KategorieNaturalna pielęgnacja

o!figa

Do marki o!figa mam stosunek mocno sentymentalny i subiektywny. Serce moje całe jest z nią od samego jej początku. Dobrze bowiem wiecie, że o!figa przyobleczona jest w moją grafikę. Niemniej jednak potrafię też całkiem surowym okiem spojrzeć na kosmetyki – ich skład i działanie. Tylko czy jest się w zasadzie tu do czego przyczepić?


No doprawdy – długo trzeba by było szukać!

Pisałam Wam już o o!fidze wielokrotnie – tutaj o jej pierwszym produkcie, tutaj o samej identyfikacji, a całkiem niedawno – tutaj – o aktualnościach zawodowych i nowości marki. Mam to szczęście, że z racji ciągłej współpracy – tworzenia grafik, zdjęć i tych szalonych kolaży, jestem na bieżąco ze wszystkimi produktami marki. Mam też swoich bezsprzecznych ulubieńców. Ale od początku…

Patrycję, twórczynie marki znam już od wielu lat. Poznałyśmy się w świecie internetu, kiedy Patrycja prowadziła jeszcze swój blog o tworzeniu kosmetyków. Wiem więc dobrze, ile w niej pasji, umiejętności, samozaparcia i uporu. Jak dobrze jest przygotowana do tego, co robi i… jaki ma fantastyczny dostęp do szalenie ciekawych, nieznanych lub po prostu rzadkich składników kosmetycznych. Patrycja jest też genialną klientką – pozwala mi w pełni wyżyć się twórczo, projektując te zwariowane wzory i etykiety. Bo nie może być nudno, prawda?

o!figa jest wciąż jeszcze młodziutką marką, zdążyła już jednak podbić niejedno serce i szturmem zdobywa coraz to nowsze sklepy. I trudno się dziwić – produkty, które tak pieczołowicie dobiera i kreuje Patrycja warte są szczególnej uwagi. Nie ma w nich nic zbędnego. Od samego dna buteleczek po ich samą górę wypełnione są, a wręcz przesycone, dobroczynnymi składnikami, aktywnymi substancjami, które pozwalają nam cieszyć się piękną i promienną skórą.

Z czym ja polubiłam się najbardziej?

W pełni zakochana jestem w trzech produktach – są to Esencja Taka Tonka, Żel hialuronowy Piękna Trójca i najnowszy – Żel pod oczy Uwaga! Granat!

Czemu?



Może zacznę od tej małe, niepozornej nowości. Ten żel to istny granat! I od razu przyznam się bez bicia, że stosuję go nie tylko pod oczy, ale czasem też wymiennie z esencją Taka Tonka – jako serum na twarz.

A że tyle w nim dobra i tak ładnie pisze o tym Patrycja, zacytuję:

“Nazwa jest nieprzypadkowa: to prawdziwa bomba składników aktywnych, które doskonale wpływają na skórę wokół oczu. Główną rolę w kosmetyku gra – a jakże – owoc i pestki granatu w formie ekstraktów.

Produkt bazuje na 1,5% żelu hialuronowym, dobrze znanym fanom o!figi. Nie zabrakło oczywiście oleju z opuncji figowej, który – ponownie – pełni funkcję “naturalnego botoksu” i doskonale wpływa na delikatną, szczególnie narażoną na starzenie, skórę wokół oczu.

Olej z nasion marchwi jest doskonałym antyoksydantem, pomaga też chronić skórę przed szkodliwym promieniowaniem UV. Dodatkowo ma świetne działanie zmiękczające i wygładzające, wynika to z bardzo wysokiej zawartości fitosteroli, które są odpowiednikiem naturalnych steroli występujących w skórze. Wielką zaletą tego oleju jest ponadprzeciętna zawartość kwasu omega-9, dzięki któremu olej bardzo dobrze się wchłania i sprzyja wnikaniu składników aktywnych, których w Uwaga! Granacie! nie brakuje. Również zapach kosmetyku jest zasługą oleju z nasion marchwi – ziołowy, lekko korzenny, słodkawy. Aż chce się go wypić 🙂

Ekstrakt z nasion granatu to gwiazda wieczoru! Pozyskiwany metodą ekstrakcji nadkrytycznym dwutlenkiem węgla, zachowuje wszystkie, cenne właściwości rośliny. Jest to jednocześnie tzw. ekstrakt całkowity, co znaczy, że zawiera w składzie wszystkie rozpuszczalne w tłuszczach składniki, które udaje się pozyskać tą metodą. Granat jest unikalną rośliną – bogaty w rzadkie niezbędne kwasy tłuszczowe Omega 5 jest jedynym znanym źródłem botanicznym sprzężonego kwasu linolenowego, znanego również jako kwas punicynowy (73,3%), jeden z najsilniejszych antyoksydantów dostępnych we współczesnej nauce oraz naturalny fitoestrogen (estrogen pochodzenia roślinnego), który wspomaga równowagę hormonalną i zdrowie skóry zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet.

Kolejnym świetnym nawilżaczem jest fitokolagen, czyli po prostu kolagen roślinny pozyskiwany z drożdży, które zachowują jego naturalną strukturę i właściwości. Substancja ta zatrzymuje wilgoć w skórze, dzięki czemu opóźnia objawy procesu starzenia się skóry.

Na koniec zostawiam Wam prawdziwą petardę, tytułowy „granat!” 🙂 Mianowicie: unikalny kompleks pod oczy, w skład którego wchodzi lizat ze sfermentowanej bakterii lactobacillus, ekstrakt z liści zielonej herbaty, ekstrakt z owocu granatu oraz kofeina. Badanie in vivo prowadzono przez okres trzech tygodni, celem zbadania wpływu kompleksu na skórę wokół oczu. Wyniki pokazały, że kompleks jest w stanie znacząco zmniejszyć zarówno worki, jak i cienie pod oczami. Badania wykazały również, że substancja silnie poprawia metabolizm komórkowy, posiada właściwości anti-aging, liftingujące i przeciwzmarszczkowe.”

