociskać wykałaczkami.

Ozdobione woski pozostawiamy na kilka godzin, a najlepiej na całą noc i wyciągam z foremek. Wieszamy je w szafach, wkładamy do szuflad lub rozkruszamy i roztapiamy w kominku zapachowym.


Samorodek czyli mydło węglowo-złote

Czy Wy też tak lubicie to, jak węgiel działa na skórę? Sama jestem fanką węgla w kosmetykach od dawna! Stworzyłam więc dzisiaj nieco inne węglowe mydełko… A w zasadzie samorodek!

Samorodek złota! Czyli sztabkę mydła, w którym pośród ciemnej węglowej warstwy, znajdziemy także tę złotą! Powstaje więc mydło typu 2w1, bo po pierwsze, świetnie działa na skórę, po drugie – przyjemność mycia jest doprawdy wielka. Wśród czarnej piany odnajdujemy delikatne złote pobłyski! Na zdjęciu ta “złota” warstwa wydaje się po prostu żółtawa. W rzeczywistości składa się ona z mieniącej się złotej miki, która swój blask odzyskuje pod wpływem wody właśnie. Błyszczy się i pięknie uzupełnia tę swoją ciemną stronę.


Sam węgiel ma świetne właściwości antybakteryjne, przeciwwirusowe i przeciwgrzybiczne. Doskonale oczyszcza nam skórę, wyciąga z niej – absorbuje wszelkie zanieczyszczenia. Do tego działa przeciwzapalnie, rozjaśniająco i kojąco. Polecany jest zwłaszcza do skór problematycznych, trądzikowych, tłustych. Dzisiejszego mydełka nie polecam do mycia twarzy, ale sprawdzi się idealnie w codziennej pielęgnacji ciała.

No i te złote pobłyski!

A jeszcze ten cudowny zapach pomarańczowo-tymiankowy! Takie połączenie olejków genialnie poprawia nastrój, a i wzmacnia działanie antybakteryjne i przeciwzapalne węgla.

Zróbcie koniecznie!


Samorodek czy mydło węglowo-złote


Składniki:

Warstwa czarna

  • 300 g białej bazy mydlanej (polecam bazę bez SLES/SLS ze ZróbMydełko)
  • 2 łyżeczki węgla (sproszkowany węgiel drzewny, znajdziecie w internecie lub w aptekach)
  • 40 kropelek olejku pomarańczowego
  • 20 kropelek olejku tymiankowego

Warstwa złota

  • 150 g białej bazy mydlanej
  • 2 łyżeczki złotej miki (polecam Kolorowka.com)
  • 30 kropelek olejku pomarańczowego

Warstwa ziemisto-brokatowa / krem

  • 50 g białej bazy mydlanej
  • 1 łyżeczka karmelowej błyszczącej miki
  • 1 łyżeczka złotego brokatu kosmetycznego
  • 10 kropelek olejku pomarańczowego

Przygotowujemy niewielką formę. Jeżeli nie posiadacie foremki do produkcji mydła, wykorzystajcie keksową lub karton po mleku.

Bazę mydlana na warstwę czarną kroimy w dużą kostkę i przekładamy do zlewki lub ceramicznej miseczki. W kąpieli wodnej lub mikrofali roztapiamy całość, uważając, aby baza za bardzo się nie podgrzała i nie zaczęła wrzeć (w mikrofali trwa to dosłownie chwilę). Do roztopionej bazy przekładamy węgiel i intensywnie mieszamy mieszadełkiem, aby połączył się z mydłem. W między czasie dolewamy olejki. Bazę przelewamy do formy i pozwalamy chwilę ostygnąć.

Roztapiamy mydło do warstwy złotej. Dodajemy mikę i olejek i odczekujemy chwilę, aż i ona lekko ostygnie. Dzięki temu, że obie części nie będą za gorące, uzyskamy efekt złotego samorodka. Na powierzchni warstwy węglowej powinna być już widoczna lekka stwardniała warstwa. Wtedy przelewamy złotą bazę na wierzch i patyczkiem przebijamy całość, aż do spodu formy w kilku miejscach, mieszając nim w formie gdzieniegdzie. Im bardziej fantazyjnie, tym wyjdzie ciekawiej. Całość ponownie odstawiamy na chwilę.

