KategorieNaturalna pielęgnacja

Pełne słońca marchewkowo-rokitnikowe puszyste masełko do ciała

Czy Waszej skórze też tak bardzo, bardzo brakuje tej odrobiny słońca? Czy Wy też potrzebujecie znowu poczuć lekkość lata, energię bijącą z ciepłych, słonecznych promieni?

Mam dzisiaj dla Was pomysł na to, jak zamknąć letnie słońce w puszystym masełku do ciała!

To coś, czego skóra się domaga! Czego pragnie! Czego i Wasze zmysły potrzebują, bo masło ma intensywnie, totalnie, całkowicie pomarańczowy kolor i pomarańczowy zapach. Ma też delikatne, mieniące się złote drobinki, aby nadać skórze dodatkowy słoneczny blask.



Masełko poprawia koloryt skóry, działa mocno odżywczo i silnie regenerująco. Jest prawdziwym kojącym plastrem na naszą polską, zimową, podrażnioną i bladziutką skórę. Ma właściwości przeciwzapalnie i odmładzające. Stanowi bogactwo karotenoidów – witamin z grupy A, które to właśnie nadają kolor olejom, ale także innych cennych witamin. Pomaga z walce z bliznami i rozstępami. Polecam zwłaszcza do skóry problematycznej, przesuszonej, dojrzałej.

Jest też jedno ale… Jak się zapewne domyślacie, masełko, które wprawdzie sprawia tyle radości w użytkowaniu, niestety barwi ubrania. Wystarczy jednak nakładać je regularnie, ale z umiarem i odczekać chwilę do wchłonięcia albo stosować na noc, pod piżamkę, którą trzeba będzie po prostu wyprać. Obiecuję – warto!

Jestem pewna, że dzisiejsze masełko będzie cudownym świątecznym prezentem!



Pełne słońca marchewkowo-rokitnikowe puszyste masełko do ciała


Składniki:

  • 100 g masła shea rafinowanego
  • 25 ml oleju rokitnikowego (ZielonyKlub.pl)
  • 25 ml maceratu marchewkowego w oleju słonecznikowym (ZielonyKlub.pl)
  • 50 kropelek olejku pomarańczowego
  • 1/3 – 1/2 łyżeczki złotej miki (dodałam )


W kąpieli wodnej roztapiamy masło shea. Kiedy będzie już płynne, ściągamy je z ognia i przelewamy do wysokiego naczynia (dzięki temu łatwiej będzie nam je miksować). Dolewamy oleje, olejek pomarańczowy i dosypujemy mikę (jej ilość dopasujcie do własnych preferencji – jeśli lubicie błyszczeć, dosypcie jej nieco więcej). Mieszamy i odstawiamy do lekkiego stwardnienia. Obserwujemy masło – kiedy tylko zacznie gęstnieć, rozpoczynamy miksowanie ręcznym blenderem, co pozwoli uzyskać puszystą jak chmurka konsystencję. Jeśli masło wciąż będzie płynne, ponownie odczekujemy, aż stwardnieje i ponownie miksujemy. Gotowe przekładamy do słoiczka.

Masło stosujemy do ciała po kąpieli, na wilgotną jeszcze skórę. Jest bardzo wydajne, ekspresowo zamienia się w lekki olejek. Wmasowujemy w skórę jego niewielką ilość, dzięki czemu szybko się wchłania i zmniejszymy prawdopodobieństwo zabarwienia ubrań.


Gwiazdy na Gwiazdkę – Nourish London

U podstaw filozofii Nourish leżą bezgraniczna ciekawość i miłość do nauki, radość w odkrywaniu rzeczy sprawiających, że codzienność staje się bardziej pozytywna oraz szczere pragnienie, by żyć i pracować w atmosferze szacunku do ludzi oraz świata, który nas otacza.


To zdanie przykuło moją uwagę, kiedy czytałam o Nourish London. W zasadzie po prostu ogromnie mi się spodobało. I tym bardziej ciekawa byłam samych produktów tej jeszcze bardzo mało znanej w naszym kraju marki.

Zmieniająca kolor emulsja z jarmużem? Maska z minerałami powstałymi w procesie fermentacji drożdży probiotycznych? Kosmetyki z jabłkami? I to o świeżym zapachu jabłek? Przyznam, że zadziałało to na moją wyobraźnię. I jeszcze to zdanie – “Dr Hili ma ciekawą koncepcję jak prawidłowo dobierać kosmetyki tak, aby zaspokajały one potrzeby skór. Koncepcja opiera się na dwóch parametrach, które powinniśmy wziąć pod uwagę tj. rodzaj cery, ale również jej kondycja. To podwaliny do bardziej świadomej pielęgnacji opartej na obserwowaniu potrzeb cery. ”

Zaprosiłam więc Nourish London do mojej codziennej pielęgnacji!



