KategorieKuchnia

Wegański tofu klops „meatloaf”

Ależ byłam z siebie dumna, kiedy wpadłam na ten pomysł, a potem, kiedy okazało się, że to takie pyszne!

Kojarzycie takie amerykańskie mięsne klopsy zwane tam meatloaf? Takie z glazurką z ketchupu? Robiłam niegdyś, w innym życiu 🙂 Dzięki tej glazurce było to świetne danie i na ciepło, jako świeże, i potem – do chleba.

Tak mnie w każdym razie naszło, żeby zrobić takie coś z tofu. No i wyszło pyszne! Na dowód napiszę tylko, że każdorazowo połowę wyjada mi mąż. No i to też – jest pycha od razu, ale to dopiero nic! Najlepsze jest jak się to to odgrzewa następnego dnia na patelni! Albo właśnie wtedy na zimno nawet do bułeczki zjada – bo ten karmelizowany ketchup robi tu super robotę. Jest świeżo i pysznie!

No, polecam, polecam! Nawet jeśli nie lubicie tofu – teraz polubicie!

Wegański tofu klops „meatloaf”

Składniki:

  • kostka tofu naturalnego
  • kostka tofu wędzonego
  • średnia cebula
  • 2-3 ząbki czosnku
  • kajzerka namoczona w około 1/2 szklanki mleka sojowego (ile wciągnie)
  • 2-3 łyżki musztardy ulubionej
  • 3 łyżki przyprawy do mięsa (ulubionej np. do burgerów, kebaba, złoty kurczak, suvlaki itp.)
  • 2-3 łyżki oliwy
  • 4-5 łyżek bułki tartej
  • 3-4 łyżki passaty pomidorowej
  • 2 łyżki siemienia lnianego
  • łyżka sosu sojowego

Glazura

  • pół szklanki ketchupu
  • 3 łyżki passaty pomidorowej
  • 2 łyżki octu balsamicznego

Namaczamy bułkę w mleku sojowym – niech napije się tyle, aby była miękka. Cebulę i czosnek kroimy lub rozdrabniamy na drobną kosteczkę. Do dużej miski przekładamy składniki na klops, rozdrabniając tofu i bułkę w dłoniach. Zagniatamy ręką do uzyskania w miarę jednolitej masy. Przekładamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia lub nasmarowanej oliwą i oprószonej bułką tartą.

W miseczce mieszamy składniki na glazurę i wylewamy ją na wierzch naszego ciasta.

Całość zapiekamy około godzinę w 180 stopniach – lub do momentu aż glazura zacznie się przypiekać.

Polecam wyciągnąć z piekarnika i odczekać chwilę do wystudzenia i dopiero wtedy kroić. Jak już pisałam – klopsik jest najlepszy następnego dnia, kiedy go odgrzewamy na patelni lub zajadamy w bułeczce.

Pieczarkowa zapiekanka pasterska

Zapiekanka pasterska czyli z angielska shepards pie może mieć doprawdy wiele odsłon. Ja dzisiaj polecam Wam moją! Wegańską! Bo jest pyszna, aromatyczna, bardzo zdrowa, pełna roślinnego białka i bardzo komfortowa. Oznacza to, że pozostawia w brzuszku takie przyjemne cieplutkie ciepełko. Tym bardziej polecam na tę naszą, jakże już się dłużącą, zimę!

Standardowo tego typu zapiekanki składają się z warstwy „mięska” z różnymi dodatkami, którą przykrywa kołderka z ziemniaków. Dzisiaj zamieniamy dół na miks pieczarek i strączków. Jakże pyszny miks! Umamiczny i kojący. Dobry dla brzuszka i kojący dla głowy. Mocno aromatyczny i przeciwzapalny. Jeśli połączymy go z zarumienionymi ziemniaczkami, nie będzie się dało takiej zapiekance oprzeć

Pieczarkowa zapiekanka pasterska

Składniki:

  • opakowanie 500 g pieczarek
  • puszka soczewicy
  • puszka zielonego groszku
  • opcjonalnie – mała puszka edamame
  • pół pora
  • 3 ząbki czosnku
  • 3 łyżki octu winnego
  • łyżka sosu sojowego
  • przyprawy – łyżeczka wędzonej papryki, łyżeczka kurkumy, łyżeczka gałki muszkatołowej, łyżka czarnuszki, łyżka ziół np. tymianku, majeranku, oregano, sól, pieprz
  • około pół kilograma ziemniaków
  • 4-5 łyżek mleka sojowego
  • łyżka płatków drożdżowych
  • 2 łyżki musztardy
  • oliwa

Ziemniaki obieramy, kroimy i gotujemy w osolonej wodzie do miękkości.

