KategoriePrzepisy na kosmetyki

Kremowe błyszczyki 3w1 do ust, policzków i na powieki

Zrobimy dzisiaj takie cudowne kosmetyki, które “zrobią” Wam cały makijaż!

Bo jeden taki mały słoiczek często wystarczy! Kiedy? Choćby na urlopie! Czy w wolne dni w domu. Albo na zakupy i spacer. Kiedy nie chce Wam się za bardzo starać, kiedy nie ma czasu, kiedy po prostu nie potrzeba niczego więcej.

Doskonale też współgrają z makijażem. No, po prostu są uniwersalne! Do trzymania pod ręką, w torebce, na co dzień!

Nasze dzisiejsze kremowe błyszczyki nakładamy bowiem i na usta, żeby zachwycać uśmiechem, i wklepujemy nieco w policzki, aby nadać twarzy niemal naturalny rumieniec, ale także delikatnie – na powieki, zamiast cieni!

Doprawdy, czasami nie trzeba więcej!



A że nie mogłam zdecydować się, który kolor wybrać, zrobiłam trzy. I wszystkie pięknie wyglądają na skórze. I na ustach! Można więc wybierać według aktualnego nastroju i ochoty!

Ach, są oczywiście bardzo proste w produkcji domowej, więc do dzieła!



Kremowe błyszczyki 3w1

Składniki / na słoiczek 15 ml:

  • 3 g wosku pszczelego bielonego
  • 3 g masła shea rafinowanego
  • 4 g oleju kokosowego virgin (taki bardzo pachnący)
  • 5 ml oleju z pestek moreli
  • łyżeczka pigmentu (moje pochodzą z ZielonyKlub.pl)
    • najciemniejszy Malinowy Róż
    • jaśniejszy róż – Truskawkowe Piwonie
    • pomarańczowy – Czerwone Pomarańcze


Wosk, masła i oleje przekładamy do zlewki lub ceramicznej miseczki. Ustawiamy w kąpieli wodnej, do rozpuszczenia masła i wosku. Wyciągamy z kąpieli wodnej, dokładnie mieszamy, dosypując pigment. Jeszcze chwilę mieszamy, aby uzyskać jednolitą konsystencję i przelewamy do słoiczka. Tutaj też warto jeszcze lekko całość przemieszać w trakcie twardnienia. Odstawiamy na pół godziny.

Stosujemy, jak opisałam powyżej. Najlepiej zawsze mieć je pod ręką!

Ach, nie dodajemy tutaj żadnego zapachu, żeby można je było bardzo bezpiecznie stosować np. na powieki!

Zobaczcie jeszcze jak wyglądają na skórze!

Tutaj, nałożona grubsza warstwa.



A tu, poniżej, już nieco roztarte. Oczywiście można je jeszcze mocniej rozetrzeć, dla uzyskania bardziej naturalnego wyglądu. Dlatego są takie fajne – można je w pełni dopasować do potrzeb!


Piwne eliksiry do kąpieli bąbelkowej

Weekend się zbliża, więc… może piwko?

A tak poważnie, pytaliście o piwne kosmetyki, które robiliśmy niedawno na warsztatach podczas Lubelskiego Festiwalu Kultury Piwnej w Browarze Perła. Spieszę więc z przepisem na jeden z nich!

Najbardziej piwny płyn do kąpieli! A właściwie wypełniony piwem eliksir do kąpieli bąbelkowej! Wystarczy bowiem wlać go do wanny pod strumień wody, aby stworzyć sobie w domu prawdziwe, rozkoszne wręcz piwne spa – relaksującą kąpiel w piwnej pianie! Jestem pewna, że wszyscy panowie będą zachwyceni, a i panie go pokochają, bo…

Piwo to bardzo zdrowy trunek! Wbrew pozorom!



Prowadzący pozostałe warsztaty piwne na lubelskim festiwalu, bardzo miły chłopak, pasjonat piwnego tematu, określił piwo zawadiacko jako płynne B comlex! Piwo, a dokładniej drożdże, z którego piwo powstało, to źródło witamin z grupy B! Tych tak ważnych dla skóry i włosów! Mamy więc witaminę B1- tiaminę, która wzmaga gojenie, witaminę B2 – ryboflawinę, która poprawia stan włosów, skóry i nawet paznokci, witaminę B3 – niacynę, wspomagającą kuracje przeciwłupieżowe i zwalczająca przebarwienia, witaminę B4 – kwas pantotenowy, który zapobiega łysieniu i siwieniu włosów, witaminę B6 – pirodoksynę – o działaniu przeciwzapalnym, wspomagającą leczenie AZS, witaminę B7 – słynną biotynę, która zwalcza stany zapalne skóry, łagodzi egzemę i zmiany łuszczycowe i co równie ważne – wzmacnia włosy, a także spowalniający procesy starzenia kwas orotowy – witaminę B13. Znajduje się tu też bogactwo minerałów – zwróćcie uwagę zwłaszcza na cynk, oraz flawonoidy – o działaniu przeciwutleniającym i przeciwzapalnym.

