KategorieNaturalna pielęgnacja

Bio Agadir – skarby Maroka

Wybraliśmy się kiedyś z mężem na wyprawę do Maroka. Dawno, dawno temu, przed ślubem, przed Różą naszą. Ot, młodzi i piękni. Przepłynęliśmy najpierw promem z Malagi do Melilli, pieszo przeszliśmy granicę, a potem podróżowaliśmy lokalnymi autobusami. Doprawdy gorącymi autobusami… Przez Fez, Casablancę, aż w końcu do Tangeru i znowuż promem do Hiszpanii. Była to naprawdę niezapomniana wyprawa, nie brakowało przygód, pysznego jedzenia, słońca i zapachów. W pamięci utkwiły mi obrazy tamtejszych targów pełnych kolorowych przypraw i tego, co ciekawiło mnie najbardziej – glinek ghassoul, ziół, pachnących olejków, wody różanej i z kwiatów gorzkiej pomarańczy, olejów arganowych i z opuncji, mydeł i kosmetyków opartych na całym tym marokańskim bogactwie. I ten klimat maleńkich, zaciemnionych perfumerii połączonych z czymś w rodzaju butików kosmetycznych, tchnących orientalnym czarem, przyciągających i kuszących. No, magia!

Może właśnie ten sentyment, to piękne wspomnienie sprawiły, że tak chętnie i z tak wielką ciekawością przyjrzałam się marce Bio Agadir.



Bo Bio Agadir to kwintesencja tego, co Maroko ma do zaoferowania najlepszego. W czym specjalizuje się od setek lat, czym zawładnął serca kobiet na całym świecie. To kosmetyki, które bazują na prawdziwych marokańskich skarbach – oleju arganowym, oleju z opuncji figowej oraz wodach kwiatowych – różanej i neroli (z kwiatów gorzkiej pomarańczy). Prostota i czysta natura.



Od czego więc zacząć?

Zacznę od moich ulubionych wód kwiatowych! Bio Agadir oferuje dwie marokańskie klasyki – wodę różaną i z kwiatów pomarańczy. Obie uwielbiam! Od czasów tamtej naszej wyprawy. Są to czyste hydrolaty o nieziemskich zapachach. Woda różana, otrzymywana ze świeżych kwiatów róży damasceńskiej, rosnącej w Dolinie Róż Keelat M’gouna w Maroku jest niezwykle kobiecą, subtelną mgiełką, od której można się uzależnić. Te wody różane marokańskie pachną inaczej niż inne, które było mi dane poznać. Ich zapach jest jakby głębszy, słodszy, intensywniejszy, bardziej różany. Lekki, a jednocześnie odurzający. A woda z kwiatów pomarańczy? Och, no cudowna! Zupełnie nie rozumiem, czemu nie jest u nas tak popularna. Ten zapach jest całkowicie wspaniały, tchnie gorącym latem, bryzą od morza, beztroską i miłosnym upojeniem. Naprawdę!



Obu wód używam namiętnie, dosyć często. Jako odświeżające skórę mgiełki, jako toniki (dodając niekiedy kilka kropel octu z lawendą), na makijaż mineralny, aby się utrwalił, a jednocześnie nieco lżej wyglądał. I jako poprawiacze nastroju, bo nie wiem czy wiecie, ale olejek różany i neroli odstresowują, uspokajają i koją zmysły.



Bezsprzecznie najciekawszym jednak produktem marki jest Serum Anti-Age. Jak przeczytamy u dystrybutora: Skoncentrowane serum olejowe, w którym zawarta jest formuła przeciwzmarszczkowa i napinająca skórę. Właściwości rozjaśniające, nawilżające, wygładzające, uelastyczniające skórę oraz liftingujące zawdzięczamy niezwykle unikalnemu i bogatemu w składniki odżywcze składowi serum, w którym znajdują się: olej z nasion z opuncji figowej, mleczko pszczele, miód, olej arganowy, olej z pestek winogron, olej jojoba, olej z nasion ogórecznika, olej z wiesiołka, olej z owoców róży rdzawej i ekstrakt z kwiatów geranium!



Mamy więc prawdziwe bogactwo olejów wzbogacone mleczkiem pszczelim i miodem, co osobiście uważam za połączenie doprawdy świetne. Co ważne, na pierwszym miejscu w składzie mamy najcenniejszy olej z opuncji figowej, który to słynie ze swych właściwości odmładzających, jest też stanowczo najcenniejszym olejem marokańskim. Zaraz za nim plasuje się to tzw. płynne złoto Maroka czyli olej arganowy. O samych olejach wspomnę jeszcze poniżej, dodam tylko, że ekstrakt z pszczelego mleczka “stymuluje metabolizm skóry, regeneruje ją i wspomaga jej gojenie, działa wygładzająco, nawilżająco i kondycjonująco, a miód wykorzystywany jest w leczeniu zmian skórnych oraz trądziku, dzięki swym właściwościom bakteriobójczym, zmniejsza ryzyko powstania bliznowców i przyspiesza też gojenie się ran”.