W tym czasie roztapiamy ostatni fragment bazy mydlanej. Dosypujemy mikę karmelową i połowę brokatu, dolewamy olejek i czekamy, aż mydło będzie miało konsystencję mleczka. Bazę rozlewamy powolnym strumieniem tak, aby powstał rodzaj kremu/dekoracji. Jeżeli zacznie za szybko twardnieć w zlewce/misce, wystarczy ponownie lekko ją podgrzać. Gotowe mydełko obsypujemy dodatkowo resztą brokatu.

Formę odstawiamy na noc (min. 2 godziny) do stwardnienia. Po tym czasie delikatnie wyciągamy mydło i kroimy na mniejsze kawałki.


Ziołowa pozimowa pielęgnacja nóg czyli różowy ocet i żółty olejek

Dobra, kończymy ze smutami! Zabieramy się za coś zgoła bardziej przyjemnego. Bo skoro już i tak siedzimy w domu, czemu nie przyrządzić sobie jakichś naturalnych cudownych specyfików, a potem rozkoszować się domowym SPA i przyjemną w dotyku, odżywioną, nawilżoną skóra?

Bierzemy się więc do pracy!

Nie wiem jak u Was ale po tej zimie skóra na moich nogach była szorstka, podrażniona i sucha. A tu lada moment ściągniemy spodnie i rajstopy i będziemy hasać po łąkach i lasach z gołymi nogami. No, przynajmniej na to liczę!

Polecam więc Wam dzisiaj prostą, domową kurację, która przywróci skórze nóg (a i jak ktoś ma ochotę to całemu ciału) blask i energię! Potrzebne nam będą dwa kolorowe eliksiry – różowy ocet i żółciutki niczym cytryny olejek.

Nie są to nawet jakoś specjalnie odkrywcze receptury. Podobne kosmetyki robiłam i tutaj nie raz. Bardzo często wykorzystuję je na moich warsztatach i u siebie w domu. Są bowiem zwyczajnie i po prostu – świetne!



Co my tutaj mamy? Mamy naturalny jabłkowy ekologiczny ocet, który wspomogliśmy pielęgnacyjną mocą ziół. Wybrałam te, które zawsze mam pod ręką i dobrze wiem, że działają wspaniale regenerująco i kojąco na skórę. Zarówno więc w occie, jak i w olejku znalazły się lawenda, nagietek i rumianek. To właśnie dzięki lawendzie ocet przybrał ten różowy kolor. Olejek natomiast wzmocniłam dodatkowo jeszcze czystym olejkiem lawendowym, który, stwierdzam to z pełną stanowczością, zawsze do wszystkiego jest dobry 🙂 A już na pewno do podrażnionej skóry!

Ziołowy ocet zapewni nam miękkość skóry. Wspomoże ją w regeneracji, pobudzi do działania, odświeży, stonizuje. Olejek zadziała jeszcze mocniej regenerująco, zatrzyma wilgoć w skórze, odżywi ją. Załagodzi podrażnienia, ukoi szorstkość, przywróci zdrowy wygląd.

Jak wygląda taka domowa kuracja?

Codziennie wieczorem po kąpieli, kiedy skóra jest jeszcze wilgotna, lekko spryskujemy nogi octem. Zanim całość wyschnie, wmasowujemy niewielką ilość olejku. I tyle. Ważne, aby zadziałać w ten sposób możliwie regularnie, przez 1-2 tygodnie.



Różowy ziołowy ocet


Składniki:

  • 200 ml dobrego jabłkowego octu – najlepiej ekologiczny, taki mętny
  • łyżka suszonej lawendy
  • łyżka suszonych nagietków
  • łyżka koszyczków rumianku

Zioła zalewamy octem w buteleczce lub słoiczku. Odstawiamy na kilka dni, np. na tydzień w ciepłe, suche miejsce. Warto codziennie wstrząsnąć. Po tym czasie ocet przecedzamy i przelewamy do buteleczki ze spryskiwaczem. Do nóg używam takiego czystego octu, jeśli jednak będzie za mocny lub chcielibyście stosować go do włosów lub jako tonik do twarzy, koniecznie go rozcieńczcie najlepiej ulubionym hydrolatem. Proporcje ustalcie według własnych preferencji – jak zauważyłam, każdy woli tutaj inaczej. Najlepiej zacząć od jeden części octu i i czterech części hydrolatu. Ocet na nogi stosujemy jak opisałam powyżej.


