Dzień z życia

Znalazłam nowy sposób na dobry nastrój.

Postanowiłam sobie nie umniejszać.

Miałam niegdyś tendencję do tłumaczenia sobie, że co ja tam narzekam, skoro inni mają o wiele ciężej. Ano mają, mają. Zawsze ktoś będzie miał ciężej. Że ja to jedno dziecko ledwie ogarnąć muszę, i to jeszcze całkiem fajne, mądre i zdrowe, a inne matki to ogarniają i po kilka i dają radę. Że ja tylko pół roku w zasadzie jestem samotną matką, ze wsparciem mocnym, ale jednak, a inne to mają tak po prostu cały czas. Że nie umiem wystarczająco dobrze zorganizować pracy i domu, aby wszystko było na tip top, a pieniądze wpływały niczym ta rwąca rzeka. I wiele jeszcze takich i owakich.

I oduczyłam się tego. I dobrze mi z tym!

Bo po pierwsze – najgorsze, to porównywać się do innych. Po drugie, przecież robię wszystko w miarę moich możliwości, staram się, pcham ten kamień wielki i ciężki, ale wciąż do przodu i wcale, ale to wcale nie jest mi źle.

Wiecie więc jak wygląda dzień z życia Wonder Woman w skali mikro?

Jest szalony, totalnie niepoukładany, ale dobry. A wieczorem mówię sobie – jestem super! Bo zrobiłam to, to i to. A jak tu jeszcze, pomimo zmęczenia, na maila odpowiem, grafikę skończę, projekt zamknę, albo wymyślę coś ekstra, to w ogóle – oj, jaka super jestem. Bo dziecko śpi spokojnie, cztery ściany stoją, w kurzu nie tonę, pies najedzony chrapie obok.

Zrobię pranie i je jeszcze rozwieszę – super! Fajnie, że zrobiłam!

Ugotuję obiad, który moje dziecko zje, co wierzcie mi – nie jest takie łatwe i oczywiste – oj, jak super!

Pójdę biegać, kiedy Róża jest na gimnastyce artystycznej – łoooo jak super!

A jakaż ja byłam super, kiedy skosiłam trawę, zasadziłam czereśnię i kupiłam łopatę do odśnieżania! Toż z tej dumy myślałam, że się rozpłynę!

Byłabym zapewne jeszcze bardziej super, gdybym wymieniła opony na zimowe, ale to już jednak zostawię mężowi, który jutro, po dwóch miesiącach, wraca do nas. Niechaj też poczuje się super 🙂

Bo w ogóle, odkąd Róża zaczęła szkołę, a my mieszkamy na wsi naszej podmiejskiej, wszystko się zmieniło. Cała organizacja dnia przewróciła się do góry nogami. Dziecko każdego dnia ma na inną godzinę – rozstrzał od 8 do 13. Nie siedzi długo w świetlicy, więc chodzę po nią w kółko. Zdecydowaliśmy, że nie będzie jadła obiadów w szkole, więc jeszcze codziennie trzeba ugotować coś porządnego. Męża akurat nie ma, więc sama latam wszędzie, zawożę na zajęcia, objeżdżam znajomych, robię zakupy. A pracy mam coraz więcej. Pracuję więc nie tylko wtedy, kiedy akurat Róża jest w szkole, ale głównie wieczorami. I nocami. Najbardziej lubię te noce, spokojne, pełne twórczej energii, kiedy tak się rozkręcam, że wcale nie chce mi się spać, kiedy nikt nie przeszkadza. I kiedy wiem, że rano mogę odespać, bo dziecko ma do szkoły dopiero na 13. Zamieniam się więc w małą sówkę. Ale jest to super sówka! Sówka, która stara się jak może i daje radę.

A jak szalone są te dni, kiedy wyjeżdżam na warsztaty! To to już na osobną historię zasługuje!

Kiedy więc w końcu kładę głowę na poduszce, kiedy obok pochrapuje dziecko (czasem sypia ze mną, kiedy nie ma męża) i pies, myślę sobie – super, zrobiłam, co miałam zrobić i jest dobrze. I nawet jak nie zdążę zrobić wszystkiego, kiedy pranie wciąż zalega w łazience, a podłoga prosi się o odkurzanie – i tak jest super. Bo przecież to dziecko obok śpi szczęśliwe, a w lekkim przebudzeniu mówi do mnie: “ja ciebie też”.

I wiecie co? Jestem pewna, że każda z Was jest taką Wonder Woman!

Kalendarze adwentowe

Jestem ogromną wielbicielką kalendarzy adwentowych. Te szczególne emocje związane z oczekiwaniem na Święta i połączone z odkrywaniem drobnych upominków, słodkości lub dobrych słów tworzą magię tego wyjątkowego czasu. Co roku sama przygotowuję coś specjalnego moje Róży – jeśli śledzicie świąteczne wpisy w Lili, to z pewnością pamiętacie moje kalendarzowe pomysły. Może i tym razem mi się uda coś stworzyć. Jeśli jednak nie, być może wybiorę którąś z moich dzisiejszych propozycji!