Pomimo zawartości olejku geraniowego, serum nie pachnie kwiatowo, a raczej… ciasteczkowo. O tak, przez dłuższy czas po jego nałożeniu czuję jakby ciasteczka i jest to zapach niezwykle przyjemny. Być może połączenie takich właśnie naturalnych olejów z pszczelimi darami tak pachnie? Kosmetyk można stosować sam, pod krem, ja jednak na wszelkie oleje mam jeden najlepszy sposób, który jak widać i Bio Agadir bardzo poleca – łączenie ich z kwasem hialuronowym. Nie szukamy daleko, bo w ofercie dystrybutora marki znajdziemy taki właśnie kwas hialuronowy 3% w żelu. Nieco gęstszy niż inne mi znane, ale równie genialnie się sprawdzający.



Wieczorem zatem, oczyszczoną skórę spryskuję najpierw jedną z wód – różaną lub z kwiatów pomarańczy, a następnie mieszam w dłoni kilka kropel serum i kwasu hialuronowego. Taką mieszankę wklepuję w twarz. I nie trzeba nic więcej! Choć można jeszcze na to nałożyć krem. Nie wchłania się od razu, a raczej mam wrażenie czegoś w rodzaju maski na noc. Pachnącej ciasteczkami! Mocno odżywczej, nawilżającej i uspokajającej. Muszę też potwierdzić efekt jędrniejszej i przyjemnie miękkiej skóry. Osobiście bardzo polecam dwa razy w tygodniu zaserwować sobie taką nocną marokańską kurację ujędrniającą.



Pozostały nam jeszcze dwa produkty. Czyste, jednoskładnikowe, esencje marokańskiej pielęgnacji – czyli olej z pestek opuncji figowej i olej arganowy.

Ten pierwszy, olej z opuncji, zamknięty w małej 20-mililitrowej szklanej buteleczce, niezwykle cenny, nazywany bywa naturalnym botoksem – posiada silne działanie przeciwzmarszczkowe, liftingujące  i odmładzające. Stosujemy go do twarzy, tak jak wcześniej opisane serum. Jeżeli zapytacie co lepiej zakupić – serum czy czysty olej z opuncji, odpowiem standardowym “to zależy”. Niektórzy wolą sam olejek, innym bardziej podpasuje serum. Ja osobiście jestem z serum bardzo zadowolona i postawiłabym na niego. Sam olejek polecam na początek osobom o wrażliwej skórze, które stawiają na minimalizm, jakość i powolne wprowadzanie nowych produktów do pielęgnacji.

Kiedy zapytałam dystrybutora o to, który produkt będzie dla kogo lepszy, otrzymałam taką odpowiedź, którą tu niniejszym po prostu zacytuję (być może pomoże to Wam w wyborze!): Serum jak i olej z opuncji figowej można stosować jednocześnie (serum na dzień, a opuncja na noc) lub zamiennie (na chłodniejsze pory roku opuncja, na cieplejsze serum). Młodsze klientki preferują serum, a bardziej dojrzałe połączenie oleju z opuncji na noc z serum na dzień. Niektóre Panie stosują serum pod makijaż, ponieważ szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu, co cenią sobie nasze klientki .



Olej arganowy natomiast bardzo praktycznie umieszczono w większej 100-mililitrowej buteleczce. Jego z kolei pokochają zwolenniczki używania olejków do ciała, ale też olejowania włosów. To właśnie olej arganowy jest tu często polecany. “Stosowany jest w celu nawilżenia włosów, ich odbudowy oraz poprawy ich ogólnej kondycji.  Antidotum na suche i łamliwe włosy. Wcierany w skórę głowy hamuje wypadanie włosów oraz zmniejsza łupież. Wygładza włosy, dodaje blasku, przeciwdziała puszeniu. Pozostawia włosy nawilżone, pełne życia. Bardzo dobry jako kosmetyk termoochronny. Stosowany na końcówki przed wyjściem działa jak tarcza, chroniąc je przed niesprzyjającą aurą pogodową.” Ja lubię łączyć go z olejkiem lawendowym i stosować do ciała, po kąpieli, zwłaszcza lekko wklepując na skórę po goleniu. Dodam też ze strony dystrybutora: “działa łagodząco na zmiany skórne towarzyszące łuszczycy, egzemie, poparzeniom czy pęknięciom skórnym. Nie działa komedogennie ani acnegennie (nie zatyka porów)“.