Przyznajcie, że Patrycja zadbała o to, aby opis powiedział nam wszystko! Nic dodać, nic ująć. Żel jest genialny i tyle. Jedynie to, to mógłby mieć mniej lejącą konsystencję, ale wybaczam mu to!



Szczególną uwagę polecam też zwrócić na Esencję Taka Tonka. Jest to ten rodzaj kosmetyku, o którym nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo jest nam potrzebny i jak nam z nim dobrze. Do pierwszego użycia… Potem ciężko się z nim rozstać.

Taka Tonka to kosmetyk dwufazowy, w składzie którego znajdują się niezwykle rzadkie i ekskluzywne składniki. W produkcie ponownie ważną rolę odgrywa olej z nasion opuncji figowej, jednak na pierwszy plan wysuwają się wyjątkowe biofermenty i filtraty.

Niezwykle ważnym składnikiem Takiej Tonki jest… bioferment z tonkowca wonnego🙂 Izolowane polifenole, które się w nim znajdują, pozwalają „chwytać” moc promieni UV (które zazwyczaj uszkadzają naszą skórę) i wykorzystują je do emitowania światła w zakresie widzialnym, zwiększając luminescencję naszej skóry. W rezultacie nasza skóra wydaje się jasna i mniej pomarszczona. Polifenole pomagają ujednolicić odcień skóry, jednocześnie maskując niedoskonałości i zapewniając ochronę antyoksydacyjną przed zewnętrznymi uszkodzeniami.”

Po ciekawostki dotyczące pozostałych składników esencji, odsyłam Was na stronę. Dodam tylko, że esencja faktycznie działa. Sprawia, że buzia staje się miękka i promienna, wyciszona i ukojona.



Zwłaszcza, że zazwyczaj łączę ją z dodatkową porcją nawilżenia w postaci dawki Żelu hialuronowego Piękna Trójca. Po prostu łączę po trzy porcje jednego i drugiego kosmetyku na dłoni i to wklepuję w skórę. Czasami nakładam jeszcze na to krem, czasami nie. Patrycja bardzo poleca łączyć esencję z olejkiem Dzika Figa – też super, choć jak dla mnie raczej na chłodniejsze dni. No a żel hialuronowy z samą Dziką Figa też idealnie współgra.

Bo wiecie co jest najlepsze – to my sami decydujemy jak i co tutaj można łączyć, co najbardziej odpowiada naszym potrzebom, ci daje na naszej skórze najlepsze efekty. Bo i ze skwalanem Sama Słodycz żel swoją robotę zrobi dobrze. A może wolicie najpierw spryskać się Wonną Różą (swoją drogą – cudowny hydrolat!), a na to nałożyć kilka kropel olejku Dzika Figa?

Znajdźcie swój sposób na o!figę! Ale wypróbujcie ją koniecznie!

I równie koniecznie – zajrzyjcie na stronę o!figa i wczytajcie się w opisy kosmetyków. Warte są tego!



Na koniec wspomnę jeszcze tylko o kolejnej nowości – Demaskatorach! Przyznam, że trzymam je jeszcze na potrzeby zdjęć dla o!figi, ale dobre duszki zdążyły mi już donieść, że świetne z nich zmywaczki!

“Demaskator to trzy rodzaje mięciutkich jak kaczuszka „poduszeczek” wykonanych z mikrofibry, które pomagają zmyć makijaż samą wodą – żadnych chemikaliów, żadnych szorstkich włókien. Demaskator jest hipoalergiczny i doskonały do delikatnej, wrażliwej cery. “

Raz jeszcze – odsyłam po więcej na stronę o!figa!


Naturalny niezbędnik wakacyjny czyli kosmetyki na lato

Nadszedł koniec roku szkolnego, mniej lub bardziej oficjalne wakacje już się rozpoczęły! Zanim więc ruszycie na swoje letnie wyprawy, sprawdźcie co warto włożyć do kosmetyczki!

Nasz naturalny niezbędnik wakacyjny to mój subiektywny wybór kosmetyków, które szczególnie polecam latem. Każdy nieco inny, każdy jednak wart zapamiętania i wypróbowania

Czego zatem nie możemy zapomnieć zapakować na wakacje?



1.

Maski w saszetkach Bania Agafii


Może będę nudna, bo co roku, zdaje się, o nich piszę, ale doprawdy warte są tego! Wszystkie saszetki Bania Agafii są naprawdę fajne, mam jednak dwie ulubione, które zawsze znajdują swoje miejsce w mojej łazience. I kosmetyczce oczywiście! Po pierwsze – Ekspresowa regenerująca maska do włosów (ta zielona) – w kilka chwil genialnie odżywia włosy, które doprawdy właśnie ekspresowo stają się miękkie i miłe w dotyku.

Po drugie i chyba – najważniejsze – to Ekspresowa maseczka odświeżająca! Jedna z moich ulubionych maseczek do twarzy. Kiedy skóra staje się zmęczona, poszarzała, kiedy miałam za sobą ciężki dzień, kiedy mamy upały, w powietrzu spaliny czy smog – to właśnie ta maseczka ratuje! Przywraca skórze blask i odpowiednie nawilżenie.

Latem, kiedy ruszamy na urlopy, a w walizkach mamy mocno ograniczone miejsce, forma saszetek sprawdza się idealnie. Wtedy to też odświeżająca maseczka do twarzy zamienia się w najlepszy… balsam po opalaniu! Jest to bowiem pełna mięty maseczka chłodząca, w formie lekkiego żelu, która świetnie sprawdza się także do ciała. Spróbujcie koniecznie!

Dostępne w Blisko Natury


2.

Sok z aloesu


A skoro już jesteśmy przy ratowaniu skóry po całym dniu na słońcu, nie mogłoby zabraknąć tutaj najzwyczajniejszego soku z aloesu!

