KategorieNaturalna pielęgnacja

Hialuronowe serum – błyszczyk do ust

Ciepły sezon w końcu nadszedł. Słońce powoli przegania chmury deszczowe. Zaraz rozpocznie się nam lato!

Odkładamy więc ciężkie mazidełka do ust, które idealnie sprawdzają się zimą, pokrywając nam usta grubą warstwą ochronną i chroniąc je przed mrozem i smogiem.

W lecie sięgamy po coś lekkiego, co nada ustom delikatny błysk i wrażenie wilgoci, a jednocześnie je przy tym nawilży i odżywi.

Dlatego też polecam mój dzisiejszy pomysł na hialuronowe serum do ust w formie pobłyskującego błyszczyku.


Do zrobienia ekspresowo! Do cieszenia się na co dzień. O pięknym zapachu, w pięknym odcieniu!

Nasze serum bazuje na nawilżających właściwościach kwasu hialuronowego oraz odżywczych – oleju lnianego. Dodałam też nieco olejku z pestek malin, który w naturalny sposób zabezpieczy nam usta przed słońcem (posiada filtr przeciwsłoneczny, choć zawsze przestrzegam – nigdy nie jesteśmy do końca pewni jego wielkości i stabilności, niemniej jednak warto dodawać ten olej do wakacyjnych kosmetyków).

Na koniec “przyozdobiłam” błyszczyk w cudowny zapach kwiatów gorzkiej pomarańczy-neroli, który osobiście uwielbiam. Jeśli jednak nie macie lub nie lubicie tego olejku, polecam dodać łatwo dostępny olejek pomarańczowy o cudownym, energetycznym, świeżym aromacie!



Hialuronowe serum – błyszczyk do ust


Składniki – dla łatwości wykonania bazujemy na łyżeczkach miarowych:

  • 4 ml kwasu hialuronowego (potrójny 1,5%) (mój z ECOSPA)
  • 3 ml oleju lnianego (bardzo dobre znajdziecie w marketach)
  • 3 ml oleju z nasion malin (mój Natura Receptura)
  • 2 kropelki olejku neroli (ewentualnie polecam olejek pomarańczowy)
  • 1 ml (1 łyżeczka miarowa) różowej miki (wykorzystałam Rose Romance z Kolorowka.com)
  • 1 ml (1 łyżeczka miarowa) mączki owsianej koloidalnej (moja z Zielony Klub / można pominąć, wtedy serum będzie bardziej płynne i bardziej dwufazowe)


Wszystkie składniki dokładnie mieszamy w małej zlewce, przez dłuższą chwilę, do uzyskania jednolitej konsystencji. Całość przelewamy do pojemniczka na błyszczyk. (Kwas hialuronowy z ECOSPA jest już zakonserwowany, nie ma więc potrzeby dodatkowego konserwowania takiej jednorazowej niewielkiej ilości kosmetyku)

Serum – błyszczyk jest możliwie naturalne, przez co będzie miało formę dwufazową. Przed użyciem należy pojemniczkiem wstrząsnąć lub zmieszać całość pędzelkiem.

Nakładamy na usta, kiedy tylko mamy na to ochotę.

Bo lubię Mokosh

Bo ja po prostu lubię Mokosh! Czemu?

Znacie tę markę? Pewnie co bardziej doświadczeni naturalni wyjadacze znają ją bardzo dobrze. Zapewne także sporo z Was ledwie o niej słyszało lub dopiero poznaje. Bo choć marka obecna jest na naszym rynku od dawna, wciąż jest bardzo niszowa. Niemniej jednak jej kosmetyki warte są promowania, co niniejszym czynię!

