Czy pamiętacie, że całkiem niedawno opracowałam graficznie kolejnego e-booka Patrycji Łukanty o tytule „W drodze po smak”?
Patrycja jest dietetykiem klinicznym i uwielbia podróżować. Zainspirowało ją to do stworzenia przepisów, które idealnie sprawdzają się podczas bliższych i dalszych wyjazdów. A że materiał zdążyłam dosyć dobrze poznać, zainspirowałam się nawet nie raz, to i Wam postanowiłyśmy podrzucić coś prostego i szybkiego.
Ostatnio późne śniadania wychodzą mi najpiękniej wizualnie (co możecie podglądać na stories na instagramie), sięgnęłam więc po przepis na wegańskie placuszki bananowe. I wiecie co? Jest pycha!
Dodałam do nich ekspresową frużelinę mirabelkową i to był strzał w dziesiątkę. Niechaj więc będzie moim bonusem do przepisu Patrycji. Bo pamiętajcie – przepisy to baza, ale cały sekret pysznego gotowania tkwi w tym „czymś” co dodajecie od serca, zmieniacie po swojemu, eksperymentujecie ze smakami wedle własnego gustu.
No i miałam wczoraj po drodze okoliczne drzewa mirabelkowe… Z mirabelkami żółtymi i takimi ciemnoróżowymi. Naładowałam je do kieszeni, a jakże… i oto dzisiaj tak cudownie wzbogaciły placuszki swym sezonowym twistem.
Zacznijmy jednak od początku – podrzucam namiary na e-book!
Oczywiście wpadnijcie tez koniecznie na stronę z moim portfolio: LiliCreative.pl
Ale wracając do przepisu….
Szybkie placuszki bananowe
Przepis z e-booka W drodze po smak
SKŁADNIKI (1porcja):
1 banan
40 g (3 czubate łyżki) mąki z cieciorki
20 g (1łyżka) jogurtu kokosowego/naturalnego
szczypta soli
½ łyżeczki proszku do pieczenia
½ łyżeczki cynamonu
garść owoców sezonowych
płatki migdałowe/orzechy do posypania
1 łyżka masła klarowanego/oleju kokosowego
Czas przygotowania 15 min.
PRZYGOTOWANIE:
Banana rozgnieć widelcem. Dodaj jogurt, mąkę, cynamon, proszek do pieczenia, sól. Wymieszaj. Usmaż placuszki na złoty kolor. Wierzch obsyp owocami i ulubionymi orzechami. Możesz też posmarować jogurtem lub masłem orzechowym.
Od siebie dodam, że jako, że są to wegańskie placuszki, to lepiej, aby były niewielkie – łatwiej się je przerzuca. Z przepisu wyszło mi 8 takich placuszków. Oczywiście – polecam bardzo z frużeliną mirabelkową!
Równie szybka frużelina mirabelkowa
SKŁADNIKI:
garść mirabelek – bez pestek (zrobiłam z tych ciemnych)
miód – do smaku
łyżeczka skrobi ziemniaczanej / dwie łyżki zimnej wody
Mirabelki przekładamy na patelnię i podsmażamy, aż zmiękną i puszczą soki, około 10 minut. Dodajemy miód do smaku, ciągle mieszając. Skrobię ziemniaczaną rozrabiamy z dwoma łyżkami zimnej wody, dolewamy do mirabelek i mieszamy całość intensywnie przez jeszcze minutkę, aż nabierze konsystencji frużeliny.
W kuchni roślinnej antyrakowej ważne jest bardzo wiele kwestii, o których tu już Wam pisałam. Musi być mocno warzywno-owocowo, strączkowo i zbożowo, musi być świeżo, produkty możliwie nieprzetworzone, ekologiczne, musi być pełno antyrakowych superfoods i tak dalej i tak dalej. Ale…
Ale musimy także się tą kuchnią cieszyć! A smaki znane od dziecka i bardzo zawsze lubiane to coś, co tworzy takie przyjemne poczucie komfortu i ciepełka w brzuszku i serduszku, prawda?
Dlatego właśnie już dłuższy czas temu postanowiłam tworzyć własny majonez!
Umówmy się – nie jest to produkt pierwszej potrzeby i nawet w mojej wersji jest po prostu tłusty. A kuchnia antyrakowa jest kuchnią niskotłuszczową! Ale tu znowuż pojawia się to magiczne – ale. Majonez traktujmy jako dodatek smakowy do naszych innych zdrowych wyborów. Podkręcamy nim sałatki pełne warzyw, wykańczamy kolorowe kanapeczki, a w święta, kiedy pół świata zdaje się zajadać sałatką jarzynową – my tworzymy naszą, zdrowszą wersję i świętujemy jak wtedy, gdy świat zdawał się prostszy i lepszy.
Niegdyś do głowy mi nie przyszło, aby kręcić majonez. A już tym bardziej, że da się go zrobić z mleka sojowego i oliwy. Majonez! I to taki, który smakiem zupełnie przypomina ten Kielecki. Jest po prostu pyszny i totalnie majonezowy. A mam w domu prawdziwego konesera majonezu i on to potwierdza 🙂
Od samego początku nie zdecydowałam się na sięganie po dostępne na rynku markowe wegańskie majonezy. Czemu? Nie mają dobrych składów, są produktami przetworzonymi, pełnymi cukru. Podczas gdy mój majonez oparłam na oliwie, mleku sojowym, bio occie jabłkowym, musztardzie dijon (ma prosty skład, bez cukru), syropie z agawy i cytrynce. Mamy więc pełną kontrolę tego, co w naszym majonezie się znajduje.