Znalazłam bowiem całą masę uroczych, pięknych i pomysłowych kalendarzy adwentowych! Coś nie tylko dla małych dziewczynek, ale w zasadzie – dla każdego! Coś do wykorzystania co roku i coś tylko na ten grudzień.

To co? Który najfajniejszy? 🙂

 

 

1.Kalendarz Świąteczna Osada – czy nie piękny? / Allegro

2. Całkowicie uroczy – Kalendarz adwentowy z bransoletką i charmsami – Dziadek do orzechów – MERI MERI / Kalaluszek

3. Lebensbaum – Kalendarz adwentowy 24 saszetki różnorodnych herbat / Blisko Natury

4. Chyba najpiękniejsze etykietki do własnoręcznie przygotowanych kalendarzy! I to do pobranie bezpłatnie! Autorstwa Katarzyny Stróżyńskiej Goraj / Mysi Ogonek

5. Kalendarz Adwentowy Classic z bestsellerami marki / L’Occitane

6. Mixitkowy kalendarz adwentowy – pełen zdrowych batoników / Mixit

 

1.Kalendarz adwentowy – Nostalgiczny Domek – uroczy! / Epinokio

2. Meri Meri: kalendarz adwentowy Stempelki Świąteczne – coś kreatywnego! / Noski Noski

3. Podświetlany kalendarz – domek / Zara Home

4. Króliczkowy kalendarz do powieszenia na ścianie, co roku! / H&M Home

5. VINTER 2018Jakiż cudowny pomysł na kalendarz z Ikei! Nie wiem, czy jednak w tym roku na niego się nie skuszę! / Ikea

 

 

1.Kalendarz Adwentowy THE BOMB – Bomb Cosmetics, a w nim słodkie mydełka i kule kąpielowe / Aromatella

2. Bajkowy kalendarz adwentowy – wypełniony ślicznymi czekoladkami / Chocolissimo

3. 24 Days of the Enchanted Advent Calendar – przepięknie wydany kalendarz z produktami do pielęgnacji urody, zaczynając od kąpieli poprzez pielęgnację, make-up i akcesoria / The Body Shop

4. Coś dla każdej dziewczynki – Meri Meri: kalendarz adwentowy Wsuwki / Noski Noski

5. Busy Bee Candles Advent Calendar 2018 – Kalendarz Adwentowy z pachnącymi świętami woskami z wosku sojowego / Kosmetyki z Ameryki

6. Bardzo ciekawy Kalendarz adwentowy – Saszetki – pełen oryginalnych, zdrowych… saszetek! / Mixit

 

W roli głównej: Intensywny krem na noc La Fare 1789

Poszukujecie czegoś naprawdę dobrego na cały zimny okres? Czegoś, co ochroni i wzmocni Waszą skórę zimą?

Mam coś dla Was!

Dzisiaj w roli głównej wystąpi Intensywny krem na noc znanej nam już marki La Fare 1789!

 

Całkiem niedawno pisałam Wam o Mgiełce intensywnie rozświetlającej La Fare 1789 – dokładnie w TYM poście. Zajrzyjcie tam koniecznie, zawarłam tam bowiem wstęp na temat marki. Dodam tylko, że wciąż bardzo podoba mi się ta całkowicie francuska identyfikacja wizualna. Ile się tu dzieje! Zobaczcie chociażby na powyższe zdjęcie z opakowaniem samego kremu. Chaos i totalne przeciwieństwo minimalizmu. A jednak… w całym tym chaosie tkwi metoda. Przekornie wręcz mogę stwierdzić, że chaos jest uporządkowany, że ma swoje uzasadnienie, że to on wytwarza tę szczególną francuską atmosferę. Pasuje idealnie do charakteru marki i jej tradycji.

Sam koncept tak oryginalnego opakowania dla kremu bardzo przypadł mi do gustu. Kartonik – spięty na górze, z wyciętym otworem na wieczko kremu, różni się całkowicie od znanych nam opakowań i wyróżnia markę. Jestem pewna, że to właśnie na nią pierwszą zwróciłabym uwagę w drogerii. Prowansalski klimat i od razu rzucające się w oczy certyfikaty ekologiczne zachęcają do pochwycenia produktu i przejrzenia mu się z bliska.

Sam słoiczek także po prostu – uroczy. Niby wszystko standardowe – mamy szkło, aluminiową nakrętkę, w sumie prostą naklejkę na wieczku zamiast standardowej bocznej etykiety. Ale jakże to wszystko przy tym inne! I znowuż, tak samo jak w przypadku mgiełki, muszę napisać, że kosmetyki marki najzwyczajniej w świecie ozdabiają łazienkę! Jeśli więc do czegoś tutaj miałabym się przyczepić to do pojemności kremu – te 30 ml zawsze za szybko się kończą…

A sam krem…

 

Po pierwsze – przepięknie pachnie! Bardzo delikatnie, ale wyczuwalnie. Nienachalnie, ale dzięki niemu nakładanie kremu staje się przyjemne. Skład wskazuje nam, że oprócz tajemnej substancji zapachowej mamy tu też naturalne olejki z cedru, cytryny i palmarosa, które sama bardzo lubię także, za ich działanie na skórę.