Seria produktów, którą używam, została mi dobrana na podstawie opisu mojej cery. Przekazałam w skrócie, że mam ją mieszaną, ze skłonnością do problematycznej i przetłuszczającej się. I tak trafiła do mnie seria jabłkowa, ten jakże intrygujący oczyszczacz z jarmużem oraz produkty do zadań specjalnych, które można wykorzystywać uniwersalnie, do zabiegów nieco bardziej sporadycznych niż codzienna pielęgnacja.

W skład serii Balance wchodzą pięknie i rześko pachnące zielonym jabłkiem – Krem nawilżający do skóry mieszanej i tłustej, Odżywcze serum peptydowe do skóry mieszanej i tłustej oraz Tonizująca mgiełka przywracająca równowagę do skóry mieszanej i tłustej. I powiem Wam, że jeżeli poszukujecie kosmetyków o działaniu natychmiastowym, to właśnie je znaleźliście! Zaczęłam bowiem właśnie od tych produktów i od emulsji z jarmużem, o której później. Pewnego spokojnego wieczora, po prysznicu, którego bardzo potrzebowałam, a który dodał mi energii, po oczyszczeniu twarzy, po wczytaniu się w opisy kosmetyków. Spryskałam twarz tonikiem, wklepałam serum, które po chwili zniknęło, a potem nieco kremu. Sam krem należy do tych nieco bardziej treściwych i potrzebujemy chwilę go wklepywać, aby się ładnie wchłonął. Wiem jednak z doświadczenia, że moja cera właśnie takiej konsystencji często potrzebuje, a nie, wbrew pozorom, leciutkich nawilżaczy, które szybko znikają.

I wtedy to poczułam. To coś. Skóra stała się tak cudownie elastyczna, sprężysta, jakby wstrzelono w nią energię. I choć to uczucie miękkości pojawia się także po innych kosmetykach, tylko tutaj mam aż tak duże wrażenie tej większej elastyczności. I wiecie co? Tak było do rana.



Serię Nourish Balance zawiera niezwykły kompleks witamin z grupy B: B3, B5, B6. Witamina B3 pobudza komórki i stymuluje produkcję lipidów, sprawiając tym samym, że skóra jest bardziej jędrna. Witamina B5 ma właściwości nawilżające, dzięki czemu skóra jest gładsza, witamina B6 z kolei jest niezbędna do właściwego działania komórek. W skład kosmetyków z serii Balance wchodzą także witamina C i witamina E, które są antyoksydantami i pomagają chronić, stanowiące budulec skóry, włókna kolagenowe i elastynowe przed szkodliwym wpływem wolnych rodników.

Może od razu wspomnę, że na stronie dystrybutora – Costasy, można dobrać sobie produkty i serie kosmetyków odpowiednie do cery normalnej, wrażliwej, mieszanej i tłustej oraz suchej, a także do kondycji skóry na przykład do cery zmęczonej i szarej, ogólnie osłabionej lub przetłuszczającej się. Wystarczy wybrać odpowiednią zakładkę, a potem wczytać się w opisy samych kosmetyków. Myślę, że na pewno też nie zaszkodzi po prostu wysłać mail z zapytaniem o dobór odpowiednich produktów.



Seria Balance, o zapachu, który bardzo mi się spodobał – mocno energetyzującym jabłku, trafiła w punkt w moje potrzeby. Uspokoiła skórę, która znowuż tego uspokojenia potrzebowała. Wyciszyła ją i ukoiła. Wyraźnie widać także jej działanie regulujące – skóra widocznie mniej się przetłuszcza. Jest odpowiednio nawilżona i odżywiona. A co ważne – w sam raz przygotowana pod makijaż mineralny, który, jak zapewne wiecie, jest wymagający.

I chyba nie byłoby tak dobrze, gdyby nie ten magiczny jarmuż! To chyba jedna z większych gwiazd marki, a jeśli nie, to stanowczo powinien się nią stać! Oczyszczająca emulsja z jarmużem 3D czyli zmieniająca kolor emulsja oczyszczająca, która usuwając zanieczyszczenia sprawia, że skóra jest zdrowsza i bardziej promienna. Kwas hialuronowy, probiotyki oraz wyciągi o właściwościach dotleniających działają w synergii, by dodać skórze energii poprzez usunięcie makijażu oraz zanieczyszczeń. Jarmuż oraz czarna fasola afrykańska z jednej strony oczyszczają z toksyn, z drugiej chronią skórę przed ich niekorzystnym wpływem. W efekcie cera wygląda młodziej, a oznaki starzenia są mniej widoczne.