Pisałam Wam już kiedyś o kremach Mokosh. Znajdziecie ten wpis TUTAJ. Wtedy to tak bardzo, bardzo spodobał mi się krem Figa. Do teraz pozostaje jednym z moich najulubieńszych.  Z chęcią jednak wypróbowałam inny – malinowy. Ponownie sięgnęłam po korygujący krem pod oczy i ponownie twierdzę, że jest to jeden z najlepszych kremów pod oczy, z jakimi miałam styczność. Poczytacie o nim więcej w powyższym linku, a tutaj tylko dodam, że jeżeli poszukujecie czegoś dobrego na okolice oczu, to nie wahajcie się 🙂



To jednak, co zostanie moim hitem tej wiosny to ten czerwony słoiczek – Brązujący balsam do ciała i twarzy Pomarańcza z cynamonem!

Czaiłam się już na niego w zeszłym roku i już żałuję, że nie zdecydowałam się sięgnąć po niego właśnie wtedy. Ale nadrabiam, a jakże! Byłam go bardzo ciekawa, zwłaszcza, że opinie o nim w internetach krążą naprawdę dobre. Otwierając więc przesyłkę odczuwałam lekkie podekscytowanie. Odkopałam słoiczek z ekologicznego wypełnienia, otworzyłam i… och, jak to pachnie! Idealne, ciepłe, przytulne połączenie pomarańczy i cynamonu. Coś idealnego zimą, ale i teraz, wiosną nie pozostaje nic, tylko wąchać, wąchać, wąchać i… wsmarowywać 🙂 Doprawdy jest to jeden z najbardziej apetycznych zapachów kosmetyków!

Co my tu mamy? 180 ml lekkiego balsamu, delikatnie żółtego, który możemy stosować i do twarzy i do ciała. Balsam nie jest za tłusty, jest w sam raz. Dobrze się wchłania, genialnie nawilża ciało. Do twarzy na noc także się spokojnie nadaje. Wygładza, koi i odżywia. Ale nie tylko w tym tkwi jego moc. Balsam przecież opala!

Nie jest to taki uciążliwy, szybki, ekspresowy efekt, jak to bywa w przypadku kosmetyków tego rodzaju. Ale to chyba właśnie jest jego wartością – nie zrobimy sobie krzywdy. Opalenizna jest subtelna, ale widoczna. To muśnięcie słońcem pojawia się po 2-3 użyciach, jest naturalne i nie zwraca uwagi. No dobra, poza nieco ciemniejszymi, bardziej brązowymi plamami na kolanach, ale to chyba jakaś szczególna moja umiejętność, że zawsze tam nie dokładnie sobie wszystko rozsmaruję. Niemniej jednak w porównaniu z innymi specyfikami tego typu – tutaj niebezpieczeństwo wydaje się najmniejsze.



Jeśli więc, tak ja ja, macie typowo słowiańską, totalnie bladą skórę, a przy tym zwyczajnie nie lubicie czy nie uznajecie ze względów zdrowotnych – opalania, wtedy to warto sięgnąć po taki balsam. I dla jego zapachu! I do codziennej pielęgnacji!

Jeszcze tylko zacytuję tutaj ze strony: Bogactwo naturalnych olei: z baobabu, słonecznikowego, z marchewki zapobiega wysuszeniu skóry, wosk z borówki silnie nawilża, zaś macerat z kwiatów gorzkiej pomarańczy rewitalizuje i łagodzi podrażnienia. Balsam zawiera łagodzący aloes oraz działającą antyoksydacyjnie witaminę E. Dodatkowo został wzbogacony o innowacyjny składnik pochodzenia naturalnego „MelanoBronze” z ekstraktu niepokalanka pospolitego, który zwiększa naturalną pigmentację skóry poprzez stymulację produkcji melaniny w melanocytach. Dzięki temu skóra staje się ciemniejsza w taki sam sposób, jak podczas zażywania kąpieli słonecznej, jednak bez konieczności narażania jej na promieniowanie UV.



