Zapiekanka pasterska czyli z angielska shepards pie może mieć doprawdy wiele odsłon. Ja dzisiaj polecam Wam moją! Wegańską! Bo jest pyszna, aromatyczna, bardzo zdrowa, pełna roślinnego białka i bardzo komfortowa. Oznacza to, że pozostawia w brzuszku takie przyjemne cieplutkie ciepełko. Tym bardziej polecam na tę naszą, jakże już się dłużącą, zimę!
Standardowo tego typu zapiekanki składają się z warstwy „mięska” z różnymi dodatkami, którą przykrywa kołderka z ziemniaków. Dzisiaj zamieniamy dół na miks pieczarek i strączków. Jakże pyszny miks! Umamiczny i kojący. Dobry dla brzuszka i kojący dla głowy. Mocno aromatyczny i przeciwzapalny. Jeśli połączymy go z zarumienionymi ziemniaczkami, nie będzie się dało takiej zapiekance oprzeć
Ziemniaki obieramy, kroimy i gotujemy w osolonej wodzie do miękkości.
Pieczarki, pora i czosnek kroimy na drobne kawałeczki. Na patelni rozgrzewamy oliwę, wrzucamy na nią pora i czosnek, mieszamy, po chwili dodajemy pieczarki. Podsmażamy całość wraz z czarnuszką, papryką wędzoną, kurkumą, gałką i pieprzem. Kiedy pieczarki będą już ładnie podsmażone, dodajemy groszek, soczewicę, edamame. Mieszamy. Dodajemy ocet winny, sos sojowy, sól do smaku i dusimy całość przez chwilę, co jakiś czas mieszając. Na koniec dorzucamy ulubione zioła, mieszamy i ściągamy z ognia.
Ziemniaki ubijamy na puree wraz z mlekiem sojowym, dwoma łyżkami oliwy, musztardą i płatkami drożdżowymi.
Do naczynia do zapiekania przekładamy pieczarki z dodatkami. Na nich układamy warstwę ziemniaków, w miarę równo i płasko. Całość przekładamy do piekarnika lub air fryiera i zapiekamy około 20 minut w 180-200 stopniach, aż ziemniaki się z wierzchu ładnie zarumienią.
Ja podałam z surówką z młodej kapusty i marchewki z olejem lnianym.
Ja to, nie chwaląc się, robię totalnie najpyszniejsze tofucznice. No, odkąd w ogóle odkryłam takie coś, przeszłam długą drogę prób i błędów i oto stałam się tofucznicową ekspertką.
Bo po prostu moja tofucznica jest PYCHA!
Oczywiście można ją robić na milion sposobów. To przecież jak z rosołem – każdy ma swój patent. Ja jednak najbardziej lubię tą tutaj – z porem, pomidorkami i szpinakiem. I czymś zielonym na wierzchu. I z tofu wędzonym, który doda tego lekkiego aromatu wędzonki.
Dobra wegańska tofucznica wymaga kilku patentów. Są to magiczne składniki, o których jeszcze całkiem niedawno nie miałam pojęcia, że istnieją, a teraz są po prostu częścią mojej kuchennej codzienności. Chodzi o czarną sól kala namak oraz płatki drożdżowe nieaktywne. Ta pierwsza ma charakterystyczny jajowy zapach, więc dodaje się ją do dań, które powinny przypominać te z jajkami. A płatki drożdżowe to taki wegański aromat serowy, a do tego są bogatym źródłem witamin z grupy B. Oba te składniki, w połączeniu z kurkumą (dla koloru, ale też jest mega zdrowa i ma znaczące działanie przeciwnowotworowe) sprawiają, że tofu zamienia się w tofucznicę!
Polecam więc mój przepis, zapewne bardzo podobny do tak wielu innych, ale i klasyki trzeba udostępniać, bo tak naprawdę mało jeszcze są popularne. A szkoda, bo tofucznica jest pysznym, bardzo zdrowym śniadaniem, pełnym dobrego białka!