Wiecie, jakie to fajne, że nakładam na twarz białą emulsję, masujemy nią skórę, a ona po chwili staje się… zielona!? Kosmetyczna magia! Zupełnie jednak magią nie jest, a doprawdy faktem, że jest to niezwykle przyzwoity kosmetyk myjący i oczyszczający skórę. Chwila takiego masowania, ochy i achy nad zmieniającym się kolorem i mamy idealnie przygotowaną skórę do dalszych kroków pielęgnacyjny. Emulsja nie jest za rzadka, co niestety się zdarza. Jest wręcz gęsta i trzeba ją dokładnie zmyć, aby nie zostały nam zielone ślady. Mam jednak wrażenie, że to właśnie dzięki temu tak dobrze oczyszcza, bez pozostawiania uczucie napiętej, “gołej” skóry. Polecam!


A jeśli chcecie pozbyć się mocniejszego makijażu, to najlepiej sięgnąć po jeden z tych produktów, określanych jako “do zabiegów”! Po Wielozadaniowy balsam z antyoksydantami! Jest to lekkie masło, a dokładniej mieszanina odżywczych olejków, które ma stałą formę, ale po dosłownie chwili staje się miękkie, łatwo się rozprowadza. Ma przyjemny, ziołowy aromat naturalnych olejków eterycznych i jest naprawdę uniwersalne. Osobiście najbardziej polecam używać go właśnie jako balsam oczyszczający, którym masujemy skórę, ściągając z niej wszelkie zanieczyszczenia, a potem zmywamy całość ciepłą wodą i dołączoną do opakowania chusteczką z organicznej bawełny. Jest to dla mnie najlepszy sposób na demakijaż po powrocie do domu, kiedy jeszcze nie przygotowujemy skóry na noc. Po takim zabiegu cera jest mięciutka, gładka i nie wymaga już żadnego innego smarowidła.



Na koniec dwa równie ciekawe produkty. Moim ulubieńcem stała się Regenerująca maska probiotyczna z minerałami. Jej kluczowymi składnikami są drożdże probiotyczne, a dokładniej minerały powstałe w procesie ich fermentacji, które fantastycznie wspomagają procesy regeneracji skóry. Ze względu na właściwości kojące, wchodzący w skład maski magnez jest niezastąpiony przy stanach zapalnych skóry, tj. trądzik pospolity i trądzik różowaty, pomaga neutralizować negatywny wpływ jaki zanieczyszczenie środowiska może mieć na skórę oraz przywraca równowagę procesowi produkcji sebum. Pozostałe minerały, które znajdują się w masce to: cynk (właściwości regeneracyjne), miedź (wspomaga produkcję kolagenu oraz naprawcze procesy komórkowe) oraz żelazo (właściwości dotleniające).

A poza tym maska ma wspaniały zapach świeżej lawendy! Czyli wszystko to, co lubię – działanie w kierunku poprawy mojego typu cery i jeden z ulubionych zapachów. Ma konsystencję kremu i można ją nakładać jak maseczkę – zmywając po niedługim czasie wodą lub wklepując w twarz jako krem na noc. W obu przypadkach – świetna!



Nie mogę pominąć ostatniej gwiazdki – leciutkiego Przeciwzmarszczkowego serum arganowego. Naturalnie pobudza produkcję kolagenu, spowalniając w ten sposób procesy starzenia się skóry. Składniki wchodzące w skład serum przeciwdziałają powstawaniu zmarszczek poprzez wzmacnianie włókien proteinowych tworzących strukturę skóry. Serum neutralizuje szkodliwy wpływ wolnych rodników i redukuje zaczerwienienia oraz widoczność blizn powstałych w wyniku ran, trądziku, wyprysków i łuszczycy. Zapobiega odwodnieniu i przywraca skórze równowagę.

Jest to, moje drogie panie, kosmetyk, który po prostu trzeba mieć w pewnym wieku. W wieku, kiedy lata powoli dają o sobie znać. Trzeba go mieć, aby naturalnie, ale nienachalnie wspomagać skórę w walce z czasem. Aby ją uzbroić do tej walki. Dać jej siły i energię. Do stosowania codziennie wieczorem lub nieco bardziej sporadycznie, ale regularnie. Dla mnie – idealny zamiennik serum jabłkowego z serii Balance, tak dwa razy w tygodniu.



