KategorieNaturalna pielęgnacja

W roli głównej: PuroBIO

Znacie już kosmetyki PuroBIO?

Dla mnie była to nowość, w zasadzie całkowita. Z wielkim więc zaciekawieniem przyjrzałam się tym kilku produktom, które to dzisiaj występują w roli głównej.

Prezentują się całkiem całkiem, prawda? Tylko jak się sprawdzają?


Co to to PuroBIO? Jest to otóż włoska marka kosmetyków kolorowych, oferująca pełen zakres produktów do makijażu, ale także maski czy mydła. Zacytuję tu ze strony dystrybutora:

PuroBIO Cosmetics koncentruje się na tworzeniu organicznych kosmetyków do make-up przeznaczonych dla każdego typu cery.

Do produkcji naszych kosmetyków używamy wysokiej jakości certyfikowanych organicznych składników. Eliminując substancje niebezpieczne redukujemy ryzyko alergii. Dzięki działaniu mineralnych i roślinnych składników aktywnych czerpiemy z natury to co najlepsze. W naszych kosmetykach brak jest niebezpiecznych silikonów i wazeliny.


No dobra, to może zacznę od paletki, którą na początku byłam zachwycona. Nie miałam wcześniej podobnego gadżetu i na pierwszy rzut oka sam pomysł wydał mi się genialny. Mamy bowiem całkiem elegancką paletę z magnetycznym spodem, w której możemy dowolnie komponować zawartość – wymienne wkłady kosmetyków marki, które przyczepiamy w odpowiednim miejscu. Brzmi dobrze? No, może i brzmi.

Problem w tym, że ta paletka jest faktycznie dosyć duża i nieporęczna. Nie zabiorę jej do torebki, choć chciałabym mieć ten puder zawsze przy sobie. Trudno nawet było wziąć ją w dalszą podróż, bo jest naprawdę niepraktyczna. Sprawdzać więc może się jedynie stacjonarnie, w domu, gdzie sobie spokojnie leży. Poza tym, codzienne używanie kosmetyków, ciągłe aplikacje pędzelkami i mimo wszystko – dosyć luźna ich konsystencja, sprawiają, że wszystkie kosmetyki pokryte są pyłem z pozostałych…


Znacznie więc bardziej praktyczniejsze wydają się jednak kosmetyki pakowane osobno, choć wiąże się to zarówno z większymi kosztami, jak i skutkami środowiskowymi. Wybór więc niełatwy, ale… o nic się nie bójcie, bo okazuje się, że i pojedynczym opakowaniom można tu wymienić wkład na nowy! No, a ja jednak wolałabym mieć ten puder zawsze pod ręką.


Bo to właśnie puder spodobał mi się najbardziej. Jest lekki, ale dobrze kryje i świetnie matuje. Kolor ładnie wtapia się w cerę, zaraz w niej niknie. Nie zapycha, a wręcz mam wrażenie, że łagodzi niedoskonałości. Puder “absorbuje nadmiar sebum i wyrównuje koloryt cery. Dzięki zawartości pudru ryżowego przedłuża trwałość makijażu. Wykazuje silne działanie pielęgnacyjne i odżywcze dzięki zawartości organicznych olei takich jak makadamia, morelowy, avocado, karanja. Formuła wzbogacona również o masło shea łagodzi podrażnienia i wspomaga regenerację skóry. ” Naprawdę!

Moim drugim faworytem stał się rozświetlacz. No, czyste złoto! Wygląda tak uroczo, że z pewnością spodoba się każdej wielbicielce… biżuterii. A tak poważnie, te drobinki złota, które tak delikatnie oblekają skórę, równie delikatnie pobłyskują i po prostu – robią robotę. “Dzięki zawartości pudru ryżowego przedłuża trwałość makijażu. Formuła zawiera organiczny olejek rycynowy dzięki czemu rozświetlacz doskonale nawilża skórę, wspomaga jej funkcje ochronne a także działa przeciwzapalnie.