Najlepsza tofucznica
Składniki:
pół kostki tofu – może być naturalne, może być wędzone – to drugie nadaje jeszcze aromatu wędzonki
kawałek pora – około 4 cm, pokrojone na drobniejsze kawałeczki
kilka pomidorków koktajlowych
garść liści szpinaku baby
sól kala namak – do smaku, około pół łyżeczki
kurkuma – około łyżeczki
płatki drożdżowe nieaktywne – około łyżki, też do smaku
Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oliwy. Dorzucamy pora, mieszamy. Dodajemy rozdrobnione nieregularnie w rękach tofu, mieszamy. Dodajemy sól kala namak, kurkumę, pieprz do smaku. Kiedy całość lekko się zarumieni, podlewamy odrobinę mlekiem sojowym. Dzięki niemu ustalamy odpowiednią dla nas konsystencję tofucznicy (niektórzy wolą bardziej płynną, inni mniej). Dodajemy łyżkę płatków drożdżowych i pomidorki przekrojone na pół. Mieszamy. Jeśli przywiera do dna, znowuż podlewamy odrobiną mleka sojowego. Na koniec dodajemy szpinak i mieszamy aż się zblanszuje i połączy z całością. Tofucznicę przekładamy na talerz, posypujemy zieleninką i zajadamy ze smakiem.
Ach, jeśli nie macie czarnej soli kala namak i płatków drożdżowych – zróbcie Waszą tofucznicę bez nich. Też będzie pyszna 🙂
Czy pamiętacie, że całkiem niedawno opracowałam graficznie kolejnego e-booka Patrycji Łukanty o tytule „W drodze po smak”?
Patrycja jest dietetykiem klinicznym i uwielbia podróżować. Zainspirowało ją to do stworzenia przepisów, które idealnie sprawdzają się podczas bliższych i dalszych wyjazdów. A że materiał zdążyłam dosyć dobrze poznać, zainspirowałam się nawet nie raz, to i Wam postanowiłyśmy podrzucić coś prostego i szybkiego.
Ostatnio późne śniadania wychodzą mi najpiękniej wizualnie (co możecie podglądać na stories na instagramie), sięgnęłam więc po przepis na wegańskie placuszki bananowe. I wiecie co? Jest pycha!
Dodałam do nich ekspresową frużelinę mirabelkową i to był strzał w dziesiątkę. Niechaj więc będzie moim bonusem do przepisu Patrycji. Bo pamiętajcie – przepisy to baza, ale cały sekret pysznego gotowania tkwi w tym „czymś” co dodajecie od serca, zmieniacie po swojemu, eksperymentujecie ze smakami wedle własnego gustu.
No i miałam wczoraj po drodze okoliczne drzewa mirabelkowe… Z mirabelkami żółtymi i takimi ciemnoróżowymi. Naładowałam je do kieszeni, a jakże… i oto dzisiaj tak cudownie wzbogaciły placuszki swym sezonowym twistem.
Zacznijmy jednak od początku – podrzucam namiary na e-book!
Oczywiście wpadnijcie tez koniecznie na stronę z moim portfolio: LiliCreative.pl
Ale wracając do przepisu….
Szybkie placuszki bananowe
Przepis z e-booka W drodze po smak
SKŁADNIKI (1porcja):
1 banan
40 g (3 czubate łyżki) mąki z cieciorki
20 g (1łyżka) jogurtu kokosowego/naturalnego
szczypta soli
½ łyżeczki proszku do pieczenia
½ łyżeczki cynamonu
garść owoców sezonowych
płatki migdałowe/orzechy do posypania
1 łyżka masła klarowanego/oleju kokosowego
Czas przygotowania 15 min.
PRZYGOTOWANIE:
Banana rozgnieć widelcem. Dodaj jogurt, mąkę, cynamon, proszek do pieczenia, sól. Wymieszaj. Usmaż placuszki na złoty kolor. Wierzch obsyp owocami i ulubionymi orzechami. Możesz też posmarować jogurtem lub masłem orzechowym.