I jeszcze kilka słów o malinowym kremie do twarzy. Jest to taki modny teraz krem typu anti-pollution zwany także przeciwsmogowym. Tak jak w przypadku ostatnio omawianego kremu Orientany – niestety nie mogę stwierdzić jego działania w tej kwestii, ciężko bowiem doprawdy sprawdzić czy rzeczywiście chroni przed zanieczyszczeniami. Pomimo tego mogę powiedzieć, że jest świetny! I choć wolę krem figowy, i ten bardzo mi się spodobał.

Jego konsystencja jest nieco cięższa. Taka właśnie, jakiej potrzebujemy w okresach, kiedy to smog najbardziej nam dokucza, czyli w sezonie chłodnym. W lecie polecałabym go jedynie na noc. Nakładając go na buzię każdorazowo mam wrażenie jakbym kładła sobie kojący kompres, który przy okazji pachnie niezwykle smakowicie malinami. I tutaj więc zapach staje się ogromną zaleta, bo po prostu – sprawia przyjemność.

Skład ma bardzo bogaty, wydaje się – dobrze przemyślany. Ponownie więc zacytuję: Krem powstał by chronić skórę przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych, zapewniając jednocześnie kompleksową pielęgnację skóry twarzy. Zawarte w kremie oleje roślinne są bogactwem nienasyconych kwasów tłuszczowych, które jako składniki płaszcza lipidowego skóry wspomagają odbudowę cementu międzykomórkowego. Oleje roślinne są również bogatym źródłem witaminy E, która w naturalnej formie głęboko wnika w skórę, chroniąc ją przed szkodliwym działaniem wolnych rodników. Kompleks ekstraktów chroni przed szkodliwym działaniem metali ciężkich. Naturalne soki owocowe z jabłek i brzoskwini zawierające witaminy z grupy C i B, kwasy owocowe oraz składniki mineralne wykazują działanie nawilżające, rozjaśniające skórę oraz przeciwrodnikowe. Również wyciąg z korzenia żeń-szenia wspomaga działanie antyoksydacyjne, zwalczając wolne rodniki tlenowe odpowiedzialne za przedwczesne starzenie się skóry. Kwas hialuronowy jako naturalny składnik macierzy międzykomórkowej ma zdolność wiązania wody na powierzchni skóry, dzięki czemu skutecznie nawilża oraz chroni skórę twarzy. Ekstrakty z nasion zbóż, takie jak pszenica i jęczmień działają odżywczo i ujędrniająco stanowiąc przy tym barierę dla niepożądanych czynników środowiskowych. 

Krem widocznie łagodzi, regeneruje, odżywia. Nie zapomnijcie więc o nim, kiedy lato minie i ponownie wróci ta smutna, szara aura. Zapach malin z pewnością przywróci Wam radość, a krem – witalność skórze!

Wszystkie kosmetyki znajdziecie na stronie Mokosh.


Sposób na zapalenie mieszków włosowych

Też macie ten problem? Też trzyma się Was to cholerstwo i przypomina o sobie co jakiś czas?

Zapalenie mieszków włosowych bywa wielkim utrapieniem. I ja wiem coś o tym. Po latach mniejszych lub większych zwycięstw udało mi się w końcu wypracować sposób, którym dzisiaj się z Wami dzielę!

Pojawiają się Wam te okropne czerwone kropki na nogach? Czy to po depilacji czy tak po prostu? Może po treningu? Może latem, kiedy bardziej się pocicie? Macie problem wrastających włosków, które powodują powstanie większych, bolących nawet grudek? To coś dla Was!

Choć jednak… nie dla każdego.

Z góry uprzedzam, że mój dzisiejszy sposób nie sprawdzi się u wszystkich. Każdy ma inną skórę, która inaczej reaguje. Trzeba znaleźć po prostu na nią sposób.