Pieczarki, pora i czosnek kroimy na drobne kawałeczki. Na patelni rozgrzewamy oliwę, wrzucamy na nią pora i czosnek, mieszamy, po chwili dodajemy pieczarki. Podsmażamy całość wraz z czarnuszką, papryką wędzoną, kurkumą, gałką i pieprzem. Kiedy pieczarki będą już ładnie podsmażone, dodajemy groszek, soczewicę, edamame. Mieszamy. Dodajemy ocet winny, sos sojowy, sól do smaku i dusimy całość przez chwilę, co jakiś czas mieszając. Na koniec dorzucamy ulubione zioła, mieszamy i ściągamy z ognia.

Ziemniaki ubijamy na puree wraz z mlekiem sojowym, dwoma łyżkami oliwy, musztardą i płatkami drożdżowymi.

Do naczynia do zapiekania przekładamy pieczarki z dodatkami. Na nich układamy warstwę ziemniaków, w miarę równo i płasko. Całość przekładamy do piekarnika lub air fryiera i zapiekamy około 20 minut w 180-200 stopniach, aż ziemniaki się z wierzchu ładnie zarumienią.

Ja podałam z surówką z młodej kapusty i marchewki z olejem lnianym.

Najlepsza tofucznica – przepis

Ja to, nie chwaląc się, robię totalnie najpyszniejsze tofucznice. No, odkąd w ogóle odkryłam takie coś, przeszłam długą drogę prób i błędów i oto stałam się tofucznicową ekspertką.

Bo po prostu moja tofucznica jest PYCHA!

Oczywiście można ją robić na milion sposobów. To przecież jak z rosołem – każdy ma swój patent. Ja jednak najbardziej lubię tą tutaj – z porem, pomidorkami i szpinakiem. I czymś zielonym na wierzchu. I z tofu wędzonym, który doda tego lekkiego aromatu wędzonki.

Dobra wegańska tofucznica wymaga kilku patentów. Są to magiczne składniki, o których jeszcze całkiem niedawno nie miałam pojęcia, że istnieją, a teraz są po prostu częścią mojej kuchennej codzienności. Chodzi o czarną sól kala namak oraz płatki drożdżowe nieaktywne. Ta pierwsza ma charakterystyczny jajowy zapach, więc dodaje się ją do dań, które powinny przypominać te z jajkami. A płatki drożdżowe to taki wegański aromat serowy, a do tego są bogatym źródłem witamin z grupy B. Oba te składniki, w połączeniu z kurkumą (dla koloru, ale też jest mega zdrowa i ma znaczące działanie przeciwnowotworowe) sprawiają, że tofu zamienia się w tofucznicę!

Polecam więc mój przepis, zapewne bardzo podobny do tak wielu innych, ale i klasyki trzeba udostępniać, bo tak naprawdę mało jeszcze są popularne. A szkoda, bo tofucznica jest pysznym, bardzo zdrowym śniadaniem, pełnym dobrego białka!

Najlepsza tofucznica

Składniki:

  • pół kostki tofu – może być naturalne, może być wędzone – to drugie nadaje jeszcze aromatu wędzonki
  • kawałek pora – około 4 cm, pokrojone na drobniejsze kawałeczki
  • kilka pomidorków koktajlowych
  • garść liści szpinaku baby
  • sól kala namak – do smaku, około pół łyżeczki
  • kurkuma – około łyżeczki
  • płatki drożdżowe nieaktywne – około łyżki, też do smaku
  • świeżo mielony pieprz
  • oliwa o łagodnym smaku
  • mleko sojowe – około 3-4 łyżki
  • do podania garstka czegoś zielonego – szczypiorku, cebulki dymki, kiełków, rzeżuchy

Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oliwy. Dorzucamy pora, mieszamy. Dodajemy rozdrobnione nieregularnie w rękach tofu, mieszamy. Dodajemy sól kala namak, kurkumę, pieprz do smaku. Kiedy całość lekko się zarumieni, podlewamy odrobinę mlekiem sojowym. Dzięki niemu ustalamy odpowiednią dla nas konsystencję tofucznicy (niektórzy wolą bardziej płynną, inni mniej). Dodajemy łyżkę płatków drożdżowych i pomidorki przekrojone na pół. Mieszamy. Jeśli przywiera do dna, znowuż podlewamy odrobiną mleka sojowego. Na koniec dodajemy szpinak i mieszamy aż się zblanszuje i połączy z całością. Tofucznicę przekładamy na talerz, posypujemy zieleninką i zajadamy ze smakiem.

