KategorieNaturalna pielęgnacja

Południowe słońce na twarzy

Pamiętacie może TEN wpis o pachnących kosmetykach rodem z Chorwacji?

Niedawno napisała do mnie ponownie Martina, właścicielka sklepu Dalmatinka, z którego owe kosmetyki pochodziły, że pojawiły się właśnie u niej super gąbeczki. No i czy nie zechciałabym takiej wypróbować, a potem i Wam pokazać. Jako, że wciąż tak tęskno mi do południowego słońca i wszystkiego, co przywodzi na myśl ciepłe morze, zgodziłam się chętnie.

Wraz z gąbeczką przyleciały do mnie inne cudowności – NARANCA – pomarańczowy krem do twarzy Herbae oraz kolejne urocze mydełko 757 The Sea Heart. A to właśnie ten kremik stanowi coś w rodzaju… przeniesienia tego południowego słońca na nasza buzię! Ale o tym za chwilę…

Zacznę od gąbeczek. Skąd się wzięły? Martina wyjaśnia na sklepowym blogu: z morza, a dokładniej z Adriatyku. Gąbki są w 100% naturalne, rosną w głębinach, jednak nie musisz się martwić gąbka morska to surowiec odnawialny. Podczas zbiorów doświadczeni nurkowie za pomocą specjalnych haków odcinają część gąbki, pozostawiając jej podstawę, co umożliwia szybki porost kolejnej gąbki dokładnie w tym samym miejscu.

Zadbaliśmy o to by farma, z której pochodzą gąbki dokładnie znała się na swoim fachu a przy tym dbała o środowisko morskie i tak rodzinna manufaktura AQUA SUB z Szybenika z 300 letnią tradycją zaopatrza nas w gąbki łowione u wybrzeży Adriatyku. Umiejętności i wiedza potrzebna do zbierania gąbek oraz sposób ich ręcznej obróbki przekazywane są z pokolenia na pokolenie w rodzinie nurków. Warto też wspomnieć, że zbieranie gąbek odbywa się na głębokościach sięgających do nawet 50 metrów.

Gąbki dostępne w naszym sklepie to gąbki z gatunku fine silk. Gatunek ten charakteryzuje niezwykła tekstura gąbki – bardzo miękka, delikatna dla skóry. Dzięki temu gąbki polecane są wszystkim, również dzieciom oraz osobom ze skórą wrażliwą i skłonną do podrażnień. Gąbka sucha jest sztywna, mięknie dopiero po kontakcie z wodą. Gąbki różnią się kształtem, mogą być grubsze lub płaskie.

Dodam od siebie, że gąbeczka jest jeszcze zwyczajnie urocza! I faktycznie mięciutka i przyjazna skórze. Bardzo spodobała się mojej córci. Jest też na tyle delikatna, że można nią myć buzię, bez obawy o podrażnienia, choć sama jednak mimo wszystko wystrzegam się gąbeczek w pielęgnacji cery problematycznej. Najbardziej lubię używać ją do ciała, razem z chorwackim mydełkiem. Czuję się wtedy, jakbym dopiero co wyszła z morskiej kąpieli i bardzo mi z tym dobrze.

Niezwykle ważne jest, aby taką gąbeczkę odpowiednio traktować. Po użyciu musi koniecznie być dobrze wymyta, a potem cała wyschnąć. Wtedy posłuży nam dłużej.


Wróćmy do kremiku! Dla mnie jest on właśnie takim południowym słońcem na twarzy! Kiedy jest mi źle i dopada mnie listopadowa chandra, wystarczy nałożyć go sobie odrobinę choćby na usta. Raz, że cudownie je odżywi, dwa – tak wspaniale pachnie świeżym olejkiem pomarańczowym, że od razu chce się żyć! Nie wiem, czy pamiętacie, że ten olejek właśnie ma właściwości antydepresyjne i dodające energii. Jeśli jeszcze uzupełnimy to całą mocą chorwackiego dobra w postaci pozostałych składników – oliwy z oliwek tłoczonej na zimno, oleju migdałowego, nierafinowanego wosku pszczelego, oleju z kiełków pszenicy tłoczonego na zimno – mamy południową odżywczo-energetyzującą bombę.