Dzisiaj pokazuję Wam preparat, który jest dosyć silny, bo ma w sobie sporo alkoholu. Raz jeszcze powtarzam – nie wszystkim się to spodoba, nie każdemu podpasuje, zwłaszcza, jeśli macie delikatną, wrażliwą skórę. Jest to sposób, który działa na mnie. Który mi pomaga. Inspirowany zawiesinami przepisywanymi przez dermatologów. Bo i to jest taki właśnie rodzaj zawiesiny, która ma za zadanie zdezynfekować skórę, zapobiec powstawaniu niedoskonałości, ale jednocześnie osuszyć te istniejące i wspomóc ich gojenie się.

Ale mój sposób to nie tylko ta zawiesina, czyli ten biały płyn. To także coś, co każdy, borykający się z podobnymi problemami zna – peeling! Ale czym?



Kochani, kolejny raz zaznaczam – jest to sposób, który pomaga mi osobiście. Nie obejdzie się jednak bez odpowiedniej dbałości o higienę, bez zwracania uwagi na odzież – najlepiej nosić zwiewne, luźne, naturalne tkaniny. Równie istotna jest częsta zmiana maszynki do golenia (tylko to na mnie działa), a także najlepiej częste jej dezynfekowanie.

A przede wszystkim ważna jest konsekwencja. bez tego ani rusz. Przy każdym jej załamaniu grozi niestety powrót problemu. A wiem z doświadczenia, że to właśnie z konsekwencją bywa najgorzej.

Jakiś jest więc ten mój sposób?



Po pierwsze – peeling! I choć bardzo lubię różne markowe, pachnące, gotowe cuda, prawda jest taka, że najlepszy z możliwych peeling na takie problemy to najprostsza, najczystsza… sól Epsom! Zwykła sól także się tu nada, ale tej z Epsom nic nie pobije. Jest to siarczan magnezu, który ze względu na zawartość owej siarki, doskonale sprawdza się leczeniu dolegliwości skórnych. Ta gorzka sól jest coraz lepiej dostępna, zwłaszcza w internecie, bardzo więc polecam jej wypróbowanie.

Wystarczy wziąć w dłonie nieco takiej soli i masować tym skórę pod prysznicem w newralgicznych miejscach. Pozwoli to ją dokładnie oczyścić, odblokuje mieszki, uwolni wrośnięte włoski. Taki peeling genialnie przygotowuje skórę do golenia czy innej depilacji. Nie pozostawia też jej tłustej, jak to niestety często bywa w przypadku markowych, zwłaszcza naturalnych peelingów. Im są tłustsze, tym bardziej moja skóra ich nie lubi. Jeśli jednak sama sól będzie dla Was za ostra, możecie pomieszać ją w ręce z ulubionym, łagodnym żelem pod prysznic lub balsamem do ciała i dopiero wtedy rozpocząć peeling. Powtarzamy go często, najlepiej co drugi dzień.

A teraz pora na obiecany preparat! A dokładniej – zawiesinę! Jak wspominałam, mamy tu sporo spirytusu i jest to coś, co mi pomaga. Mimo jednak tego, płyn nie wysusza mojej skóry, a pozostawia ją miękką i nawilżoną. Czemu? Bo dodałam tu także frakcjonowany olejek kokosowy, który ekspresowo się wchłania i delikatnie pielęgnuje. Poza tym mamy tu też hydrolat oczarowy, o właściwościach ściągających, a także antybakteryjny i przeciwgrzybiczy olejek z drzewa herbacianego. I cynk oczywiście! Tlenek cynku, który wskazany jest w podobnych problemach dermatologicznych, bowiem wzmaga gojenie.



Preparat na mieszki włosowe

Składniki:

  • 10 ml frakcjonowanego oleju kokosowego
  • 20 ml spirytusu salicylowego
  • 70 ml hydrolatu oczarowego
  • 10 kropelek olejku z drzewa herbacianego
  • łyżeczka tlenku cynku

Wszystkie składniki (znajdziecie je w sklepach z półproduktami kosmetycznymi i w aptekach) łączymy w buteleczce. Powstaje zawiesina, którą przed każdym użyciem należy mocno wstrząsnąć. Używamy ją po goleniu/depilacji, lekko wklepując w skórę lub po prostu – w razie potrzeb.

