KategorieNaturalna pielęgnacja

Święta z błyskiem – rozświetlenie Annabelle Minerals

Święta bez świątecznego błysku? Nie ma opcji!

Bo kiedy indziej można aż tak błyszczeć jak nie w Święta i zaraz po nich – w karnawale? Toż są to najlepsze z możliwych okazji! Choć, nie ukrywam, że i na co dzień sama osobiście odrobiny blasku potrzebuję i chętnie sobie serwuję!

Postanowiłam więc pokazać Wam idealny sposób na Święta z błyskiem! W pierwszej odsłonie polecam rozświetlenie cudownymi produktami Annabelle Minerals!



Co tu mamy? Błysk w swej najlepszej odsłonie! Są dwa rozświetlacze mineralne – ten złoty to Royal Glow, a ten bardziej miedziany -Diamond Glow. Mamy też pięknie pobłyskujący róż mineralny Lily Glow i to, co osobiście zazwyczaj najbardziej lubię w całym mineralnym makijażu Puder rozświetlający.

Może zacznę od tego ostatniego. Jako jedyny nie zawiera on tych pobłyskujących drobinek i bardzo dobrze. Ma nam wykończyć cały makijaż, a jeśli użyjemy któregoś z pozostałych produktów, błysku będzie już aż nadto. Mimo to faktycznie pozostawia on buzię cudownie rozświetloną, jakby aksamitną, jakby pokryła ją warstwa leciutkiego jedwabiu. A i muszę tu zaznaczyć, że zawiera on właśnie jedwab. I glinkę, która przyjemnie matuje. I tlenek cynku, który sprawdza się przy mojej problematycznej cerze. Puder musicie po prostu wypróbować same, tylko wtedy można w pełni poczuć na własnej skórze jego działanie.


Puder rozświetlający

Natomiast pozostałe trzy kosmetyki to doprawdy pobłyskująca uczta! Niezbędne na każdą firmową czy przyjacielską wigilię, na karnawałowe bale i sylwestrowe imprezy. Są to też produkty bardzo uniwersalne. Bo o ile na co dzień nie nadaję swoim policzkom za dużo błysku, to na przykład ten miedziany rozświetlacz świetnie wygląda na powiekach. A ten złoty w ich kącikach, odrobinkę. Złotym można też oprószyć dekolt, ręce czy nogi, aby nieco wzmocnić wyjściowy wygląd.

Jedynie na co warto zwracać uwagę, to pamiętajcie, że wskazany jest tu umiar. Kosmetyki są przepiękne, ale muszą ładnie stopić się z resztą makijażu. Sama dopiero w sumie nad tym pracuję, ale jakaż to jest przyjemna nauka!

Pobłyskująca!

Wszystkie produkty znajdziecie na stronie Annabelle Minerals.


O lewej – Rozświetlacz Royal Glow, Rozświetlacz Diamond Glow, Róż Lily Glow

Waniliowo-pomarańczowy balsam do ust

Jeśli miałabym wymieniać najpiękniejsze połączenia zapachowe, to stanowczo wanilia z pomarańczą byłyby na samym szczycie listy.

Bo ojej… no jej… jaki to cudny zapach! Jaki smakowity! A wanilia taka prawdziwa, najprawdziwsza, prosto z waniliowej laski, z waniliowymi drobinkami! A pomarańcza taka soczysta, taka intensywna, zaklęta w wyciskanym z pomarańczowych skórek olejku.

I to wszystko razem połączone w cudownym balsamie do ust, w którym można się zakochać. Lub uzależnić. A na pewno pokochają go usta. I ci, którzy te usta całują!



Rozpoczynamy dzisiaj serię moich świątecznych pomysłów na najlepsze, domowe, pachnące gwiazdką prezenty kosmetyczne. Balsam do ust właśnie do nich należy! Jest bardzo prosty w wykonaniu. Ba, zapewne wiele z Was już sobie takie balsamy robiło. Ale jeśli jeszcze nie próbowaliście dodać do nich własnego oleju waniliowego i połączyć go z olejkiem pomarańczowym – zróbcie koniecznie! Dla siebie i dla bliskich!