Ach, i jeszcze jedna bardzo ważna sprawa! Marka jest z niej bardzo dumna, nie mogę więc tego pominąć. Oleje arganowe, olej z opuncji figowej i woda różana posiadają certyfikat ECOCERT!



Przenosimy się więc myślami i pielęgnacyjnie do gorącego Maroka! A dokładniej na stronę Domiurada.pl, gdzie znajdziecie całą ofertę Bio Agadir.

Z kodem “LILI” otrzymacie 15% zniżki na nieprzecenione produkty!



Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy z marką Bio Agadir.

Kosmetyki mineralne Earthnicity Minerals

Oto i polubiłam się z nowymi minerałkami.

Oj, doprawdy polubiłam się bardzo!

Ale od początku!

O marce Earthnicuty Minerals słyszałam od dawna, śledziłam jej postępy i po cichu obserwowałam. Nadeszła więc najwyższa pora na jej wypróbowanie. Czemu?

Bo ja, moi drodzy, mineralne kosmetyki do makijażu bardzo lubię. A tym bardziej te tak dobrze współgrające z moją skórą!



Używacie kosmetyków mineralnych? Pewnie sporo z Was stosuje je na co dzień, ale zapewne równie sporo jeszcze nie rozpoczęło swojej z nimi przygody. Przypomnę więc może na początek, dlaczego sięgamy po makijaż mineralny.

Kosmetyki mineralne, w tym oczywiście nasza dzisiejsza gwiazda – Earthnicity Minerals, są bardzo łagodne dla skóry! Nie podrażniają jej, nie powodują alergii, nie zapychają, nie doprowadzają jej stanu do pogorszenia, a wręcz przeciwnie – pozwalają zniwelować stany zapalne, matują, pochłaniają nadmiar sebum. Są leciutkie, naturalne i chronią skórę przed słońcem. Są więc bardzo dobrym rozwiązaniem dla wszelkich skór problematycznych i wrażliwych. I dlatego, przyznaję, sama lubię po nie sięgać.

A także dlatego, że skóra staje się dzięki nim taka jakby… aksamitna. Jakby wygładzona, miękka w dotyku. Co równie ważne, makijaż mineralny wygląda bardzo naturalnie. Każdy z kosmetyków po chwili jakby stapiał się ze skórą. Ot, znikał po prostu! Ale pozostawiając przy tym to, na czym na nam zależy – czy to wygładzenie i ujednolicenie po pokładzie i pudrze, czy – lekkie muśnięcie koloru. Nie ma tego, tak zwanego, efektu maski, jest za to lekki, naturalny makijaż, który osobiście bardzo lubię i noszę na co dzień.

Wracając do samej marki Earthnicity Minerals, bardzo spokojnie, ale konsekwentnie zdobywa ona nasz rynek. I dobrze, cieszę się bardzo. Są to bowiem kosmetyki, które z pewnością warto poznać. Na początek jednak muszę pochwalić markę za coś niezwykle istotnego w przypadku zakupów online kosmetyków kolorowych. Wybierałam bowiem sama produkty Earthnicity pierwszy raz, kierując się jedynie zdjęciami na stronie. Wiecie zapewne dobrze, że jest to wyzwanie spore i łatwo tutaj o błędnie dobrane kolory. Na szczęście wszystkie kosmetyki idealnie wpasowały się w moją cerę! Jedynie jeden cień do powiek, zdaje mi się, że nieco bardziej wpada w czerwone barwy niż wyglądało to na zdjęciu, ale i tak pięknie się prezentuje. Duży plus zatem za dobre zdjęcia!


Mam też już swoich największych ulubieńców!

W czołówce z pewnością umieszczam Bronzer mineralny Sunkissed Shimmer! Ktoś, kto wymyślał tę nazwę, w pełni oddał efekt kosmetyku na skórze. Wygląda dosłownie jakby muśnięta słońcem! Takim ciepłym, późno-letnim, wieczornym. Z lekkimi błyszczącymi elementami. Puder rozświetla więc i podkreśla kości policzkowe. I wciąż wygląda bardzo naturalnie! No, cudo!