Polecam!



W roli głównej: PuroBIO

Znacie już kosmetyki PuroBIO?

Dla mnie była to nowość, w zasadzie całkowita. Z wielkim więc zaciekawieniem przyjrzałam się tym kilku produktom, które to dzisiaj występują w roli głównej.

Prezentują się całkiem całkiem, prawda? Tylko jak się sprawdzają?


Co to to PuroBIO? Jest to otóż włoska marka kosmetyków kolorowych, oferująca pełen zakres produktów do makijażu, ale także maski czy mydła. Zacytuję tu ze strony dystrybutora:

PuroBIO Cosmetics koncentruje się na tworzeniu organicznych kosmetyków do make-up przeznaczonych dla każdego typu cery.

Do produkcji naszych kosmetyków używamy wysokiej jakości certyfikowanych organicznych składników. Eliminując substancje niebezpieczne redukujemy ryzyko alergii. Dzięki działaniu mineralnych i roślinnych składników aktywnych czerpiemy z natury to co najlepsze. W naszych kosmetykach brak jest niebezpiecznych silikonów i wazeliny.


No dobra, to może zacznę od paletki, którą na początku byłam zachwycona. Nie miałam wcześniej podobnego gadżetu i na pierwszy rzut oka sam pomysł wydał mi się genialny. Mamy bowiem całkiem elegancką paletę z magnetycznym spodem, w której możemy dowolnie komponować zawartość – wymienne wkłady kosmetyków marki, które przyczepiamy w odpowiednim miejscu. Brzmi dobrze? No, może i brzmi.

Problem w tym, że ta paletka jest faktycznie dosyć duża i nieporęczna. Nie zabiorę jej do torebki, choć chciałabym mieć ten puder zawsze przy sobie. Trudno nawet było wziąć ją w dalszą podróż, bo jest naprawdę niepraktyczna. Sprawdzać więc może się jedynie stacjonarnie, w domu, gdzie sobie spokojnie leży. Poza tym, codzienne używanie kosmetyków, ciągłe aplikacje pędzelkami i mimo wszystko – dosyć luźna ich konsystencja, sprawiają, że wszystkie kosmetyki pokryte są pyłem z pozostałych…


Znacznie więc bardziej praktyczniejsze wydają się jednak kosmetyki pakowane osobno, choć wiąże się to zarówno z większymi kosztami, jak i skutkami środowiskowymi. Wybór więc niełatwy, ale… o nic się nie bójcie, bo okazuje się, że i pojedynczym opakowaniom można tu wymienić wkład na nowy! No, a ja jednak wolałabym mieć ten puder zawsze pod ręką.


Bo to właśnie puder spodobał mi się najbardziej. Jest lekki, ale dobrze kryje i świetnie matuje. Kolor ładnie wtapia się w cerę, zaraz w niej niknie. Nie zapycha, a wręcz mam wrażenie, że łagodzi niedoskonałości. Puder “absorbuje nadmiar sebum i wyrównuje koloryt cery. Dzięki zawartości pudru ryżowego przedłuża trwałość makijażu. Wykazuje silne działanie pielęgnacyjne i odżywcze dzięki zawartości organicznych olei takich jak makadamia, morelowy, avocado, karanja. Formuła wzbogacona również o masło shea łagodzi podrażnienia i wspomaga regenerację skóry. ” Naprawdę!

Moim drugim faworytem stał się rozświetlacz. No, czyste złoto! Wygląda tak uroczo, że z pewnością spodoba się każdej wielbicielce… biżuterii. A tak poważnie, te drobinki złota, które tak delikatnie oblekają skórę, równie delikatnie pobłyskują i po prostu – robią robotę. “Dzięki zawartości pudru ryżowego przedłuża trwałość makijażu. Formuła zawiera organiczny olejek rycynowy dzięki czemu rozświetlacz doskonale nawilża skórę, wspomaga jej funkcje ochronne a także działa przeciwzapalnie.