Waniliowo-pomarańczowe odżywczy balsam do ust


Składniki / na słoiczek 15 ml:

  • 2 g wosku pszczelego bielonego
  • 5 g masła shea rafinowanego
  • 3 g masła kakaowego
  • 5 ml oleju waniliowego z jak największą ilością waniliowych drobinek (sposób przygotowania poniżej)
  • 3 kropelki olejku pomarańczowego

W kąpieli wodnej rozpuszczamy masła i wosk. Kiedy będą płynne, ściągamy całość z ognia, dolewamy olej waniliowy i mieszamy. Dolewamy olejek pomarańczowy  i przelewamy całość do słoiczka. Masełka zaczną szybko twardnieć, polecam więc delikatnie w słoiczku mieszać np. mieszadełkiem lub szpatułką, dzięki czemu nie opadną wszystkie ziarenka wanilii. Kiedy całość będzie już bardzo gęsta, odstawiamy do stwardnienia.


Do przygotowania domowego olejku waniliowego potrzebujecie 50 ml ulubionego, łagodnego, bezzapachowego oleju – polecam z pestek winogron, ryżowy, z pestek moreli lub brzoskwini. Przelewacie go do słoiczka. Dwie laski wanilii rozkrawamy, za pomocą noża ściągamy waniliowe nasionka i przekładamy je do olejku, tak samo jak rozcięte laski wanilii. Dociskamy je tak, aby wszystko było pokryte olejkiem. Słoik zamykamy i odstawiamy w suche miejsce na 2 tygodnie, co jakiś czas nim wstrząsając. Po tym czasie mamy cudownie pachnący waniliowy olejek. Można go przecedzić, osobiście jednak bardzo lubię te waniliowe drobinki, które nadają balsamom wygląd lodów waniliowych. Olejek można stosować np. do balsamów do ust, do innych kosmetyków, do masażu, co ciała po kąpieli lub do samej kąpieli.

Różany płyn do twarzy z miodem i pyłkiem pszczelim

Od jakiegoś czasu codziennie wieczorem myję twarz miodem. Tak, po prostu miodem, czasem uzupełniając go łagodnym żelem. A jako, że moja buzia go naprawdę pokochała, postanowiłam pójść o krok dalej.

Postanowiłam sięgnąć po pyłek pszczeli i wykorzystać go… nieco inaczej niż tradycyjnie urodowo – w maseczkach. Postanowiłam zrobić różany płyn do twarzy z dodatkiem właśnie miodu i pyłku pszczelego.



I był to doprawdy genialny krok!

Powstał bowiem energetycznie żółciutki płyn do przemywania cery rano i wieczorem. Tonik składający się z jedynie 4 prostych, a jakże dobrych dla buzi składników. Mamy tu bowiem całe bogactwo pielęgnacyjne wody różanej, tego cudownie pachnącego, niezwykle kobiecego, łagodnego hydrolatu, który lubią w zasadzie wszyscy. Mamy zmiękczający i przywracający odpowiedni kwaśny odczyn skórze – ocet jabłkowy. Mamy w końcu sam miód – jedną z najdoskonalszych substancji, przepełnioną witaminami, działającą kojąco, antybakteryjnie, odżywczo i wygładzająco.



A po co ten pyłek? Bo jest on jeszcze nawet lepszy niż sam miód! Zawiera około 40 pierwiastków, całą masę witamin i sporo m.in. kwasu foliowego, biotyny czy kwasu pantotenowego. Zazwyczaj stosuje się go wewnętrznie, jako naturalny suplement o bardzo wszechstronnym działaniu.

Świetnie sprawdza się jednak także w kosmetyce. Popularne są choćby maseczki ze zmielonego pyłku i np. jogurtu czy jajek. Pyłek wykazuje działanie przeciwbakteryjne i przeciwgrzybiczne. Przywraca skórze zdrowy wygląd, opóźnia procesy starzenia się i stymuluje jej regenerację. Ze względu na zawartość aminokwasów zawierających siarkę sprawdza się do skóry problematycznej, ale także poleca się go na problemy z łupieżem. Należy jednak uważać na możliwość wystąpienia reakcji alergicznych – jeśli macie takie obawy, nie zapomnijcie o próbie uczuleniowej!