Co do różu i bronzera, w zasadzie nie mam obiekcji. Rzekłabym, że są poprawne. Oba po prostu działają tak, jak mają działać, choć nie da się zaprzeczyć, że są dla skóry bardzo łaskawe. No, przyjemne takie. Cieszę się, że i one mają w sobie sporo naturalnych olejków, a nie są jedynie sypkimi minerałami. Moja skóra znacznie lepiej takie przyswaja. Nie wysuszają, a pielęgnują.


Trochę na bakier jestem za to z cieniami. Być może chodzi tylko o kolory w mojej paletce – nie wybrałam ich sama, a dostałam taki właśnie zestaw w związku z jednym eventem. Nie pasują mi niestety. Choć te pobłyskujące brązy i złota są piękne, a wszystkie dobrze napigmentowane. W sumie to to złoto najchętniej wykorzystuję, bo czasem każdy musi zabłyszczeć. Mam jednak wrażenie, że trochę za bardzo się sypią i widać je niekiedy na policzku. Choć tutaj może to być spowodowane jednak moimi nie do końca dużymi umiejętnościami makijażowymi.

W każdym razie warto przyjrzeć się marce, warto wypróbować jej kosmetyki, sprawdzić barwy. Na pewno jest to marka godna uwagi.

Wszystkie produkty znajdziecie na PuroBIO.


Wish List – Nowości

Pojawiło się ostatnio w świecie naturalnych producentów i dystrybutorów sporo ciekawych nowości, które zwróciły moją uwagę.

Najlepszym pomysłem na rozpoczęcie kwietnia będzie więc zaintrygowanie i Was właśnie nimi. Może zainteresują Was nieco bardziej, skuszą i spełnią pokładane w nich oczekiwania? A może wręcz przeciwnie?

A może inaczej – znacie je już dobrze i podzielicie się opinią?

Hmm?

Oto, co mnie najbardziej zainteresowało!



  1. PIANKA Szampon Brzoskwinia i Kolendra – do suchej i wrażliwej skóry głowy ANWEN – ciekawa nowość w pięknym opakowaniu! “Bazuje na naturalnych detergentach o łagodnym działaniu. Ekstrakty z shikakai, kolibła egipskiego i gipsówki wiechowatej – dzięki wysokiej zawartości saponin – pomagają skutecznie, a zarazem delikatnie oczyścić skórę głowy.” / ANWEN
  2. Perfumy w wosku pszczelim ZIELONE POMIDORY. Ale ciekawe! Jak one muszą intrygująco pachnieć? Uwielbiam takie gadżety do torebki! ” Świeży, kwiatowo-owocowy aromat skąpanych w słońcu aksamitek, cytrusów i czarnej porzeczki, pośród liści dojrzewających pomidorów. Zapach intrygujący, bogato zbudowany, wielowymiarowy. ” / Miodowa Mydlarnia
  3. Make Up! Naturalna pomadka i róż 05 – nie tylko dla romantyczek! Pomysł praktyczny i uniwersalny. “Pomadka i róż, której odcień powstał z czystych naturalnych minerałów, a aromat – z organicznych olejków eterycznych. Wzbogacona luksusowymi olejkami z arganu, jojoby i malin – które odżywiają i zmiękczają usta.” / Make Me Bio
  4. Tonik dwufazowy / Skóra trądzikowa, mieszana, problematyczna – ten szałwiowo-konopny płyn stanowi część całego systemu oczyszczania skóry, który proponuje marka Purepura. Warto przyjrzeć mu się lepiej! / Purepura
  5. Szampon w kostce Dziegieć – czyli jedna z nowości Herbs & Hydro.
    Nie do pomylenia z niczym innym zapach: dymu, lasu, ogniska, przygody. Niezastąpiony przy problemach skórnych, łupieżu, AZS . Tradycyjnemydlo.pl
  6. Dalej w tym trendzie, ale to coś, czego jeszcze nie widziałam – Lamazuna Naturalna kostka do mycia zębów bez fluoru Mięta Pieprzowa! Ta ekologiczna kostka do zębów jest idealnym sposobem na ograniczenie plastiku w naszym życiu. Jest wykonana w 100% z naturalnych składników i odpowiednia dla wegan / PANDAWANDA
  7. Równie ciekawy – Lamazuna Szampon w kostce do włosów normalnych Pomarańcza-Cynamon-Anyż
    produkowany ręcznie na południu Francji, tylko z pomocą naturalnych składników. Kostka mieni się mineralnym brokatem / PANDAWANDA
  8. Biolu Płyn do higieny intymnej w pięknym opakowaniu – działa kojąco na skórę dzięki wartości pH 4, chroni wrażliwą skórę okolic intymnych / Ecco Verde
  9. Manna Kremowa maseczka do twarzy z różowej glinki, z masłem aloesowym – totalnie kobieca! To mieszanina naturalnych maseł i olejów z różową glinką czyli odżywczo-oczyszczający miks w pięknym kolorze / Manna
  10. A może w klimacie wielkanocnym? Co zając może przynieść zamiast słodkości? Ano Leo & Lili – Krem do rąk Małe powitanie wielkanocne! Co powiecie na taki pomysł? / Ecco Verde
  11. Yope, Pomarańcza i jabłko, Naturalny żel pod prysznic dla dzieci – kolejna nowość marki Yope, która idzie jak burza. Spośród nowych żeli właśnie ten wydaje mi się mieć najbardziej energetyzujący zapach. / Drogeria Pigment
  12. Peeling Enzymatyczny KALI MUSLI – czyli część nowej serii Orientany. “Naturalny peeling enzymatyczny do twarzy, delikatnie złuszczający skórę, bez konieczności tarcia. Bogaty w ekstrakty roślinne. usuwa martwy naskórek, wzmacnia cerę wrażliwą i naczynkową oraz pobudza do odnowy.” / Orientana