Piwo ponadto oczywiście uspokaja! A to za sprawą szyszek chmielu i zawartej w nich kojącej lupulinie.

Piwne kąpiele to zatem samo dobro! Relaksują i koją zmysły, wspomagają regenerację i gojenie skóry problematycznej, przeciwdziałają nadmiernemu rogowaceniu i trądzikowi, pobudzają krążenie krwi i redukują napięcie mięśniowe. Wygładzają skórę i poprawiają jej ogólny stan. Włosom natomiast dodają blasku, spowalniają ich przetłuszczanie, zapobiegają wypadaniu, a do tego wspomagają kuracje przeciwłupieżowe.

Samo dobro, powtarzam! A mamy w tym naszym eliksirze jeszcze nieco odżywczego miodu, pielęgnującego olejku i piękny zapach!

Ach, muszę dodać, że do kąpieli można dolewać sobie piwo tak po prostu! Najlepiej to najzwyklejsze, jasne, odgazowane. Ja jednak bardzo polecam nasz dzisiejszy eliksir! Bomba witaminowa i pianowe doznania gwarantowane!



Piwny eliksir do kąpieli bąbelkowej


Składniki / na 150 ml:

  • 60 ml jasnego piwa
  • 60 ml betainy kokamidopropylowej (Cocomidopropyl Betaine)
  • 20 ml oleju z pestek winogron
  • 10 ml płynnego miodu
  • 15 kropelek olejku limonkowego
  • opcjonalnie 2 kropelki eko konserwantu

Piwo odstawiamy na chwilę do odgazowania. Wszystkie składniki przelewamy po kolei do zlewki, delikatnie je przy tym mieszając lub bezpośrednio do buteleczki. Wstrząsamy nią delikatnie przez chwilę, aby połączyły się w całość i dobrze zmieszały. Jeżeli zamierzamy przechowywać go długo, warto dodać jeszcze eko konserwant. Eliksir wlewamy do wanny, w trakcie jej napełniania.

Dodam jeszcze, że wybrałam tutaj zapach – olejek limonkowy, bo cudownie komponuje się z piwem, tworząc taki przyjemny wakacyjny klimat piwa smakowego. Możecie oczywiście nadać Waszemu eliksirowi inny zapach.

Po dłuższym staniu eliksiru, zauważycie, że składniki zaczną się rozwarstwiać. Wystarczy je po prostu na nowo zmieszać, wstrząsając butelką.


Miętowe żelowe plastry pod oczy

Tak i oto rozpoczął się wrzesień. A wraz z nim – pogoda iście jesienna. Posłałam dziś dziecko do drugiej klasy, a sama nieco osłabłam po intensywnym weekendzie. Rozpoczęliśmy bowiem sezon warsztatowy w przepięknym Lublinie, podczas Lubelskiego Festiwalu Kultury Piwnej w Browarze Perła. Było wspaniale! Zrobiliśmy eliksiry do kąpieli piwnej i peelingi słodowe, a ja zakochałam się w tym mieście, w jego energii, klimacie i tych wszystkich tajemnych zaułkach.

Był to jednak czas bardzo wyczerpujący, co najwyraźniej odbiło się na moim zdrowiu. A muszę je szybko podreperować, bo w piątek ponownie ruszamy w trasę warsztatową. I ponownie – kawał drogi przed nami!

Zdrowie, zdrowiem… ale czy wiecie jak ekspresowo przywrócić swoim oczom blask? A dokładniej – co zrobić, aby po ciężkim dniu w pracy, po wyczerpujących chwilach codziennych, w kilka chwil przywrócić oczom pełen komfort i znowu uśmiechnąć się do swojego oblicza w lustrze?



Mam dzisiaj dla Was baaaardzo prosty sposób na genialne żelowe plastry pod oczy!