Różany płyn do twarzy z miodem i pyłkiem pszczelim

Składniki / na buteleczkę 100 ml:

  • 90 ml wody różanej (użyłam z róż bułgarskich)
  • 10 ml octu jabłkowego (najlepiej ekologiczny)
  • pół łyżeczki pyłku pszczelego
  • łyżeczka miodu

Wszystkie składniki przelewamy do zlewki (lub kubeczka) i mieszamy przez dłuższy czas, aż pyłek maksymalnie się rozpuści. Płyn przecedzamy i przelewamy do buteleczki.

Płynu nie przechowujemy, używamy go po prostu regularnie – spryskując nim twarz rano i wieczorem, a następnie oczyszczając ją wacikiem. Wtedy nie powinno się z nim nic stać, aż do jego skończenia, jeżeli oczywiście zachowaliśmy należytą higienę w trakcie produkcji. W razie obaw przechowujcie go w lodówce lub zróbcie go jednorazowo mniej.

Przed użyciem należy go wstrząsnąć.

Płyn polecam zwłaszcza osobom o problematycznej, przetłuszczającej się i mieszanej cerze.


Bio Agadir – skarby Maroka

Wybraliśmy się kiedyś z mężem na wyprawę do Maroka. Dawno, dawno temu, przed ślubem, przed Różą naszą. Ot, młodzi i piękni. Przepłynęliśmy najpierw promem z Malagi do Melilli, pieszo przeszliśmy granicę, a potem podróżowaliśmy lokalnymi autobusami. Doprawdy gorącymi autobusami… Przez Fez, Casablancę, aż w końcu do Tangeru i znowuż promem do Hiszpanii. Była to naprawdę niezapomniana wyprawa, nie brakowało przygód, pysznego jedzenia, słońca i zapachów. W pamięci utkwiły mi obrazy tamtejszych targów pełnych kolorowych przypraw i tego, co ciekawiło mnie najbardziej – glinek ghassoul, ziół, pachnących olejków, wody różanej i z kwiatów gorzkiej pomarańczy, olejów arganowych i z opuncji, mydeł i kosmetyków opartych na całym tym marokańskim bogactwie. I ten klimat maleńkich, zaciemnionych perfumerii połączonych z czymś w rodzaju butików kosmetycznych, tchnących orientalnym czarem, przyciągających i kuszących. No, magia!

Może właśnie ten sentyment, to piękne wspomnienie sprawiły, że tak chętnie i z tak wielką ciekawością przyjrzałam się marce Bio Agadir.



Bo Bio Agadir to kwintesencja tego, co Maroko ma do zaoferowania najlepszego. W czym specjalizuje się od setek lat, czym zawładnął serca kobiet na całym świecie. To kosmetyki, które bazują na prawdziwych marokańskich skarbach – oleju arganowym, oleju z opuncji figowej oraz wodach kwiatowych – różanej i neroli (z kwiatów gorzkiej pomarańczy). Prostota i czysta natura.



Od czego więc zacząć?

Zacznę od moich ulubionych wód kwiatowych! Bio Agadir oferuje dwie marokańskie klasyki – wodę różaną i z kwiatów pomarańczy. Obie uwielbiam! Od czasów tamtej naszej wyprawy. Są to czyste hydrolaty o nieziemskich zapachach. Woda różana, otrzymywana ze świeżych kwiatów róży damasceńskiej, rosnącej w Dolinie Róż Keelat M’gouna w Maroku jest niezwykle kobiecą, subtelną mgiełką, od której można się uzależnić. Te wody różane marokańskie pachną inaczej niż inne, które było mi dane poznać. Ich zapach jest jakby głębszy, słodszy, intensywniejszy, bardziej różany. Lekki, a jednocześnie odurzający. A woda z kwiatów pomarańczy? Och, no cudowna! Zupełnie nie rozumiem, czemu nie jest u nas tak popularna. Ten zapach jest całkowicie wspaniały, tchnie gorącym latem, bryzą od morza, beztroską i miłosnym upojeniem. Naprawdę!