W roli głównej: Cactus Smoothie – Serum Rewitalizujące W Organics

Za dużą częścią manufaktur kosmetycznych, z którymi miałam do czynienia, stoją wspaniałe, pełne zaangażowania i pasji, a co równie ważne, ogromnie sympatyczne dziewczyny. Tak jest i w tym przypadku!

Marika ma też specjalny dar. Potrafi zakląć dobrą energię w małych słoiczkach i buteleczkach. Kiedy bowiem tylko się je otwiera, zaczarowują nas, wywołując uśmiech na twarzy, wprawiając w dobry nastrój i chęć do działania.

Albo po prostu Marika umie dobrze komponować olejki eteryczne, które to właśnie tak wpływają na nasz organizm.

Tak jest i w tym przypadku.

Ale od początku! O marce W Organics pisałam Wam już kiedyś. Wtedy jeszcze nazywała się Willow Organics i to Willow bardzo mi się podobało. Niestety jednak, z różnych nieznanych mi względów, których mogę się tylko domyślać, pozostało samo “W”. Przynajmniej bardzo charakterystyczne jest to “W”. Zajrzyjcie więc najpierw koniecznie do tamtego wpisu – TUTAJ. Znajdziecie tam więcej informacji o marce, o tym, jak bardzo podoba mi się jej identyfikacja wizualna, a także pozostałe jej kosmetyki.



A teraz skupmy się na nowości o bardzo smakowitej i modnej (kaktusy są bardzo na topie) nazwie – Cactus Smoothie!

Jest to Serum Rewitalizujące, w którym nie można się nie zakochać! A właściwie nie można się od niego nie uzależnić! Rano działa lepiej od kawy! A wieczorem cudownie poprawia humor. Bo jak to pachnie! Totalnie energetyzująco, choć wcale nie jest to bardzo oczywisty zapach. Jest to połączenie olejku eterycznego z grejpfruta z olejkiem z drzewa różanego. Połączenie, które nie przyszłoby mi chyba do głowy, a jakże jest genialne. Dla samego tego zapachu można serum w ciemno kupować!