Od siebie dodam, że jako, że są to wegańskie placuszki, to lepiej, aby były niewielkie – łatwiej się je przerzuca. Z przepisu wyszło mi 8 takich placuszków. Oczywiście – polecam bardzo z frużeliną mirabelkową!
Równie szybka frużelina mirabelkowa
SKŁADNIKI:
garść mirabelek – bez pestek (zrobiłam z tych ciemnych)
miód – do smaku
łyżeczka skrobi ziemniaczanej / dwie łyżki zimnej wody
Mirabelki przekładamy na patelnię i podsmażamy, aż zmiękną i puszczą soki, około 10 minut. Dodajemy miód do smaku, ciągle mieszając. Skrobię ziemniaczaną rozrabiamy z dwoma łyżkami zimnej wody, dolewamy do mirabelek i mieszamy całość intensywnie przez jeszcze minutkę, aż nabierze konsystencji frużeliny.
W kuchni roślinnej antyrakowej ważne jest bardzo wiele kwestii, o których tu już Wam pisałam. Musi być mocno warzywno-owocowo, strączkowo i zbożowo, musi być świeżo, produkty możliwie nieprzetworzone, ekologiczne, musi być pełno antyrakowych superfoods i tak dalej i tak dalej. Ale…
Ale musimy także się tą kuchnią cieszyć! A smaki znane od dziecka i bardzo zawsze lubiane to coś, co tworzy takie przyjemne poczucie komfortu i ciepełka w brzuszku i serduszku, prawda?
Dlatego właśnie już dłuższy czas temu postanowiłam tworzyć własny majonez!
Umówmy się – nie jest to produkt pierwszej potrzeby i nawet w mojej wersji jest po prostu tłusty. A kuchnia antyrakowa jest kuchnią niskotłuszczową! Ale tu znowuż pojawia się to magiczne – ale. Majonez traktujmy jako dodatek smakowy do naszych innych zdrowych wyborów. Podkręcamy nim sałatki pełne warzyw, wykańczamy kolorowe kanapeczki, a w święta, kiedy pół świata zdaje się zajadać sałatką jarzynową – my tworzymy naszą, zdrowszą wersję i świętujemy jak wtedy, gdy świat zdawał się prostszy i lepszy.
Niegdyś do głowy mi nie przyszło, aby kręcić majonez. A już tym bardziej, że da się go zrobić z mleka sojowego i oliwy. Majonez! I to taki, który smakiem zupełnie przypomina ten Kielecki. Jest po prostu pyszny i totalnie majonezowy. A mam w domu prawdziwego konesera majonezu i on to potwierdza 🙂
Od samego początku nie zdecydowałam się na sięganie po dostępne na rynku markowe wegańskie majonezy. Czemu? Nie mają dobrych składów, są produktami przetworzonymi, pełnymi cukru. Podczas gdy mój majonez oparłam na oliwie, mleku sojowym, bio occie jabłkowym, musztardzie dijon (ma prosty skład, bez cukru), syropie z agawy i cytrynce. Mamy więc pełną kontrolę tego, co w naszym majonezie się znajduje.
Z istotnych rzeczy to od razu tu napiszę jeszcze, że do majonezu wykorzystuję oliwę z wytłoczyn z oliwek. Czyli nie tą najzdrowszą (zwłaszcza w kuchni antyrakowej) z pierwszego tłoczenia, a tą pozbawioną już smaku i zapachu. Próbowałam na tej dobrej, ale niestety majonez za bardzo pachniał oliwą, a za mało majonezem. Wciąż jednak stawiamy tu na oliwę.
Sięgając po mleko też zwróćcie uwagę, aby miało prosty skład czyli głównie soję. Ach, no i polecam właśnie sojowe, bo jest odpowiednio tłuste i dostarcza przy okazji białko. Jest też jedną z głównych składowych mojej kuchni antyrakowej.