Obu wód używam namiętnie, dosyć często. Jako odświeżające skórę mgiełki, jako toniki (dodając niekiedy kilka kropel octu z lawendą), na makijaż mineralny, aby się utrwalił, a jednocześnie nieco lżej wyglądał. I jako poprawiacze nastroju, bo nie wiem czy wiecie, ale olejek różany i neroli odstresowują, uspokajają i koją zmysły.



Bezsprzecznie najciekawszym jednak produktem marki jest Serum Anti-Age. Jak przeczytamy u dystrybutora: Skoncentrowane serum olejowe, w którym zawarta jest formuła przeciwzmarszczkowa i napinająca skórę. Właściwości rozjaśniające, nawilżające, wygładzające, uelastyczniające skórę oraz liftingujące zawdzięczamy niezwykle unikalnemu i bogatemu w składniki odżywcze składowi serum, w którym znajdują się: olej z nasion z opuncji figowej, mleczko pszczele, miód, olej arganowy, olej z pestek winogron, olej jojoba, olej z nasion ogórecznika, olej z wiesiołka, olej z owoców róży rdzawej i ekstrakt z kwiatów geranium!



Mamy więc prawdziwe bogactwo olejów wzbogacone mleczkiem pszczelim i miodem, co osobiście uważam za połączenie doprawdy świetne. Co ważne, na pierwszym miejscu w składzie mamy najcenniejszy olej z opuncji figowej, który to słynie ze swych właściwości odmładzających, jest też stanowczo najcenniejszym olejem marokańskim. Zaraz za nim plasuje się to tzw. płynne złoto Maroka czyli olej arganowy. O samych olejach wspomnę jeszcze poniżej, dodam tylko, że ekstrakt z pszczelego mleczka “stymuluje metabolizm skóry, regeneruje ją i wspomaga jej gojenie, działa wygładzająco, nawilżająco i kondycjonująco, a miód wykorzystywany jest w leczeniu zmian skórnych oraz trądziku, dzięki swym właściwościom bakteriobójczym, zmniejsza ryzyko powstania bliznowców i przyspiesza też gojenie się ran”.

Pomimo zawartości olejku geraniowego, serum nie pachnie kwiatowo, a raczej… ciasteczkowo. O tak, przez dłuższy czas po jego nałożeniu czuję jakby ciasteczka i jest to zapach niezwykle przyjemny. Być może połączenie takich właśnie naturalnych olejów z pszczelimi darami tak pachnie? Kosmetyk można stosować sam, pod krem, ja jednak na wszelkie oleje mam jeden najlepszy sposób, który jak widać i Bio Agadir bardzo poleca – łączenie ich z kwasem hialuronowym. Nie szukamy daleko, bo w ofercie dystrybutora marki znajdziemy taki właśnie kwas hialuronowy 3% w żelu. Nieco gęstszy niż inne mi znane, ale równie genialnie się sprawdzający.



Wieczorem zatem, oczyszczoną skórę spryskuję najpierw jedną z wód – różaną lub z kwiatów pomarańczy, a następnie mieszam w dłoni kilka kropel serum i kwasu hialuronowego. Taką mieszankę wklepuję w twarz. I nie trzeba nic więcej! Choć można jeszcze na to nałożyć krem. Nie wchłania się od razu, a raczej mam wrażenie czegoś w rodzaju maski na noc. Pachnącej ciasteczkami! Mocno odżywczej, nawilżającej i uspokajającej. Muszę też potwierdzić efekt jędrniejszej i przyjemnie miękkiej skóry. Osobiście bardzo polecam dwa razy w tygodniu zaserwować sobie taką nocną marokańską kurację ujędrniającą.



Pozostały nam jeszcze dwa produkty. Czyste, jednoskładnikowe, esencje marokańskiej pielęgnacji – czyli olej z pestek opuncji figowej i olej arganowy.