Bronzer i róż Earthnicity

Równie mocno zaprzyjaźniłam się z podstawowym kosmetykiem w makijażu mineralnym – z podkładem. Wybrałam, jak to już Wam pisałam – “na oko” odcień Moonlight (swoją drogą, znowu piękna nazwa) i był to wybór trafiony w punkt. Podkład, jak i pozostałe kosmetyki marki, jest sypki, umieszczony w typowym, a bardzo praktycznym pojemniczku z małymi dziurkami. Aby go nałożyć, należy przesypać nieco podkładu na dno pokrywki, a następnie pędzlem, okrężnymi ruchami zebrać ten pył, strzepnąć nadmiar i pewną ręką, znowuż okrężnymi ruchami lub stemplując skórę, nakładać go na buzię. Nakładam jedną lub dwie warstwy,

Doprawdy nic skomplikowanego, jeśli tylko nakładamy go specjalnym, miękkim, gęstym pędzlem kabuki. I tutaj też ukłon w stronę marki – pędzel Eartnicity nie tylko elegancko się prezentuje, ale idealnie spełnia swoją funkcję! I wiecie co? Otrzymujemy go w specjalnym woreczku, co znacznie ułatwia podróżowanie z kosmetykami mineralnymi! Brawo! Dodam tu jeszcze, że do podkładu dołączona jest welurowa poduszeczka do nakładania, co też może przydać się np. w pracy czy w podróży.



W każdym razie – nałożony podkład po chwili wtapia się w skórę. Wygląda zupełnie jak ona, ale… cóż no… no lepiej. Mamy delikatne krycie i wyrównanie koloru. Mamy wygładzenie. Podkład trzyma się długo i nie bryluje. Muszę tu wspomnieć, że niezwykle istotne jest tu przygotowanie skóry przed nałożeniem podkłądu. Musi ona być nie tylko dobrze oczyszczona, ale przede wszystkim, odpowiednio nawilżona. Ale o tym jeszcze za chwilę…

Bo w mojej czołówce uplasował się także Rozświetlający puder mineralny Silk Glow Light! Ponownie – no cudo! I ponownie – nazwa w pełni adekwatna, bo to, co rzuca się pierwsze w oczy to to wrażenie jedwabistego rozświetlenia. Jakby skórę otuliła leciuteńka jedwabna warstwa, jakby cała się nagle rozpromieniała! Jest to puder wykończeniowy, czyli stosujemy go na podkład, ale producent poleca także bezpośrednio na skórę. Jeśli poszukujecie kosmetyku, który daje efekt “wow” to będzie to właśnie ten!


Od lewej – Puder Velvet HD, Puder Rozświetlający Silk Glow Light i Podkład mineralny Moonlight

Podium zapełnione, ale muszę docenić także Puder utrwalająco-matujący Velvet HD. To ten cały biały, transparentny, leciuteńki pyłek. Ale nic się nie bójcie, on także na twarzy jakby znikał! Świetnie utrwala makijaż i matuje skórę, wzmaga wrażenie wygładzenia i zmniejsza widoczność porów i niedoskonałości. Zacny to puder, praktyczny i skuteczny.

Nie mogłabym nie pochwalić także różu! Wybrałam odcień Flamingo i znowuż – trafiłam idealnie. Moja skóra lubi się z tym odcieniem, a i na powiekach całkiem dobrze wygląda. Jest to róż naprawdę delikatny i bardzo naturalny, ale z wyróżniającymi się rozświetlającymi drobinkami. I na co dzień i na większe okazje.


Bronzer i róż Earthnicity

Na zdjęciu poniżej nałożyłam koło siebie specjalnie dosyć widoczne warstwy – od góry – bronzera, różu, a na dole – cienia do powiek Champagne, który spokojnie może służyć za jaśniejszy rozświetlacz. Co ważne, każdy z tych produktów bardzo łatwo się rozsmarowuje, dla uzyskania lżejszego i wyglądającego naturalnie efektu.



Te trzy słodkie, małe słoiczki to cienie do powiek.

Ten szary najciemniejszy odcień – Slate świetnie nadaje się do podkreślenia linii oka zamiast kredki, a także tworzy bardzo przyjemny wizualnie efekt smoky. Dobrze zgrywa się z cieniem Iced Coffee, który nieco wpada mi w barwę cegły, podkreśloną świetlistymi drobinkami. Ostatni, wspomniany już Champagne, to ciepłe złoto, odcień wręcz szampański, satynowy, który może rozświetlić kącik oczu i łuk brwiowy. Wszystkie razem naprawdę ładnie wyglądają (na moich zdjęciach to właśnie one).



Te urocze pojemniczki, wbrew pozorom, także są całkiem praktyczne. Wysypujemy na pokrywkę doprawdy niewielką ilość cienia, którą nakładamy na oko. Nic się nie rozsypuje, nic nie marnujemy, nie brudzimy się, tylko spokojnie pędzelkiem zbieramy kolorowy pyłek.



Pozostał nam jeszcze jeden produkt – Nawilżająca Baza pod makijaż – Wielozadaniowy krem przeciwzmarszczkowy z filtrem SPF 20. Z góry zaznaczam, że nie jest to krem w pełni naturalny. Ma sporo świetnych składników, ale i takie, których kosmetyka naturalna nie lubi. W użyciu jednak spełnia w pełni swoje zadanie.