To takie cudo, które w kilka chwil przywróci skórze pod oczami jędrność i miękkość, wygładzi ją, odświeży, zadziała jak ekspresowy lifting, ukoi i ochłodzi, zmniejszy opuchliznę i podkrążenia oczu. Naprawdę!

A to tylko trzy składniki!

Takie plastry robimy sobie raz, wkładamy do lodówki i mamy na kilka dni. Na te dni, kiedy potrzebujemy odpocząć po pracy, aby wróciła równowaga. Ale równie dobrze sprawdzą się przed wielkim wyjściem, przed weekendową imprezą, kiedy to znowuż potrzebujemy szybkiego efektu!

Przejdźcie się więc do pobliskiego ogródka lub na łąkę, nazbierajcie orzeźwiającej mięty, sięgnijcie po kojącą wodę różaną i do dzieła!



Miętowe żelowe plastry pod oczy


Składniki:

  • 60 ml wody różanej
  • łyżeczka żelatyny
  • kilka gałązek świeżej mięty

Żelatynę przesypujemy do wody różanej, mieszamy do rozpuszczenia.

Miętę blendujemy, aby była dobrze rozdrobniona. Potrzebujemy około 4 łyżeczki takiej rozdrobnionej mięty.

Miętę przekładamy do wody z żelatyną, dokładnie mieszamy. Całość przelewamy na płaski talerz. Na żelową pastę nakładamy arkusz papieru do pieczenia, który pozwoli nam równomiernie ją spłaszczyć (do około 3-4 mm grubości). Delikatnie dłońmi dociskamy papierem do talerza miętową pastę. Całość, razem z papierem przekładamy do lodówki na godzinę. Po tym czasie odklejamy papier i wycinamy bardzo delikatnie nożem plasterki do nałożenia pod oczy. Nie muszą być równe, nie muszą być idealne. Gotowe plasterki ponownie chowamy do lodówki. Przechowujemy je w niej do kilku dni.

Takie chłodne plasterki naklejamy sobie na skórę pod oczy i na kilka minut kładziemy się spokojnie. Kiedy plasterki zaczną się roztapiać, ściągamy je chusteczkami.

No, cudo!


Hialuronowe serum – błyszczyk do ust

Ciepły sezon w końcu nadszedł. Słońce powoli przegania chmury deszczowe. Zaraz rozpocznie się nam lato!

Odkładamy więc ciężkie mazidełka do ust, które idealnie sprawdzają się zimą, pokrywając nam usta grubą warstwą ochronną i chroniąc je przed mrozem i smogiem.

W lecie sięgamy po coś lekkiego, co nada ustom delikatny błysk i wrażenie wilgoci, a jednocześnie je przy tym nawilży i odżywi.

Dlatego też polecam mój dzisiejszy pomysł na hialuronowe serum do ust w formie pobłyskującego błyszczyku.


Do zrobienia ekspresowo! Do cieszenia się na co dzień. O pięknym zapachu, w pięknym odcieniu!

Nasze serum bazuje na nawilżających właściwościach kwasu hialuronowego oraz odżywczych – oleju lnianego. Dodałam też nieco olejku z pestek malin, który w naturalny sposób zabezpieczy nam usta przed słońcem (posiada filtr przeciwsłoneczny, choć zawsze przestrzegam – nigdy nie jesteśmy do końca pewni jego wielkości i stabilności, niemniej jednak warto dodawać ten olej do wakacyjnych kosmetyków).

Na koniec “przyozdobiłam” błyszczyk w cudowny zapach kwiatów gorzkiej pomarańczy-neroli, który osobiście uwielbiam. Jeśli jednak nie macie lub nie lubicie tego olejku, polecam dodać łatwo dostępny olejek pomarańczowy o cudownym, energetycznym, świeżym aromacie!



Hialuronowe serum – błyszczyk do ust


Składniki – dla łatwości wykonania bazujemy na łyżeczkach miarowych:

  • 4 ml kwasu hialuronowego (potrójny 1,5%) (mój z ECOSPA)
  • 3 ml oleju lnianego (bardzo dobre znajdziecie w marketach)
  • 3 ml oleju z nasion malin (mój Natura Receptura)
  • 2 kropelki olejku neroli (ewentualnie polecam olejek pomarańczowy)
  • 1 ml (1 łyżeczka miarowa) różowej miki (wykorzystałam Rose Romance z Kolorowka.com)
  • 1 ml (1 łyżeczka miarowa) mączki owsianej koloidalnej (moja z Zielony Klub / można pominąć, wtedy serum będzie bardziej płynne i bardziej dwufazowe)