Z istotnych rzeczy to od razu tu napiszę jeszcze, że do majonezu wykorzystuję oliwę z wytłoczyn z oliwek. Czyli nie tą najzdrowszą (zwłaszcza w kuchni antyrakowej) z pierwszego tłoczenia, a tą pozbawioną już smaku i zapachu. Próbowałam na tej dobrej, ale niestety majonez za bardzo pachniał oliwą, a za mało majonezem. Wciąż jednak stawiamy tu na oliwę.
Sięgając po mleko też zwróćcie uwagę, aby miało prosty skład czyli głównie soję. Ach, no i polecam właśnie sojowe, bo jest odpowiednio tłuste i dostarcza przy okazji białko. Jest też jedną z głównych składowych mojej kuchni antyrakowej.
Dodam jeszcze, że mam za sobą wiele majonezowych prób. I nawet teraz, kiedy jestem już w tym kręceniu całkiem obyta, zdarza się, że majonez się zwarzy i po prostu nie wyjdzie.
Ale muszę tutaj jeszcze oddać hołd autorce bloga Olga Smile bo to z niego nauczyłam najwięcej. Znajdziecie tam wiele różnych majonezowych przepisów. Mój powstał a bazie TEGO – najlepszego. No, nie dziwię się!
Najlepszy wegański majonez
Składniki:
550 ml oliwy z wytłoczyn z oliwek
180 ml mleka sojowego
1 duuuża łyżka musztardy dijon
sok z połowy cytryny
4 łyżki octu jabłkowego (dobrego, bio)
2-3 łyżki syropu z agawy
mniej niż 1 łyżeczka soli
Z takiej ilości składników wychodzi niecały duży litrowy słoik majonezu.
Do blendera kielichowego przelewamy mleko sojowe, sok z cytryny, ocet, agawę. Dodajemy sporą łyżkę musztardy i sól. Całość blendujemy przez minutkę na niskich obrotach, aby się ładnie połączyło. Po chwili zaczynamy dolewanie oliwy przez otwór w pokrywce, małym strumieniem. Spokojnie i cierpliwie. Majonez zacznie się ubijać do konsystencji, którą znamy. Na końcu próbujemy majonez – możemy teraz dodać albo octu, albo musztardy, albo agawy. Każdy z tych produktów może inaczej smakować, dopasujmy majonez do naszych preferencji. Całość ponownie mieszamy – jeśli trudno się miesza w blenderze, domieszajmy łyżką. I gotowe!
Jak tam ma się sezon dyniowy w Waszych domach? Lubicie te pomarańczowe wibracje czy nie możecie się przekonać?
Ja po prostu uwielbiam zupę dyniową i kluseczki. Potrafią ukoić mój brzuszek nawet wtedy, gdy jest rozstrojony wszelkimi kuracjami. Są więc kojącym comfort foodem. I nie tylko, bo dynia jest przecież jednym z bardzo ważnych warzyw w diecie antyrakowej – posiada znacznie więcej beta karotenu niż marchewki, a ten jest silnym antyoksydantem, który bardzo wspomaga organizm i walkę z chorobami.
Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moim sposobem na dyniowe kluski. I z pewnością nie odkryję tu Ameryki, bo jest to autentycznie najprostszy z możliwych sposobów – mamy bowiem dynię i mąkę! Od razu mówię, że w diecie antyrakowej unikamy białej mąki. Nie lubimy jej! Zamieniamy ją gdzie się da na tę pełnoziarnistą, dobrze aby była żytnia lub orkiszowa. Dla tych klusek robię jednak wyjątek. Raz, że takie wychodzą mi po prostu najlepsze, dwa – że dokładnie one mają tę moc ukojenia zbolałego brzuszka.
Ale to nie tylko kluski są naszą dzisiejszą gwiazdą. Ostatnio zakochałam się w łączeniu ich z kremowym szpinakiem! Jest to połączenie, które – przyznaję – nie wygląda szczególnie apetycznie, ale o jeju, jak smakuje! Szpinak jest równie, jak wszyscy wiemy, bardzo wartościowy. Do tego masa czosnku i śmietanki nerkowcowej i wychodzi nam petarda!