Co do różu i bronzera, w zasadzie nie mam obiekcji. Rzekłabym, że są poprawne. Oba po prostu działają tak, jak mają działać, choć nie da się zaprzeczyć, że są dla skóry bardzo łaskawe. No, przyjemne takie. Cieszę się, że i one mają w sobie sporo naturalnych olejków, a nie są jedynie sypkimi minerałami. Moja skóra znacznie lepiej takie przyswaja. Nie wysuszają, a pielęgnują.


Trochę na bakier jestem za to z cieniami. Być może chodzi tylko o kolory w mojej paletce – nie wybrałam ich sama, a dostałam taki właśnie zestaw w związku z jednym eventem. Nie pasują mi niestety. Choć te pobłyskujące brązy i złota są piękne, a wszystkie dobrze napigmentowane. W sumie to to złoto najchętniej wykorzystuję, bo czasem każdy musi zabłyszczeć. Mam jednak wrażenie, że trochę za bardzo się sypią i widać je niekiedy na policzku. Choć tutaj może to być spowodowane jednak moimi nie do końca dużymi umiejętnościami makijażowymi.

W każdym razie warto przyjrzeć się marce, warto wypróbować jej kosmetyki, sprawdzić barwy. Na pewno jest to marka godna uwagi.

Wszystkie produkty znajdziecie na PuroBIO.


Wish List – Nowości

Pojawiło się ostatnio w świecie naturalnych producentów i dystrybutorów sporo ciekawych nowości, które zwróciły moją uwagę.

Najlepszym pomysłem na rozpoczęcie kwietnia będzie więc zaintrygowanie i Was właśnie nimi. Może zainteresują Was nieco bardziej, skuszą i spełnią pokładane w nich oczekiwania? A może wręcz przeciwnie?

A może inaczej – znacie je już dobrze i podzielicie się opinią?

Hmm?

Oto, co mnie najbardziej zainteresowało!