Wszystkie składniki dokładnie mieszamy w małej zlewce, przez dłuższą chwilę, do uzyskania jednolitej konsystencji. Całość przelewamy do pojemniczka na błyszczyk. (Kwas hialuronowy z ECOSPA jest już zakonserwowany, nie ma więc potrzeby dodatkowego konserwowania takiej jednorazowej niewielkiej ilości kosmetyku)

Serum – błyszczyk jest możliwie naturalne, przez co będzie miało formę dwufazową. Przed użyciem należy pojemniczkiem wstrząsnąć lub zmieszać całość pędzelkiem.

Nakładamy na usta, kiedy tylko mamy na to ochotę.

Sposób na zapalenie mieszków włosowych

Też macie ten problem? Też trzyma się Was to cholerstwo i przypomina o sobie co jakiś czas?

Zapalenie mieszków włosowych bywa wielkim utrapieniem. I ja wiem coś o tym. Po latach mniejszych lub większych zwycięstw udało mi się w końcu wypracować sposób, którym dzisiaj się z Wami dzielę!

Pojawiają się Wam te okropne czerwone kropki na nogach? Czy to po depilacji czy tak po prostu? Może po treningu? Może latem, kiedy bardziej się pocicie? Macie problem wrastających włosków, które powodują powstanie większych, bolących nawet grudek? To coś dla Was!

Choć jednak… nie dla każdego.

Z góry uprzedzam, że mój dzisiejszy sposób nie sprawdzi się u wszystkich. Każdy ma inną skórę, która inaczej reaguje. Trzeba znaleźć po prostu na nią sposób.

Dzisiaj pokazuję Wam preparat, który jest dosyć silny, bo ma w sobie sporo alkoholu. Raz jeszcze powtarzam – nie wszystkim się to spodoba, nie każdemu podpasuje, zwłaszcza, jeśli macie delikatną, wrażliwą skórę. Jest to sposób, który działa na mnie. Który mi pomaga. Inspirowany zawiesinami przepisywanymi przez dermatologów. Bo i to jest taki właśnie rodzaj zawiesiny, która ma za zadanie zdezynfekować skórę, zapobiec powstawaniu niedoskonałości, ale jednocześnie osuszyć te istniejące i wspomóc ich gojenie się.

Ale mój sposób to nie tylko ta zawiesina, czyli ten biały płyn. To także coś, co każdy, borykający się z podobnymi problemami zna – peeling! Ale czym?



Kochani, kolejny raz zaznaczam – jest to sposób, który pomaga mi osobiście. Nie obejdzie się jednak bez odpowiedniej dbałości o higienę, bez zwracania uwagi na odzież – najlepiej nosić zwiewne, luźne, naturalne tkaniny. Równie istotna jest częsta zmiana maszynki do golenia (tylko to na mnie działa), a także najlepiej częste jej dezynfekowanie.

A przede wszystkim ważna jest konsekwencja. bez tego ani rusz. Przy każdym jej załamaniu grozi niestety powrót problemu. A wiem z doświadczenia, że to właśnie z konsekwencją bywa najgorzej.

Jakiś jest więc ten mój sposób?



Po pierwsze – peeling! I choć bardzo lubię różne markowe, pachnące, gotowe cuda, prawda jest taka, że najlepszy z możliwych peeling na takie problemy to najprostsza, najczystsza… sól Epsom! Zwykła sól także się tu nada, ale tej z Epsom nic nie pobije. Jest to siarczan magnezu, który ze względu na zawartość owej siarki, doskonale sprawdza się leczeniu dolegliwości skórnych. Ta gorzka sól jest coraz lepiej dostępna, zwłaszcza w internecie, bardzo więc polecam jej wypróbowanie.

Wystarczy wziąć w dłonie nieco takiej soli i masować tym skórę pod prysznicem w newralgicznych miejscach. Pozwoli to ją dokładnie oczyścić, odblokuje mieszki, uwolni wrośnięte włoski. Taki peeling genialnie przygotowuje skórę do golenia czy innej depilacji. Nie pozostawia też jej tłustej, jak to niestety często bywa w przypadku markowych, zwłaszcza naturalnych peelingów. Im są tłustsze, tym bardziej moja skóra ich nie lubi. Jeśli jednak sama sól będzie dla Was za ostra, możecie pomieszać ją w ręce z ulubionym, łagodnym żelem pod prysznic lub balsamem do ciała i dopiero wtedy rozpocząć peeling. Powtarzamy go często, najlepiej co drugi dzień.