Dodam jeszcze, że mam za sobą wiele majonezowych prób. I nawet teraz, kiedy jestem już w tym kręceniu całkiem obyta, zdarza się, że majonez się zwarzy i po prostu nie wyjdzie.
Ale muszę tutaj jeszcze oddać hołd autorce bloga Olga Smile bo to z niego nauczyłam najwięcej. Znajdziecie tam wiele różnych majonezowych przepisów. Mój powstał a bazie TEGO – najlepszego. No, nie dziwię się!
Najlepszy wegański majonez
Składniki:
550 ml oliwy z wytłoczyn z oliwek
180 ml mleka sojowego
1 duuuża łyżka musztardy dijon
sok z połowy cytryny
4 łyżki octu jabłkowego (dobrego, bio)
2-3 łyżki syropu z agawy
mniej niż 1 łyżeczka soli
Z takiej ilości składników wychodzi niecały duży litrowy słoik majonezu.
Do blendera kielichowego przelewamy mleko sojowe, sok z cytryny, ocet, agawę. Dodajemy sporą łyżkę musztardy i sól. Całość blendujemy przez minutkę na niskich obrotach, aby się ładnie połączyło. Po chwili zaczynamy dolewanie oliwy przez otwór w pokrywce, małym strumieniem. Spokojnie i cierpliwie. Majonez zacznie się ubijać do konsystencji, którą znamy. Na końcu próbujemy majonez – możemy teraz dodać albo octu, albo musztardy, albo agawy. Każdy z tych produktów może inaczej smakować, dopasujmy majonez do naszych preferencji. Całość ponownie mieszamy – jeśli trudno się miesza w blenderze, domieszajmy łyżką. I gotowe!
Jak tam ma się sezon dyniowy w Waszych domach? Lubicie te pomarańczowe wibracje czy nie możecie się przekonać?
Ja po prostu uwielbiam zupę dyniową i kluseczki. Potrafią ukoić mój brzuszek nawet wtedy, gdy jest rozstrojony wszelkimi kuracjami. Są więc kojącym comfort foodem. I nie tylko, bo dynia jest przecież jednym z bardzo ważnych warzyw w diecie antyrakowej – posiada znacznie więcej beta karotenu niż marchewki, a ten jest silnym antyoksydantem, który bardzo wspomaga organizm i walkę z chorobami.
Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moim sposobem na dyniowe kluski. I z pewnością nie odkryję tu Ameryki, bo jest to autentycznie najprostszy z możliwych sposobów – mamy bowiem dynię i mąkę! Od razu mówię, że w diecie antyrakowej unikamy białej mąki. Nie lubimy jej! Zamieniamy ją gdzie się da na tę pełnoziarnistą, dobrze aby była żytnia lub orkiszowa. Dla tych klusek robię jednak wyjątek. Raz, że takie wychodzą mi po prostu najlepsze, dwa – że dokładnie one mają tę moc ukojenia zbolałego brzuszka.
Ale to nie tylko kluski są naszą dzisiejszą gwiazdą. Ostatnio zakochałam się w łączeniu ich z kremowym szpinakiem! Jest to połączenie, które – przyznaję – nie wygląda szczególnie apetycznie, ale o jeju, jak smakuje! Szpinak jest równie, jak wszyscy wiemy, bardzo wartościowy. Do tego masa czosnku i śmietanki nerkowcowej i wychodzi nam petarda!