Ten pierwszy, olej z opuncji, zamknięty w małej 20-mililitrowej szklanej buteleczce, niezwykle cenny, nazywany bywa naturalnym botoksem – posiada silne działanie przeciwzmarszczkowe, liftingujące  i odmładzające. Stosujemy go do twarzy, tak jak wcześniej opisane serum. Jeżeli zapytacie co lepiej zakupić – serum czy czysty olej z opuncji, odpowiem standardowym “to zależy”. Niektórzy wolą sam olejek, innym bardziej podpasuje serum. Ja osobiście jestem z serum bardzo zadowolona i postawiłabym na niego. Sam olejek polecam na początek osobom o wrażliwej skórze, które stawiają na minimalizm, jakość i powolne wprowadzanie nowych produktów do pielęgnacji.

Kiedy zapytałam dystrybutora o to, który produkt będzie dla kogo lepszy, otrzymałam taką odpowiedź, którą tu niniejszym po prostu zacytuję (być może pomoże to Wam w wyborze!): Serum jak i olej z opuncji figowej można stosować jednocześnie (serum na dzień, a opuncja na noc) lub zamiennie (na chłodniejsze pory roku opuncja, na cieplejsze serum). Młodsze klientki preferują serum, a bardziej dojrzałe połączenie oleju z opuncji na noc z serum na dzień. Niektóre Panie stosują serum pod makijaż, ponieważ szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu, co cenią sobie nasze klientki .



Olej arganowy natomiast bardzo praktycznie umieszczono w większej 100-mililitrowej buteleczce. Jego z kolei pokochają zwolenniczki używania olejków do ciała, ale też olejowania włosów. To właśnie olej arganowy jest tu często polecany. “Stosowany jest w celu nawilżenia włosów, ich odbudowy oraz poprawy ich ogólnej kondycji.  Antidotum na suche i łamliwe włosy. Wcierany w skórę głowy hamuje wypadanie włosów oraz zmniejsza łupież. Wygładza włosy, dodaje blasku, przeciwdziała puszeniu. Pozostawia włosy nawilżone, pełne życia. Bardzo dobry jako kosmetyk termoochronny. Stosowany na końcówki przed wyjściem działa jak tarcza, chroniąc je przed niesprzyjającą aurą pogodową.” Ja lubię łączyć go z olejkiem lawendowym i stosować do ciała, po kąpieli, zwłaszcza lekko wklepując na skórę po goleniu. Dodam też ze strony dystrybutora: “działa łagodząco na zmiany skórne towarzyszące łuszczycy, egzemie, poparzeniom czy pęknięciom skórnym. Nie działa komedogennie ani acnegennie (nie zatyka porów)“.

Ach, i jeszcze jedna bardzo ważna sprawa! Marka jest z niej bardzo dumna, nie mogę więc tego pominąć. Oleje arganowe, olej z opuncji figowej i woda różana posiadają certyfikat ECOCERT!



Przenosimy się więc myślami i pielęgnacyjnie do gorącego Maroka! A dokładniej na stronę Domiurada.pl, gdzie znajdziecie całą ofertę Bio Agadir.

Z kodem “LILI” otrzymacie 15% zniżki na nieprzecenione produkty!



Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy z marką Bio Agadir.

Kosmetyki mineralne Earthnicity Minerals

Oto i polubiłam się z nowymi minerałkami.

Oj, doprawdy polubiłam się bardzo!

Ale od początku!

O marce Earthnicuty Minerals słyszałam od dawna, śledziłam jej postępy i po cichu obserwowałam. Nadeszła więc najwyższa pora na jej wypróbowanie. Czemu?

Bo ja, moi drodzy, mineralne kosmetyki do makijażu bardzo lubię. A tym bardziej te tak dobrze współgrające z moją skórą!



Używacie kosmetyków mineralnych? Pewnie sporo z Was stosuje je na co dzień, ale zapewne równie sporo jeszcze nie rozpoczęło swojej z nimi przygody. Przypomnę więc może na początek, dlaczego sięgamy po makijaż mineralny.