Vege kluski dyniowe z kremowym szpinakiem
Składniki
mała dynia hokkaido (chyba, że wolicie inne)
mąka – 2-3 szklanki
duży pęczek świeżego szpinaku (wciąż dostępny na straganach i ryneczkach)
3-4 ząbki czosnku
2/3 szklanki śmietanki z nerkowców (TUTAJ był przepis)
3 łyżki płatków drożdżowych
oliwa z oliwek
sól, pieprz
łyżeczka tymianku
do podania – łyżeczka siemienia lnianego, orzechy włoskie lub migdały
Dynię kroimy na ćwiartki, wyciągamy łyżką środek z pestkami, wkładamy do naczynia żaroodpornego i do piekarnika na 200 stopni. Pieczemy aż będzie mięciutka. Wyciągamy, studzimy. Przy pomocy łyżki oddzielamy środek od skórki (skórki wyrzucamy), przekładamy do miski i miksujemy blenderem na gładkie puree (można utrzeć widelcem na mniej gładkie). Warto masę odcedzić dłońmi z nadmiaru wody. W zależności od tego, jak bardzo jest mokra – tyle przyjmie mąki. Nie ma tu więc dokładnego przelicznika. Ja dodaję ponad drugie tyle mąki i wyrabiam ciasto. Powinno ono być zwarte, ale wciąż kleiste w środku. Jeśli za bardzo się klei, podsypujemy mąką, ale nie za dużo, aby kluseczki nie były twarde.
Ciasto odkładam na pół godziny, potem kroję nożyczkami na kluski. Oprószam je mąką i gotuję na dwa razy w osolonej wodzie, aż wypłyną. Gotowe przekładam do miski, podlewam leciutko oliwą, aby się nie skleiły i posypuję tymiankiem.
Pęczek szpinaku dokładnie myję i kroję na drobno. Przekładam na patelnię z niewielką ilością rozgrzanej oliwy. Lekko podlewam wodą, aby się nie przypalił i duszę na małym ogniu często mieszając. W między czasie dodaję przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku, sól, pieprz, płatki drożdżowe i śmietankę z nerkowców. Całość razem gotujemy przez klika chwil.
Orzechy włoskie lub migdały szatkujmy i podprażamy na suchej patelni. Siemię lniane rozgniatamy w moździerzu lub młynku.
Na talerz nakładamy trochę szpinaku, na to kluseczki, całość posypujemy siemieniem i orzechami.
Oto i przyszła pora na kolejny wpis stworzony przy współpracy Moniki Więckowskiej!
Pokażę Wam zatem kolejną porcję cudowności, które Monika wytwarza w swojej małej manfakturze, ale też zagłębimy się w świat… kwiatów czarnego bzu!
Czy Wy też tak lubicie te wielkie białe kwietne baldachimy? Ja kocham! A na dzisiejszy temat zdecydowałam się po nowych publikacjach Moniki do magazynu Gotuj w stylu eko.pl, ale też dlatego, że ocet z tych kwiatów był jednym z pierwszych octów Moniki, które miałam okazję spróbować, a który całkowicie odmienił moje pojęcie o tychże. O jej! Jaki on dobry! Monika powiedziała mi wtedy, że jest fajny do lemoniad i faktycznie – jest bardzo aromatyczny, zapach jest bardzo wyczuwalny. Pije się to to z radością!
Może więc i Wy zrobicie sobie takie cudo? A może oxymel z kwitami czarnego bzu?
Zacznę jednak od odesłania Was do poprzednich wpisów pełnych ziołowych octowych i oxymelowych inspiracji – TUTAJ i TUTAJ.
Przypominam, że po te i inne smakowitości prosto z natury, zwracamy się do Moniki: tel. 603 704 626, monika_wieckowska@o2.pl Monika wysyła paczki wszędzie, gdzie potrzeba!
Zanim przejdziemy do kwiatów czarnego bzu, zobaczcie na zdjęciach wspaniałe wyroby Moniki. Więcej ich zajdziecie w poprzednich wspólnych wpisach. No, ja wciąż i wciąż tkwię w zachwycie i nie mogę się tymi dobrociami nasycić. Zapas octów towarzyszy mi na co dzień, cudownie się z nimi przyrządza wszelkie warzywka i sałatki.
Zwróćcie koniecznie uwagę na tę musztardę głogową z suszem wigilijnym, bo to coś doprawdy wyjątkowego! O dobroczynnych właściwościach geranium – tutaj w formie syropu i octu, Monika może długo opowiadać. Odsyłam Was gorąco do niej! Produkty są niesamowite, bardzo dobre jakościowo, ekologiczne i tworzone z sercem!
Przejdźmy do naszego czarnego bzu, póki tak pięknie wdzięczy się do nas na łąkach i polach!
Zostawiam Was tu z tekstem Moniki!
Czarny bez( łac. Sambucus nigra) inne funkcjonujące nazwy: dziki bez czarny, bez lekarski, bzina, bzowina, uzina, hyczka, kalinka, hebdziak. Czarny bez jest rośliną pospolitą i występuje najczęściej w formie rozrastającego się krzewu lub drzewa o niedużej wysokości. Czarny bez jest rośliną rozpowszechnioną praktycznie na całym świecie, występuje w całej Europie, Afryce północnej, na Bliskim Wschodzie, południowej Australii, Nowej Zelandii.
Wartości lecznicze bzu znano już w starożytności. Hipokrates nazywał bez całą apteczką, stosowano go w wielu schorzeniach. Prasłowianie wiedzieli, że bez chroni przed przeziębieniem, gorączką, wierzyli, że dzieci nie będą chorować, jeśli będą przebywać pod krzewem bzu.
Jagody bzowe należały do pożywienia już w czasach prehistorycznych, wzmianki polskie o ich stosowaniu pochodzą z XIV wieku. Z jagód czarnego bzu przyrządza się polewkę, zwaną fafuła lub bzówka oraz bzowe powidła. Jagody czarnego bzu służą także do barwienia pisanek na kolor czarny, wpadający w granat.