Jego konsystencja przypomina mi raczej odżywkę do włosów. Jest leciutki, bezzapachowy, dobrze się rozprowadza. Pozostawia skórę widocznie nawilżoną, jakby tylko czekającą na podkład mineralny. Mam wrażenie, że służy on za swoiste lepiszcze, które związuje nam sypkie pudry ze skórą. Ewidentnie stworzył go ktoś, kto dobrze wie, czego potrzebuje makijaż mineralny. A przy tym widocznie zmiękcza i nawilża skórę.



Jeśli miałabym się czegoś tu czepiać, to chyba najbardziej braku produktów prasowanych. Wprawdzie w miarę używania człowiek przyzwyczaja się do tych sypkich, osobiście jednak lubię bardzo i te prasowane. Ach, no i krem mógłby mieć naturalniejszy skład.

Same jednak kosmetyki mineralne – super! Polecam bardzo! Są po prostu piękne, wydajne, praktyczne, łagodne i skuteczne. Skóra je lubi, lubi przy nich oddychać, jest promienna i gładsza.


Wszystkie kosmetyki znajdziecie na stronie Earthnicity Minerals!

Z kodem “LILI” otrzymacie 15% zniżki na nieprzecenione produkty!



Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy z marką Earthnicity.


Kremowe błyszczyki 3w1 do ust, policzków i na powieki

Zrobimy dzisiaj takie cudowne kosmetyki, które “zrobią” Wam cały makijaż!

Bo jeden taki mały słoiczek często wystarczy! Kiedy? Choćby na urlopie! Czy w wolne dni w domu. Albo na zakupy i spacer. Kiedy nie chce Wam się za bardzo starać, kiedy nie ma czasu, kiedy po prostu nie potrzeba niczego więcej.

Doskonale też współgrają z makijażem. No, po prostu są uniwersalne! Do trzymania pod ręką, w torebce, na co dzień!

Nasze dzisiejsze kremowe błyszczyki nakładamy bowiem i na usta, żeby zachwycać uśmiechem, i wklepujemy nieco w policzki, aby nadać twarzy niemal naturalny rumieniec, ale także delikatnie – na powieki, zamiast cieni!

Doprawdy, czasami nie trzeba więcej!



A że nie mogłam zdecydować się, który kolor wybrać, zrobiłam trzy. I wszystkie pięknie wyglądają na skórze. I na ustach! Można więc wybierać według aktualnego nastroju i ochoty!

Ach, są oczywiście bardzo proste w produkcji domowej, więc do dzieła!



Kremowe błyszczyki 3w1

Składniki / na słoiczek 15 ml:

  • 3 g wosku pszczelego bielonego
  • 3 g masła shea rafinowanego
  • 4 g oleju kokosowego virgin (taki bardzo pachnący)
  • 5 ml oleju z pestek moreli
  • łyżeczka pigmentu (moje pochodzą z ZielonyKlub.pl)
    • najciemniejszy Malinowy Róż
    • jaśniejszy róż – Truskawkowe Piwonie
    • pomarańczowy – Czerwone Pomarańcze


Wosk, masła i oleje przekładamy do zlewki lub ceramicznej miseczki. Ustawiamy w kąpieli wodnej, do rozpuszczenia masła i wosku. Wyciągamy z kąpieli wodnej, dokładnie mieszamy, dosypując pigment. Jeszcze chwilę mieszamy, aby uzyskać jednolitą konsystencję i przelewamy do słoiczka. Tutaj też warto jeszcze lekko całość przemieszać w trakcie twardnienia. Odstawiamy na pół godziny.

Stosujemy, jak opisałam powyżej. Najlepiej zawsze mieć je pod ręką!

Ach, nie dodajemy tutaj żadnego zapachu, żeby można je było bardzo bezpiecznie stosować np. na powieki!

Zobaczcie jeszcze jak wyglądają na skórze!

Tutaj, nałożona grubsza warstwa.



A tu, poniżej, już nieco roztarte. Oczywiście można je jeszcze mocniej rozetrzeć, dla uzyskania bardziej naturalnego wyglądu. Dlatego są takie fajne – można je w pełni dopasować do potrzeb!


Piwne eliksiry do kąpieli bąbelkowej

Weekend się zbliża, więc… może piwko?

A tak poważnie, pytaliście o piwne kosmetyki, które robiliśmy niedawno na warsztatach podczas Lubelskiego Festiwalu Kultury Piwnej w Browarze Perła. Spieszę więc z przepisem na jeden z nich!

Najbardziej piwny płyn do kąpieli! A właściwie wypełniony piwem eliksir do kąpieli bąbelkowej! Wystarczy bowiem wlać go do wanny pod strumień wody, aby stworzyć sobie w domu prawdziwe, rozkoszne wręcz piwne spa – relaksującą kąpiel w piwnej pianie! Jestem pewna, że wszyscy panowie będą zachwyceni, a i panie go pokochają, bo…

Piwo to bardzo zdrowy trunek! Wbrew pozorom!