Kosmetyki mineralne, w tym oczywiście nasza dzisiejsza gwiazda – Earthnicity Minerals, są bardzo łagodne dla skóry! Nie podrażniają jej, nie powodują alergii, nie zapychają, nie doprowadzają jej stanu do pogorszenia, a wręcz przeciwnie – pozwalają zniwelować stany zapalne, matują, pochłaniają nadmiar sebum. Są leciutkie, naturalne i chronią skórę przed słońcem. Są więc bardzo dobrym rozwiązaniem dla wszelkich skór problematycznych i wrażliwych. I dlatego, przyznaję, sama lubię po nie sięgać.

A także dlatego, że skóra staje się dzięki nim taka jakby… aksamitna. Jakby wygładzona, miękka w dotyku. Co równie ważne, makijaż mineralny wygląda bardzo naturalnie. Każdy z kosmetyków po chwili jakby stapiał się ze skórą. Ot, znikał po prostu! Ale pozostawiając przy tym to, na czym na nam zależy – czy to wygładzenie i ujednolicenie po pokładzie i pudrze, czy – lekkie muśnięcie koloru. Nie ma tego, tak zwanego, efektu maski, jest za to lekki, naturalny makijaż, który osobiście bardzo lubię i noszę na co dzień.

Wracając do samej marki Earthnicity Minerals, bardzo spokojnie, ale konsekwentnie zdobywa ona nasz rynek. I dobrze, cieszę się bardzo. Są to bowiem kosmetyki, które z pewnością warto poznać. Na początek jednak muszę pochwalić markę za coś niezwykle istotnego w przypadku zakupów online kosmetyków kolorowych. Wybierałam bowiem sama produkty Earthnicity pierwszy raz, kierując się jedynie zdjęciami na stronie. Wiecie zapewne dobrze, że jest to wyzwanie spore i łatwo tutaj o błędnie dobrane kolory. Na szczęście wszystkie kosmetyki idealnie wpasowały się w moją cerę! Jedynie jeden cień do powiek, zdaje mi się, że nieco bardziej wpada w czerwone barwy niż wyglądało to na zdjęciu, ale i tak pięknie się prezentuje. Duży plus zatem za dobre zdjęcia!


Mam też już swoich największych ulubieńców!

W czołówce z pewnością umieszczam Bronzer mineralny Sunkissed Shimmer! Ktoś, kto wymyślał tę nazwę, w pełni oddał efekt kosmetyku na skórze. Wygląda dosłownie jakby muśnięta słońcem! Takim ciepłym, późno-letnim, wieczornym. Z lekkimi błyszczącymi elementami. Puder rozświetla więc i podkreśla kości policzkowe. I wciąż wygląda bardzo naturalnie! No, cudo!


Bronzer i róż Earthnicity

Równie mocno zaprzyjaźniłam się z podstawowym kosmetykiem w makijażu mineralnym – z podkładem. Wybrałam, jak to już Wam pisałam – “na oko” odcień Moonlight (swoją drogą, znowu piękna nazwa) i był to wybór trafiony w punkt. Podkład, jak i pozostałe kosmetyki marki, jest sypki, umieszczony w typowym, a bardzo praktycznym pojemniczku z małymi dziurkami. Aby go nałożyć, należy przesypać nieco podkładu na dno pokrywki, a następnie pędzlem, okrężnymi ruchami zebrać ten pył, strzepnąć nadmiar i pewną ręką, znowuż okrężnymi ruchami lub stemplując skórę, nakładać go na buzię. Nakładam jedną lub dwie warstwy,

Doprawdy nic skomplikowanego, jeśli tylko nakładamy go specjalnym, miękkim, gęstym pędzlem kabuki. I tutaj też ukłon w stronę marki – pędzel Eartnicity nie tylko elegancko się prezentuje, ale idealnie spełnia swoją funkcję! I wiecie co? Otrzymujemy go w specjalnym woreczku, co znacznie ułatwia podróżowanie z kosmetykami mineralnymi! Brawo! Dodam tu jeszcze, że do podkładu dołączona jest welurowa poduszeczka do nakładania, co też może przydać się np. w pracy czy w podróży.