A teraz pora na obiecany preparat! A dokładniej – zawiesinę! Jak wspominałam, mamy tu sporo spirytusu i jest to coś, co mi pomaga. Mimo jednak tego, płyn nie wysusza mojej skóry, a pozostawia ją miękką i nawilżoną. Czemu? Bo dodałam tu także frakcjonowany olejek kokosowy, który ekspresowo się wchłania i delikatnie pielęgnuje. Poza tym mamy tu też hydrolat oczarowy, o właściwościach ściągających, a także antybakteryjny i przeciwgrzybiczy olejek z drzewa herbacianego. I cynk oczywiście! Tlenek cynku, który wskazany jest w podobnych problemach dermatologicznych, bowiem wzmaga gojenie.



Preparat na mieszki włosowe

Składniki:

  • 10 ml frakcjonowanego oleju kokosowego
  • 20 ml spirytusu salicylowego
  • 70 ml hydrolatu oczarowego
  • 10 kropelek olejku z drzewa herbacianego
  • łyżeczka tlenku cynku

Wszystkie składniki (znajdziecie je w sklepach z półproduktami kosmetycznymi i w aptekach) łączymy w buteleczce. Powstaje zawiesina, którą przed każdym użyciem należy mocno wstrząsnąć. Używamy ją po goleniu/depilacji, lekko wklepując w skórę lub po prostu – w razie potrzeb.

Polecam!



Mydełka jak bursztyny

Pora na trochę zabawy!

Ale jakiej! Bursztynowej!

Dzisiaj zapraszam Was do zamienienia się w totalnie kreatywne, zakręcone, artystyczne dusze! Dzisiaj robimy mydełka jak bursztyny!

Wszyscy, którzy pamiętają lub zrobili już mydełka ametysty z TEGO przepisu, wiedzą jak przyjemne jest tworzenie takich mydlanych kamieni. A jeszcze przyjemniejsze jest mycie się nimi, bo cały czas odkrywa się nowe warstwy, niespodzianki, brokaty, które wcześniej z wielka fantazją w nich ukryliśmy!



Tak będzie i dzisiaj. Zatopimy w naszych bursztynach sporo ciekawych dodatków, które sprawią wrażenie wieloletnich pokładów organiczno-skalnych, a w rzeczywistości fajnie podkręcą pielęgnacyjne właściwości takiego mydełka, bo będą to chociażby… glinki lub pestki truskawek! Co bardziej uważni natkną się także, jak to przecież bywa w bursztynach, na małe, niemal czekoladowe, ćmy i kwiatuszki. To coś specjalnie dla dzieci!

Jak zrobić takie bursztynowe mydła?

Będzie to jeden z tych przepisów bez wielu konkretów. Wymagają one bowiem głównie fantazji. I zebrania składników, które po prostu mogą pasować. Nie chodzi nam tu o idealną formę i powtarzalny kształt. Tutaj ma być tak, jak to jest w naturze – czyste szaleństwo!

Niemniej jednak podpowiem Wam, jak się do tego wszystkiego zabrać!


Do moich mydełek bursztynów (6 sztuk) wykorzystałam:

  • ok. 350 g bezbarwnej bazy mydlanej
  • ok. 150 g białej bazy mydlanej

Wykorzystałam bazy mydlane bez SLS ze ZróbMydełko – w linku macie pełną ofertę.

Bazy mydlane, jak sama nazwa wskazuje są jedynie naszą bazą. Do nich dodajemy składniki, które mogą wpisywać się w bursztynowy temat. Ja wykorzystałam:

  • glinki – zwłaszcza różową i czerwoną
  • pestki – peeling z truskawek
  • brokaty i miki w kolorze starego złota
  • barwniki do mydeł – mieszałam według uznania czerwony, pomarańczowy, żółty i czekoladowy (który jeszcze dodatkowo pachnie czekoladą)
  • zapach – wybrałam olejek o zapachu zielonej herbaty z granatami (ZielonyKlub.pl)

Tutaj raz jeszcze polecam sklep ZróbMydełko (znany też jako Zeem.pl) – znajdziecie tam naprawdę spory wybór takich różnych dodatków do mydełek.

Potrzebne Wam będą jeszcze foremki.