W wierzeniach czarny bez był łączony ze światem zmarłych – Rzymianie używali kwiatu bzu w obrzędach funeralnych. Krzew był symbolem złych mocy, duchów zmarłych. Po rozpowszechnieniu się chrześcijaństwa powstały legendy mówiące o tym, że na krzewie czarnego bzu powiesił się Judasz, albo że wykonano z niego drzewo Krzyża Jezusa.
„Według wierzeń ludowych bez miał siłę zatrzymania złych mocy – posadzony przy domu chronił obejście przed czarownicami, a gałązka wrzucona do grobu broniła duszę przed czartem. Nie wolno było ścinać krzewów, bo przynosiło to śmierć i nieszczęście.” Czesław Caryk, historyk
W medycynie ludowej wykorzystywano kwiaty, owoce, liście, korzenie, korę i młode pędy. Obecnie w celach medycznych wykorzystuje się kwiaty i dojrzałe owoce czarnego bzu. Kulinarnie wykorzystuje się grzyba, który wyrasta na korze bzu czarnego – uszak bzowy.
Kwiaty czarnego bzu (Flos Sambuci) zawierają znaczne ilości flawonoidów, kwasy organiczne, fenolokwasy, sporo soli mineralnych, olejek eteryczny (który odpowiadają za ich przyjemny, intensywny zapach), garbniki i śluzy. Kwiaty bzu czarnego działają moczopędnie, napotnie i przeciwgorączkowo, przeciwcukrzycowo, wzmacniają odporność. Mogą być podawane dzieciom powyżej 6 roku życia.
Kwiaty czarnego bzu należy zbierać w słoneczne dni w czasie rozkwitu. Nie mogą być przegniłe lub wyschnięte. Kwiaty suszy się w miejscu ciemnym, suchym i przewiewnym, gdzie temperatura nie przekracza 35 stopni Celsjusza. Przygotowuje się z nich różne napary, wyciągi i ekstrakty, które znajdują zastosowanie w profilaktyce i leczeniu infekcji. Można z nich robić lemoniady, wody smakowe, „szampana”- musujący pyszny, orzeźwiający napój, octy i oxymele, syropy, wino, smażyć w cieście naleśnikowym, dodawać do konfitur i domowych ziołowych herbatek.
Czarny bez stosowany jest również jako składnik wielu kosmetyków, zwłaszcza kremów i maseczek. Ocet z kwiatów bzu czarnego w rozcieńczeniu z wodą aplikowany na skórę zdecydowanie ją rozjaśnia oraz oczyszcza jej powierzchnię. Zewnętrznie napar z kwiatów czarnego bzu może być stosowany do płukania jamy ustnej i gardła, jako kompresy na oczy w zapaleniu spojówek oraz jako dodatek do kąpieli w stanach gorączkowych (nawet dla niemowląt).
Ocet z kwiatów bzu czarnego
Składniki:
Kwiaty bzu czarnego – 1/2 słoika
Cukier 4 łyżki na litr wody
KROK 1: W słoneczny dzień zbieramy kwiaty bzu czarnego ( ilość zależy od tego ile chcemy zrobić octu), czekamy aż wyjdą z nich robaczki.
KROK 2: W międzyczasie rozpuszczamy w gorącej wodzie cukier i studzimy. Kwiaty wkładamy do słoika do połowy wysokości.
KROK 3: Zalewamy wodą z cukrem do 3/4 ×wysokości i przykrywamy gazą lub ręcznikiem papierowym i zabezpieczamy gumką, aby nie powłaziły meszki. Przez 3 tygodnie codziennie mieszamy drewnianą wyparzoną łyżką, najlepiej dwa razy dziennie. Po tym czasie wyjąć kwiaty. Ocet możemy zlać, albo zostawić jeszcze 2-3 tygodnie, przykryć gazą i już nie mieszać. Powinna zrobić się matka octowa na powierzchni. Następnie zlać do butelek, matkę octową możemy włożyć do następnego octu (znacznie przyspieszy proces fermentacji). Używać do sałatek warzywnych i owocowych, a także do picia z wodą. Im ocet starszy tym lepszy. Obok stoi ocet z tamtego roku i muszę stwierdzić, że smakuje wyśmienicie, lepiej niż rok temu.
Oxymel z kwiatami bzu czarnego
Składniki:
kwiaty bzu czarnego – 10 szt.
ocet żywy z kwiatów bzu czarnego (lub jabłkowy ocet żywy) – 500 ml
miód kwiatowy naturalny (najlepiej świeży płynny, nieskrystalizowany) – 500 g
KROK 1: Kwiaty czarnego bzu zbiera się od maja do lipca, przy ładnej pogodzie, najlepiej przed południem, zaraz po tym, jak odparuje z nich rosa. Oczywiście zbieramy je w czystej okolicy, z dala od dróg. Odstawiamy na 1-2 godziny, aby powychodziły z nich wszelkie żyjątka.