Żółciutki olejek-macerat ziołowy


Składniki:

  • 500 ml oleju (użyłam z pestek winogron)
  • garść suszonej lawendy
  • garść nagietka
  • garść rumianków
  • 40 kropelek olejku lawendowego

W słoiku zalewamy kwiaty olejem. Ogólna zasada jest taka, że olej ma przykrywać susz. Całość odstawiamy na najlepiej minimum 2 tygodnie w ciepłe, suche miejsce, co jakiś czas wstrząsając. Szybsza metoda polega na delikatnym podgrzewaniu w kąpieli wodnej takiego olejku przez porządnych kilka godzin. Osobiście polecam jednak odstawienie do porządnego zmacerowania. Po tym czasie przecedzamy olej, przelewamy do butelki i dolewamy do niego olejek lawendowy. Ten ostatni można, zwłaszcza teraz w czasie pandemii, zamienić na olejek 4 złodziei, o którym pisałam Wam ostatnio TUTAJ. Olejek stosujemy, jak opisałam powyżej lub według uznania. Nadaje się idealnie jako olejek do ciała, oliwka dla dzieci, olejek do kąpieli, do masażu lub do przygotowania innych kosmetyków.


Olejek 4 złodziei

Nie wiem czy wiecie, ale jedną z największych zalet moich warsztatów kosmetyków naturalnych jest to, że w dużej części przepisów uczestnicy sami mogą skomponować zapachy swoich kosmetyków. I cieszą się zawsze jak dzieci, bo całe stoły mam zastawione wszelkiej maści pachnącymi olejkami. Są wśród nich sztuczne kompozycje zapachowe przystosowane do produkcji kosmetyków, które pachną np. jak lody wiśniowe czy biała herbata (wspaniale!), ale to, co najcenniejsze, o czym zawsze mówię najwięcej – to naturalne olejki eteryczne.

Te czyste esencje roślinne, te wysoce skomplikowane i skoncentrowane substancje chemiczne, która mają ogromny wpływ na funkcjonowanie naszego organizmu. Tym wpływem zajmuje się nauka zwana aromaterapią. Liznęłam ją ledwo, bo choć interesuje mnie od dawna, dobrze wiem, że wciąż jeszcze wiem mało, oj mało. Wgłębiam się w nią od wielu lat, choć daleko mi do ekspertki. Umiem jednak zastosować podstawowe olejki w codziennym życiu. Ba, po prostu je stosuję. Ja i moja rodzina. I bardzo je sobie cenię.

Sięgnęłam więc po moje wielkie pudło ze wszystkimi warsztatowymi olejkami i wybrałam z nich te, których zapas może nam się przydać w najbliższym czasie. Czasie, jak wiadomo, złym i niepewnym. W czasie panującej epidemii koronawirusa.

Spośród całej armii olejków, które rozłożyłam sobie na stole, wybrałam kilka i stworzyłam z nich własną wersję olejku 4 złodziei.



Słyszeliście już może o tej mieszance olejkowej? Coraz więcej osób teraz do niej powraca, coraz częściej można o niej usłyszeć. Ja sama usłyszałam jej historię już dosyć dawno temu, teraz jednak postanowiłam zgłębić ją dokładniej.

A zaczęło się od legendy… Ciężko stwierdzić ile w niej prawdy, choć z pewnością jest ona prawdopodobna. Ma też bardzo wiele wersji. Gdzie bym nie czytała, zawsze coś je od siebie rożni. Nawet ilość samych złodziei bywa różna – raz jest ich czterech, raz pięciu, czasem siedmiu. Udało mi się jednak wyłuskać z nich pewien ogólny obraz.

Działo się to jakoś w połowie XIV wieku, kiedy do Europy, wraz z genuańskimi galerami powracającymi z Morza Czarnego trafiła dżuma, zwana także czarną śmiercią. Przebyła wcześniej, wraz z wędrującymi kupcami jedwabny szlak. Dotarła więc do nas z Azji i bardzo szybko przetoczyła się po całym kontynencie, zbierając ze sobą ogromne żniwo.