Nie jest to wprawdzie opcja typowo urlopowa – sok bowiem przechowujemy w lodówce, warto jednak mieć go całe lato pod ręką! Czy to w domu czy w pracy. Ja kupuję duże litrowe butelki soku, które znajdziecie w sklepach np. ze zdrową żywnością. Część soku zamieniam w aloesowo-jogurtowe kosteczki odświeżające z TEGO przepisu – czyli po prostu go zamrażam. Pozostały sok, który można dosyć długo trzymać w lodówce, przelewam sobie sukcesywnie do małej buteleczki z atomizerem i spryskuję się nim niczym kojącą, jakże przyjemnie zimną mgiełką kilka razy dziennie. Czasem tylko twarz, czasem także ciało. Efekt jest wspaniały! To uczucie odświeżenia i takiego… spokoju na skórze! Spróbujcie!



3.

MÁDARA AGE DEFYING SUNSCREEN Przeciwzmarszczkowy krem z filtrem SPF 30


To letni must have! Po pierwsze – ma spory filtr przeciwsłoneczny, po drugie – odpowiednio nawilża i pielęgnuje, no i po trzecie – pozostawia delikatnie wyrównaną kolorystycznie skórę. Nie martwcie się, że wygląda jak podkład – po chwili od aplikacji w jakiś magiczny sposób znika! A dokładniej wtapia się w skórę lekko ją jedynie pokrywając. Może nie wchłania się idealnie od razu, ale po chwili już go nie ma, pozostaje za to świadomość dobrze zabezpieczonej, zadbanej cery. No i poza tym, muszę pochwalić naprawdę ładne, poręczne opakowanie!

“Innowacyjna formuła SPF30 z będącymi w trakcie opatentowania komórkami z łodygi nadbałtyckiego pszczelnika wąskolistnego dostarcza mega dawkę antyoksydantów, ochronę przeciwko miejskim zanieczyszczeniom, chroni skórę i regeneruje ją dla uzyskania efektu opóźniającego procesy starzenia. Działa tak aby zapobiegać wszelkiego rodzaju uszkodzeniom słonecznym, takim jak wysuszenie skóry, zmarszczki, zmiany pigmentacyjne, ciemne przebarwienia i utrata objętości.”

Znajdziecie w Matique!



4.

Naturalny nawilżający lekko koloryzujący krem z nagietkiem Cosnature


Krem, o którym już wielokrotnie Wam pisałam i wciąż bardzo lubię, a i wciąż bardzo polecam. Krem nie tylko uspokaja i koi skórę, pozostawia ją dobrze nawilżoną, ale także, tak jak poprzednik, gwarantuje delikatne wyrównanie kolorytu. Idealne zastępstwo wszelkich podkładów na ciepłe miesiące. A i zimą dobrze się sprawdza.

Niestety jednak… nie gwarantuje ochrony przeciwsłonecznej, co jest tu sporym minusem. Niemniej jednak – miłośniczką pozostaję.

“Krem zawiera bogactwo składników odżywczych pochodzenia roślinnego jak olej z organicznego nagietka, olej migdałowy, olej słonecznikowy, olej babassu oraz odmładzająca witaminę E. Dzięki nim działa niezwykle dobroczynnie na skórę, to jest wspiera procesy odnowy skóry i spowalnia procesy jej starzenia. Ponadto wykazuje działanie silnie nawilżające oraz przeciwzapalne, uspokaja i leczy nawet najbardziej wrażliwą skórę. Olej z nagietka ma właściwości łagodzące, antybakteryjne oraz przeciwwirusowe, przez co polecany jest szczególnie do skóry przesuszonej, popękanej i w stanie zapalnym.”

Krem znajdziecie na Triny.pl



5.

Hydrolat Kwiat Lotosu Różowego Manufaktura Natura


O jejuniu – jak to pachnie! Ten hydrolat to chyba najlepsza letnia alternatywa dla cięższych perfum! Bardzo polecam osobom zakochanym zwłaszcza w głębokich wschodnich aromatach, które muszą latem stosować je ze sporym umiarem. Lotos pachnie równie głęboko, tajemniczo, hipnotyzująco… ale można się nim spryskiwać co chwilę! Zapach oczywiście nie pozostaje na skórze równie długo jak perfumy, ale za to jest delikatny i ma wiele innych zalet!

“Hydrolat posiada lekko słodkawy, kwiatowy, orientalny zapach. Wykazuje właściwości antyoksydacyjne, łagodzące, hamuje procesy starzenia się skóry, mocno nawilża i odżywia skórę, dodatkowo rozjaśnia przebarwienia. Może być stosowany do każdego typu cery. Sprawdzi się także w przypadku osób o cerze odwodnionej i problematycznej.”

Zwróćcie też uwagę na piękną etykietę!

Ja mój hydrolat trzymam zawsze na biurku i spryskuję nim się, kiedy tylko najdzie mnie ochota. Zwłaszcza w te najgorętsze dni!

Hydrolat znajdziecie na stronie Manufaktura Natura.



6.

Peeling enzymatyczny Kali Musli Orientana


Och, jakże zadziwił mnie ten peeling! Wyobraźcie sobie gęstą, białą, bardzo tłustą maź. Wyobraźcie sobie, że nakładacie ją na twarz w gorące lato. Tłusto i nieprzyjemnie? Nic z tych rzeczy!

Peeling pozostawiamy na chwilę na buzi, a potem zmywamy. I tu niespodzianka – zmywa się bezproblemowo. Tłustość znika w jednej chwili! Podejrzewam o to zawartość mączki owsianej i glinki. Dzięki naturalnym enzymom – papainie i bromelinie, skóra pozostaje pięknie oczyszczona i gładka, zaś pozostałe składniki działają jak nawilżająca maseczka. Spróbujcie, bo latem dobry peeling skórze się należy!