Jak widzicie po składnikach, nie jest to krem z dodatkiem fazy wodnej, a raczej gęste masełko. Jestem pewna, że super sprawdzi się u nas jesienią i zimą. Mam zamiar używać go na mróz, do buzi mojej i moich córek. Na razie sprawdza się idealnie jako treściwszy dodatek do mojego kremu na noc. Stosuję aktualnie krem, który cudownie pielęgnował cały ciepły sezon. Teraz jednak brakuje mu odrobiny mocniejszego odżywienia i ukojenia. A że go lubię bardzo, a także dlatego, że tak treściwych masełek nie nakładam samych na buzię, mieszam nieco oba produkty na dłoni i taką mieszaninę wklepuję w cerę. I to jest genialne!

No i jak pachnie! Naprawdę trudno się powstrzymać, przed spróbowaniem!

Krem polecam do stosowania także bardzo uniwersalnego – jak to naturalne masełko – do ust, do ciała, do przesuszonej skóry łokci czy pięt, jako kojący okład na skórę poszarzałą i podrażnioną, jako tzw. balsam SOS. Przy okazji zawsze poprawi nastrój!

A mydełko? Ponownie – za szybko się kończy 🙂 Jest jednym z tych naturalnych, pachnących olejkami eterycznymi (cudnie cytrusowymi znowuż) mydełek, które skóra tak lubi. I jakie ma ładne opakowanie! Polecam na prezent!


Wszystkie produkty znajdziecie w sklepie Dalmatinka.

I jeszcze ważna wiadomość od Martiny:

Promocja BLACK WEEK obejmuje pielęgnację do twarzy i ciała – mnóstwo produktów taniej aż do 20%!

Promocja trwa do końca dnia 29.11. *do wyczerpania zapasów

Nowości marki i sesja Biolaven

Całkiem niedawno marka Biolaven wypuściła serię nowości. Miałam przyjemność wykonać zdjęcia nowym produktom, a potem równie radośnie zabrałam się do próbowania.

I co? Hmm?

I już wiem!

Tych kilka kosmetyków wygląda całkiem niepozornie. Ba, trochę nawet giną zapewne w kosmetycznym tłumie. Mają bowiem zupełnie niepozorne opakowania reprezentujące całą serię. Nie wyróżniają się. A szkoda…

Każdy bowiem z tych kosmetyków jest naprawdę ciekawy. A nawet wyjątkowy!

Każdy jest oryginalny, przemyślany i wpisujący się we współczesne potrzeby i trendy. Naprawdę szkoda, że tak trochę giną w całej serii. Sądzę bowiem, że marka idzie w świetnym kierunku i stawia na bardzo nowoczesne, a jednocześnie tradycyjne podejście do produktów.

Najbardziej do serca przypadły mi oba kolorowe słoiczki. Jeden różowiutki z maską całonocną, drugi brązowy – z peelingiem enzymatycznym. Oba uwielbiam!

Maseczka rozjaśniająco-wygładzająca do zaawansowanej pielęgnacji każdego typu cery. Zawiera wyjątkowy ekstrakt z sycylijskich białych winogron, zawierający mieszaninę kwasów organicznych (AHA). W połączeniu z resweratrolem, kompleksem ceramidów, kwasem hialuronowym działa dwufunkcyjnie: rozjaśnia i rozświetla dzięki złuszczającym właściwościom kwasów oraz spłyca istniejące zmarszczki, silnie nawilża i znacznie uelastycznia skórę twarzy, szyi i dekoltu.

Maska świetnie zastępuje nocny krem. Jest treściwa, ale mimo to lekka. I ten kolor! Mam wrażenie, jakbym nakładała na twarz lawendowe wino. Może to te sycylijskie winogrona tak do mnie przemawiają… Spróbujcie – rano buzia jest bardzo wdzięczna!

Kiedy natomiast masuję cerę peelingiem enzymatycznym, wydaje mi się znowuż, jakbym nakładała na nią słodkie ciasteczko! Tak przyjemnie bowiem on pachnie. Masuję i masuję, zostawiam na chwilę, z potem dotykam i dotykam taką miękką, gładką skórę. Czysta przyjemność!

Bezwodny preparat działa złuszczająco dzięki zawartości enzymów papainy i bromelainy, które aktywują się w momencie połączenia z wodą. Delikatna formuła, łatwa w aplikacji sprawia, że peeling może być stosowany nawet przy najbardziej wymagających i wrażliwych cerach. Skutecznie usuwa martwe komórki naskórka, wygładza i wyrównuje koloryt skóry.