Mam nadzieję, że zaciekawiły Was same produkty Nourish. Muszę jeszcze dodać, że kosmetyki marki są ekologiczne, etyczne, wegańskie, posiadają certyfikat Soil Association i nie są testowane na zwierzętach. A twórczyni marki – dr Pauline Hili jest jedną z czołowych brytyjskich specjalistek w dziedzinie ekologicznej pielęgnacji. Opublikowała wiele prac naukowych i jest autorką książki „The Animicrobal Essential Oils”. Dr Hili należy do Soil Association Health and Beauty Standards Comittee oraz w 2009 została przyjęta do Królewskiego Towarzystwa Chemicznego. W 2012 dr Pauline stworzyła markę Nourish jako swoiste ukoronowanie swojej kariery eksperta w dziedzinie pielęgnacji skóry i kosmetologii.

Wszystkie produkty znajdziecie na stronie dystrybutora marki – Costasy. Bardzo polecam!


Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy z firmą Costasy.

Prosta pielęgnacja OLEIQ

Mam taki obraz przed oczami. Chata, taka dawna, drewniana, pachnąca ogniem, z klepiskiem, piecem i rzędem suszonych ziół zwisających z sufitu. Ale zadbana, czysta, przestronna, jasna, z promieniami popołudniowego słońca zaglądającymi przez szyby, z koronkowym obrusem na sporym stole, świeżymi kwiatami w wazonie i ogromnymi pierzynami w białych poszwach. W ogrodzie rosną wiśnie, całe puszyste, przykryte białym kwieciem, pod nimi łąka obsypana żółtymi mleczami. ‘

W tej chacie jest specjalna półka, zajęta przez mrowie mniejszych i większych buteleczek, wypełnionych tym, co natura daje nam w darze. Najczystsze, najświeższe oleje i wody kwiatowe, które pani tego magicznego domu stosuje, aby zachować urodę, aby skóra jej wciąż była promienna, nawet pomimo tych kilku zmarszczek wokół oczu. Aby wciąż nie można było oderwać od niej wzroku.

Prosta pielęgnacja, sięgnięcie do korzeni, do natury, do źródeł, do samego sedna prawdziwego piękna. Do soków wyciśniętych z roślin, z ich pestek, nasion, ziela, kwiatów.

To wszystko właśnie mam przed oczami, kiedy myślę o nowej marce znanego nam już dobrze Sylveco. O olejach i hydrolatach OLEIQ.



I tak sobie myślę, że tego nam na rynku brakowało. Bo choć wiele marek ma w swojej ofercie wszelakie oleje i wody kwiatowe, to tylko tutaj wszystko zdaje się spójne, przemyślane, wzajemnie się uzupełniające. Jak klocki, z których budujemy swoje codzienne rytuały. Które wymieniamy w zależności od aktualnych potrzeb skóry, od pory woku czy po prostu – nastroju.

OLEIQ ujęło mnie na samym początku etykietami. A jakże! Zawsze zwracam na nie uwagę. I muszę przyznać, że najbardziej ze wszystkich marek-córek udały się one Sylveco. Tworzą nastrój, kreują historię, od razu i w pełni odpowiadają na pytanie o charakter i przeznaczenie marki. I tak idealnie współgrają z hasłem – prosta pielęgnacja! I jakie piękne są te delikatne rysunki botaniczne roślin! Dobrze wiecie, jak bardzo takie lubię.

Prosta pielęgnacja bazuje na idealnym połączeniu hydrolatu i oleju. 

Etykiety naklejono na proste, najbardziej w sumie popularne buteleczki z brązowego i kobaltowego szkła. Trzeba przyznać, że pasują one idealnie odkładnie do tego typu produktów. Są praktyczne i pojemne.



W ofercie OLEIQ znajdziemy 9 hydrolatów 100 ml – z róży, lawendowy, aloesowy, malinowy, z melisy, z mięty, z nagietka, z werbeny i ogórkowy, 6 olejków polecanych do pielęgnacji twarzy 30 ml – z pachnotki, pestek czarnego bzu, granatu, śliwek, truskawek i żurawiny oraz trzy oleje do ciała i włosów (które jednak także spokojnie można używać do twarzy) 100 ml – z czarnuszki, z nasion konopi i pestek wiśni.

Na razie tyle. Ma być ponoć więcej i jeszcze ciekawiej. Już jednak jest się czym zachwycać!

Organiczne oleje roślinne OLEIQ są w 100% naturalne i tłoczone na zimno, dzięki czemu nie tracą cennych składników podczas procesu pozyskiwania. Stanowią źródło witamin i składników odżywczych, które mają pozytywny wpływ na kondycję naszej cery. Doskonale pielęgnują skórę, włosy i paznokcie.