Prowadzący pozostałe warsztaty piwne na lubelskim festiwalu, bardzo miły chłopak, pasjonat piwnego tematu, określił piwo zawadiacko jako płynne B comlex! Piwo, a dokładniej drożdże, z którego piwo powstało, to źródło witamin z grupy B! Tych tak ważnych dla skóry i włosów! Mamy więc witaminę B1- tiaminę, która wzmaga gojenie, witaminę B2 – ryboflawinę, która poprawia stan włosów, skóry i nawet paznokci, witaminę B3 – niacynę, wspomagającą kuracje przeciwłupieżowe i zwalczająca przebarwienia, witaminę B4 – kwas pantotenowy, który zapobiega łysieniu i siwieniu włosów, witaminę B6 – pirodoksynę – o działaniu przeciwzapalnym, wspomagającą leczenie AZS, witaminę B7 – słynną biotynę, która zwalcza stany zapalne skóry, łagodzi egzemę i zmiany łuszczycowe i co równie ważne – wzmacnia włosy, a także spowalniający procesy starzenia kwas orotowy – witaminę B13. Znajduje się tu też bogactwo minerałów – zwróćcie uwagę zwłaszcza na cynk, oraz flawonoidy – o działaniu przeciwutleniającym i przeciwzapalnym.

Piwo ponadto oczywiście uspokaja! A to za sprawą szyszek chmielu i zawartej w nich kojącej lupulinie.

Piwne kąpiele to zatem samo dobro! Relaksują i koją zmysły, wspomagają regenerację i gojenie skóry problematycznej, przeciwdziałają nadmiernemu rogowaceniu i trądzikowi, pobudzają krążenie krwi i redukują napięcie mięśniowe. Wygładzają skórę i poprawiają jej ogólny stan. Włosom natomiast dodają blasku, spowalniają ich przetłuszczanie, zapobiegają wypadaniu, a do tego wspomagają kuracje przeciwłupieżowe.

Samo dobro, powtarzam! A mamy w tym naszym eliksirze jeszcze nieco odżywczego miodu, pielęgnującego olejku i piękny zapach!

Ach, muszę dodać, że do kąpieli można dolewać sobie piwo tak po prostu! Najlepiej to najzwyklejsze, jasne, odgazowane. Ja jednak bardzo polecam nasz dzisiejszy eliksir! Bomba witaminowa i pianowe doznania gwarantowane!



Piwny eliksir do kąpieli bąbelkowej


Składniki / na 150 ml:

  • 60 ml jasnego piwa
  • 60 ml betainy kokamidopropylowej (Cocomidopropyl Betaine)
  • 20 ml oleju z pestek winogron
  • 10 ml płynnego miodu
  • 15 kropelek olejku limonkowego
  • opcjonalnie 2 kropelki eko konserwantu

Piwo odstawiamy na chwilę do odgazowania. Wszystkie składniki przelewamy po kolei do zlewki, delikatnie je przy tym mieszając lub bezpośrednio do buteleczki. Wstrząsamy nią delikatnie przez chwilę, aby połączyły się w całość i dobrze zmieszały. Jeżeli zamierzamy przechowywać go długo, warto dodać jeszcze eko konserwant. Eliksir wlewamy do wanny, w trakcie jej napełniania.

Dodam jeszcze, że wybrałam tutaj zapach – olejek limonkowy, bo cudownie komponuje się z piwem, tworząc taki przyjemny wakacyjny klimat piwa smakowego. Możecie oczywiście nadać Waszemu eliksirowi inny zapach.

Po dłuższym staniu eliksiru, zauważycie, że składniki zaczną się rozwarstwiać. Wystarczy je po prostu na nowo zmieszać, wstrząsając butelką.


Orientana Kali Musli Dzień i Noc

Dzień i noc. Jedno uzupełnia drugie. Odwieczna para, która odnajduje się na chwilę tuż przed wschodem i tuż przed zachodem słońca, w tym czasie przejściowym, magicznym, szarości, złamanej ostatnimi i pierwszymi promieniami.

I o dziwo, to właśnie nowości Orientany, tak bardzo mi tę wieczną pogoń dnia za nocą, czy nocy za dniem – przypomniały.

Mamy tu bowiem dwa doskonale się uzupełniające kremy – na noc i na dzień właśnie. Kremy, które idealnie współgrają, każdy w swoim czasie, zapewniając nam spokój i ukojenie.

Dzisiaj w roli głównej Kojąca Kuracja Kali Musli do twarzy na noc i Krem Kali Musli do twarzy na dzień marki Orientana.