Ogromnie zadowolona jestem także z obu kosmetyków do włosów. Należę do tych osób, które męczą tradycyjne odżywki. Często o nich zapominam, nie lubię czekać i spłukiwać włosów po nich. Wybawieniem są tu więc produkty do spryskiwania po myciu! Całkiem niedawno polubiłyśmy z moją córcią dziecięcą odżywkę ułatwiającą rozczesywanie Sylveco Kids, a tu proszę – jest i wersja dorosła. A musicie wiedzieć, że włosów to ja mam sporo i rozczesywanie ich zawsze było udręką. Tymczasem, sięgam sobie po Odżywkę – mgiełkę do włosów i skóry głowy, która pachnie obłędnie lawendowo i od razu mi się te włosy rozczesują, a i jak ładnie przy tym wyglądają!

Na pewno słyszeliście o płukankach octowych, które mają zakwaszać włosy, przez co te stają się miękkie i lśniące. Można sobie takie zrobić w domu, a można też sięgnąć po Tonik do włosów i skóry głowy stworzony na bazie organicznego octu z czerwonych winogron. On z kolei pachnie wspaniale winogronowo. Stosujemy to to dwa razy w tygodniu na umyte lub suche włosy i cieszymy się ich wyglądem. Bardzo polecam jeśli tak jak ja, macie okrutnie twardą wodę w kranach.

Pora na dezodorant! I to jest chyba najlepszy dezodorant z całej oferty Sylveco! A przynajmniej najbardziej go lubię. Używamy razem z córcią, bo jest łagodny i naturalny. Stanowi coś w rodzaju kojącej emulsji na delikatną skórę pod pachami, która przy okazji zapobiega nieprzyjemnemu zapachowi. Bardzo polecam!

Naturalny dezodorant, zawiera kompleks ekstraktów o właściwościach ściągających (kora dębu, liść szałwii lekarskiej i kwiaty lawendy) i wraz ze składnikami absorbującymi pot, niweluje nieprzyjemny zapach. Kombinacja olejków eterycznych z bergamotki i lawendy w połączeniu z aromatyczną kompozycją winogronową pozostawia uczucie pachnącej świeżości i komfortu przez dłuższy czas.

Na koniec dwie pianki! Pierwsza – myjąca do twarzy, druga – do higieny intymnej. Obie szalenie delikatne i przyjemne w użyciu. Bardzo praktyczne i bezpieczne.

Pianka do twarzy zawiera kompleks składników zwiększających nawilżenie warstwy rogowej naskórka. Olej kokosowy, oliwa z oliwek i olej z pestek winogron oraz dodatek kwasu mlekowego gwarantują utrzymanie fizjologicznego pH i równowagi bariery hydrolipidowej. Alantoina i ekstrakt z lawendy wykazują działanie kojące, zmniejszają podrażnienia i zaczerwienienia. Jestem w trakcie drugiego opakowania i polecam z całego serca. Ładnie zmywa całodzienny trud i nie ingeruje w problematyczną skórę.

Pianka do higieny intymnej natomiast – dzięki zawartości ekstraktów z lawendy i szałwii lekarskiej, wykazuje działanie regenerujące, łagodzące i osłonowe. Skwalan i olej z pestek winogron, alantoina, panthenol i mleczan sodu zapewniają odpowiednie nawilżenie i przeciwdziałają podrażnieniom. Optymalne stężenie kwasu mlekowego pozwala utrzymać równowagę naturalnej mikroflory bakteryjnej, zapewniając uczucie czystości i komfortu. Również bardzo polecam do codziennego stosowania.


Wszystkie nowości Biolaven znajdziecie na stronie Sylveco.

A ja pozostawiam Was z częścią zdjęć z sesji produktowej marki!

Kosmetyczny post z wiosny

Ten post wiszę Wam od wiosny 🙂 A dokładniej, to planowałam go jeszcze przed porodem. Na bieżąco wrzucałam coś niecoś na Instagram, ale to stanowczo nie wyczerpuje tematu. Nadrabiam więc teraz i podrzucam Wam kilka kosmetycznych perełek, nowości czasu wiosennego, które szczególnie przypadły mi do serca!