Hydrolaty OLEIQ – wody kwiatowe – posiadają niezwykłe właściwości, dzięki którym mogą z nich korzystać osoby o każdym typie cery, skóry i włosów. W zależności od rośliny z jakiej są pozyskiwane, mogą odświeżać, zmniejszać opuchnięcia, koić podrażnienia, nawilżać, tonizować, odżywiać i wzmacniać. 

I to wszystko czuć! Oleje są gęste, mają różne kolory – od jasnego żółtego po bury, ciemnozielony. Wszystkie intensywnie pachną, niektóre średnio przyjemnie, jak to świeże oleje, inne wprost cudownie! Bo czy wszyscy wiecie, jak pięknie marcepanowo pachnie olej z pestek śliwek? Chciałoby się go jeść! Okazuje się, że olejek z pestek wiśni także ma podobny słodkawy aromat.



Cudowne zapachy czuć też w hydrolatach. Tych klasycznych – różany wspaniały, lawendowy – no cudny! Jakby świeżą lawendą rzucono mi w twarz! Ale także nieco bardziej oryginalna mięta – pachnie lekko, orzeźwiająco, no – miętowo. Ogórek bardzo ogórkowy. Nagietek – zielny, letni. Nieco zawiodła mnie malina i werbena, bo nie czuć tych znajomych aromatów, ale same wody i tak są przyjemne.

Pewnie zapytacie, które oleje wybrać? Po który hydrolat sięgnąć na początku? Co ze sobą łączyć?

Pytanie słuszne i oczywiste, nie ma jednak na nie równie oczywistej odpowiedzi. Sami musicie zdecydować, co odpowiada Waszym potrzebom i upodobaniom. A dokładniej – Waszej skóry. To ona musi tutaj zdecydować. Ona musi pokochać dany olej lub nie niestety- go odrzucić. Z olejami nie jest tak łatwo, trzeba próbować – dosłownie – na własnej skórze. Zajrzyjcie na początek na stronę OLEIQ, zapoznajcie się z opisami i kierujcie się… intuicją!



Mogę jednak powiedzieć Wam, co mi przypadło najbardziej do serca! Po pierwsze – zakochałam się w hydrolacie nagietkowym, który jest dla mnie zupełną nowością. Coś jakby mieć zawsze pod ręką kojącą nagietkową herbatę, tylko lepiej. Spryskuję nim twarz i podrażnioną skórę i od razu jest lepiej.

A latem, już to wiem dobrze, cudnie sprawdzą się łagodzące hydrolaty z ogórka i aloesu – wiadomo, na skórę po słońcu. I jakże wspaniale orzeźwiająca mięta! I werbena też!

Różę jak kochałam, tak kocham. Ale ta lawenda… no… tak jak pisałam powyżej – jakby ktoś mi świeżymi kwiatami machał przed nosem. Wspaniała! Zaproponowałam Wam ją nawet w katalogu świątecznym, jako część zestawu na dobry sen. Spryskujcie się nią wieczorem, a potem zasypiajcie jak dzieci!

Co do olejów – uwielbiam wszystkie trzy te duże! Olej z czarnuszki pokochałam już dawno, od dawna go też nie miałam. Z wielką radością więc odkrywam go ponownie, na nowo. Ten jego głęboki czarnuszkowy zapach! Razem z olejem konopnym są polecane do skóry problematycznej, łagodzą stany zapalne, działają regulująco. Lubię je więc używać i do ciała i po kilka kropel na twarz, razem z hydrolatem nagietkowym. Najlepsze kombo do skóry trądzikowej!

A jeśli planujecie prezenty świąteczne bardzo polecam ten marcepanowy zapach oleju z pestek śliwek, smakowicie słodki – oleju z pestek wiśni i jakże zimowy, pełen witamin i również przyjemnie pachnący – olej z żurawiny. Wszystkie są lekkie, łatwo i szybko się wchłaniają. Z pewnością są świetne na początek przygody olejowej.

Nie no… patrzę teraz na tę małą olejową armię i wszystkie wydają mi się wspaniałe!



Pamiętajcie, że w tej prostej pielęgnacji OLEIQ chodzi o łączenie olei z hydrolatami. Wtedy ma to sens! Czyli najpierw spryskujemy oczyszczoną twarz wodą kwiatową, a na to nakładamy kilka kropel olejku. Czasem to wystarcza, czasem można nałożyć jeszcze krem. Sami zdecydujcie! Na ciało tak samo. Fajnie jest najpierw nawilżyć je hydrolatem, a potem wmasować olej. Choć oczywiście świetnie też sprawdza się po prostu sam olejek na skórę po kąpieli. Ważne, aby była ona wilgotna.