Ach, jeśli nie macie czarnej soli kala namak i płatków drożdżowych – zróbcie Waszą tofucznicę bez nich. Też będzie pyszna 🙂

Proste placuszki bananowe z mirabelkową frużeliną

Czy pamiętacie, że całkiem niedawno opracowałam graficznie kolejnego e-booka Patrycji Łukanty o tytule „W drodze po smak”?

Patrycja jest dietetykiem klinicznym i uwielbia podróżować. Zainspirowało ją to do stworzenia przepisów, które idealnie sprawdzają się podczas bliższych i dalszych wyjazdów. A że materiał zdążyłam dosyć dobrze poznać, zainspirowałam się nawet nie raz, to i Wam postanowiłyśmy podrzucić coś prostego i szybkiego.

Ostatnio późne śniadania wychodzą mi najpiękniej wizualnie (co możecie podglądać na stories na instagramie), sięgnęłam więc po przepis na wegańskie placuszki bananowe. I wiecie co? Jest pycha!

Dodałam do nich ekspresową frużelinę mirabelkową i to był strzał w dziesiątkę. Niechaj więc będzie moim bonusem do przepisu Patrycji. Bo pamiętajcie – przepisy to baza, ale cały sekret pysznego gotowania tkwi w tym „czymś” co dodajecie od serca, zmieniacie po swojemu, eksperymentujecie ze smakami wedle własnego gustu.

No i miałam wczoraj po drodze okoliczne drzewa mirabelkowe… Z mirabelkami żółtymi i takimi ciemnoróżowymi. Naładowałam je do kieszeni, a jakże… i oto dzisiaj tak cudownie wzbogaciły placuszki swym sezonowym twistem.

Zacznijmy jednak od początku – podrzucam namiary na e-book!

Zapraszam serdecznie na Instagram Patrycji oraz na jej stronę Nowy Przepis na Życie.

E-book znajdziecie TUTAJ!

Oczywiście wpadnijcie tez koniecznie na stronę z moim portfolio: LiliCreative.pl


Ale wracając do przepisu….

Szybkie placuszki bananowe

Przepis z e-booka W drodze po smak

SKŁADNIKI (1porcja):

  • 1 banan
  • 40 g (3 czubate łyżki) mąki z cieciorki
  • 20 g (1łyżka) jogurtu kokosowego/naturalnego
  • szczypta soli
  • ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • garść owoców sezonowych
  • płatki migdałowe/orzechy do posypania
  • 1 łyżka masła klarowanego/oleju kokosowego

Czas przygotowania 15 min.

PRZYGOTOWANIE:

Banana rozgnieć widelcem. Dodaj jogurt, mąkę, cynamon, proszek do pieczenia, sól. Wymieszaj. Usmaż placuszki na złoty kolor. Wierzch obsyp owocami i ulubionymi orzechami. Możesz też posmarować jogurtem lub masłem orzechowym.


Od siebie dodam, że jako, że są to wegańskie placuszki, to lepiej, aby były niewielkie – łatwiej się je przerzuca. Z przepisu wyszło mi 8 takich placuszków. Oczywiście – polecam bardzo z frużeliną mirabelkową!

Równie szybka frużelina mirabelkowa

SKŁADNIKI:

  • garść mirabelek – bez pestek (zrobiłam z tych ciemnych)
  • miód – do smaku
  • łyżeczka skrobi ziemniaczanej / dwie łyżki zimnej wody

Mirabelki przekładamy na patelnię i podsmażamy, aż zmiękną i puszczą soki, około 10 minut. Dodajemy miód do smaku, ciągle mieszając. Skrobię ziemniaczaną rozrabiamy z dwoma łyżkami zimnej wody, dolewamy do mirabelek i mieszamy całość intensywnie przez jeszcze minutkę, aż nabierze konsystencji frużeliny.