Tak naprawdę tych perełek, które odkryłam ostatnimi czasy jest więcej, przewijały się one na szczęście przez Lili. Mam tu na myśli chociażby całą masę naturalnych kosmetyków z Rosa. Panna Poranna, które widzieliście na zdjęciach kilka wpisów temu. Wszystkie nowości Sylveco zasługują na uwagę (wkrótce pokażę Wam tu kolejne)! Nie zapomnijcie też o kosmetykach prosto z Chorwacji, które też niedawno gościły na blogu. Jest tego sporo.

Te tutaj to taki mały miks produktów, które zasługują na specjalne pokazanie.


Słowem wstępu napomknę o hydrolatach Rosa. Panna Poranna. Wiecie, że je uwielbiam, a i są szczególnie bliskie mojemu sercu, bo tworzyłam Rosie całą grafikę. Zachwycam się nimi wciąż – czy to w gorące letnie dni, kiedy są wybawieniem dla skóry w postaci mgiełki, czy o każdej innej porze roku, kiedy służą mi za cudownie pachnące toniki lub po prostu odświeżają cerę w ciągu dnia.

I choć hydrolatów tych nie zaliczam do mojego wiosennego wpisu, muszę Wam o nich przypomnieć!

Wszystkim, którzy sentymentalnie tęsknią już za latem, bardzo polecam mocno kwiatową piwonię.

A tym, którzy jesień kochają całym sercem, najbardziej polecam hydrolat dyniowy! Choć i śliwka i gruszka są boskie. Ale ta dynia…. Mmmmm…

Wszystkie znajdziecie na stronie Rosa. Panna Poranna.


Ależ ananasowe miałam lato! I ananasowo mi do teraz! Tak bardzo bowiem spodobała mi się seria marki Bielenda – Eco Sorbet.

Znajdziemy w niej kosmetyki brzoskwiniowe, malinowe i ananasowe właśnie. Mi najbardziej przypadły do gustu serum i kremik. I kończę już któreś z rzędu opakowania i wciąż jestem bardzo zadowolona. Raz, że kosmetyki mają w sobie taką dobrą, letnią energię, dwa – faktycznie świetnie działają. Trzymają w ryzach moją problematyczną skórę, wyciszają, doskonale koją, przyjemnie rozświetlają. Serum – booster stosuję po oczyszczeniu i tonizowaniu skóry na noc, krem i wieczorem i rano. Ma on w sobie bardzo delikatne rozświetlające drobinki, fajnie więc działa na dzień. W składzie znajdziemy sok z ananasa, kwasy AHA i witaminę C, które razem nawilżają, wyrównują koloryt, rozjaśniają przebarwienia i zapobiegają niedoskonałościom. Zostaję przy ananasie na dłużej!

Kosmetyki znajdziecie w drogeriach.



A to dwie perełki marki Orientana. Uwielbiam obie! To dwa boostery – rozświetlający i regenerujący z grzybkami reishi. Brzmi tajemniczo? Trochę tak!

Ja te grzybki poznałam już jakiś czas temu – stosowałam kremy z tej serii i bardzo je sobie chwaliłam. Grzyby mają działanie przeciwstarzeniowe, antyoksydacyjne, nawilżające i rozjaśniające przebarwienia. Całkiem niedawno do rodzinki dołączyły te dwa skoncentrowane produkty, które ją doskonale uzupełniają.

Moim zdecydowanym faworytem jest booster rozświetlający na dzień z rzeczonymi grzybkami i różeńcem górskim. Jest leciuteńkie i niemal magiczne, bo daje efekt natychmiastowego rozświetlenia. Zawdzięcza to zawartości takich maciupeńkich drobinek, prawie niewidocznych, które rozsmarowane na buzi wyglądają bardzo naturalnie. Kosmetyk świetnie sprawdzał mi się latem, jako leciutki krem pod równie leciutki makijaż mineralny. Odrobina tego rozświetlenia, kilka maźnięć pędzelkiem z mineralnym podkładem i całość wyglądała bardzo fajnie.

Polecam też booster regenerujący, który widocznie poprawia jakość skóry – mam wrażenie, że dzięki niemu jest faktycznie ładnie naprężona. Latem stosowałam go samodzielnie – wymiennie z moimi ananasowymi kosmetykami. Jesienią sprawdza się jako serum pod krem. Lekki, ale czuć, że ma moc.

Kosmetyki znajdziecie na stronie Orientana.

I ponownie Orientana, ale muszę wspomnieć jeszcze o jej maseczkach glinkowych w takich nowych praktycznych opakowaniach! Są to papierowe ekologiczne saszetki idealne na jeden raz. Myślę, że warto to tu zaznaczyć.