Ja wykorzystałam zwykłe foremki do muffinek i kilka typowo mydlanych. Jeśli nie macie takich przeznaczonych do mydeł, spokojnie możecie wykorzystać te, w których pieczecie babeczki, albo oczyszczone pojemniczki po serkach czy jogurtach.

Do zrobienia małych ciem i kwiatków wykorzystałam plastikową foremkę z Ikei.



Jeśli macie już wszystko przygotowane, zabieramy się do pracy!

Najpierw musimy stworzyć sobie wnętrze naszych mydełek, które nada im ten wariacki, ale też naturalny efekt. W tym celu przygotowujemy kilka ciekawych mydełek, które potem pokroimy w dowolne kształty i dopiero takie zalejemy bursztynową masą.

Odkrawamy więc niewielkie kawałeczki białej bazy mydlanej, kroimy je na mniejsze kostki, przekładamy do zlewki lub miseczki, a tę wkładamy na kilka sekund do mikrofali lub kąpieli wodnej. Nie doprowadzamy do wrzenia. Kiedy masa się roztopi, sprawnie dodajemy wybrany dodatek, kilka kropelek zapachu i przelewamy do tymczasowej formy, np. na muffinkę – tak, jak ja to zrobiłam na zdjęciach. Ewentualne małe elementy, jak ćmy czy kwiaty, przelewamy do takich właśnie foremek. Ja do moich białych baz, oprócz kilku kropelek zapachu, dodałam:

  1. czerwoną glinkę, w takiej ilości, że intensywnie zabarwiła całość
  2. pestki z truskawek (peeling truskawkowy) połączony z żółtym barwnikiem
  3. czekoladowy barwnik
  4. mikę w kolorze starego złota

Każde z takich mydełek odstawiamy w chłodne miejsce do stwardnienia. Gotowe wyciągamy z forem i kroimy dowolnie na mniejsze kawałki.



Następnie zaczynamy tworzyć nasze właściwe mydełka. Rozpoczęłam od “przyklejenia” na spodzie (czyli na górze mydełek) foremek wszystkich drobnych elementów – czyli zatopionych w bursztynie ciem i kwiatów. Ułożyłam je w formach, roztopiłam nieco transparentnej bazy mydlanej, którą zmieszałam z pomarańczowym i żółtym (dla bardziej bursztynowego efektu) barwnikiem, odczekałam, że nieco ostygnie, ale wciąż będzie płynna i delikatnie łyżką zalałam moje drobne elementy. Jeśli baza będzie zbyt ciepła, małe mydełka mogą się nieco roztopić (jak to stało się u mnie). Trzeba więc cierpliwie chwilę odczekać.

Kiedy ćmy i kwiaty przywarły już do foremek, oparłam je o ściankę tacki i zalałam pozostałą częścią bazy, aby stworzyć ciekawszy – skośny efekt.



Teraz do naszych foremek wsypujemy pokrojone kawałeczki wcześniej przygotowanych mydeł. Całkowicie fantazyjnie! Warto też gdzieniegdzie podsypać całość brokatem lub skrzącą się miką. Stworzą się wtedy ciekawe, błyszczące warstwy i wgłębienia, które będziemy odkrywać myjąc się.



Teraz musimy wypełnić nasze mydełka bezbarwną czyli transparentną bazą mydlaną. Aby nadać jej głębię i ciekawszy efekt, również tutaj proponuję zabawę w kolory!

Ja moją bazę podzieliłam na trzy części. Kiedy je roztopiłam, do każdej dodałam po kilka kropelek zapachu oraz:

  1. barwnik żółty i pomarańczowy – dla bursztynowego koloru
  2. barwnik żółty, czerwony i czekoladowy – dla ciemnego bursztynowego koloru
  3. nieco miki w kolorze starego złota


I ponownie – każdorazowo odczekałam, aż bazy ostygną do temperatury pokojowej i łyżeczką, po kolei, zalewałam foremki.

Gotowe mydełka odstawiamy na godzinę do stwardnienia.



Na końcu wyciągamy mydełka z foremek i odkrawamy im nożem boki, formując kształt kamyków.

Pozostanie nam sporo mydlanych skrawków, które również bajecznie wyglądają. Polecam je do zabawy dla dzieci! Ewentualnie można je ponownie przetopić i wypełnić nimi dowolną formę.

Gotowe bursztyny polecam od razu zawinąć w przeźroczystą folię do żywności.

Powodzenia!


Facebook