Najlepszy wegański majonez

W kuchni roślinnej antyrakowej ważne jest bardzo wiele kwestii, o których tu już Wam pisałam. Musi być mocno warzywno-owocowo, strączkowo i zbożowo, musi być świeżo, produkty możliwie nieprzetworzone, ekologiczne, musi być pełno antyrakowych superfoods i tak dalej i tak dalej. Ale…

Ale musimy także się tą kuchnią cieszyć! A smaki znane od dziecka i bardzo zawsze lubiane to coś, co tworzy takie przyjemne poczucie komfortu i ciepełka w brzuszku i serduszku, prawda?

Dlatego właśnie już dłuższy czas temu postanowiłam tworzyć własny majonez!

Umówmy się – nie jest to produkt pierwszej potrzeby i nawet w mojej wersji jest po prostu tłusty. A kuchnia antyrakowa jest kuchnią niskotłuszczową! Ale tu znowuż pojawia się to magiczne – ale. Majonez traktujmy jako dodatek smakowy do naszych innych zdrowych wyborów. Podkręcamy nim sałatki pełne warzyw, wykańczamy kolorowe kanapeczki, a w święta, kiedy pół świata zdaje się zajadać sałatką jarzynową – my tworzymy naszą, zdrowszą wersję i świętujemy jak wtedy, gdy świat zdawał się prostszy i lepszy.

Niegdyś do głowy mi nie przyszło, aby kręcić majonez. A już tym bardziej, że da się go zrobić z mleka sojowego i oliwy. Majonez! I to taki, który smakiem zupełnie przypomina ten Kielecki. Jest po prostu pyszny i totalnie majonezowy. A mam w domu prawdziwego konesera majonezu i on to potwierdza 🙂

Od samego początku nie zdecydowałam się na sięganie po dostępne na rynku markowe wegańskie majonezy. Czemu? Nie mają dobrych składów, są produktami przetworzonymi, pełnymi cukru. Podczas gdy mój majonez oparłam na oliwie, mleku sojowym, bio occie jabłkowym, musztardzie dijon (ma prosty skład, bez cukru), syropie z agawy i cytrynce. Mamy więc pełną kontrolę tego, co w naszym majonezie się znajduje.

Z istotnych rzeczy to od razu tu napiszę jeszcze, że do majonezu wykorzystuję oliwę z wytłoczyn z oliwek. Czyli nie tą najzdrowszą (zwłaszcza w kuchni antyrakowej) z pierwszego tłoczenia, a tą pozbawioną już smaku i zapachu. Próbowałam na tej dobrej, ale niestety majonez za bardzo pachniał oliwą, a za mało majonezem. Wciąż jednak stawiamy tu na oliwę.

Sięgając po mleko też zwróćcie uwagę, aby miało prosty skład czyli głównie soję. Ach, no i polecam właśnie sojowe, bo jest odpowiednio tłuste i dostarcza przy okazji białko. Jest też jedną z głównych składowych mojej kuchni antyrakowej.

Dodam jeszcze, że mam za sobą wiele majonezowych prób. I nawet teraz, kiedy jestem już w tym kręceniu całkiem obyta, zdarza się, że majonez się zwarzy i po prostu nie wyjdzie.

Ale muszę tutaj jeszcze oddać hołd autorce bloga Olga Smile bo to z niego nauczyłam najwięcej. Znajdziecie tam wiele różnych majonezowych przepisów. Mój powstał a bazie TEGO – najlepszego. No, nie dziwię się!

Najlepszy wegański majonez

Składniki:

  • 550 ml oliwy z wytłoczyn z oliwek
  • 180 ml mleka sojowego
  • 1 duuuża łyżka musztardy dijon
  • sok z połowy cytryny
  • 4 łyżki octu jabłkowego (dobrego, bio)
  • 2-3 łyżki syropu z agawy
  • mniej niż 1 łyżeczka soli

Z takiej ilości składników wychodzi niecały duży litrowy słoik majonezu.

Do blendera kielichowego przelewamy mleko sojowe, sok z cytryny, ocet, agawę. Dodajemy sporą łyżkę musztardy i sól. Całość blendujemy przez minutkę na niskich obrotach, aby się ładnie połączyło. Po chwili zaczynamy dolewanie oliwy przez otwór w pokrywce, małym strumieniem. Spokojnie i cierpliwie. Majonez zacznie się ubijać do konsystencji, którą znamy. Na końcu próbujemy majonez – możemy teraz dodać albo octu, albo musztardy, albo agawy. Każdy z tych produktów może inaczej smakować, dopasujmy majonez do naszych preferencji. Całość ponownie mieszamy – jeśli trudno się miesza w blenderze, domieszajmy łyżką. I gotowe!

lll

Kluseczki dyniowe z kremowym szpinakiem / vege

Jak tam ma się sezon dyniowy w Waszych domach? Lubicie te pomarańczowe wibracje czy nie możecie się przekonać?