Uwielbiam te maski – dzięki zawartości glinki mocno oczyszczają, a dodatki odpowiednio pielęgnują buzię. I jak one pachną! Intensywnie, egzotycznie, uzależniająco.

Mamy trzy rodzaje masek – migdał i szafran (chyba najlepsza, mocno odżywcza), miodla i drzewo herbaciane (cudna do cery problematycznej, przeciwzapalna) oraz imbir i trawa cytrynowa (także świetna na stany zapalne, wzmagająca regenerację i odświeżająca). Do wyboru do koloru. Myślę, że to ten typ kosmetyków, które warto zawsze gdzieś w szufladzie trzymać i sięgać po nie w razie ochoty lub potrzeby – mogą sprawdzić się bardzo dobrze, jako kosmetyki S.O.S.

Maski także dostępne na stronie Orientana.

Zdjęcie z dzidziusiem w tle 🙂 Ale jego głównym bohaterem jest całkiem jeszcze nowy płyn micelarny marki Make Me Bio.

Jest to kosmetyk z rodzaju tych po prostu bardzo przyzwoitych – spełnia doskonale swoją funkcję, ma krótki, prosty i jasny skład, jest naturalny, łagodny, ale skuteczny. Do tego opatrzony w również dosyć jeszcze nową szatę graficzną, całkiem miłą dla oka. Zarzucić mu jedynie mogę brak różanego zapachu, bo przyznam, że na niego liczyłam.

Polecam go bardzo wszystkim zwolennikom prostoty, naturalności i funkcjonalności.

Płyn znajdziecie na stronie Make Me Bio.

Już dłuższy czas temu miałam Wam też donieść o nowościach Oleiq. Już nawet nie pamiętam, kiedy mi się one skończyły. Ale wspomnieć warto, bo to niby proste, a jakże cenne produkty.

Mamy więc olejek z opuncji figowej, który znam z nieco innego wydania od dawna oraz coś zaskakującego – hydrolat z tejże opuncji. Oba zamknięte w charakterystyczne dla marki opakowania w dawnym farmaceutycznym duchu, które osobiście bardzo lubię.

Olejek jest niezwykle cennym specyfikiem o wysokiej sile odmładzającej. „Wykazuje silne działanie antyoksydacyjne, przez co uodparnia skórę na działanie czynników zewnętrznych. Stosowany regularnie wygładza i uelastycznia, poprawia napięcie i koloryt skóry.” Idealnie nadaje się sam w sobie jako olejkowe serum – 2-3 kropelki pod krem. Ja najchętniej łączę jedną – dwie kropelki z wieczorną porcją kremu i taką mieszaninę nakładam na twarz. Mam wrażenie, że w ten sposób najlepiej się wchłania. Można też dodawać go do maseczek – na przykład tych glinkowych z Orientany, aby nie zaschnęły nam na twarzy za szybko.

Niespodzianką był jednak opuncjowy hydrolat. Niestety nie pachnie on jakoś szczególnie ciekawie czy kusząco. Raczej prosto, ziołowo. Polubiła go za to moja skóra, dla której stanowi odświeżający tonik o działaniu przeciwstarzeniowym. Warto dodać go do codziennej pielęgnacji.

Kosmetyki znajdziecie na stronie Sylveco.

Na koniec – marka Duetus i coś szalenie praktycznego – Żel pod prysznic i szampon 2w1!

Po pierwsze – marka ma charakter uniwersalny – jej produkty przeznaczone są do pielęgnacji skóry zarówno pań, jak i panów, co samo w sobie jest niezwykle właśnie praktyczne. Po drugie – mamy tutaj solidną pojemność 500 ml i pompkę, dzięki czemu żel nie kończy się nam za chwilę i bardzo łatwo go stosować pod prysznicem. Po trzecie – jest zwyczajnie ładny! Czarna butelka z charakterystyczną etykietą stanowiącą połączenie intensywnego seledynu z czarnym alchemicznym obrazkiem. Bardzo mi się to podoba.

Ale najważniejsze jest to, że sam żel jest naprawdę świetny. Myje ciało, myje włosy (choć tu przyznam, że z tej możliwości rzadko korzystam), ładnie pachnie, ma dobry skład, nie podrażnia, nie pozostawia uczucia napiętej, szorstkiej skóry, jest delikatny, ale i on ma wyczuwalna moc.