Bogaty w ekstrakty roślinne. usuwa martwy naskórek, wzmacnia cerę wrażliwą i naczynkową oraz pobudza do odnowy. Nadaje skórze młody, promienny wygląd, rozjaśniając przebarwienia.

Peeling znajdziecie na stronie Orientana



7.

Wooden Spoon Delikatny krem na słońce SPF 30+ dla niemowląt i całej rodziny


Powiem Wam, że ogromnie spodobał mi się ten kremik na słońce. Po pierwsze – mamy tu niewielkie opakowanie, bo zawierające 50 ml kremu, które spokojnie możemy włożyć do nawet najmniejszej torebki czy plecaka i spokojnie wybrać się na każdą wyprawę.

Krem jest dla wszystkich, jest bowiem doprawdy nieskomplikowanym połączeniem naturalnych maseł i olejów ze sporym dodatkiem tlenku cynku. Jest więc łagodny i uniwersalny. Pozostawia, a i owszem, jak inne tego typu kosmetyki, białą warstwę, ale nie jest ona szczególnie problematyczna czy widoczna, a wręcz całkiem szybko znika. Do tego bardzo przyjemnie pachnie naturalnym połączeniem kokosa i czekolady.

Ale to nie wszystko! Nie tylko naturalnie zabezpieczamy się przed słońcem! Krem możecie także spokojnie wykorzystać w przypadku otarć czy zaczerwienień skóry, co często zdarza się podczas letnich wędrówek, kiedy to rozogniona, spocona skóra ociera się o skórę. Krem uspokoi ją wtedy, ukoi, załagodzi podrażnienia. Mamy więc 2 w 1 w bardzo poręcznej formie!

Krem znajdziecie w Matique.



8.

Organic Shop Krem-żel do stóp ajurwedyjskie spa


Cały dzień na nogach? Gorąco, duszno i macie wszystkiego dość? Wyobraźcie sobie, że na zakończenie tak trudnego dnia wmasowujecie sobie (albo jeszcze lepiej – ktoś masuje Wam!) w stopy taki lekki, chłodzący, cudownie nawilżający krem.

Mówię Wam – bajka! I ta orzeźwiająca woń mięty!

Wyobraźcie sobie tę ulgę!

Wyobraziliście już?

Krem znajdziecie na Bee.pl



9.

o!figa Żel hialuronowy Piękna Trójca


Latem skóra chce pić! Dokładnie tak jak my! Pozwólmy jej napić się w pełni, zaspokoić jej pragnienie, niechaj będzie miękka i promienna!

Dodajmy do codziennej pielęgnacji kilka kropelek tego żelu hialuronowego!

Wystarczy wklepać je w buzię przed codziennym kremem lub razem z nim. Polecam jako przygotowanie skóry pod jeden z wyżej wymienionych kremów koloryzujących. A może wybierzecie zmieszanie odrobiny żelu z identyczną odrobiną oleju, na przykład z pestek malin, który szczególnie lubimy latem, bo posiada naturalny filtr przeciwsłoneczny? Taką mieszaninę wklepujemy w skórę wieczorem, po oczyszczaniu i tonizowaniu. Albo jeszcze lepiej – zmieszajcie Piękną Trójcę z Dziką Figą marki – czyli ich flagowym produktem i czekajcie na efekty!

Zobaczcie, jak bardzo skóra potrzebowała się napić!

Żel znajdziecie na stronie o!figa



10.

Nawilżający płyn micelarny VIANEK


Oczyszczanie skóry jest bardzo ważne, a jeśli przy tym można zadbać o dodatkowe jej nawilżenie – czemu nie?

A wręcz – bardzo tak!

Płyn “przeznaczony jest do cery suchej i wrażliwej i zawiera kompleks humektanów (mocznik + proteiny pszenicy + mleczan sodu + kwas hialuronowy). Ekstrakt z robini akacjowej działa antyoksydacyjnie, a panthenol łagodzi wszelkie podrażnienia.

Viankowym płynem zmywam więc lekki letni makijaż. Jest łagodny, ale dobrze radzi sobie z zanieczyszczeniami. Nie pozostawia skóry ściągniętej, a przeciwnie – jest ona miękka i spokojna. Polecam zwłaszcza do delikatnego zmywania oczu!

Płyn znajdziecie na stronie Sylveco



11.

ROSADIA Żel myjący do twarzy


Kolejny członek rodziny Sylveco o najbardziej kobiecym obliczu. Żel myjący polubiłam szczególnie za jego energetyzujący zapach pomarańczy! I na ten moment jest moim ulubionym codziennym żelem do mycia twarzy.

Stworzony na bazie hydrolatu z róży damasceńskiej i naturalnych składników myjących. Skutecznie myje, nie naruszając naturalnej bariery lipidowej, a dodatek kwasu migdałowego pobudza skórę do szybszej regeneracji, ujednolica koloryt i spłyca drobne zmarszczki. Właściwości odżywcze i antyoksydacyjne wspomagają olej z wiesiołka i naturalny olejek eteryczny pomarańczowy.

Letni zapach i świetne działanie! A do tego praktyczna forma, która z łatwością zmieści się kosmetyczce.

Żel znajdziecie na stronie Sylveco.



12.

Rozświetlający puder PRETTY GLOW Annabelle Minerals


Tak to już jest, że ten puder to jednak bywa potrzebny. A i latem możemy go stosować! Wystarczy tylko sięgnąć po puder odpowiedni! Ja tu bardzo polecam to lekkie, mineralne, rozświetlające cudo.

Nadaje skórze świetlistego blasku, przez co sprawia, że cera wygląda na świeżą, wypoczętą i zrelaksowaną. Dedykowany jest wszystkim kobietom, które pragną zabłysnąć, ze szczególnym uwzględnieniem posiadaczek cer matowych, zmęczonych i z delikatnymi zmarszczkami.