W zasadzie cała nowa seria Kali Musli przypadła mi do gustu. Zawiera ona wspomniane kremy oraz płyn micelarny i peeling enzymatyczny. O peelingu pisałam w niezbędniku wakacyjnym – TUTAJ. Polecam zajrzeć do tego wpisu, bo sam kosmetyk oparty na papainie i bromelinie jest niezwykle ciekawy.

Dzisiaj jednak królują kremy! One to okazały się być tym kojącym plastrem na skórę, którego czasami tak potrzeba! Uspokajają ją, wyciszają.

Ale skąd nazwa Kali Musli?

Będę się tu posiłkować informacjami od producenta, bo i dla mnie jest to całkiem nowa nazwa:

Curculigo orchioides, nazywane w medycynie naturalnej KALI MUSLI to roślina należąca do rodziny amarylkowatych (Amaryllidaceae). Jest wieloletnią rośliną o wysokości ok. 30 cm, z bulwiastym kłączem i czarnymi korzeniami bocznymi, podłużnymi liśćmi i żółtymi kwiatami. Jest jedną z najstarszych roślin indyjskiej Ajurwedy.

Głównym komponentem KALI MUSLI glikozydy, polisacharydy, tłuszcze oraz mannoza, ksyloza i kwas glukuronowy. Ponadto z kłączy KALI MUSLI wyizolowano także fenolowy glikozyd o nazwie kurkuligozyd oraz sapogeninę jukageninę.

Taka dobroczynnie wpływająca na skórę wrażliwą kompozycja nie występuję w żadnym innym składniku botanicznym.


Korzeń Curculigo orchioides jest tradycyjnie wykorzystywany w indyjskiej Ajurwedzie dzięki swemu korzystnemu wpływowi na zdrowie, m.in. w zwalczaniu swędzenia i chorób skórnych, skaleczeń czy ran. Ale to nie wszystko. KALI MUSLI jest afrodyzjakiem, ma działanie przeciwzapalne, zioło stosuje się przy problemach układu oddechowego, trawiennego, reprodukcyjnego i moczowego. Roślina ta stanowi również cześć tradycyjnej medycyny chińskiej głównie ze względu na jej właściwości wzmacniające. Jest adaptogenem, czyli wytwarza specjalne składniki wspierające wzmacnianie organizmu i zwiększanie jego witalności.”



Seria przeznaczona jest dla osób o wrażliwej i naczynkowej cerze. Osobiście jednak uważam ją za bardzo uniwersalną. Naprawdę bowiem ukoiła moją mieszaną, skłonną do niedoskonałości skórę.

Tak jakby… przywróciła jej spokój!

Oba kremy mają lekką, bardzo podobną konsystencję i subtelny zapach. Wchłaniają się po chwili, pozostawiając bardzo wyczuwalne uczucie odżywienia. Tez tłustej warstwy, ale skóra od razu jakby stawała się silniejsza i chroniona.

Producent pisze o kremie na dzień: “Tworzy nieodczuwalny, ale skuteczny efekt drugiej skóry i ogranicza utratę nawilżenia. Regeneruje naskórek przywracając miękkość, gładkość i młody wygląd.” Zgadzam się w pełni. Zwłaszcza na to wyrażenie o efekcie drugiej skóry. Coś w tym jest!

I te poranki, kiedy skóra po takiej nocnej kuracji budzi się do życia i od razu jest jakby promienniejsza. O kremie na noc przeczytamy: “Naturalna kuracja kojąca na noc w formie kremowej emulsji bogatej w ekstrakty roślinne, która efektywnie złagodzi objawy podrażnienia skóry wrażliwej i naczynkowej. Kuracja regeneruje i ujędrnia skórę oraz spowalnia proces jej starzenia się.” Czyli to, czego każdej z nas potrzeba!

Chwalę więc, chwalę, bo chwalić trzeba! Mamy dobre, uczciwe składy, wypełnione ekstraktami roślinnymi, mamy działanie zgodne z tym, które zostało nam obiecane. Mamy też pewien efekt dodany – wrażenie egzotyki, odkrywania nieznanego, powiewu indyjskiej tajemnej medycyny. Bo choć doceniam bardzo to, co lokalne, wciąż jednak ciągnie mnie do tego, co dalekie.

Przyczepić mogłabym się jedynie do tego, że oba kremy są tak podobne, że ciężko rozróżnić ten na noc i na dzień tak na szybko. Niemniej jednak opakowania są praktyczne, higieniczne i w porządnej 50 ml pojemności.

Po więcej odsyłam Was na stronę Orientany!