W każdym razie – nałożony podkład po chwili wtapia się w skórę. Wygląda zupełnie jak ona, ale… cóż no… no lepiej. Mamy delikatne krycie i wyrównanie koloru. Mamy wygładzenie. Podkład trzyma się długo i nie bryluje. Muszę tu wspomnieć, że niezwykle istotne jest tu przygotowanie skóry przed nałożeniem podkłądu. Musi ona być nie tylko dobrze oczyszczona, ale przede wszystkim, odpowiednio nawilżona. Ale o tym jeszcze za chwilę…

Bo w mojej czołówce uplasował się także Rozświetlający puder mineralny Silk Glow Light! Ponownie – no cudo! I ponownie – nazwa w pełni adekwatna, bo to, co rzuca się pierwsze w oczy to to wrażenie jedwabistego rozświetlenia. Jakby skórę otuliła leciuteńka jedwabna warstwa, jakby cała się nagle rozpromieniała! Jest to puder wykończeniowy, czyli stosujemy go na podkład, ale producent poleca także bezpośrednio na skórę. Jeśli poszukujecie kosmetyku, który daje efekt “wow” to będzie to właśnie ten!


Od lewej – Puder Velvet HD, Puder Rozświetlający Silk Glow Light i Podkład mineralny Moonlight

Podium zapełnione, ale muszę docenić także Puder utrwalająco-matujący Velvet HD. To ten cały biały, transparentny, leciuteńki pyłek. Ale nic się nie bójcie, on także na twarzy jakby znikał! Świetnie utrwala makijaż i matuje skórę, wzmaga wrażenie wygładzenia i zmniejsza widoczność porów i niedoskonałości. Zacny to puder, praktyczny i skuteczny.

Nie mogłabym nie pochwalić także różu! Wybrałam odcień Flamingo i znowuż – trafiłam idealnie. Moja skóra lubi się z tym odcieniem, a i na powiekach całkiem dobrze wygląda. Jest to róż naprawdę delikatny i bardzo naturalny, ale z wyróżniającymi się rozświetlającymi drobinkami. I na co dzień i na większe okazje.


Bronzer i róż Earthnicity

Na zdjęciu poniżej nałożyłam koło siebie specjalnie dosyć widoczne warstwy – od góry – bronzera, różu, a na dole – cienia do powiek Champagne, który spokojnie może służyć za jaśniejszy rozświetlacz. Co ważne, każdy z tych produktów bardzo łatwo się rozsmarowuje, dla uzyskania lżejszego i wyglądającego naturalnie efektu.



Te trzy słodkie, małe słoiczki to cienie do powiek.

Ten szary najciemniejszy odcień – Slate świetnie nadaje się do podkreślenia linii oka zamiast kredki, a także tworzy bardzo przyjemny wizualnie efekt smoky. Dobrze zgrywa się z cieniem Iced Coffee, który nieco wpada mi w barwę cegły, podkreśloną świetlistymi drobinkami. Ostatni, wspomniany już Champagne, to ciepłe złoto, odcień wręcz szampański, satynowy, który może rozświetlić kącik oczu i łuk brwiowy. Wszystkie razem naprawdę ładnie wyglądają (na moich zdjęciach to właśnie one).



Te urocze pojemniczki, wbrew pozorom, także są całkiem praktyczne. Wysypujemy na pokrywkę doprawdy niewielką ilość cienia, którą nakładamy na oko. Nic się nie rozsypuje, nic nie marnujemy, nie brudzimy się, tylko spokojnie pędzelkiem zbieramy kolorowy pyłek.



Pozostał nam jeszcze jeden produkt – Nawilżająca Baza pod makijaż – Wielozadaniowy krem przeciwzmarszczkowy z filtrem SPF 20. Z góry zaznaczam, że nie jest to krem w pełni naturalny. Ma sporo świetnych składników, ale i takie, których kosmetyka naturalna nie lubi. W użyciu jednak spełnia w pełni swoje zadanie.