KROK 2: Następnie odcinamy zielone łodyżki, a kwiaty wkładamy do słoja o pojemności co najmniej 1 l. Do słoja wlewamy ocet z kwiatów bzu czarnego lub jabłkowy (najlepiej domowy ocet żywy, niepasteryzowany) oraz dodajemy płynny miód. Mieszamy drewnianą łyżką 1-2 razy dziennie (ewentualnie wstrząsamy słoikiem). Zostawiamy do maceracji na 7-10 dni w ciemności. Następnie odcedzamy kwiaty, mocno je odciskając i przelewamy do butelek. Przechowujemy w chłodnym i ciemnym miejscu. Mikstura jest pyszna i zdrowa. Można podawać ją dzieciom powyżej 3 lat (pod warunkiem, że nie są uczulone na miód).
KROK 3: Zastosowanie: profilaktyczne 1-2 łyżki dziennie – można pić bez rozcieńczania lub z dodatkiem letniej (ale nie gorącej) wody. Przy gorączce i przeziębieniu można pić do 80-100 ml przez cały dzień rozcieńczając wodą. Okres przydatności minimum 12 miesięcy.
Materiał ukazał się w magazynie Gotuj w stylu eko.pl – znajdziecie go także na stronie magazynu gotujwstylueko.pl
Ja to wciąż tkwię w zachwycie. To taki mój normalny w sumie stan 🙂 Ale tym razem zachwyt mój rośnie w miarę wkręcania się w pewien magiczny, kolorowy świat!
Świat Moniki Więckowskiej, świat pachnący ziołami, octami i oxymelami. Świat, do którego zaprosiłam Was już w TYM poście. Zajrzyjcie tam koniecznie, bo tam jeszcze więcej takich uroczych buteleczek z magicznymi eliksirami!
A co w nich jest? Śmiem twierdzić, że naturalna magia!
Choć pierwsze octy i oxymel zakupiłam od Moniki sama, to tym razem dostałam od niej specjalną przesyłkę z niezwykłymi produktami do wypróbowania. A że tyle w niej było wspaniałości, to podzieliłam ją na pół. W dzisiejszej połówce zaprezentują się Wam wiosenne octy – kwiatowy, ziołowy i mój faworyt – botwinkowy! Ale są też oxymele i wiosenna ziołowa herbatka!
Od razu powiem, że w kolejnym rzucie znajdą się także takie przysmaki, jak musztarda, syrop z geranium czy sole ziołowe! Jeśli więc macie ochotę na takie cuda, to zachęcam do kontaktu z Moniką – tel. 603 704 626, monika_wieckowska@o2.pl
I zanim oddam Monice głos i zanim wejdziemy w ten niemal nierealny świat, to kilka słów ode mnie!
Chyba zostałam bowiem octomaniaczką. Bo całkiem poważnie, to ta różnorodność octów to dla mnie nowość, a już się w nich zakochałam. Są tak aromatyczne! Zwłaszcza ten botwinkowy – „robi” całą sałatkę. Można je popijać z wodą – tutaj najfajniejszy jest ten z kwiatów czarnego bzu. Można robić z nich sosiki. Można po prostu spryskiwać nimi warzywka. Można mieszać z miodkiem i dawać dzieciom na odporność. Są i piękne w swej różnorodności, w tych kolorach, i zachwycające smakowo. A najważniejsze, że niosą z sobą masę dobra dla naszego ciałka.
Jeszcze pragnę się pozachwycać oxymelami. O tym żółciutkim pisałam ostatnio i trzymam go w zapasie na trudniejsze czasy. Ale ten antystresowy to… ojejejuu! Fantastyczny! Coś jak zupełnie nowe różane doświadczenie. Pyszne to to, musujące, lekko chyba przefermentowane. I doprawdy przynosi takie różane ukojenie…
Tym razem mamy dla Was materiał Moniki o octach żywych, a potem przepis na jeden z oxymeli!
Ocet naturalnie mętny, z osadem, niepasteryzowany jest najzdrowszy. To ocet „żywy” zawiera żywe kultury bakterii, które pomagają utrzymywać zdrową florę bakteryjną w naszych jelitach. To naturalny probiotyk.
Moja przygoda z octami na dobre zaczęła się kilka lat temu od warsztatów octowych z Justyną Pargiełą (zielarz, fitoterapeuta i naturopata). Byłam u Justyny na różnych wykładach związanych z ziołami, gdzie poszerzałam swoją wiedzę w zakresie ich wykorzystania oraz stosowania dzikich roślin. Na wykładzie było ogłoszenie o warsztatach octowych – na początku nie byłam nimi zainteresowana. Przecież od lat robiłam octy jabłkowe, gruszkowe, śliwkowe, malinowe, więc myślałam: po co mi te warsztaty, szkoda czasu (warsztaty były zaplanowane w sobotę na 5 – 6 godzin). Mąż mnie jednak przekonał, ażeby na nie pójść. Z warsztatów wróciłam bardzo zadowolona i pozytywnie zakręcona na punkcie robienia octów (warsztaty odbyły się w styczniu 4 lata temu). Od tamtej pory moja „produkcja” octów z roku na rok jest coraz większa. Z roku na rok przybywało słojów z fermentującymi octami. W końcu wolne miejsca na blatach kuchennych zapełniły się i nie było gdzie stawiać słojów. W tamtym roku mąż zakupił mi regał (nazywam go fermentacyjnym) z 5 półkami, na którym obecnie stoją 32 słoje z fermentującymi octami wiosennymi.