Jest więc w czym wybierać. Jak kombinować. Niechaj wyobraźnia doda Wam skrzydeł, a natura zwyczajnie – zrobi swoje. A jeśli któryś olejek Wam nie podszedł, nie poddawajcie się. Dajcie sobie i swojej skórze szanse. Wypróbujcie kolejny, który a nuż będzie tym idealnym. A poprzedni zużyjcie jako poślizg do masażu czy dodatek do kąpieli. I to jest właśnie fajne z tymi prostymi, czystymi składnikami – zawsze znajdzie się na nie jakiś sposób!

Więcej znajdziecie na Oleiq.pl. Produkty dostępne są na razie w drogeriach Hebe. Wkrótce pojawią się w nowych miejscach.


Re-otwarcie Kopalnia-Zdrowia.pl

Oto i w Krakowie coraz bardziej błyszczy pewna zielona gwiazda.

Byłam już kiedyś w sklepie Kopalnia-Zdrowia.pl. Pamiętacie? Zrobiłam Wam nawet specjalną relację z tych odwiedzin (TUTAJ ją znajdziecie). Był to uroczy, ale niewielki sklepik, przepełniony nie tylko naturalnymi kosmetykami, ale też dobrą energią i sercem Edyty – właścicielki. I zapewne dlatego, kiedy dostałam w mailu informację o re-otwarciu sklepu w nowym, większym lokalu, tak bardzo coś się we mnie uśmiechnęło. Bo to jeden z tych dowodów na to, że jeżeli wkłada się w coś tyle pasji i zaangażowania, to to coś się nam odwdzięcza. Po prostu!

Domyślacie się więc, że z radością dołączyłam do wydarzenia. I żałuję tylko, że udało mi się dotrzeć na Wadowicką (w Krakowie), do Buma Square tylko w ten jeden dzień. Bo Edyta zaplanowała cały tydzień atrakcji! Codziennie ktoś inny, ktoś ciekawy odwiedzał sklep. Były twórczynie marek Plantea i Creamy, była pani dietetyk i pan rehabilitant. Mi udało się zajrzeć, kiedy swoje makijaże mineralne wykonywały dziewczyny z Ecolore, a obok fachowo doradzały panie braffiterki z Vanilla Body Shop. Ale to i tak nie było najważniejsze…


Edyta – właścicielka

Przywitała mnie Edyta, cała zaaferowana, zabiegana, ewidentnie bardzo podekscytowana. Dotarłam na miejsce, kiedy jeszcze chwilę było spokojnie. Młyn zacznie się za chwilę, a potem będzie następował falowo – uprzedziła Edyta. Nie myliła się. Zaraz zaczęły napływać panie, Edyta uśmiechnęła się jeszcze bardziej, przeprosiła mnie i ruszyła im na ratunek. A one tak chętnie jej słuchały, tak miło zadawały pytania. Takie ciekawe były wszystkiego. Dłuższą chwilę się temu przysłuchiwałam, kiedy zwiedzałam kolejne półki przepełnione znanymi mi markami i tymi, które wciąż czekają na moje odkrycie. Edyta zaimponowała mi spokojem, otwartością, chęcią i profesjonalizmem. Bo chyba faktycznie zna każdy produkt w swoim sklepie!

Sam lokal jest ewidentnie sporo większy od poprzedniego. Tuż obok niego, więc łatwo go znaleźć. W charakterystycznym w tej części Krakowa biurowcu – Buma Square. Cały czas migrują tam pracownicy okolicznych biur, urzędów i korporacji. Jakby chodzili w kółko. Ale to dobrze. Sporo potencjalnych klientów. I sporo już tych stałych, co widać po ciepłych przywitaniach z właścicielką, po słowach zachwytu i gratulacjach z nowego miejsca. Jest tu przestrzeń, jest gdzie pomieścić cały asortyment, wyminąć się grzecznie z innymi kupującymi.

Zapytałam Edytę, czy ma już u siebie wszystko. Uśmiechnęła się i zaczęła wymieniać marki, które wciąż planuje wprowadzać. Ale po kolei. Regularnie, ale na spokojnie. A i tak wydaje się, że już tu wszystko jest. Kiedy zaczęłam przyglądać się regałom, co rusz witałam znajome nazwy. Najważniejsze jest na stole – powiedziała Edyta. Zaczęłam więc od najważniejszego, czyli od marek unikatowych. Mamy tu Trawiaste, jest Plantea, Sensum Mare, są szampony w kostce Hebrs&Hydro. Zobacz też koniecznie szampony Tinktura, mówi Edyta. Są dostępne tylko stacjonarnie, dystrybutor nie pozwala sprzedawać ich online. No faktycznie, prezentują się wspaniale. Sama nawet nie wiem czy można je gdzieś jeszcze w pobliżu kupić.