Choć nie sam zapach mi się tu tak bardzo spodobał. Moja skóra ma na bakier z samymi olejami. Stosuję je więc bardzo rozważnie, w niewielkich ilościach. To jednak kaktusowe smoothie przyjęła zdumiewająco dobrze. Zaznaczam jednak, że zawsze stosuję je z połączeniu z kwasem hialuronowym, które to połączenie jest dla mnie najlepszym z możliwych. Zawsze też później nakładam nieco kremu nawilżającego. Serum stosuję zazwyczaj na noc, ale i często na dzień. Nie ma żadnego problemu z nadmiarem oleju czy ze świeceniem, skóra za to staje się bardzo miękka i dobrze przyjmuje makijaż.



Zacytuję teraz ze strony co nieco informacji o składzie serum:

“Cactus Smoothie bazuje na oleju z opuncji figowej – jednym z najpopularniejszych i najbardziej drogocennych olejów anty-aging! W składzie znajdziesz również olej z owoców dzikiej róży, wyjątkowo bogaty w witaminę C, która wspomaga usuwanie zmian pigmentacyjnych. Olej z dzikiej róży zmiękcza, poprawia jędrność skóry i wzmacnia naczynia krwionośne.

W serum wykorzystaliśmy właściwości napinające i wygładzające oleju z nasion malin, a także olej ryżowy, który jest źródłem gamma-oryzanolu – silnego antyutleniacza, neutralizującego wolne rodniki i chroniącego skórę.

Ekstrakt z żeń-szenia poprawia ukrwienie, rewitalizuje i stymuluje regenerację tkanek. Naturalne funkcje odnowy skóry pobudza również ekstrakt z granatu. Z kolei olejki eteryczne zostały dobrane pod kątem właściwości aromaterapeutycznych – poprawiają nastrój i przywracają równowagę.

Jedną z głównych substancji aktywnych jest koenzym Q10, który wpływa na zmniejszenie głębokości zmarszczek i zapobiega skutkom fotostarzenia. Jest silnym antyutleniaczem i dociera do głębszych warstw skóry. Działa w symbiozie z witaminą E, która również zapobiega przedwczesnemu starzeniu i powstawaniu zmarszczek oraz wspomaga ochronę przed promieniami UV. “

A cały skład wygląda tak: Olej z opuncji figowej, Olej z dzikiej róży, Olej z nasion malin, Olej ryżowy, Olej słonecznikowy, Witamina E, Ekstrakt z żeń szenia, Ekstrakt z jagód Goji, Koenzym Q10, Ekstrakt z granatu, Ekstrakt z rozmarynu, Olejek z grejpfruta, Olejek z drzewa różanego.

Jest więc naturalnie, prosto i starannie. Prawdziwy koktajl dla skóry i zmysłów (zapach!). Coś, co każda kobieta w okolicach 30-stki powinna mieć w swojej łazience. Ot, małe rozpieszczenie dla siebie i zastrzyk jędrności dla cery. Serum w połączeniu z kwasem hialuronowym pozostawiają skórę tak przyjemną w dotyku, że cały czas chce się ją głaskać. Widocznie też wpływają na jej regenerację i napięcie.

I jeszcze raz muszę napisać – jak to pachnie!

Mamy więc kosmetyk, którego używanie to doprawdy najczystsza przyjemność! Bardzo polecam!

Serum znajdziecie na stronie W Organics.



Kąpielowe tartaletki cynamonowe z kremem cytrynowym

Co powiecie na słodką kąpiel?

Skusicie się?

Mam dzisiaj dla Was nowy pomysł! Jakże apetyczny! Dzisiaj robimy kąpielowe tartaletki cynamonowe z cudownym mleczno-cytrynowym kremem!

Chciałoby się zjeść, prawda?

A tymczasem nasz cynamonowy spód będzie nam wspaniale w wannie z wodą musował, a krem pełen mleka i masła shea ukoi i wypielęgnuje skórę. No i jak to pachnie! Mamy tu całkowicie naturalne zapachy – aromatyczny cynamon i świeża cytryna. Połączenie jednocześnie relaksujące i energetyzujące!

I wcale, a wcale nie są trudne do zrobienia!