OCET MOŻEMY ROBIĆ CAŁY ROK
Myślałam, że zimą nie będę robiła octów, ale bardzo się myliłam. Zimą też można je robić i zapewniam Was, że jest z czego! Zimą powstały wspaniałe octy z igieł sosny i świerka (właśnie zimą zawierają one najwięcej witaminy C), z mrożonych owoców (aronii, jarzębiny, truskawek i malin), z owoców z kompotu, z suszonych kwiatów, ziół, na owocach z nalewek, z dodatkiem różnych przypraw korzennych czy ucieranych płatków róży (uwielbiam różę w octach). Wiosna to pączki z różnych drzew, mnóstwo kwiatów (z ich zbiorem trzeba się śpieszyć, bo ich okres występowania szybko mija), ziół i nowalijek, no i oczywiście oskoła. Lato to sezon w pełni na owoce, warzywa, kwiaty i zioła. Jesień to warzywa korzeniowe i dynie. Cały rok to sezon na rozmaite octy.
Z CZEGO MOŻEMY ZROBIĆ OCET?
Octy możemy robić na wodzie z cukrem, na kombuczy, na oskole (soku z brzozy), z dodatkiem miodu czy domowych syropów (np. z kwiatów bzu, płatków róży, czeremchy itd.), na soku owocowym (ocet „podwójnie owocowy” np. jabłka w soku jabłkowym zrobionym dowolnym sposobem tj. z wyciskarki czy z sokownika), czy też z samego soku owocowego lub warzywnego, ziołowego z dodatkiem cukru. Octy praktycznie możemy robić ze wszystkich składników roślinnych (oczywiście z wyjątkiem roślin trujących).
Jestem zwolenniczką robienia octów z produktów lokalnych, ekologicznych, służących zdrowiu. Z reguły robię octy z tego co urośnie w moim ogrodzie lub okolicy (oczywiście z dala od dróg, w czystej okolicy) oraz z owoców i warzyw z pewnego źródła od znajomych. Jeżeli używam cytrusów to wybieram te eko i myję je bardzo dokładnie.
Niektóre octy są zaplanowane np. mój ulubiony ocet z płatków róży i ocet z podagrycznika co roku musi być. Jednak duża część octów powstaje spontanicznie. W ramach kuchni zero waste, wszystko, co zostaje po zrobieniu posiłków, ląduje w słoiku na ocet, np. resztki ziół, owoców czy warzyw. Jeżeli w ogrodzie coś trzeba przerwać na grządkach, bo nasiało się za gęsto czy jest czegoś za dużo, też trafia to do słoika. Potem zastanawiam się, co by tu jeszcze dorzucić, co będzie mi pasowało zapachowo i smakowo – czasem połączenia są niecodzienne i zaskakujące, a efekt doskonały. Zachęcam do eksperymentowania.
Moja obecna tabela z octami zawiera ponad 150 różnych octów (nadal ich liczba rośnie), ale to tylko kropla w morzu możliwości, jakie dają nam dostępne u nas składniki. To tylko propozycja. Możemy się „bawić”, dodając różne składniki o smakach i zapachach, które lubimy.
JAK WYKONAĆ OCET?
Każdy ocet „żywy” robimy podobnie. Potrzebny jest słój (wielkość dowolna), który wypełniamy do połowy rozdrobnionym surowcem (ziołami, owocami, warzywami, kwiatami), zalewamy to wodą z cukrem/miodem, kombuczą z cukrem do 3/4 wysokości słoika, przykrywamy ściereczka lnianą (ręcznikiem papierowym) i zabezpieczamy gumką. W początkowej fazie fermentacji burzliwej, mieszamy 2 razy dziennie (trwa ona około 2-3 tygodnie), potem zostawiamy w spokoju bez mieszania. Czas fermentacji i produkcji octu zależy od wielu czynników m.in. od temperatury w pomieszczeniu (im cieplej, tym przebiega ona szybciej, przy niskich temperaturach poniżej 20°C jest słabsza, najlepsza temperatura to 23 – 26 °C), użytych składników i dodanego cukru.
Fermentacja octowa przebiega w 2 etapach:
Etap 1. Pierwszy etap to fermentacja alkoholowa, która przechodzi prawie równolegle w fermentację octową. Fermentacja octowa to tlenowy rozkład alkoholu etylowego na kwas octowy, wodę i produkty uboczne. Produkty uboczne powstałe podczas fermentacji octowej są bardzo ważne i nadają octowi przyjemny smak i zapach. Zdolność do tego rodzaju fermentacji mają bakterie octowe Acetobacter (pałeczki octowe).
Etap 2. Po około 4 – 6 tygodniach ocet jest już prawie gotowy, odcedzamy surowiec, a płyn zostawiamy jeszcze w słoju przykryty ściereczką na 2 – 3 tygodnie do dalszej, cichej fermentacji i dojrzewania. W tym czasie w occie może się zrobić galaretowaty krążek, czyli matka octowa. Jest to jak najbardziej naturalny i pozytywny objaw.