I zobacz jeszcze nasz regał z produktami dla dzieci, powiedziała mi na szybko Edyta. Mamy takie, które naprawdę trudno zdobyć. Wszystkie fantastyczne.

Mają też środki czystości, o które naprawdę trudno. Mają prawdziwy miód manuka. Mają krem La Le dla osób po chemioterapii. Wielorazowe waciki do oczyszczania twarzy i woreczki za zakupy. I sporo, sporo szalenie ciekawych rzeczy!


Panie braffiterki z Vanilla Body Shop

Jedna z klientek zajrzała tylko po torebkę na prezent. Edyta wyszukała jej specjalną na zapleczu. Inna doskonale wiedziała, co tu się będzie działo, śledzi social media. Wpadła na makijaż mineralny. Obserwowałam ją ukradkiem cały pobyt. Twarz jej jaśniała, kiedy tylko dziewczyny z Ecolore kończyły swoją pracę. Była ewidentnie zachwycona. Nie mogła się nadziwić, jak ładnie podkład współgra z jej cerą. Ewidentnie nie mogła też wyjść! Porozmawiała z paniami braffiterkmi, wypytała Edytę o kilka produktów, wzięła udział w konkursie, zrobiła zakupy. Ponoć stała klientka. A i na pewno – klientka dopieszczona.

Słuchajcie, zbliżają się Święta, wiadomo. Jeśli tylko będziecie w okolicy, zajrzyjcie tam koniecznie. A jak nie, to zawsze możecie wejść na Kopalnia-Zdrowia.pl. Sama znalazłam tam całą masę cudnych pomysłów na prezenty. Były nowe zestawy i zapachy YOPE, był herbatkowy kalendarz adwentowy, były urocze babeczki do kąpieli, sporo ciekawych gotowych zestawów, pachnące świece sojowe, jeszcze więcej po prostu – idealnych na prezent kosmetyków.

Ach, i wiece co – jeszcze nie widziałam tylu testerów ile ma u siebie Edyta! Większość kosmetyków można wypróbować, powąchać, przyjrzeć im się bliżej. I za to ogromny plus, prawda?

Sklep Kopalnia-Zdrowia.pl znajdziecie w Krakowie, na Wadowickiej 6, w Buma Square. Nie sposób go tam nie zauważyć, leży frontem do ulicy. Polecam też sklep online Kopalnia-Zdrowia.pl


Produkty dla dzieci!
I ostatecznie – moje małe zakupy!

Świąteczne musujące figurki do kąpieli

Usiadłyśmy sobie niedawno z moją Różą wieczorem przy stole zapełnionym cukrowymi posypkami. Roztopiłam białą i mleczną czekoladę i zabrałyśmy się do dekorowania… nie, nie pierniczków… Świątecznych musujących figurek do kąpieli!

Zrobiłam je dzień wcześniej. Lepiłam, niczym śnieżki. Małe urocze bałwanki, choineczki i dzwonki. Najpierw wyrobiłam standardowe musujące ciasto i po kolei formowałam z niego te maleństwa. Potem odstawiałam je do wyschnięcia, na noc całą.

Rano przywitały Różę, a ona już nie mogła się doczekać, kiedy będziemy je ozdabiać.



I ozdobiłyśmy. Po naszemu. Nie są to idealnie piękne figurki. Cóż, no… nie umiemy. Radzimy sobie jak możemy. Ale i tak jesteśmy z nich szalenie dumne!

Zwłaszcza Róża ze swojego bałwanka z jakże wyłupiastymi oczami, z którego nie mogę przestać się śmiać. W tym jego spojrzeniu jest tyle poczciwości!

Figurki oczywiście są po prostu świąteczną wersją musujących kul do kąpieli. Wrzucamy je do wanny, a one pielęgnują nam skórę i pięknie pachną!



Świąteczne musujące figurki do kąpieli


Składniki / na 16 figurek:

  • 10 dużych, czubatych wręcz łyżek sody oczyszczonej
  • 5 dużych łyżek kwasku cytrynowego
  • 5 dużych łyżek skrobi ziemniaczanej
  • ok. pół szklanki oleju (użyłam z pestek winogron)
  • łyżeczka olejku eterycznego lub zapachowego (użyłam różanego z ZielonyKlub.pl)
  • odrobina wody w spryskiwaczu
  • do dekoracji – czekolada biała, mleczna, posypki cukrowe

Do wykonania moich figurek wykorzystałam foremki na ciastka marki Tescoma – znajdziecie je TUTAJ lub TUTAJ.