Lubię go, bo delikatnie matowi mi skórę, szybko się w nią wtapia, jakby znikał! Ale faktycznie pozostaje ten przyjemny efekt rozświetlenia.

W sam raz lekki na lato!

Puder znajdziecie na Annabelle Minerals.



13.

Nawilżający Bez – odżywka do włosów o różnej porowatości Anwen


Odżywkę w tym dużym opakowaniu ze zdjęcia trzymacie na półce w łazience, ale do wakacyjnej kosmetyczki nie zapomnijcie dołożyć wersji 100 ml! Akurat na lato!

Osobiście jestem zakochana w tej odżywce! I cieszę się, że ten kojący, uspokajający, och-jak-prawdziwy zapach moich ulubionych bzów może towarzyszyć mi i latem! Może nie pozostaje długo na włosach, ale jakże zwiększa przyjemność używania!

W gruncie rzeczy jednak nie o zapach tu chodzi, a o działanie na włosy! Stają się one miękkie, zdrowe, lśniące i naprawdę – nawilżone. Łatwiej się czeszą i układają, chętniej się je głaszcze.

Odżywka Anwen zawiera aż 5 substancji, które mają zdolność wiązania i utrzymywania wody wewnątrz włosa. Naturalny składnik pochodzenia roślinnego – Pentavitin zapewnia włosom głębokie i długotrwałe (nawet do 72 godzin) nawilżenie oraz Hyaloveil-P®, który wbudowuje się w strukturę włosa intensywnie i długotrwale go nawilżając. Efekt nawilżenia wspomagają bogaty w witaminy i minerały sok z aloesu oraz gliceryna i mocznik. Nanocząsteczkowy ekstrakt z cebuli wnika głęboko do wnętrza włosów i odbudowuje je, a skrobia ziemniaczana wygładza i dodatkowo pielęgnuje.

Odżywkę znajdziecie na stronie Anwen (albo 100 ml TUTAJ)



14.

Naturalny Dezodorant Kwiatowy Sylveco


Tak, wiem, że nie wszystkim sprawdzają się naturalne dezodoranty, ale dajmy tej naszej skórze czasem też odpocząć!

Sięgam po to kwiatowe cudo w spokojne, ciepłe dni. Dezodorant przepięknie pachnie i przy okazji – pielęgnuje skórę, łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia po depilacji. W pełni wystarcza wtedy aby czuć się komfortowo.

Dezodorant bez soli aluminium i alkoholu, zawierający skuteczne składniki absorbujące pot i hamujące rozwój bakterii, niwelujące jednocześnie nieprzyjemny zapach. Ekstrakt z liści szałwii lekarskiej o właściwościach ściągających oraz kombinacja naturalnych olejków eterycznych o kwiatowym aromacie pozwala czuć się świeżo i komfortowo przez dłuższy czas.

Dezodorant znajdziecie na stronie Sylveco



Hialuronowe serum – błyszczyk do ust

Ciepły sezon w końcu nadszedł. Słońce powoli przegania chmury deszczowe. Zaraz rozpocznie się nam lato!

Odkładamy więc ciężkie mazidełka do ust, które idealnie sprawdzają się zimą, pokrywając nam usta grubą warstwą ochronną i chroniąc je przed mrozem i smogiem.

W lecie sięgamy po coś lekkiego, co nada ustom delikatny błysk i wrażenie wilgoci, a jednocześnie je przy tym nawilży i odżywi.

Dlatego też polecam mój dzisiejszy pomysł na hialuronowe serum do ust w formie pobłyskującego błyszczyku.


Do zrobienia ekspresowo! Do cieszenia się na co dzień. O pięknym zapachu, w pięknym odcieniu!

Nasze serum bazuje na nawilżających właściwościach kwasu hialuronowego oraz odżywczych – oleju lnianego. Dodałam też nieco olejku z pestek malin, który w naturalny sposób zabezpieczy nam usta przed słońcem (posiada filtr przeciwsłoneczny, choć zawsze przestrzegam – nigdy nie jesteśmy do końca pewni jego wielkości i stabilności, niemniej jednak warto dodawać ten olej do wakacyjnych kosmetyków).

Na koniec “przyozdobiłam” błyszczyk w cudowny zapach kwiatów gorzkiej pomarańczy-neroli, który osobiście uwielbiam. Jeśli jednak nie macie lub nie lubicie tego olejku, polecam dodać łatwo dostępny olejek pomarańczowy o cudownym, energetycznym, świeżym aromacie!



Hialuronowe serum – błyszczyk do ust


Składniki – dla łatwości wykonania bazujemy na łyżeczkach miarowych:

  • 4 ml kwasu hialuronowego (potrójny 1,5%) (mój z ECOSPA)
  • 3 ml oleju lnianego (bardzo dobre znajdziecie w marketach)
  • 3 ml oleju z nasion malin (mój Natura Receptura)
  • 2 kropelki olejku neroli (ewentualnie polecam olejek pomarańczowy)
  • 1 ml (1 łyżeczka miarowa) różowej miki (wykorzystałam Rose Romance z Kolorowka.com)
  • 1 ml (1 łyżeczka miarowa) mączki owsianej koloidalnej (moja z Zielony Klub / można pominąć, wtedy serum będzie bardziej płynne i bardziej dwufazowe)


Wszystkie składniki dokładnie mieszamy w małej zlewce, przez dłuższą chwilę, do uzyskania jednolitej konsystencji. Całość przelewamy do pojemniczka na błyszczyk. (Kwas hialuronowy z ECOSPA jest już zakonserwowany, nie ma więc potrzeby dodatkowego konserwowania takiej jednorazowej niewielkiej ilości kosmetyku)

Serum – błyszczyk jest możliwie naturalne, przez co będzie miało formę dwufazową. Przed użyciem należy pojemniczkiem wstrząsnąć lub zmieszać całość pędzelkiem.

Nakładamy na usta, kiedy tylko mamy na to ochotę.

Bo lubię Mokosh

Bo ja po prostu lubię Mokosh! Czemu?