  1. PIANKA Szampon Brzoskwinia i Kolendra – do suchej i wrażliwej skóry głowy ANWEN – ciekawa nowość w pięknym opakowaniu! “Bazuje na naturalnych detergentach o łagodnym działaniu. Ekstrakty z shikakai, kolibła egipskiego i gipsówki wiechowatej – dzięki wysokiej zawartości saponin – pomagają skutecznie, a zarazem delikatnie oczyścić skórę głowy.” / ANWEN
  2. Perfumy w wosku pszczelim ZIELONE POMIDORY. Ale ciekawe! Jak one muszą intrygująco pachnieć? Uwielbiam takie gadżety do torebki! ” Świeży, kwiatowo-owocowy aromat skąpanych w słońcu aksamitek, cytrusów i czarnej porzeczki, pośród liści dojrzewających pomidorów. Zapach intrygujący, bogato zbudowany, wielowymiarowy. ” / Miodowa Mydlarnia
  3. Make Up! Naturalna pomadka i róż 05 – nie tylko dla romantyczek! Pomysł praktyczny i uniwersalny. “Pomadka i róż, której odcień powstał z czystych naturalnych minerałów, a aromat – z organicznych olejków eterycznych. Wzbogacona luksusowymi olejkami z arganu, jojoby i malin – które odżywiają i zmiękczają usta.” / Make Me Bio
  4. Tonik dwufazowy / Skóra trądzikowa, mieszana, problematyczna – ten szałwiowo-konopny płyn stanowi część całego systemu oczyszczania skóry, który proponuje marka Purepura. Warto przyjrzeć mu się lepiej! / Purepura
  5. Szampon w kostce Dziegieć – czyli jedna z nowości Herbs & Hydro.
    Nie do pomylenia z niczym innym zapach: dymu, lasu, ogniska, przygody. Niezastąpiony przy problemach skórnych, łupieżu, AZS . Tradycyjnemydlo.pl
  6. Dalej w tym trendzie, ale to coś, czego jeszcze nie widziałam – Lamazuna Naturalna kostka do mycia zębów bez fluoru Mięta Pieprzowa! Ta ekologiczna kostka do zębów jest idealnym sposobem na ograniczenie plastiku w naszym życiu. Jest wykonana w 100% z naturalnych składników i odpowiednia dla wegan / PANDAWANDA
  7. Równie ciekawy – Lamazuna Szampon w kostce do włosów normalnych Pomarańcza-Cynamon-Anyż
    produkowany ręcznie na południu Francji, tylko z pomocą naturalnych składników. Kostka mieni się mineralnym brokatem / PANDAWANDA
  8. Biolu Płyn do higieny intymnej w pięknym opakowaniu – działa kojąco na skórę dzięki wartości pH 4, chroni wrażliwą skórę okolic intymnych / Ecco Verde
  9. Manna Kremowa maseczka do twarzy z różowej glinki, z masłem aloesowym – totalnie kobieca! To mieszanina naturalnych maseł i olejów z różową glinką czyli odżywczo-oczyszczający miks w pięknym kolorze / Manna
  10. A może w klimacie wielkanocnym? Co zając może przynieść zamiast słodkości? Ano Leo & Lili – Krem do rąk Małe powitanie wielkanocne! Co powiecie na taki pomysł? / Ecco Verde
  11. Yope, Pomarańcza i jabłko, Naturalny żel pod prysznic dla dzieci – kolejna nowość marki Yope, która idzie jak burza. Spośród nowych żeli właśnie ten wydaje mi się mieć najbardziej energetyzujący zapach. / Drogeria Pigment
  12. Peeling Enzymatyczny KALI MUSLI – czyli część nowej serii Orientany. “Naturalny peeling enzymatyczny do twarzy, delikatnie złuszczający skórę, bez konieczności tarcia. Bogaty w ekstrakty roślinne. usuwa martwy naskórek, wzmacnia cerę wrażliwą i naczynkową oraz pobudza do odnowy.” / Orientana


W roli głównej: Cactus Smoothie – Serum Rewitalizujące W Organics

Za dużą częścią manufaktur kosmetycznych, z którymi miałam do czynienia, stoją wspaniałe, pełne zaangażowania i pasji, a co równie ważne, ogromnie sympatyczne dziewczyny. Tak jest i w tym przypadku!

Marika ma też specjalny dar. Potrafi zakląć dobrą energię w małych słoiczkach i buteleczkach. Kiedy bowiem tylko się je otwiera, zaczarowują nas, wywołując uśmiech na twarzy, wprawiając w dobry nastrój i chęć do działania.

Albo po prostu Marika umie dobrze komponować olejki eteryczne, które to właśnie tak wpływają na nasz organizm.

Tak jest i w tym przypadku.

Ale od początku! O marce W Organics pisałam Wam już kiedyś. Wtedy jeszcze nazywała się Willow Organics i to Willow bardzo mi się podobało. Niestety jednak, z różnych nieznanych mi względów, których mogę się tylko domyślać, pozostało samo “W”. Przynajmniej bardzo charakterystyczne jest to “W”. Zajrzyjcie więc najpierw koniecznie do tamtego wpisu – TUTAJ. Znajdziecie tam więcej informacji o marce, o tym, jak bardzo podoba mi się jej identyfikacja wizualna, a także pozostałe jej kosmetyki.



A teraz skupmy się na nowości o bardzo smakowitej i modnej (kaktusy są bardzo na topie) nazwie – Cactus Smoothie!