Obecność matki to dowód na bioaktywność octu i jego wysoką jakość, ale z czasem będzie się ona powiększać i dosłownie wypijać nam ocet. Najlepiej zdjąć ją, dodać do nowego octu (przyspieszy fermentację), zmielić i wykorzystać do sosu sałatkowego lub nawieźć nią rośliny w ogródku.
Po tym etapie ocet przelewamy do butelek,nie filtrujemy go dokładnie. Butelki opisujemy i odstawiamy. Taki ocet, naturalnie mętny, z osadem, niepasteryzowany jest najzdrowszy. To ocet „żywy” zawiera żywe kultury bakterii, które pomagają utrzymywać zdrową florę bakteryjną w naszych jelitach. To naturalny probiotyk. Picie łyżki takiego żywego octu rozpuszczonego w szklance wody może przynieść wiele korzyści dla naszego zdrowia i samopoczucia. Na pewno nie można go pić nierozcieńczonego. Ocet może podrażnić żołądek i cały przełyk, ale i negatywnie wpłynąć na szkliwo zębów. Dlatego trzeba go rozcieńczać wodą i pić na zdrowie.
Ocet nie ma terminu przydatności, wręcz im jest starszy, tym lepszy. Nie ma potrzeby trzymania octu w lodówce. Z czasem octy żywe nabierają mocy i jeszcze lepszego smaku.
Octy naturalnie fermentowane robiono i stosowano już w starożytności, pito octy z wodą jako napój chłodzący (dodatkowo ocet uzdatniał nieprzegotowaną wodę do picia).
Octy z naturalnej fermentacji zawierają polifenole, mikroelementy oraz związki bioaktywne. Dzięki nim octy wspomagają podnoszenie odporności, mogą wspomagać regulowanie poziomu cukru, mają działanie przeciwutleniające, wspomagające odchudzanie oraz obniżające ciśnienie. Dodatkowo zawsze ocet będzie miał właściwości surowca, z którego został wykonany. (źródło: „Starożytna superżywność: Octy naturalne” Justyna Pargieła).
Kwasowość octu żywego zależy od ilości dodanego cukru i ilości cukru zawartego w surowcu, z którego robimy ocet. Można ją zmierzyć za pomocą tzw. zestawu do miareczkowania. Moje octy mają kwasowość od 1,5 % do 8 % (ocet zrobiony na bazie kombuczy).
Materiał ukazał się w magazynie Gotuj w stylu eko.pl – znajdziecie go także na stronie magazynu gotujwstylueko.pl
Poniżej obiecany przepis na uniwersalny oxymel. Więcej o tych niezwykłych miksturach znajdziecie w poprzednim poście TUTAJ.
Użyte składniki są propozycją, skład może być za każdym razem trochę inny. Podstawa to dobry naturalny żywy ocet, dużo ziół, warzyw i przypraw o działaniu antybakteryjnym, przeciwwirusowym, przeciwzapalnym, rozgrzewającym i wzmacniającym naszą odporność oraz dobry naturalny miód.
Wszystkie zioła umyć i osuszyć. Kurkumę, imbir, chrzan, czosnek i zioła posiekać drobno. Wrzucić posiekane składniki do dużego słoja. Zalać octem, tak aby wszystkie składniki były przykryte.
Można użyć tylko octu jabłkowego (najważniejsze, żeby to był ocet żywy, naturalny) lub też innego octu wykonanego ze składnika o działaniu przeciwzapalnym, przeciwwirusowym i antybakteryjnym np. ocet tymiankowy, szałwiowy czy z geranium.
Słój zakręcić i odstawić do maceracji na minimum 3 tygodnie w temperaturze pokojowej, najlepiej zostawić nawet na 6 tygodni. Codziennie wstrząsnąć słojem. Po tym czasie odcedzić na sicie wszystkie składniki i dobrze je odcisnąć. Do odcedzonego płynu dodać miód i dokładnie wymieszać. Przelać do butelek i używać w razie potrzeby.
Zastosowanie:
Profilaktycznie i zapobiegawczo w okresie jesienno-zimowym stosuje się łyżkę oxymelu 1-2 razy dziennie. W początkowym stadium przeziębienia łyżkę co 2 godziny, a podczas infekcji łyżkę 3-4 razy dziennie.
Przypominam, że po te i inne smakowitości prosto z natury, zwracamy się do Moniki: tel. 603 704 626, monika_wieckowska@o2.pl Monika wysyła paczki wszędzie, gdzie potrzeba 🙂
Zdjęcia i relacje, które podrzucam Wam w social mediach pełne są teraz wiosennych kwiatów i nowalijek. Postanowiłam więc i tutaj rozwiośnić wszystko! A przy okazji podrzucić Wam kilka moich jedzonkowych pomysłów i patentów.
Będzie wciąż w klimacie kuchni roślinnej antyrakowej. Ale jak zawsze powtarzam, że jest to po prostu jedzonko pyszne, zdrowe, świeże, kolorowe i nie tylko wspiera terapię, ale przede wszystkim ma służyć jako profilaktyka raka i wielu innych chorób cywilizacyjnych.
Dzisiaj chciałabym w głównej mierze podzielić się z Wami moimi pomysłami na dwie pyszności – pieczone kotleciki z komosy i malinową różową owsiankę!