Znacie tę markę? Pewnie co bardziej doświadczeni naturalni wyjadacze znają ją bardzo dobrze. Zapewne także sporo z Was ledwie o niej słyszało lub dopiero poznaje. Bo choć marka obecna jest na naszym rynku od dawna, wciąż jest bardzo niszowa. Niemniej jednak jej kosmetyki warte są promowania, co niniejszym czynię!

Pisałam Wam już kiedyś o kremach Mokosh. Znajdziecie ten wpis TUTAJ. Wtedy to tak bardzo, bardzo spodobał mi się krem Figa. Do teraz pozostaje jednym z moich najulubieńszych.  Z chęcią jednak wypróbowałam inny – malinowy. Ponownie sięgnęłam po korygujący krem pod oczy i ponownie twierdzę, że jest to jeden z najlepszych kremów pod oczy, z jakimi miałam styczność. Poczytacie o nim więcej w powyższym linku, a tutaj tylko dodam, że jeżeli poszukujecie czegoś dobrego na okolice oczu, to nie wahajcie się 🙂



To jednak, co zostanie moim hitem tej wiosny to ten czerwony słoiczek – Brązujący balsam do ciała i twarzy Pomarańcza z cynamonem!

Czaiłam się już na niego w zeszłym roku i już żałuję, że nie zdecydowałam się sięgnąć po niego właśnie wtedy. Ale nadrabiam, a jakże! Byłam go bardzo ciekawa, zwłaszcza, że opinie o nim w internetach krążą naprawdę dobre. Otwierając więc przesyłkę odczuwałam lekkie podekscytowanie. Odkopałam słoiczek z ekologicznego wypełnienia, otworzyłam i… och, jak to pachnie! Idealne, ciepłe, przytulne połączenie pomarańczy i cynamonu. Coś idealnego zimą, ale i teraz, wiosną nie pozostaje nic, tylko wąchać, wąchać, wąchać i… wsmarowywać 🙂 Doprawdy jest to jeden z najbardziej apetycznych zapachów kosmetyków!

Co my tu mamy? 180 ml lekkiego balsamu, delikatnie żółtego, który możemy stosować i do twarzy i do ciała. Balsam nie jest za tłusty, jest w sam raz. Dobrze się wchłania, genialnie nawilża ciało. Do twarzy na noc także się spokojnie nadaje. Wygładza, koi i odżywia. Ale nie tylko w tym tkwi jego moc. Balsam przecież opala!

Nie jest to taki uciążliwy, szybki, ekspresowy efekt, jak to bywa w przypadku kosmetyków tego rodzaju. Ale to chyba właśnie jest jego wartością – nie zrobimy sobie krzywdy. Opalenizna jest subtelna, ale widoczna. To muśnięcie słońcem pojawia się po 2-3 użyciach, jest naturalne i nie zwraca uwagi. No dobra, poza nieco ciemniejszymi, bardziej brązowymi plamami na kolanach, ale to chyba jakaś szczególna moja umiejętność, że zawsze tam nie dokładnie sobie wszystko rozsmaruję. Niemniej jednak w porównaniu z innymi specyfikami tego typu – tutaj niebezpieczeństwo wydaje się najmniejsze.



Jeśli więc, tak ja ja, macie typowo słowiańską, totalnie bladą skórę, a przy tym zwyczajnie nie lubicie czy nie uznajecie ze względów zdrowotnych – opalania, wtedy to warto sięgnąć po taki balsam. I dla jego zapachu! I do codziennej pielęgnacji!

Jeszcze tylko zacytuję tutaj ze strony: Bogactwo naturalnych olei: z baobabu, słonecznikowego, z marchewki zapobiega wysuszeniu skóry, wosk z borówki silnie nawilża, zaś macerat z kwiatów gorzkiej pomarańczy rewitalizuje i łagodzi podrażnienia. Balsam zawiera łagodzący aloes oraz działającą antyoksydacyjnie witaminę E. Dodatkowo został wzbogacony o innowacyjny składnik pochodzenia naturalnego „MelanoBronze” z ekstraktu niepokalanka pospolitego, który zwiększa naturalną pigmentację skóry poprzez stymulację produkcji melaniny w melanocytach. Dzięki temu skóra staje się ciemniejsza w taki sam sposób, jak podczas zażywania kąpieli słonecznej, jednak bez konieczności narażania jej na promieniowanie UV.



I jeszcze kilka słów o malinowym kremie do twarzy. Jest to taki modny teraz krem typu anti-pollution zwany także przeciwsmogowym. Tak jak w przypadku ostatnio omawianego kremu Orientany – niestety nie mogę stwierdzić jego działania w tej kwestii, ciężko bowiem doprawdy sprawdzić czy rzeczywiście chroni przed zanieczyszczeniami. Pomimo tego mogę powiedzieć, że jest świetny! I choć wolę krem figowy, i ten bardzo mi się spodobał.

Jego konsystencja jest nieco cięższa. Taka właśnie, jakiej potrzebujemy w okresach, kiedy to smog najbardziej nam dokucza, czyli w sezonie chłodnym. W lecie polecałabym go jedynie na noc. Nakładając go na buzię każdorazowo mam wrażenie jakbym kładła sobie kojący kompres, który przy okazji pachnie niezwykle smakowicie malinami. I tutaj więc zapach staje się ogromną zaleta, bo po prostu – sprawia przyjemność.