Vege kluski dyniowe z kremowym szpinakiem
Składniki
mała dynia hokkaido (chyba, że wolicie inne)
mąka – 2-3 szklanki
duży pęczek świeżego szpinaku (wciąż dostępny na straganach i ryneczkach)
3-4 ząbki czosnku
2/3 szklanki śmietanki z nerkowców (TUTAJ był przepis)
3 łyżki płatków drożdżowych
oliwa z oliwek
sól, pieprz
łyżeczka tymianku
do podania – łyżeczka siemienia lnianego, orzechy włoskie lub migdały
Dynię kroimy na ćwiartki, wyciągamy łyżką środek z pestkami, wkładamy do naczynia żaroodpornego i do piekarnika na 200 stopni. Pieczemy aż będzie mięciutka. Wyciągamy, studzimy. Przy pomocy łyżki oddzielamy środek od skórki (skórki wyrzucamy), przekładamy do miski i miksujemy blenderem na gładkie puree (można utrzeć widelcem na mniej gładkie). Warto masę odcedzić dłońmi z nadmiaru wody. W zależności od tego, jak bardzo jest mokra – tyle przyjmie mąki. Nie ma tu więc dokładnego przelicznika. Ja dodaję ponad drugie tyle mąki i wyrabiam ciasto. Powinno ono być zwarte, ale wciąż kleiste w środku. Jeśli za bardzo się klei, podsypujemy mąką, ale nie za dużo, aby kluseczki nie były twarde.
Ciasto odkładam na pół godziny, potem kroję nożyczkami na kluski. Oprószam je mąką i gotuję na dwa razy w osolonej wodzie, aż wypłyną. Gotowe przekładam do miski, podlewam leciutko oliwą, aby się nie skleiły i posypuję tymiankiem.
Pęczek szpinaku dokładnie myję i kroję na drobno. Przekładam na patelnię z niewielką ilością rozgrzanej oliwy. Lekko podlewam wodą, aby się nie przypalił i duszę na małym ogniu często mieszając. W między czasie dodaję przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku, sól, pieprz, płatki drożdżowe i śmietankę z nerkowców. Całość razem gotujemy przez klika chwil.
Orzechy włoskie lub migdały szatkujmy i podprażamy na suchej patelni. Siemię lniane rozgniatamy w moździerzu lub młynku.
Na talerz nakładamy trochę szpinaku, na to kluseczki, całość posypujemy siemieniem i orzechami.
Oto i przyszła pora na kolejny wpis stworzony przy współpracy Moniki Więckowskiej!
Pokażę Wam zatem kolejną porcję cudowności, które Monika wytwarza w swojej małej manfakturze, ale też zagłębimy się w świat… kwiatów czarnego bzu!
Czy Wy też tak lubicie te wielkie białe kwietne baldachimy? Ja kocham! A na dzisiejszy temat zdecydowałam się po nowych publikacjach Moniki do magazynu Gotuj w stylu eko.pl, ale też dlatego, że ocet z tych kwiatów był jednym z pierwszych octów Moniki, które miałam okazję spróbować, a który całkowicie odmienił moje pojęcie o tychże. O jej! Jaki on dobry! Monika powiedziała mi wtedy, że jest fajny do lemoniad i faktycznie – jest bardzo aromatyczny, zapach jest bardzo wyczuwalny. Pije się to to z radością!
Może więc i Wy zrobicie sobie takie cudo? A może oxymel z kwitami czarnego bzu?
Zacznę jednak od odesłania Was do poprzednich wpisów pełnych ziołowych octowych i oxymelowych inspiracji – TUTAJ i TUTAJ.
Przypominam, że po te i inne smakowitości prosto z natury, zwracamy się do Moniki: tel. 603 704 626, monika_wieckowska@o2.pl Monika wysyła paczki wszędzie, gdzie potrzeba!
Zanim przejdziemy do kwiatów czarnego bzu, zobaczcie na zdjęciach wspaniałe wyroby Moniki. Więcej ich zajdziecie w poprzednich wspólnych wpisach. No, ja wciąż i wciąż tkwię w zachwycie i nie mogę się tymi dobrociami nasycić. Zapas octów towarzyszy mi na co dzień, cudownie się z nimi przyrządza wszelkie warzywka i sałatki.