No i jak on ładnie się prezentuje w łazience!

Żel znajdziecie na stronie Sylveco.

IN LOVE + o!figa

Hej, hej! To my! Przesyłamy Wam całą masę dobrych myśli z naszej krainy snów i baśni, którą zwiedzamy wspólnie z wielką ciekawością. A potem budzimy się razem, z tą moją małą Lilcią (i z psiną zazwyczaj też), i to są najcudowniejsze momenty. Momenty szerokich uśmiechów, drobnych całusków, psich i mamusiowych, przytulasków i gilgotek. Uwielbiam te nasze poranki. A jak jeszcze wskoczy do nas moja starsza, Róża, to już w ogóle – odpływam!

A żeby nie było za normalnie, żeby jesień była magiczna, a nie ponura, załączam Wam kilka takich właśnie magicznych i pięknych inspiracji wyszukanych w necie. Zapraszam więc na kolejne IN LOVE.

A potem… na równie magiczne i nieco szalone moje ostatnie projekty dla marki o!figa. Ja wprawdzie nadal pracuję w mocno ograniczonym zakresie, ale dla stałych klientów jestem zawsze dostępna 🙂

Będzie więc kolorowo!



Oj, zauroczył mnie ten przepiękny, delikatny, bardzo kobiecy zestaw grafik Anity Tomali. Dla tych, którzy sami nie lubią dobierać obrazków na ścianę albo tak jak ja – są zwyczajnie zauroczeni. Zestaw znalazłam na Pakamerze.

Tam też, na Pakamerze, odkryłam nową markę niezwykłych świec. Nie wiem jeszcze niestety jak pachną, ale całkowicie kupiły mnie słoiczki, pokrywki z żywicy, niezwykłe etykiety i… kształty. Sprawdźcie koniecznie sami – Melt me tender.

Czyż nie jest to pościel idealna do przenoszenia się do naszej krainy snów i baśni? A może po prostu – wgłąb sennej dżungli? Piękna pościel Dżungla z White Pocket.

Ta urocza filiżanka i równie uroczy talerzyk to fragment wyjątkowej kolekcji porcelany stworzonej wspólnie z Manufakturą Majolika Nieborów z okazji 20. urodzin magazynu Weranda. Jest to autorska, limitowana kolekcja składająca się z takich pięknych sztuk w trzech kolorach. Więcej na stronie Werandy!

Jedna z najpiękniejszych tapet, jakie widziałam! Piękna, subtelna, idealna dla małej dziewczynki. Tapeta Birds in The Night Sky z najnowszej kolekcji Dekornik.



Czadowa ta maska 🙂 Powiesiłabym! Dekoracja ścienna z Jotex.

I równie czadowy fotel 🙂 Siedziałabym! Aż z Anthropologie.

Pasieki Rodziny Sadowskich co rusz zachwycają coraz to ciekawszymi nowościami. Dopiero co pokazywałam Wam kosmetyki z miodem, a tu już kolejna niezwykła nowość. Seria trzech miodów – z wiśnią, z pigwą i z jabłkiem i cynamonem, z cudownymi etykietkami, które zdobią ilustracje szalenie zdolnych ilustratorek. Mnie najbardziej kusi ten miodek z wiśnią! / Pasieki Rodziny Sadowskich

A jak już jesteśmy w temacie rzeczy czadowych i szalonych, to spójrzcie na ten zestaw trzech dywaników KARISMATISK z Ikea! Świetne są!

I na koniec piękne zasłony, które o-jakże-by-mi-pasowały do salonu! A dokładniej – komplet zasłon welurowych przedstawiający krajobraz rysowany ołówkiem stylu vintage. Od SOWE z Pakamery!


Dobra, to teraz kilka ostatnich projektów dla marki o!figa.

Te najnowsze dopiero czekają na premierę, więc to następnym razem. Tymczasem podsyłam cztery produkty, czyli etykietki, wzory i kolaże produktowe. Jak zawsze 🙂

Sylveco dla dzieci 3+

Czy już wiecie? Czy widzieliście? Czy Wasze dzieci już próbowały?

Bo tak, oj tak – Sylveco całkiem niedawno wypuściło nową, nowiutką, cudowną serię! Serię kosmetyków dla dzieci 3+!

Spieszę więc ją w Lili zaprezentować! Z lekkim opóźnieniem, ale mam nadzieję, że rozumiecie – bobas i te sprawy… Ale zaprezentować muszę podwójnie!