Kąpielowe tartaletki cynamonowe z kremem cytrynowym

Składniki / na 10 sztuk:

  • 50 g masła shea rafinowanego
  • 4 cytryny
  • 100 g sody oczyszczonej
  • 50 g kwasku cytrynowego
  • 30 g skrobi ziemniaczanej
  • 2 łyżki cynamonu
  • 9 łyżek oleju ryżowego lub z pestek winogron
  • 100 g mleka w proszku
  • opcjonalnie: 20-30 kropelek olejku cytrynowego
  • odrobina wody do spryskiwania
  • do przybrania – gałązki rozmarynku lub skórka z cytryny

DZIEŃ I

Pierwszego dnia robimy spody tartaletek i macerujemy cytrynę w maśle shea, aby pięknie cytrynowo pachniało.

Do zrobienia spodów:

Przygotowujemy miskę, do której wsypujemy sodę, kwasek, skrobię i cynamon. Dolewamy 2 łyżki oleju np. ryżowego. Wyrabiamy ręką “ciasto” na tartaletki, co chwilę lekko spryskując wodą (może być butelką ze spryskiwaczem lub po prostu po kilka kropelek z ręki). Jeśli dodamy za dużo wody, mieszanina zacznie mocno musować. Musowanie gasimy palcami i wciąż wyrabiamy całość, do uzyskania jednolitej konsystencji. Ciasto musi być na tyle zwarte i wilgotne, że jeśli zamkniemy jego część w dłoni i ją otworzymy, pozostanie nam zbity kształt. Coś podobnego jak piasek do budowania zamków.

Gotowe ciasto przekładamy do 10 silikonowych foremek na muffinki, do około 1,5-2 cm wysokości, wyrównujemy palcami. Niewielkim okrągłym przedmiotem odciskamy kształt tartaletki. Ja użyłam opakowania na posypki cukrowe. Mocno dociskałam nim nasze ciasto w foremkach, dzięki czemu powstało zagłębienie na krem. Foremki odkładamy na całą noc do stwardnienia.

W między czasie obieramy woskową część skórki z dwóch cytryn. Przekładamy je do ceramicznej miseczki, dodajemy masło shea i odstawiamy do kąpieli wodnej do podgrzewania na bardzo małym ogniu. Pozostawiamy tam na 2-3 godziny, nie dopuszczając do zbytniego podgrzania masła. Po tym czasie odstawiamy miseczkę na noc. (Polecam przy okazji posmarować sobie usta takim cytrynowym masełkiem).



DZIEŃ II

Spody tartaletek wyciągamy z foremek. Masło ponownie przekładamy do kąpieli wodnej, aby się roztopiło.

Do miski wsypujemy mleko w proszku. Na tarce ścieramy skórkę z dwóch cytryn i przekładamy całość do miski z mlekiem. Przelewamy roztopione masło, uważając, aby skórki cytryn nie wpadły do miski. Dolewamy też 7 łyżek wybranego oleju. Jeśli uznamy, że zapach jest za słaby, dodajemy olejek cytrynowy. Mieszamy całość intensywnie, do uzyskania jednolitej konsystencji kremu do tortów.

Krem przekładamy na nasze cynamonowe spody. Dekorujemy według uznania i odkładamy na pół godziny do stwardnienia.

Na jedną kąpiel wrzucamy do wanny jedną tartaletkę. Relaksujemy się… 🙂

UWAGA

Tartaletki, a dokładniej cynamon, zapewne zabrudzą nieco wannę. Wystarczy przetrzeć pozostałości gąbeczką.

Jeśli masz wrażliwą skórę, zamiast cynamonu, dodaj kakao.


Uchwycić ulotne + EKOCUDA

Wiosna, drodzy moi, wiosna. Wprawdzie mocno przyspieszona światowymi zmianami, ale przyznam, że już jej się doczekać nie mogłam.

I dlatego każda jej oznaka, każdy zwiastun, każdy pączek, wracający ptak czy cieplejszy promień słońca na twarzy, tak bardzo cieszą.

Mam postanowienie.

Nie miałam tych noworocznych, mam za to wiosenne.