Skład ma bardzo bogaty, wydaje się – dobrze przemyślany. Ponownie więc zacytuję: Krem powstał by chronić skórę przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych, zapewniając jednocześnie kompleksową pielęgnację skóry twarzy. Zawarte w kremie oleje roślinne są bogactwem nienasyconych kwasów tłuszczowych, które jako składniki płaszcza lipidowego skóry wspomagają odbudowę cementu międzykomórkowego. Oleje roślinne są również bogatym źródłem witaminy E, która w naturalnej formie głęboko wnika w skórę, chroniąc ją przed szkodliwym działaniem wolnych rodników. Kompleks ekstraktów chroni przed szkodliwym działaniem metali ciężkich. Naturalne soki owocowe z jabłek i brzoskwini zawierające witaminy z grupy C i B, kwasy owocowe oraz składniki mineralne wykazują działanie nawilżające, rozjaśniające skórę oraz przeciwrodnikowe. Również wyciąg z korzenia żeń-szenia wspomaga działanie antyoksydacyjne, zwalczając wolne rodniki tlenowe odpowiedzialne za przedwczesne starzenie się skóry. Kwas hialuronowy jako naturalny składnik macierzy międzykomórkowej ma zdolność wiązania wody na powierzchni skóry, dzięki czemu skutecznie nawilża oraz chroni skórę twarzy. Ekstrakty z nasion zbóż, takie jak pszenica i jęczmień działają odżywczo i ujędrniająco stanowiąc przy tym barierę dla niepożądanych czynników środowiskowych. 

Krem widocznie łagodzi, regeneruje, odżywia. Nie zapomnijcie więc o nim, kiedy lato minie i ponownie wróci ta smutna, szara aura. Zapach malin z pewnością przywróci Wam radość, a krem – witalność skórze!

Wszystkie kosmetyki znajdziecie na stronie Mokosh.


Sposób na zapalenie mieszków włosowych

Też macie ten problem? Też trzyma się Was to cholerstwo i przypomina o sobie co jakiś czas?

Zapalenie mieszków włosowych bywa wielkim utrapieniem. I ja wiem coś o tym. Po latach mniejszych lub większych zwycięstw udało mi się w końcu wypracować sposób, którym dzisiaj się z Wami dzielę!

Pojawiają się Wam te okropne czerwone kropki na nogach? Czy to po depilacji czy tak po prostu? Może po treningu? Może latem, kiedy bardziej się pocicie? Macie problem wrastających włosków, które powodują powstanie większych, bolących nawet grudek? To coś dla Was!

Choć jednak… nie dla każdego.

Z góry uprzedzam, że mój dzisiejszy sposób nie sprawdzi się u wszystkich. Każdy ma inną skórę, która inaczej reaguje. Trzeba znaleźć po prostu na nią sposób.

Dzisiaj pokazuję Wam preparat, który jest dosyć silny, bo ma w sobie sporo alkoholu. Raz jeszcze powtarzam – nie wszystkim się to spodoba, nie każdemu podpasuje, zwłaszcza, jeśli macie delikatną, wrażliwą skórę. Jest to sposób, który działa na mnie. Który mi pomaga. Inspirowany zawiesinami przepisywanymi przez dermatologów. Bo i to jest taki właśnie rodzaj zawiesiny, która ma za zadanie zdezynfekować skórę, zapobiec powstawaniu niedoskonałości, ale jednocześnie osuszyć te istniejące i wspomóc ich gojenie się.

Ale mój sposób to nie tylko ta zawiesina, czyli ten biały płyn. To także coś, co każdy, borykający się z podobnymi problemami zna – peeling! Ale czym?



Kochani, kolejny raz zaznaczam – jest to sposób, który pomaga mi osobiście. Nie obejdzie się jednak bez odpowiedniej dbałości o higienę, bez zwracania uwagi na odzież – najlepiej nosić zwiewne, luźne, naturalne tkaniny. Równie istotna jest częsta zmiana maszynki do golenia (tylko to na mnie działa), a także najlepiej częste jej dezynfekowanie.

A przede wszystkim ważna jest konsekwencja. bez tego ani rusz. Przy każdym jej załamaniu grozi niestety powrót problemu. A wiem z doświadczenia, że to właśnie z konsekwencją bywa najgorzej.

Jakiś jest więc ten mój sposób?



Po pierwsze – peeling! I choć bardzo lubię różne markowe, pachnące, gotowe cuda, prawda jest taka, że najlepszy z możliwych peeling na takie problemy to najprostsza, najczystsza… sól Epsom! Zwykła sól także się tu nada, ale tej z Epsom nic nie pobije. Jest to siarczan magnezu, który ze względu na zawartość owej siarki, doskonale sprawdza się leczeniu dolegliwości skórnych. Ta gorzka sól jest coraz lepiej dostępna, zwłaszcza w internecie, bardzo więc polecam jej wypróbowanie.

Wystarczy wziąć w dłonie nieco takiej soli i masować tym skórę pod prysznicem w newralgicznych miejscach. Pozwoli to ją dokładnie oczyścić, odblokuje mieszki, uwolni wrośnięte włoski. Taki peeling genialnie przygotowuje skórę do golenia czy innej depilacji. Nie pozostawia też jej tłustej, jak to niestety często bywa w przypadku markowych, zwłaszcza naturalnych peelingów. Im są tłustsze, tym bardziej moja skóra ich nie lubi. Jeśli jednak sama sól będzie dla Was za ostra, możecie pomieszać ją w ręce z ulubionym, łagodnym żelem pod prysznic lub balsamem do ciała i dopiero wtedy rozpocząć peeling. Powtarzamy go często, najlepiej co drugi dzień.

A teraz pora na obiecany preparat! A dokładniej – zawiesinę! Jak wspominałam, mamy tu sporo spirytusu i jest to coś, co mi pomaga. Mimo jednak tego, płyn nie wysusza mojej skóry, a pozostawia ją miękką i nawilżoną. Czemu? Bo dodałam tu także frakcjonowany olejek kokosowy, który ekspresowo się wchłania i delikatnie pielęgnuje. Poza tym mamy tu też hydrolat oczarowy, o właściwościach ściągających, a także antybakteryjny i przeciwgrzybiczy olejek z drzewa herbacianego. I cynk oczywiście! Tlenek cynku, który wskazany jest w podobnych problemach dermatologicznych, bowiem wzmaga gojenie.