Po pierwsze – zdjęcia są fragmentem sesji produktowej, którą robiłam dla marki, ale też razem z moją starszą córą, od dłuższego czasu testowałyśmy sobie całą serię i jesteśmy pełne przemyśleń. Dodam od razu – bardzo dobrych przemyśleń!


Ale zacznę od opakowań. No przyznajcie sami – czy nie są urocze? To chyba najpiękniejsze opakowania jakie marka wraz ze swymi wszystkimi markami córkami, ma w ofercie! Delikatne pastelowe, różowe i miętowe etykiety, butelki i kartoniki zdobią rysunki przesłodkich zwierzaczków. Mamy króliczki, jeżyki, misie i liski, w różnych łazienkowych pozach. Jesteśmy nimi zauroczone! Jestem też pewna, że cała seria cudownie wpisuje się w aktualne trendy i znajdzie swoje miejsce zarówno w tych wszystkich instagramowych rozkosznych pokoikach, jak i w naszych zupełnie zwyczajnych łazienkach. I na pewno zawsze wywoła uśmiech!

W serii znajdziemy dwie pasty do zębów – z fluorem i bez, płyn do kąpieli, szampon i odżywkę 2w1, aż trzy pianki – dwie do rąk, jedna do mycia włosów i ciała, odżywkę ułatwiającą rozczesywani i łagodzący krem do twarzy.

Moja Róża ma już 10 lat i pomimo tego, że teoretycznie kosmetyki jednak są dla nieco młodszych dzieciaczków, to i jej bardzo się spodobały i sama chętnie używa ich na co dzień. No i te zapachy! Uwielbiamy!

Hitem w naszym domu stała się odżywka ułatwiająca rozczesywania. Róża jest zachwycona, bo jej włosy po myciu przyjmują ją bardzo chętnie, a co najważniejsze – ona faktycznie działa! Sama też ją stosuję czasami i muszę stwierdzić, że jest niezwykle przyjemna, a i włosy bardzo ją lubią.

Zakochałyśmy się też w tych wszystkich, lekkich jak chmurka, piankach! Pachną smakowicie, jak słodycze, a mycie się nimi jest wielka przyjemnością. Są naprawdę łagodne, a przy tym bardzo praktyczne i wydajne.

Obie też uwielbiamy kąpiele z pianką o tym wspaniałym borówkowym zapachu! A Róża bardzo docenia swój pierwszy prawdziwy, własny krem. Jest łagodny, naturalny i naprawdę łagodzi skórę.

W zasadzie tylko jeden produkt nie do końca przypadł mojej Róży do gustu – pasta do zębów bez fluoru o zapachu czarnej porzeczki. No jakoś nie może tego smaku zaakceptować. Polecamy jednak spokojnie tą miętową – zapach/smak jest bardzo delikatny, a pasta sprawdza się bardzo dobrze.


Po wszystkie produkty odsyłam Was na stronę Sylveco – TUTAJ.

I zapraszam także do mojego portfolio (które muszę mocno uzupełnić…) >> LILI CREATIVE


Pachnące kosmetyki rodem z Chorwacji

W Chorwacji byłam w zeszłym roku, we wrześniu. Pierwszy raz. Nie wiem czemu pierwszy, jakoś nie było okazji. Jak się pewnie domyślacie, było pięknie! Jestem pewna, że wiele, wiele spośród Was dobrze zna ten kraj, wraca chętnie i często. Zwłaszcza teraz, kiedy możliwość dojazdu własnym samochodem jest tak istotna. Zamykamy więc oczy na chwilkę i przenosimy się nad skaliste wybrzeże, nad turkusową wodę, do gajów oliwnych, wąskich uliczek i tych pysznych małych knajpek.

Widzicie to? Ja nie tylko widzę, ja jeszcze to czuję! Nakładam odrobinę balsamu na dłonie i zwyczajnie odpływam. Przenoszę się na chorwackie wybrzeże, na ziołowe łąki, w cień drzewek cytrusowych. Bo ten balsam, moi drodzy, pachnie jak Chorwacja. Pachnie jak wakacje. Prawdziwie.