Boleję zawsze nad ulotnością wiosny. Tym jej ekspresowym przemijaniem, przeobrażaniem w kolejne stadium, aż w pełnie wybuja nam latem. Uciekają te chwile, te momenty ledwie, kiedy kwitną wszystkie po kolei kwiaty. Kiedy przyroda zmienia się jak oszalała, buzuje, bzyczy, pyłkuje.

Zawsze mam wrażenie, że nie nadążam. Nie nadążam nasycić oczu, nawdychać się zapachu fiołków i kwiatów mirabelki.

Mam więc postanowienie – będę się starać chwytać tę ulotność wiosny. Doświadczać jej każdego dnia. Uważnie i spokojnie. Cieszyć się nią i podarować ją mojej Róży. Aby i ona wszystko mogła zauważyć. Abym ja mogła na nią patrzyć, kiedy i ona doświadcza tej wiosenności.

Jesteście ze mną?


Na początek, jakże ulotne – przebiśniegi.

Już są! Zaraz ich już nie będzie.

Pozostaną tutaj 🙂 Zainspirowały mnie bowiem mocno!



Mam jeszcze dla Was wiosenną, bardzo dobrą zapowiedź!


Zbliżają się kolejne Ekocuda! I to aż w trzech miastach!

Oto kilka słów od organizatorów:


WIOSENNE EKOCUDA JUŻ WKRÓTCE W TRZECH MIASTACH!


Ekocuda łączą miłośników kosmetyków naturalnych i integrują społeczność branży eco. Dają także przestrzeń do edukacji na temat ważności świadomych wyborów przy zakupie produktów, które stosujemy w codziennej pielęgnacji czy makijażu. W jesiennych edycjach targów wzięło udział blisko 37 tys. odwiedzających – to dotychczasowy rekord, który patrząc na rosnącą popularność kosmetyków naturalnych, przy wiosennej odsłonie ma szansę się powtórzyć. Ekocuda odbędą się bowiem aż w trzech miastach – Gdańsku, Warszawie i Poznaniu.



Eko to nie moda, to styl życia, który wybiera coraz więcej Polaków. O tym, w jak szybkim tempie rozwijają się Ekocuda, świadczy rosnąca z roku na rok frekwencja, przybywa uczestników, a także wystawców. Coraz częściej decydujemy się na produkty wolne od chemii i dodatkowych substancji, zwracając uwagę zarówno na skład, jak i na warunki produkcji oraz opakowania.

Ekocuda to jedyne miejsce, w którym można zapoznać się z tak szeroką ofertą kolorowych i pielęgnacyjnych kosmetyków naturalnych. Wielu producentów dopiero debiutuje na rynku, targi są więc doskonałym miejscem do przetestowania najnowszych trendów w branży. Jeśli zależy nam na zmianie lub poprawie naszego sposobu pielęgnacji, warto dowiedzieć się u źródła, jak powinien przebiegać cały proces. Podobnie jak podczas wcześniejszych Ekocudów, tak i teraz będzie możliwość skorzystania z warsztatów makijażu kosmetykami naturalnymi oraz posłuchania inspirujących wykładów prowadzonych przez ekspertów z branży. Wstęp jest bezpłatny.

Więcej informacji znajdziecie na:

stronie Ekocuda.com / Facebooku / Instagramie



fot. Joanna Oleszek

fot. Kamila Panasiuk


Czy krem antysmogowy chroni przed smogiem?

Mieszkam pod Krakowem. A wszyscy zapewne dobrze już wiecie jakie to powietrze w Krakwie bywa zimą, prawda? To powiem Wam, że pod Krakowem jest znacznie gorzej. Smog jest wszędzie, ludzie palą byle czym, trują siebie i nas.
Problem więc jest ogromny. Podchwyciło go wiele firm oferujących ciekawe sposoby zabezpieczenia się przed smogiem. Pomijam tu wszelkie oczyszczacze i maski, a przejdę do sedna – do kremów antysmogowych!

Chyba dopiero w tym roku tak szeroko wypełniły one rynek. Wypłynęły masowo pod koniec jesieni, aby w całym swym blasku zaistnieć zimą i zapewnić nam zdrową, piękną skórę, której smog niestraszny.