Tak jak i teraz stosuje się możliwe środki zaradcze, tak i wtedy wstrzymano wszelki handel morski. Pozostawiono tym samym wielu ludzi bez środków do życia. Wcześniejsi handlarze różnej maści ziołami i wonnościami, zmuszeni zostali zająć się znacznie mniej wartościowym zajęciem – stali się złodziejami i okradali chorych i umierających. Wśród nich szczególną sławą zasłynęli ci właśnie złodzieje, o których dzisiaj mówimy. Pomimo bardzo częstego kontaktu z zarażonymi dżumą, oni sami pozostali zdrowi.

Kiedy w końcu ich złapano, zaintrygowany sędzia dał im taki wybór – jeśli wyjawią swój sekret, jeśli powiedzą, jakim cudem nie zarazili się dżumą, oszczędzi im przewidzianej wtedy za takie zbrodnie kary, czyli spalenia żywcem. Złodzieje przystali na takie ultimatum i opowiedzieli o specjalnej miksturze, którą nacierali ręce, stopy, okolice ust, uszy czy skronie, a która to właśnie miała zapobiegać zarażeniu. Zadowolony sędzia ponoć dotrzymał słowa. Faktycznie nie spalił ich żywcem, a…. powiesił.

Do dzisiaj nie mamy pewności, co to dokładnie była za mikstura. Wiele źródeł podaje, że był to ocet, w którym moczono różne zioła, jak piołun, szałwię, rozmaryn czy rutę. Słyszałam też o rodzaju nalewki czy właśnie – olejku z wonnościami. Ponoć od tego czasu lekarze francuscy odwiedzający chorych na dżumę zaczęli ubierać specjalne, charakterystyczne maski z długim jakby dziobem. W nim bowiem umieszczali skrawki materiału nasączone olejkami i wyciągami z ziół, które raz, że pozwalały zminimalizować odór rozkładających się ciał, a dwa – pomagały zapobiegać zarażeniu. Choć czytałam także, że zdarzało się, że w tych właśnie maskach wynoszone przeróżne drogocenne niewielkie przedmioty z domów umierających.



W tamtych czasach kierowano się głównie instynktem i ludowymi podaniami. Kiedy jednak w XX wieku rozpoczęto przeprowadzanie badań esencji roślinnych, okazało się, że wiele z nich faktycznie ma silne właściwości bakterio- i wirusobójcze. Okazało się, że w legendzie może być sporo prawdy.

Przepisów na olejek 4 złodziei jest niemal tyle ile wersji samej legendy o tychże. Przejrzałam naprawdę sporo stron, w tym wiele angielskojęzycznych i prawie zawsze różniły się one nie tylko proporcjami, ale także składem. Zanim jednak przejdziemy do szczegółów, kilka ważnych słów tytułem wstępu.

Pamiętajcie – żaden olejek, czy mieszanka olejków, ani żaden ziołowy specyfik nie zapewnią Wam gwarancji ochrony przed koronawirusem. Możemy stosować je jedynie WSPOMAGAJĄCO. Zawsze, ale to zawsze stosujemy się do wytycznych lekarzy i odpowiednich służb. Siedzimy więc W DOMU, ograniczamy kontakty, unikamy zgromadzeń, MYJEMY RĘCE, nie dotykamy palcami powierzchni często dotykanych, nie przykładamy palców do twarzy, szczególnie dbamy o higienę i zgłaszamy się do służb w przypadku wystąpienia objawów choroby.

Pamiętajcie – pomimo faktu, że olejki eteryczne, które występują w takich jak ta nasza dzisiejsza mieszankach, mają udowodnione działanie przeciwwirusowe np. na wirusa grypy, nie zapewnią w pełni skutecznej bariery przed wirusami. Aby faktycznie mogły zadziałać w ten sposób, musiałyby mieć znacznie większe stężenie.

Mogą natomiast, jak już pisałam, zadziałać wspomagająco, tworzyć tak zwany filtr biologiczny zapachowy (np. kiedy stosujemy je tak, jak ja to zazwyczaj robię – dając kropelkę lub dwie na bluzkę, sweter, czy szalik, aby unosiły się wokół nas), ale, co tutaj równie istotne – takie mieszanki olejków, które razem działają lepiej niż każde z osobna, tj. działają synergicznie, znacząco wspomagają naszą odporność. Dzisiejszy olejek 4 złodziei ma też inna ogromną zaletę, którą szczególnie docenimy w tej sytuacji – działa kojąco na psychikę! Taka mieszanina dodaje energii, wprawia w dobry nastrój, stymuluje pracę mózgu, wzmaga koncentrację, rozjaśnia umysł, zwiększa też poczucie bezpieczeństwa. Przyznajcie, jest to nam teraz bardzo potrzebne.