Jest to Serum Rewitalizujące, w którym nie można się nie zakochać! A właściwie nie można się od niego nie uzależnić! Rano działa lepiej od kawy! A wieczorem cudownie poprawia humor. Bo jak to pachnie! Totalnie energetyzująco, choć wcale nie jest to bardzo oczywisty zapach. Jest to połączenie olejku eterycznego z grejpfruta z olejkiem z drzewa różanego. Połączenie, które nie przyszłoby mi chyba do głowy, a jakże jest genialne. Dla samego tego zapachu można serum w ciemno kupować!

Choć nie sam zapach mi się tu tak bardzo spodobał. Moja skóra ma na bakier z samymi olejami. Stosuję je więc bardzo rozważnie, w niewielkich ilościach. To jednak kaktusowe smoothie przyjęła zdumiewająco dobrze. Zaznaczam jednak, że zawsze stosuję je z połączeniu z kwasem hialuronowym, które to połączenie jest dla mnie najlepszym z możliwych. Zawsze też później nakładam nieco kremu nawilżającego. Serum stosuję zazwyczaj na noc, ale i często na dzień. Nie ma żadnego problemu z nadmiarem oleju czy ze świeceniem, skóra za to staje się bardzo miękka i dobrze przyjmuje makijaż.



Zacytuję teraz ze strony co nieco informacji o składzie serum:

“Cactus Smoothie bazuje na oleju z opuncji figowej – jednym z najpopularniejszych i najbardziej drogocennych olejów anty-aging! W składzie znajdziesz również olej z owoców dzikiej róży, wyjątkowo bogaty w witaminę C, która wspomaga usuwanie zmian pigmentacyjnych. Olej z dzikiej róży zmiękcza, poprawia jędrność skóry i wzmacnia naczynia krwionośne.

W serum wykorzystaliśmy właściwości napinające i wygładzające oleju z nasion malin, a także olej ryżowy, który jest źródłem gamma-oryzanolu – silnego antyutleniacza, neutralizującego wolne rodniki i chroniącego skórę.

Ekstrakt z żeń-szenia poprawia ukrwienie, rewitalizuje i stymuluje regenerację tkanek. Naturalne funkcje odnowy skóry pobudza również ekstrakt z granatu. Z kolei olejki eteryczne zostały dobrane pod kątem właściwości aromaterapeutycznych – poprawiają nastrój i przywracają równowagę.

Jedną z głównych substancji aktywnych jest koenzym Q10, który wpływa na zmniejszenie głębokości zmarszczek i zapobiega skutkom fotostarzenia. Jest silnym antyutleniaczem i dociera do głębszych warstw skóry. Działa w symbiozie z witaminą E, która również zapobiega przedwczesnemu starzeniu i powstawaniu zmarszczek oraz wspomaga ochronę przed promieniami UV. “

A cały skład wygląda tak: Olej z opuncji figowej, Olej z dzikiej róży, Olej z nasion malin, Olej ryżowy, Olej słonecznikowy, Witamina E, Ekstrakt z żeń szenia, Ekstrakt z jagód Goji, Koenzym Q10, Ekstrakt z granatu, Ekstrakt z rozmarynu, Olejek z grejpfruta, Olejek z drzewa różanego.

Jest więc naturalnie, prosto i starannie. Prawdziwy koktajl dla skóry i zmysłów (zapach!). Coś, co każda kobieta w okolicach 30-stki powinna mieć w swojej łazience. Ot, małe rozpieszczenie dla siebie i zastrzyk jędrności dla cery. Serum w połączeniu z kwasem hialuronowym pozostawiają skórę tak przyjemną w dotyku, że cały czas chce się ją głaskać. Widocznie też wpływają na jej regenerację i napięcie.

I jeszcze raz muszę napisać – jak to pachnie!

Mamy więc kosmetyk, którego używanie to doprawdy najczystsza przyjemność! Bardzo polecam!

Serum znajdziecie na stronie W Organics.



Facebook