Tak i w moje ręce trafiła nowość marki Orientana, którą od dawna znam i cenię – Bio Krem Aktywnie Ochronny ANTI POLLUTION Moringa i Cytryniec.

Długa nazwa, co?

Pytanie – czy krem antysmogowy chroni przed smogiem?



Cóż…

Nie wiem…

Autentycznie nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, choć zastanawiałam się długo. Nie mam pojęcia jak to sprawdzić. Czy czuję różnicę na skórze w porównaniu z poprzednimi latami? No, nie. Nie wiem. Nie zauważyłam.

Nie zmienia to jednak faktu, że krem Orientany jest jednym z najlepszych kremów zimowych, jakie miałam.

Jest to bowiem dobrze przemyślany krem ochronny, o konsystencji idealnej właśnie w chodne miesiące. Jest gęsty, ale nie za gęsty. Jest treściwy, ale nie pozostawia tłustej warstwy. Wchłania się dłużej niż lekkie kremy nawilżające, ale akurat tego po nim nie oczekuję. Wiem dobrze, że krem ochronny musi mieć chwilę czasu, aby dobrze zabezpieczyć skórę przez chłodem, wiatrem, klimatyzacją i – cóż, właśnie smogiem.

Mamy więc ewidentną barierę ochronną przez zimą, która jednak w żaden sposób nie przeszkadza, nie świeci się i na którą spokojnie można nałożyć makijaż.

Wróćmy jednak do początku i do obietnic producenta.

Naturalny krem do twarzy oparty na ekstraktach z roślin azjatyckich – MORINGI i CYTRYŃCA, które efektywnie blokują przenikanie do skóry szkodliwych i agresywnych czynników środowiskowych. Polecany dla osób narażonych na powietrze zanieczyszczone spalinami samochodowymi i pyłami z kominów, promieniowanie UV, przebywających w pomieszczeniach klimatyzowanych oraz narażonych na dym papierosowy i nikotynowy. Krem efektywnie chroni przed stresem oksydacyjnym, który powoduje szybkie starzenie się cery. Przywraca skórze zdrowy, młody i promienny wygląd.”

I jeszcze o samych flagowych składnikach czyli morindze i cytryńcu:

EKSTRAKT Z NASION MORINGI – tworzy na powierzchni skóry ochronny film dzięki czemu skutecznie zapobiega przenikaniu przez skórę szkodliwych substancji z zanieczyszczonego powietrza (m.in. inwazyjnych cząstek smogowych PM10 i PM2,5). Wzmacnia syntezę kolagenu i procesy antyoksydacyjne.

EKSTRAKT Z CYTRYŃCA – aktywuje mechanizmy obronne skóry chroniąc przed toksynami i zanieczyszczeniem obecnym w powietrzu. Zapobiega uszkodzeniom wywołanym przez wolne rodniki. Likwiduje objawy stresu oksydacyjnego, który przyspiesz starzenie się skóry.”

Wszystko brzmi bardzo dobrze, prawda? Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że cała ta otoczka antysmogowa jest trochę na wyrost. A może nawet nie na wyrost, co po prostu przypisana marketingowo do standardowych cech składników o działaniu antyutleniającym i ochronnym. Tak jakby dopisano potrzebę do czegoś, co od dawna znamy.

Niemniej jednak krem jest naprawdę dobry. Zamknięto go w praktycznym, higienicznym opakowaniu, jest go sporo, bo 50 ml, starcza na długo, jest bardzo wydajny. Zapewnia ochronę przed słońcem (SPF 15) i odpowiedni poziom nawilżenia. Jest łagodny, lekko pachnie, mam wrażenie, że sprzyja regeneracji i koi podrażnienia, które zawsze mi jednak powstają o tej porze roku.

Polecam więc krem jako świetny kosmetyk na zimę, ale równie mocno radzę krytycznie podchodzić do pomysłów marketingowców.


Krem znajdziecie na stronie Orientana.



Facebook