Zaznaczę także, że musimy przestrzegać kilku zasad bezpiecznego stosowania olejków – mieszanki nie nakładamy bezpośrednio na skórę, jedynie zmieszaną z olejem bazowym (łyżeczka oleju bazowego + 3 kropelki olejków eterycznych) lub np. balsamem do ciała. Jeżeli macie obawy o możliwe uczulenia, zróbcie najpierw próbę uczuleniową. Olejkiem możemy wspierać także dzieci, ale od 3 roku życia, w bardzo niewielkich ilościach, kierując się zdrowym rozsądkiem i jeżeli nie ma przeciw temu żadnych przeciwwskazań zdrowotnych. Kobiety w ciąży i karmiące piersią kierują się tutaj jedynie wytycznymi swoich lekarzy. Mieszanki NIE stosujemy doustnie.



Wracając do meritum, różne strony podają doprawdy różne składniki olejków 4 złodziei. Te, które powtarzają się najczęściej to:

  • Olejek eukaliptusowy – silne działanie przeciwwirusowe, także antybakteryjne i przeciwgrzybicze, wspomagające układ odpornościowy, udrażniające górne drogi oddechowe
  • Olejek pomarańczowy – działanie przeciwzapalne i przeciwgrzybicze, znany jako aromaterapeutyczny antydepresant, dodaje energii
  • Olejek cytrynowy – podobne działanie do pomarańczowego, także odświeżające, dezodorujące. Uwaga – olejki cytrusowe na skórze wystawionej na działanie promieni słonecznych mogą spowodować przebarwienia
  • Olejek cynamonowy z liści – działanie przeciwwirusowe, antybakteryjne
  • Olejek cynamonowy z kory – znany z właściwości rozgrzewających, ściągających, przeciwbakteryjnych i przeciwzapalnych
  • Olejek goździkowy – o działaniu przeciwwirusowym i bakteriobójczym, ale także kojącym umysł i nerwy
  • Olejek rozmarynowy – jeden z silniejszych antyseptyków, stymuluje prace mózgu, wzmaga koncentrację

Dla ciekawych, zacytuję tu jeszcze fragment cyklu o olejkach przeciwwirusowych u Herbiness:

Obiektem badań laboratoryjnych jest bardzo często wirus grypy, czyli Influenza. Płynne preparaty zawierające następujące olejki eteryczne w stężeniu do 0,3% wykazały bardzo wysoką skuteczność w dezaktywowaniu wirusa grypy: kora cynamonu, bergamotka, trawa cytrynowa, tymianek ct. tymol. Podobny rezultat uzyskano stosując wyższe stężenia olejków takich jak: lawenda, geranium, eukaliptus gałkowy, goździk. Powyższe olejki zostały wymienione na podstawie publikacji Vimalanathan / Hudson 2014.
To zestawienie olejków o działaniu przeciwwirusowym warto uzupełnić o olejki skuteczne w przypadku wirusa grypy wg publikacji Price / Price 2012: liść cynamonu, cytryna, limonka, eukaliptus: smithii i promienisty, kocanki piaskowe, palmaroza, hyzop, melisa, korzennik, pieprz czarny, ravensara, szałwia, goździk oraz tymianek ct. tymol.
(więcej na FB Herbiness).



Olejek 4 złodziei

Receptura autorska – w oparciu o zgromadzoną wiedzę skomponowałam własny olejek, do którego celowo dodałam większą niż w innych ilość olejków cytrusowych (cytryny i pomarańczy), aby miał lżejszy, bardziej odświeżający zapach, który łatwiej zaakceptuje moja rodzina. Dodałam do niego także nieco olejku tymiankowego, który stosuję od lat.