Zwróćcie koniecznie uwagę na tę musztardę głogową z suszem wigilijnym, bo to coś doprawdy wyjątkowego! O dobroczynnych właściwościach geranium – tutaj w formie syropu i octu, Monika może długo opowiadać. Odsyłam Was gorąco do niej! Produkty są niesamowite, bardzo dobre jakościowo, ekologiczne i tworzone z sercem!
Przejdźmy do naszego czarnego bzu, póki tak pięknie wdzięczy się do nas na łąkach i polach!
Zostawiam Was tu z tekstem Moniki!
Czarny bez( łac. Sambucus nigra) inne funkcjonujące nazwy: dziki bez czarny, bez lekarski, bzina, bzowina, uzina, hyczka, kalinka, hebdziak. Czarny bez jest rośliną pospolitą i występuje najczęściej w formie rozrastającego się krzewu lub drzewa o niedużej wysokości. Czarny bez jest rośliną rozpowszechnioną praktycznie na całym świecie, występuje w całej Europie, Afryce północnej, na Bliskim Wschodzie, południowej Australii, Nowej Zelandii.
Wartości lecznicze bzu znano już w starożytności. Hipokrates nazywał bez całą apteczką, stosowano go w wielu schorzeniach. Prasłowianie wiedzieli, że bez chroni przed przeziębieniem, gorączką, wierzyli, że dzieci nie będą chorować, jeśli będą przebywać pod krzewem bzu.
Jagody bzowe należały do pożywienia już w czasach prehistorycznych, wzmianki polskie o ich stosowaniu pochodzą z XIV wieku. Z jagód czarnego bzu przyrządza się polewkę, zwaną fafuła lub bzówka oraz bzowe powidła. Jagody czarnego bzu służą także do barwienia pisanek na kolor czarny, wpadający w granat.
W wierzeniach czarny bez był łączony ze światem zmarłych – Rzymianie używali kwiatu bzu w obrzędach funeralnych. Krzew był symbolem złych mocy, duchów zmarłych. Po rozpowszechnieniu się chrześcijaństwa powstały legendy mówiące o tym, że na krzewie czarnego bzu powiesił się Judasz, albo że wykonano z niego drzewo Krzyża Jezusa.
„Według wierzeń ludowych bez miał siłę zatrzymania złych mocy – posadzony przy domu chronił obejście przed czarownicami, a gałązka wrzucona do grobu broniła duszę przed czartem. Nie wolno było ścinać krzewów, bo przynosiło to śmierć i nieszczęście.” Czesław Caryk, historyk
W medycynie ludowej wykorzystywano kwiaty, owoce, liście, korzenie, korę i młode pędy. Obecnie w celach medycznych wykorzystuje się kwiaty i dojrzałe owoce czarnego bzu. Kulinarnie wykorzystuje się grzyba, który wyrasta na korze bzu czarnego – uszak bzowy.
Kwiaty czarnego bzu (Flos Sambuci) zawierają znaczne ilości flawonoidów, kwasy organiczne, fenolokwasy, sporo soli mineralnych, olejek eteryczny (który odpowiadają za ich przyjemny, intensywny zapach), garbniki i śluzy. Kwiaty bzu czarnego działają moczopędnie, napotnie i przeciwgorączkowo, przeciwcukrzycowo, wzmacniają odporność. Mogą być podawane dzieciom powyżej 6 roku życia.
Kwiaty czarnego bzu należy zbierać w słoneczne dni w czasie rozkwitu. Nie mogą być przegniłe lub wyschnięte. Kwiaty suszy się w miejscu ciemnym, suchym i przewiewnym, gdzie temperatura nie przekracza 35 stopni Celsjusza. Przygotowuje się z nich różne napary, wyciągi i ekstrakty, które znajdują zastosowanie w profilaktyce i leczeniu infekcji. Można z nich robić lemoniady, wody smakowe, „szampana”- musujący pyszny, orzeźwiający napój, octy i oxymele, syropy, wino, smażyć w cieście naleśnikowym, dodawać do konfitur i domowych ziołowych herbatek.