Preparat na mieszki włosowe

Składniki:

  • 10 ml frakcjonowanego oleju kokosowego
  • 20 ml spirytusu salicylowego
  • 70 ml hydrolatu oczarowego
  • 10 kropelek olejku z drzewa herbacianego
  • łyżeczka tlenku cynku

Wszystkie składniki (znajdziecie je w sklepach z półproduktami kosmetycznymi i w aptekach) łączymy w buteleczce. Powstaje zawiesina, którą przed każdym użyciem należy mocno wstrząsnąć. Używamy ją po goleniu/depilacji, lekko wklepując w skórę lub po prostu – w razie potrzeb.

Polecam!



W roli głównej: PuroBIO

Znacie już kosmetyki PuroBIO?

Dla mnie była to nowość, w zasadzie całkowita. Z wielkim więc zaciekawieniem przyjrzałam się tym kilku produktom, które to dzisiaj występują w roli głównej.

Prezentują się całkiem całkiem, prawda? Tylko jak się sprawdzają?


Co to to PuroBIO? Jest to otóż włoska marka kosmetyków kolorowych, oferująca pełen zakres produktów do makijażu, ale także maski czy mydła. Zacytuję tu ze strony dystrybutora:

PuroBIO Cosmetics koncentruje się na tworzeniu organicznych kosmetyków do make-up przeznaczonych dla każdego typu cery.

Do produkcji naszych kosmetyków używamy wysokiej jakości certyfikowanych organicznych składników. Eliminując substancje niebezpieczne redukujemy ryzyko alergii. Dzięki działaniu mineralnych i roślinnych składników aktywnych czerpiemy z natury to co najlepsze. W naszych kosmetykach brak jest niebezpiecznych silikonów i wazeliny.


No dobra, to może zacznę od paletki, którą na początku byłam zachwycona. Nie miałam wcześniej podobnego gadżetu i na pierwszy rzut oka sam pomysł wydał mi się genialny. Mamy bowiem całkiem elegancką paletę z magnetycznym spodem, w której możemy dowolnie komponować zawartość – wymienne wkłady kosmetyków marki, które przyczepiamy w odpowiednim miejscu. Brzmi dobrze? No, może i brzmi.

Problem w tym, że ta paletka jest faktycznie dosyć duża i nieporęczna. Nie zabiorę jej do torebki, choć chciałabym mieć ten puder zawsze przy sobie. Trudno nawet było wziąć ją w dalszą podróż, bo jest naprawdę niepraktyczna. Sprawdzać więc może się jedynie stacjonarnie, w domu, gdzie sobie spokojnie leży. Poza tym, codzienne używanie kosmetyków, ciągłe aplikacje pędzelkami i mimo wszystko – dosyć luźna ich konsystencja, sprawiają, że wszystkie kosmetyki pokryte są pyłem z pozostałych…


Znacznie więc bardziej praktyczniejsze wydają się jednak kosmetyki pakowane osobno, choć wiąże się to zarówno z większymi kosztami, jak i skutkami środowiskowymi. Wybór więc niełatwy, ale… o nic się nie bójcie, bo okazuje się, że i pojedynczym opakowaniom można tu wymienić wkład na nowy! No, a ja jednak wolałabym mieć ten puder zawsze pod ręką.


Bo to właśnie puder spodobał mi się najbardziej. Jest lekki, ale dobrze kryje i świetnie matuje. Kolor ładnie wtapia się w cerę, zaraz w niej niknie. Nie zapycha, a wręcz mam wrażenie, że łagodzi niedoskonałości. Puder “absorbuje nadmiar sebum i wyrównuje koloryt cery. Dzięki zawartości pudru ryżowego przedłuża trwałość makijażu. Wykazuje silne działanie pielęgnacyjne i odżywcze dzięki zawartości organicznych olei takich jak makadamia, morelowy, avocado, karanja. Formuła wzbogacona również o masło shea łagodzi podrażnienia i wspomaga regenerację skóry. ” Naprawdę!

Moim drugim faworytem stał się rozświetlacz. No, czyste złoto! Wygląda tak uroczo, że z pewnością spodoba się każdej wielbicielce… biżuterii. A tak poważnie, te drobinki złota, które tak delikatnie oblekają skórę, równie delikatnie pobłyskują i po prostu – robią robotę. “Dzięki zawartości pudru ryżowego przedłuża trwałość makijażu. Formuła zawiera organiczny olejek rycynowy dzięki czemu rozświetlacz doskonale nawilża skórę, wspomaga jej funkcje ochronne a także działa przeciwzapalnie.

Co do różu i bronzera, w zasadzie nie mam obiekcji. Rzekłabym, że są poprawne. Oba po prostu działają tak, jak mają działać, choć nie da się zaprzeczyć, że są dla skóry bardzo łaskawe. No, przyjemne takie. Cieszę się, że i one mają w sobie sporo naturalnych olejków, a nie są jedynie sypkimi minerałami. Moja skóra znacznie lepiej takie przyswaja. Nie wysuszają, a pielęgnują.


Trochę na bakier jestem za to z cieniami. Być może chodzi tylko o kolory w mojej paletce – nie wybrałam ich sama, a dostałam taki właśnie zestaw w związku z jednym eventem. Nie pasują mi niestety. Choć te pobłyskujące brązy i złota są piękne, a wszystkie dobrze napigmentowane. W sumie to to złoto najchętniej wykorzystuję, bo czasem każdy musi zabłyszczeć. Mam jednak wrażenie, że trochę za bardzo się sypią i widać je niekiedy na policzku. Choć tutaj może to być spowodowane jednak moimi nie do końca dużymi umiejętnościami makijażowymi.

W każdym razie warto przyjrzeć się marce, warto wypróbować jej kosmetyki, sprawdzić barwy. Na pewno jest to marka godna uwagi.

Wszystkie produkty znajdziecie na PuroBIO.


Facebook