Ja po prostu uwielbiam zupę dyniową i kluseczki. Potrafią ukoić mój brzuszek nawet wtedy, gdy jest rozstrojony wszelkimi kuracjami. Są więc kojącym comfort foodem. I nie tylko, bo dynia jest przecież jednym z bardzo ważnych warzyw w diecie antyrakowej – posiada znacznie więcej beta karotenu niż marchewki, a ten jest silnym antyoksydantem, który bardzo wspomaga organizm i walkę z chorobami.

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moim sposobem na dyniowe kluski. I z pewnością nie odkryję tu Ameryki, bo jest to autentycznie najprostszy z możliwych sposobów – mamy bowiem dynię i mąkę! Od razu mówię, że w diecie antyrakowej unikamy białej mąki. Nie lubimy jej! Zamieniamy ją gdzie się da na tę pełnoziarnistą, dobrze aby była żytnia lub orkiszowa. Dla tych klusek robię jednak wyjątek. Raz, że takie wychodzą mi po prostu najlepsze, dwa – że dokładnie one mają tę moc ukojenia zbolałego brzuszka.

Ale to nie tylko kluski są naszą dzisiejszą gwiazdą. Ostatnio zakochałam się w łączeniu ich z kremowym szpinakiem! Jest to połączenie, które – przyznaję – nie wygląda szczególnie apetycznie, ale o jeju, jak smakuje! Szpinak jest równie, jak wszyscy wiemy, bardzo wartościowy. Do tego masa czosnku i śmietanki nerkowcowej i wychodzi nam petarda!

Vege kluski dyniowe z kremowym szpinakiem

Składniki

  • mała dynia hokkaido (chyba, że wolicie inne)
  • mąka – 2-3 szklanki
  • duży pęczek świeżego szpinaku (wciąż dostępny na straganach i ryneczkach)
  • 3-4 ząbki czosnku
  • 2/3 szklanki śmietanki z nerkowców (TUTAJ był przepis)
  • 3 łyżki płatków drożdżowych
  • oliwa z oliwek
  • sól, pieprz
  • łyżeczka tymianku
  • do podania – łyżeczka siemienia lnianego, orzechy włoskie lub migdały

Dynię kroimy na ćwiartki, wyciągamy łyżką środek z pestkami, wkładamy do naczynia żaroodpornego i do piekarnika na 200 stopni. Pieczemy aż będzie mięciutka. Wyciągamy, studzimy. Przy pomocy łyżki oddzielamy środek od skórki (skórki wyrzucamy), przekładamy do miski i miksujemy blenderem na gładkie puree (można utrzeć widelcem na mniej gładkie). Warto masę odcedzić dłońmi z nadmiaru wody. W zależności od tego, jak bardzo jest mokra – tyle przyjmie mąki. Nie ma tu więc dokładnego przelicznika. Ja dodaję ponad drugie tyle mąki i wyrabiam ciasto. Powinno ono być zwarte, ale wciąż kleiste w środku. Jeśli za bardzo się klei, podsypujemy mąką, ale nie za dużo, aby kluseczki nie były twarde.

Ciasto odkładam na pół godziny, potem kroję nożyczkami na kluski. Oprószam je mąką i gotuję na dwa razy w osolonej wodzie, aż wypłyną. Gotowe przekładam do miski, podlewam leciutko oliwą, aby się nie skleiły i posypuję tymiankiem.

Pęczek szpinaku dokładnie myję i kroję na drobno. Przekładam na patelnię z niewielką ilością rozgrzanej oliwy. Lekko podlewam wodą, aby się nie przypalił i duszę na małym ogniu często mieszając. W między czasie dodaję przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku, sól, pieprz, płatki drożdżowe i śmietankę z nerkowców. Całość razem gotujemy przez klika chwil.

Orzechy włoskie lub migdały szatkujmy i podprażamy na suchej patelni. Siemię lniane rozgniatamy w moździerzu lub młynku.

Na talerz nakładamy trochę szpinaku, na to kluseczki, całość posypujemy siemieniem i orzechami.

Facebook