Czarny bez stosowany jest również jako składnik wielu kosmetyków, zwłaszcza kremów i maseczek. Ocet z kwiatów bzu czarnego w rozcieńczeniu z wodą aplikowany na skórę zdecydowanie ją rozjaśnia oraz oczyszcza jej powierzchnię. Zewnętrznie napar z kwiatów czarnego bzu może być stosowany do płukania jamy ustnej i gardła, jako kompresy na oczy w zapaleniu spojówek oraz jako dodatek do kąpieli w stanach gorączkowych (nawet dla niemowląt).
Ocet z kwiatów bzu czarnego
Składniki:
Kwiaty bzu czarnego – 1/2 słoika
Cukier 4 łyżki na litr wody
KROK 1: W słoneczny dzień zbieramy kwiaty bzu czarnego ( ilość zależy od tego ile chcemy zrobić octu), czekamy aż wyjdą z nich robaczki.
KROK 2: W międzyczasie rozpuszczamy w gorącej wodzie cukier i studzimy. Kwiaty wkładamy do słoika do połowy wysokości.
KROK 3: Zalewamy wodą z cukrem do 3/4 ×wysokości i przykrywamy gazą lub ręcznikiem papierowym i zabezpieczamy gumką, aby nie powłaziły meszki. Przez 3 tygodnie codziennie mieszamy drewnianą wyparzoną łyżką, najlepiej dwa razy dziennie. Po tym czasie wyjąć kwiaty. Ocet możemy zlać, albo zostawić jeszcze 2-3 tygodnie, przykryć gazą i już nie mieszać. Powinna zrobić się matka octowa na powierzchni. Następnie zlać do butelek, matkę octową możemy włożyć do następnego octu (znacznie przyspieszy proces fermentacji). Używać do sałatek warzywnych i owocowych, a także do picia z wodą. Im ocet starszy tym lepszy. Obok stoi ocet z tamtego roku i muszę stwierdzić, że smakuje wyśmienicie, lepiej niż rok temu.
Oxymel z kwiatami bzu czarnego
Składniki:
kwiaty bzu czarnego – 10 szt.
ocet żywy z kwiatów bzu czarnego (lub jabłkowy ocet żywy) – 500 ml
miód kwiatowy naturalny (najlepiej świeży płynny, nieskrystalizowany) – 500 g
KROK 1: Kwiaty czarnego bzu zbiera się od maja do lipca, przy ładnej pogodzie, najlepiej przed południem, zaraz po tym, jak odparuje z nich rosa. Oczywiście zbieramy je w czystej okolicy, z dala od dróg. Odstawiamy na 1-2 godziny, aby powychodziły z nich wszelkie żyjątka.
KROK 2: Następnie odcinamy zielone łodyżki, a kwiaty wkładamy do słoja o pojemności co najmniej 1 l. Do słoja wlewamy ocet z kwiatów bzu czarnego lub jabłkowy (najlepiej domowy ocet żywy, niepasteryzowany) oraz dodajemy płynny miód. Mieszamy drewnianą łyżką 1-2 razy dziennie (ewentualnie wstrząsamy słoikiem). Zostawiamy do maceracji na 7-10 dni w ciemności. Następnie odcedzamy kwiaty, mocno je odciskając i przelewamy do butelek. Przechowujemy w chłodnym i ciemnym miejscu. Mikstura jest pyszna i zdrowa. Można podawać ją dzieciom powyżej 3 lat (pod warunkiem, że nie są uczulone na miód).
KROK 3: Zastosowanie: profilaktyczne 1-2 łyżki dziennie – można pić bez rozcieńczania lub z dodatkiem letniej (ale nie gorącej) wody. Przy gorączce i przeziębieniu można pić do 80-100 ml przez cały dzień rozcieńczając wodą. Okres przydatności minimum 12 miesięcy.
Materiał ukazał się w magazynie Gotuj w stylu eko.pl – znajdziecie go także na stronie magazynu gotujwstylueko.pl