Naturalny wrześniowy wish list

Jako, że natknęłam się ostatnio na kilka niezwykle ciekawych nowości w świecie kosmetyki naturalnej, spiszę do Was z nową wish listą!

A w niej 8 perełek do przyjrzenia się bliżej i wypróbowania! Ot, wyzwanie na jesień!

A może już coś znacie? Ciekawa jestem Waszych opinii!


  1. Magiczny olejek do twarzy Róża Stulistna From a Friend – Lekki, nawilżający olejek do twarzy skomponowany z cennych bio-olei, olejków eterycznych, ekstraktów i witaminy C. Bestseller From a Friend i absolutne must have dla tych, którzy kochają różę za jej zapach i działanie. Bazą olejku jest olej kukui i macerat z róży damasceńskiej w skwalanie, wzbogacony organicznymi olejami: arganowym, z nasion wiesiołka i dzikiej róży. Zawiera też rzadko spotykany olej Cacay, najbogatsze znane wśród olei źródło naturalnej witaminy A (3 razy tyle co olej z dzikiej róży!). Naturalna alantoina z żywokostu, fitosterole z awokado i ekstrakt z orchidei, a także olejek z drzewa sandałowego intensywnie regenerują i wygładzają twarz, a doskonała stabilna pochodna witaminy C oraz witamina E pobudzają skórę i – wraz z ekstraktem z nawrotu lekarskiego – wyrównują jej koloryt / From a Friend
  2. ILIA Stella by Starlight – Multi-Stick – Rozświetlacz – w odcieniu ciepłego różu bogaty w organiczne składniki roślinne (odcień Rose Gold)! Pięknie ożywia skórę nadając jej naturalny blask. Podkreśla górne kości policzkowe, brwi, wewnętrzny kącik oczu, grzbiet nosa i środek wzdłuż łuku amora, aby dodać natychmiastowy zastrzyk świetlistości i witalności swojej skórze / Organicall
  3. Fresh Adds effect Booster pielęgnacyjny dla jędrnej skóry Ringana – Produkt “SOS”, zapewniający natychmiastowy efekt napinający. Innowacyjne składniki przenikają do głębokich warstw skóry, gdzie ujawniają swoje wyjątkowe działanie przeciwzmarszczkowe. Zastrzyk piękna z efektem liftingu, błyskawicznie wygładza i odmładza skórę / Ringana
  4. Krem to twarzy Bergamotka & Orzech Laskowy Sapunoteka – Krem zawiera wyłącznie składniki pochodzenia naturalnego. Olej jojoba, olej z orzechów laskowych regenerują, nadają skórze miękkość. Olejek z drzewa herbacianego działa przeciwbakteryjnie. Olej z bergamotki zmniejsza świecenie się skóry, obkurcza pory. Witamina B3 oraz E regenerują skórę. Kwas hialuronowy intensywnie nawilża / Sapunoteka
  5. Bosphaera Dwufazowe serum ujędrniające przeciw zmarszczkom – Innowacyjna formuła serum łączy ze sobą 18 aktywnych składników, w tym oleje – z pestek śliwki, z pestek malin, z pestek arbuza, z lnianki siewnej, z nasion czarnej porzeczki oraz jojoba. Tak kompleksowe połączenie synergistycznie działających składników wzbogaconych o 5 witamin i komórki macierzyste jeżówki wąskolistnej, sprawia że skóra wokół oczu zostaje wzmocniona, a cienie zmniejszone / Biofresa
  6. Hydrolat malinowo-aloesowy Manufaktura Natura – hydrolat malinowy na bazie wody aloesowej działa na skórę kojąco, bakteriobójczo, zmniejsza stany zapalne, łagodzi podrażnienia, odżywia, nawilża, regeneruje i chroni skórę przed szkodliwym działaniem wolnych rodników. Polecany do wszystkich typów cery, szczególnie do cery dojrzałej, zmęczonej i trądzikowej / Manufaktura Natura
  7. Benecos Podkład w sztyfcie IVORY – wegański podkład w sztyfcie to wysoki stopień krycia i naturalny efekt. Odpowiedni do każdego rodzaju cery. Może pełnić zarówno funkcję podkładu, jak i korektora czy produktu do konturowania twarzy / BIOECO
  8. Baby Anthyllis Zero, Płyn do kąpieli dla dzieci – produkt stworzony w celu zapewnienia komfortu i nawilżenia skóry dziecka. Zawiera ekstrakt z organicznych migdałów, który wraz z lekką pianką zapewnia czystość skóry i wyjątkową delikatność. Jest to produkt bezzapachowy, zmniejszając tym samym ryzyko występowania alergii. Dzięki zawartym w produkcie prebiotykom naturalnego pochodzenia, pomaga wzmocnić naturalną barierę ochronną dziecięcej skóry / Ekomaluch
Facebook