Składniki:

  • 40 kropelek olejku goździkowego
  • 30 kropelek olejku cytrynowego
  • 30 kropelek olejku pomarańczowego
  • 20 kropelek olejku cynamonowego z kory
  • 15 kropelek olejku eukaliptusowego
  • 15 kropelek olejku rozmarynowego
  • 15 kropelek olejku tymiankowego

Wszystkie olejki przelewamy od osobnej buteleczki i lekko ją obracamy, aby się połączyły. Mój olejek ma cudowny, faktycznie kojący zapach. Córka mówi, że pachnie pierniczkami i trzeba przyznać, że jest to przyjemna dominująca nuta.

Przygotowałam sobie dwie wersje użytkowe olejku. Po pierwsze – czysta aromaterapeutyczna mieszanina, której/którą:

  • Nakładam dwie kropelki na ubranie przed wyjściem z domu, tworząc w ten sposób tzw. zapachowy filtr biologiczny (wg Herbiness). Taką ładną nazwę wyczytałam ostatnio, choć olejki stosuję właśnie w ten sposób od wielu lat. Z taką kropelką po domu chodzi także moja córka, wymiennie z czystą lawendą.
  • Dodaję kilka kropelek do środków czyszczących różne powierzchnie w domu – głównie kuchnię i łazienkę (używam Zielko), dzięki czemu nabierają siły dezynfekującej.
  • Dodaję odrobinę do maceratu z nagietka, który wmasowuję w skórę po kąpieli (o tym będzie niedługo osobny post).
  • Olejek można dodać także do preparatów antybakteryjnych do rąk, do mydeł w płynie, do balsamu do ciała, do soli lub olejku do kąpieli, do płynu do prania. Ważne, aby zachować umiar i przestrzegać zasad bezpieczeństwa.
  • Oczywiście możemy także stosować olejek w dyfuzorze lub kominku do aromaterapii.

Zrobiłam także bardzo praktyczny spray na bazie spirytusu, który rozpylam czasem w domu w niewielkich ilościach, a czasami robię nieco większe rozpylenie, odczekują chwilę, a następnie porządnie wietrzę cały dom.

Taki spray warto także trzymać w samochodzie i co jakiś czas i tam nim spryskać wnętrze.

Spray na bazie spirytusu salicylowego:

  • 4 części spirytusu
  • 1 część olejku 4 złodziei

Ze względu na specyfikę spirytusu salicylowego (takiego z apteki) olejek będzie się rozwarstwiał i należy całość za każdym razem wstrząsnąć. Jeśli macie do dyspozycji spirytus 95%, nie powinno być takiej potrzeby.



Jeżeli macie jakiekolwiek obawy względem stosowania tej lub podobnej mieszaniny, polecam Wam dzisiaj dwa miejsca, w których zasięgniecie rzetelnej porady. Jak już wspominałam, sama nie jestem ekspertem w dziedzinie aromaterapii, znam jednak dwie wspaniałe dziewczyny, które śledzę od dawna i jestem pewna, że możecie im zaufać.


Klaudyna Hebda

Klaudyna jest aromaterapeutką kliniczną i prawdziwą znawczynią świata aromaterapii i zielarstwa. Nawet niedawno prowadziła bardzo ciekawy webinar o olejku złodziei oraz stworzyła e-book o tym, jak ten olejek stosować. Wszystkie informacje z pewnością otrzymacie po zapisaniu się do Biblioteczki Alchemiczki – TUTAJ. Poza tym, jeżeli nie macie dostępu do olejków lub nie ufacie sobie, mnie lub innym internetowym źródłom, w sklepie Klaudyny znajdziecie 4 wersje jej autorskiej mieszanki złodziei, skomponowanej w oparciu o wysokiej klasy olejki (Klaudyna o to bardzo dba). Znajdzie je TUTAJ.

Herbiness

Inez jest dyplomowaną fitoterapeutką, specjalizującą się w ziołach aromatycznych i olejkach eterycznych. Podziwiam ogrom jej wiedzy i ofertę jej własnego sklepu z olejkami i surowcami kosmetycznymi – TUTAJ. Sklep niestety chwilowo nie działa, aby nie nieść niebezpieczeństwa zarażenia koronawirusem podczas dostarczania paczek. Polecam Wam jednak coś wspaniałego – cykl o olejkach przeciwwirusowych, który Herbiness prowadzi na swoim Facebooku. Każda zawarta tam informacja jest szalenie ciekawa i warta zapamiętania. Prześledźcie koniecznie! Znajdziecie go TUTAJ.


Facebook