Kotleciki powstały, jak to często bywa, z przypadku. Zostało mi bowiem całkiem sporo ugotowanej komosy, no i musiałam z niej coś zrobić. Wtedy zazwyczaj dzieją się cuda, prawda? Bo z moich kotlecików jestem bardzo, bardzo dumna – takie dobre!
Pieczone kotleciki z komosy
Składniki:
3 szklanki ugotowanej komosy (można gotować na oko – całość tutaj po prostu mieszamy tak trochę na oko właśnie :))
1 mała cukinia
1 szklanka ciecierzycy ugotowanej
4-5 łyżek pasaty pomidorowej
2 łyżki musztardy dijon
2 ząbki czosnku
3-4 łyżki oliwy z oliwek
3-4 łyżki ulubionej przyprawy typu suvlaki czy gyros
sól, pieprz
bułka tarta (około 3/4 szklanki)
Cukinię ścieramy na tarce o dużych oczkach, solimy i po chwili odsączamy z nadmiaru wody. Ciecierzycę rozdrabniamy widelcem lub moździerzem. Do miski przekładamy komosę, cukinię, cieciorkę, pasatę, musztardę, wszystkie przyprawy i oliwę. Mieszamy dokładnie. Na koniec dosypujemy bułkę tartą w takiej ilości, aby można było formować małe kotleciki.
Kotleciki układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w 180 stopniach 20-30 minut – aż się ładnie zarumienią.
Polecam podawanie ich z sosem pomidorowym albo….
Albo jak tylko macie na to ochotę! Ja na przykład, jak widać tutaj poniżej, dodałam je choćby do wegańskiego bigosu z boczniakami. Uczyłam się go robić z przepisu Jadłonomii, ale od tamtej pory to już mam raczej każdorazowo inną wariację na jego temat 🙂 Wciąż jednak uwielbiam. Czy to z chlebkiem, czy….
…czy inaczej… 🙂 Jak zobaczycie na zdjęci poniżej – potrzeba matką wynalazku. I tak powstały chrupiące sajgonki z wegańskim bigosem. Czy ktoś już je tak jadł??
Bo znowuż musiałam kombinować. Dolałam bowiem do resztek bulionu warzywnego sok z kiszonych buraczków i tak, po doprawieniu, powstał mi ekspresowy barszczyk. A do barszczyku wiadomo – przydałyby się jakieś paszteciki! Zawinęłam więc po troszku bigosu w podwójne płaty papieru ryżowego, nasmarowałam je oliwą i posypałam czarnuszką. Zapiekłam całość w piekarniku, aż stały się rumiane i chrupiące. No i powiem Wam, że fajne mi to to wyszło!
Zrobicie?
I jeszcze mały przerywnik na dobro wiosenne, które ostatnio dorwałam, a które ubóstwiam – młodą kapustę!
Zrobiłam od raz michę takiej antyrakowej surówki i pochłonęłam na śniadanie.
Jak zamienić kapustę w surówkę antyrakową? Szatkujemy ją, solimy, dolewamy odrobinę dobrego octu (dałam botwinkowy), chwilę wyrabiamy to rękami i odstawiamy na chwilę kolejną. W między czasie trzemy nieco marchewki, bierzemy sporo kiełków brokułu i np. jarmużu i drobno je siekamy (dzięki temu „giną” w kapuście). Dodajemy całość do kapusty, zalewamy odrobiną oleju lnianego lub z ostropestu, mieszamy i gotowe!
Pycha!
No teraz czas na małą malinową rozpustę! Moje śniadankowe rozkosze!
Czyli moją ostatnio ulubioną malinową owsiankę! Koi, jak rzadko które śniadanie. Sprawia, że dzień wydaje się zaczynać lepiej. A takiego ukojenia malinowego trzeba mi teraz bardzo!
Malinowa roślinna owsianka
Składniki:
dwie duże garści płatków owsianych
około szklanki mleka sojowego (ma przykryć płatki i jeszcze trochę)
łyżeczka cynamonu
garść lub i więcej mrożonych malin
łyżka siemienia lnianego
3-4 łyżki pokrojonych orzechów (u mnie brazylijskie i migdały)
2-3 łyżki suszonych pokrojonych owoców (u mnie czereśnie i śliwki)
2 łyżki miodu
Mniej więcej w trakcie gotowania płatków popijam sobie szklankę wody z octem lawendowym lub z kwiatów czarnego bzu. Aby zmniejszyć skok cukru.
Do rondelka przekładam płatki owsiane, zalewam je mlekiem sojowym i gotuję na małym ogniu. Od zagotowania kilka minut, aby płatki zmiękły. Cały czas mieszając, bo łatwo się przypala. W między czasie dodaję cynamon, a pod koniec gotowania, wrzucam mrożone maliny. Mieszam jeszcze chwilę, aby część malin się połączyła z mlekiem tworząc piękny różowy kolor. Ściągam z ognia. Wtedy kroję orzechy i suszone owoce. Dodaję do owsianki. Siemię lniane najlepiej na świeżo zmielić w młynku i także dodać (czasem na szybko dodaję całe ziarenka). Na samym końcu dodaję miód, aby nie stracić jego cennych właściwości wysoką temperaturą.