Ale od początku…



Napisała do mnie Martina, właścicielka sklepu Dalmatinka. Napisała tak ładnie, że od razu chciałam zobaczyć, co tam ciekawego w tym sklepie znajdę. I znalazłam całą masę ciekawych rzeczy! I to takich, które pamiętałam z chorwackich sklepików i straganów, na których wyszukiwałam, jak zawsze, tamtejsze kosmetyki. A że opakowania mają tak charakterystyczne i oryginalne, dobrze zapadły w mojej pamięci.

Martina tak pisze o sobie: Mam na imię Martina i jestem w połowie Polką a w połowie Chorwatką. Pomysł na śródziemnomorski beauty concept narodził się w mojej głowie na początku pandemii, kiedy to zamknięcie granic uświadomiło mi, że moja ulubiona chorwacka pielęgnacja nie jest tak łatwo dostępna w Polsce. Po wybraniu swoich kosmetycznych ulubieńców znad Adriatyku wybrałam marki, z którymi nawiązałam współpracę. Małe, rodzinne manufaktury odwiedzam osobiście. Poznaję historię producentów oraz proces wytwarzania kosmetyków. Szukam produktów z prostymi składami, kosmetyków przemyślanych, wytwarzanych ręcznie i oczywiście kosmetyków zapewniających przyjemne doznania i świetne efekty.  



Ufam więc Martinie i jej wyborom. Zwłaszcza teraz, kiedy sama popróbowałam tych kosmetyków. Wiem, że Martina dobrze się zna na tym, co w jej kraju najcenniejsze. Że w tych kosmetykach znajdziemy choćby oliwę z oliwek, lawendę, nieśmiertelnik, olejki z cytrusów, rozmaryn, olejki z drzewa różanego czy sól morską z wyspy Pag – czyli ogrom słonecznego dobra i tchnienie lata.

Wybrałam kilka produktów najbardziej intrygującej marki 757. To właśnie jej opakowania są tak charakterystyczne i wyjątkowe. Proste, biało-czarne, z jednym tylko małym kolorowym akcentem w logo i z tymi niezwykłymi kreskowymi ilustracjami. Marka oferuje to, co często najprzyjemniejsze – sporo uroczych naturalnych mydełek, które po prostu uwielbiam, a które wspaniale nadadzą się na piękne prezenty, olejki i peelingi.


Zwracam tu szczególną uwagę na peeling właśnie. Mój nazywa się Valley Down South i ma zapach pomarańczy i cytryny. W środku znajdziemy sól morską, oliwę, olejek konopny, masełko shea, olejki cytrusowe i zmielone pestki moreli. Całość zamienia się w unikalne doznanie, w rytuał niemalże, który oczyszcza skórę i pozostawia ją mocno odżywioną i nawilżoną. Polecam jednak od razu sięgnąć po większe pojemności, bo ten mały słoiczek jest stanowczo za mały. Doceniam jednak bardzo sam kosmetyk, to, że jest wytwarzany ręcznie i zawiera same naturalne składniki.



Zakochałam się totalnie w kremie do ciała marki Herbae Dalmatiae! I to jest naprawdę hit, który powinien znaleźć się w każdej łazience. A już na pewno zimą, kiedy tak bardzo brakuje nam południowego słońca.

Ten krem, o konsystencji lekkiego masełka i wyglądzie budyniu waniliowego jest genialny. Powstał a bazie wody lawendowej i oliwy, które wzbogaconą olejkami ze słodkich migdałów i jojoba oraz masłem kakaowym. Całość okraszono gamą energetyzujących olejków cytrusowych. Krem jest bardzo delikatny, szybko się wchłania, ale pozostawia na skórze wyczuwalną warstwę ochronną. Polecam stosować na wieczór, po kąpieli, pięknie nam wtedy zamknie wilgoć w skórze. Ale to nie wszystko! Krem bowiem tak przyjemnie koi i regeneruje! I to nie tylko skórę, ale mam wrażenie, że równie dobrze działa na zmysły. Uspokaja i poprawia nastrój. Jest prawdziwym łagodzącym plastrem na podrażnioną skórę i codzienne smutki. W każdym razie mi dodaje uśmiechu za każdym razem, kiedy po niego sięgam.



Wszystkie kosmetyki prosto z Chorwacji znajdziecie na stronie Dalmatinka.

Mam tez niespodziankę! Z kodem „LILI” otrzymacie 15% rabatu 🙂

Bardzo polecam! A jeśli jesteście właśnie w Chorwacji lub planujecie wyjazd – zazdroszczę!


Facebook