Jego konsystencja przypomina mi raczej odżywkę do włosów. Jest leciutki, bezzapachowy, dobrze się rozprowadza. Pozostawia skórę widocznie nawilżoną, jakby tylko czekającą na podkład mineralny. Mam wrażenie, że służy on za swoiste lepiszcze, które związuje nam sypkie pudry ze skórą. Ewidentnie stworzył go ktoś, kto dobrze wie, czego potrzebuje makijaż mineralny. A przy tym widocznie zmiękcza i nawilża skórę.



Jeśli miałabym się czegoś tu czepiać, to chyba najbardziej braku produktów prasowanych. Wprawdzie w miarę używania człowiek przyzwyczaja się do tych sypkich, osobiście jednak lubię bardzo i te prasowane. Ach, no i krem mógłby mieć naturalniejszy skład.

Same jednak kosmetyki mineralne – super! Polecam bardzo! Są po prostu piękne, wydajne, praktyczne, łagodne i skuteczne. Skóra je lubi, lubi przy nich oddychać, jest promienna i gładsza.


Wszystkie kosmetyki znajdziecie na stronie Earthnicity Minerals!

Z kodem “LILI” otrzymacie 15% zniżki na nieprzecenione produkty!



Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy z marką Earthnicity.


Kremowe błyszczyki 3w1 do ust, policzków i na powieki

Zrobimy dzisiaj takie cudowne kosmetyki, które “zrobią” Wam cały makijaż!

Bo jeden taki mały słoiczek często wystarczy! Kiedy? Choćby na urlopie! Czy w wolne dni w domu. Albo na zakupy i spacer. Kiedy nie chce Wam się za bardzo starać, kiedy nie ma czasu, kiedy po prostu nie potrzeba niczego więcej.

Doskonale też współgrają z makijażem. No, po prostu są uniwersalne! Do trzymania pod ręką, w torebce, na co dzień!

Nasze dzisiejsze kremowe błyszczyki nakładamy bowiem i na usta, żeby zachwycać uśmiechem, i wklepujemy nieco w policzki, aby nadać twarzy niemal naturalny rumieniec, ale także delikatnie – na powieki, zamiast cieni!

Doprawdy, czasami nie trzeba więcej!



A że nie mogłam zdecydować się, który kolor wybrać, zrobiłam trzy. I wszystkie pięknie wyglądają na skórze. I na ustach! Można więc wybierać według aktualnego nastroju i ochoty!

Ach, są oczywiście bardzo proste w produkcji domowej, więc do dzieła!



Kremowe błyszczyki 3w1

Składniki / na słoiczek 15 ml:

  • 3 g wosku pszczelego bielonego
  • 3 g masła shea rafinowanego
  • 4 g oleju kokosowego virgin (taki bardzo pachnący)
  • 5 ml oleju z pestek moreli
  • łyżeczka pigmentu (moje pochodzą z ZielonyKlub.pl)
    • najciemniejszy Malinowy Róż
    • jaśniejszy róż – Truskawkowe Piwonie
    • pomarańczowy – Czerwone Pomarańcze


Wosk, masła i oleje przekładamy do zlewki lub ceramicznej miseczki. Ustawiamy w kąpieli wodnej, do rozpuszczenia masła i wosku. Wyciągamy z kąpieli wodnej, dokładnie mieszamy, dosypując pigment. Jeszcze chwilę mieszamy, aby uzyskać jednolitą konsystencję i przelewamy do słoiczka. Tutaj też warto jeszcze lekko całość przemieszać w trakcie twardnienia. Odstawiamy na pół godziny.

Stosujemy, jak opisałam powyżej. Najlepiej zawsze mieć je pod ręką!

Ach, nie dodajemy tutaj żadnego zapachu, żeby można je było bardzo bezpiecznie stosować np. na powieki!

Zobaczcie jeszcze jak wyglądają na skórze!

Tutaj, nałożona grubsza warstwa.



A tu, poniżej, już nieco roztarte. Oczywiście można je jeszcze mocniej rozetrzeć, dla uzyskania bardziej naturalnego wyglądu. Dlatego są takie fajne – można je w pełni dopasować do potrzeb!


Facebook