Te najładniejsze posypki – ostrokrzew i pierniczki marki Wilton znajdziecie TUTAJ i TUTAJ.

W dużej misce mieszamy sodę, kwasek i skrobię. Dolewamy olej i olejek zapachowy i wyrabiamy nasze “ciasto” aż będzie na tyle zwarte i wilgotne, że po ściśnięciu go w dłoni pozostanie nam zbity kształt. Ewentualnie można dolać oleju. Na koniec spryskujemy jeszcze całość lekko wodą, dzięki czemu wszystko się dobrze zwiąże i ponownie wyrabiamy.

Do zamkniętych foremek przekładamy po kolei nasze musujące ciasto. Bardzo mocno je dociskamy, ubijamy i wypełniamy aż po sam koniec. Po kilku chwilach delikatnie otwieramy foremki i lekko wyciągamy gotowe figurki. Odstawiamy je na noc do stwardnienia. Foremki ponownie wypełniamy masą i ponownie wyciągamy figurki. Jeżeli za którymś razem nam nie wyjdzie i figurka się rozpadnie, wyciągamy całe ciasto z powrotem do miski, mieszamy je i wypełniamy foremkę od początku.

Nazajutrz dekorujemy figurki. Za “klej” może nam posłużyć lukier. My użyłyśmy roztopionej białej i mlecznej czekolady. Dowolność i kreatywność są tu wskazane! Aby przykleić posypkę do figurki, nabieramy odrobinę roztopionej czekolady na patyczek lub wykałaczkę, nakładamy ją na figurkę i umieszczamy na niej posypkę. Jeżeli się nie przyklei, bo jest za duża, trzeba po prostu dać odrobinę więcej czekolady.

Do wanny z wodą wrzucamy 1-2 figurki i cieszymy się relaksująca kąpielą.


Święta z błyskiem – rozświetlenie Annabelle Minerals

Święta bez świątecznego błysku? Nie ma opcji!

Bo kiedy indziej można aż tak błyszczeć jak nie w Święta i zaraz po nich – w karnawale? Toż są to najlepsze z możliwych okazji! Choć, nie ukrywam, że i na co dzień sama osobiście odrobiny blasku potrzebuję i chętnie sobie serwuję!

Postanowiłam więc pokazać Wam idealny sposób na Święta z błyskiem! W pierwszej odsłonie polecam rozświetlenie cudownymi produktami Annabelle Minerals!



Co tu mamy? Błysk w swej najlepszej odsłonie! Są dwa rozświetlacze mineralne – ten złoty to Royal Glow, a ten bardziej miedziany -Diamond Glow. Mamy też pięknie pobłyskujący róż mineralny Lily Glow i to, co osobiście zazwyczaj najbardziej lubię w całym mineralnym makijażu Puder rozświetlający.

Może zacznę od tego ostatniego. Jako jedyny nie zawiera on tych pobłyskujących drobinek i bardzo dobrze. Ma nam wykończyć cały makijaż, a jeśli użyjemy któregoś z pozostałych produktów, błysku będzie już aż nadto. Mimo to faktycznie pozostawia on buzię cudownie rozświetloną, jakby aksamitną, jakby pokryła ją warstwa leciutkiego jedwabiu. A i muszę tu zaznaczyć, że zawiera on właśnie jedwab. I glinkę, która przyjemnie matuje. I tlenek cynku, który sprawdza się przy mojej problematycznej cerze. Puder musicie po prostu wypróbować same, tylko wtedy można w pełni poczuć na własnej skórze jego działanie.


Puder rozświetlający

Natomiast pozostałe trzy kosmetyki to doprawdy pobłyskująca uczta! Niezbędne na każdą firmową czy przyjacielską wigilię, na karnawałowe bale i sylwestrowe imprezy. Są to też produkty bardzo uniwersalne. Bo o ile na co dzień nie nadaję swoim policzkom za dużo błysku, to na przykład ten miedziany rozświetlacz świetnie wygląda na powiekach. A ten złoty w ich kącikach, odrobinkę. Złotym można też oprószyć dekolt, ręce czy nogi, aby nieco wzmocnić wyjściowy wygląd.

Jedynie na co warto zwracać uwagę, to pamiętajcie, że wskazany jest tu umiar. Kosmetyki są przepiękne, ale muszą ładnie stopić się z resztą makijażu. Sama dopiero w sumie nad tym pracuję, ale jakaż to jest przyjemna nauka!

Pobłyskująca!

Wszystkie produkty znajdziecie na stronie Annabelle Minerals.


O lewej – Rozświetlacz Royal Glow, Rozświetlacz Diamond Glow, Róż Lily Glow
Facebook