Do samej nazwy “intensywny” dodałabym jeszcze określenie “ochronny”. Mamy tu bowiem krem z rodzaju tych nieco cięższych, ale zarazem nie za ciężki. Krem, który osobiście bardzo polecam, jak już wspominałam, na te chłodniejsze okresy, kiedy to skóra narażona jest przesuszenie, podrażnienie, kiedy jest poszarzała i brakuje jej energii. Mamy więc krem, który zadba o odpowiednie jej nawilżenie nocą, a jednocześnie ją zregeneruje i ukoi. Zabezpieczy ją przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi i stworzy barierę dla zanieczyszczeń zawieszonych w powietrzu.

 

 

Krem jest więc dosyć tłusty, ale nie jest to typowy, gęsty, masłowy tłuścioch. Przy całej swej tłustości wchłania się całkiem szybko i pozostawia skórę od razu i widocznie miękką i przyjemną w dotyku. Producent zapewnia, że zawarto w nim 99,3 %  składników pochodzenia naturalnego i 32,6 % z upraw organicznych. Faktycznie – skład jest bogaty w naturalne oleje i ekstrakty roślinne. Muszę jednak zaznaczyć osobom, zwracającym na to uwagę, że są i składniki uważane za komedogenne, których przeznaczeniem jest pozostawienie ochronnego filmu na skórze i zabezpieczenie jej w ten sposób, odpowiednie nawilżenie czy zapewnienie konsystencji. Niemniej jednak w moim przypadku krem nie wywołał żadnych niechcianych sytuacji, a wręcz przeciwnie – sprawia, że buzia rano jest promienna i wypoczęta.

W kremie znajdziemy tak lubiany przeze mnie olejek jojoba, ale jest też makadamia, oliwa z oliwek, olej ze słodkich migdałów i sezamowy. Zacytuję tu opis kosmetyku: ” Krem zawiera ponadto szereg innych starannie dobranych składników pochodzenia organicznego takich jak: hibiskus, szarotka alpejska, aloes, zielona herbata czy liść oliwny, które odżywiają skórę nocą i wspierają proces odbudowy komórek, zapewniając głębokie nawilżenie i regenerację. Krem działa na skórę jak koktajl witaminowy (naturalna mezoterapia) i stosowany codziennie zapewnia widoczne rezultaty takie jak poprawa ogólnego wyglądu estetycznego skóry, wzrost nawilżenia czy też wzmocnienie bariery ochronnej.”

Polecam ten nocny krem – jako kojący plaster, jako zimową ochronę, jako intensywną regenerację podrażnionej skóry. Polecam właścicielom cery suchej, normalnej, dojrzałej lub z pierwszymi oznakami starzenia. Polecam jako kosmetyk ochronny i przeciwstarzeniowy. Jako wzmocnienie skóry i sposób na jej dobre nawilżenie.

Po więcej szczegółów zajrzyjcie na Facebooka La Fare 1789 – TUTAJ.

Kosmetyki marki dostępne są od niedawna w aptekach ZIKO oraz w drogeriach internetowych (choćby Skarbiec Natury).

 

 

 

 

Ostatnie zachwyty x3

Zapraszam tym razem na nieco inny wpis z serii “x3”. To znaczy, będą oczywiście trzy rzeczy, ale tym razem w wersji: z życia wzięte. A dokładniej będą to moje ostatnie zachwyty! No… trzy z nich 😀

Wiecie już chyba dobrze, że cierpię na nieuleczalną chorobę wpadania w zachwyty. Nie wszyscy to rozumieją, mi samej czasem trudno to zaakceptować. Ale muszę przyznać, że takie emocje dodają życiu barw. Zachwycam się nieustawicznie moją córką, zachwycam się mądrym spojrzeniem mojego psa, zachwycam się promieniem słońca przechodzącym przez liście jesiennego drzewa. Potrafię przystanąć na ulicy i zapatrzyć się w wiosenne kwiaty lub gwieździste niebo. Nie no… jestem pewna, że tak macie, co?

Zachwycam się też pięknymi rzeczami! A mam to szczęście, że moimi zachwytami mogę się dzielić z Wami, co, swoją drogą, jest właśnie formą zachwycania się!

Oto trzy z moich ostatnich zachwytów. Reszta czeka w kolejne na następny post!

 

 

Na początek – cudowny lampion Green Dragonfly Natural Candles!

 

Pokazywałam Wam go już na Facebooku i Instagramie. Jest jednak tak wyjątkowy i tak wspaniale umila mi jesienne wieczory (puste ostatnio, bo mąż daleko), że zasługuje na szczególne miejsce i tu, na blogu! To jedyny w swoim rodzaju lampion wykonany przez Hanię z Green Dragonfly, ręcznie! Zaklęta jest w nim letnia łąka, która będzie mi towarzyszyć całą zimę. Wystarczy w środku zapalić tea lighta, przyciemnić światła, a łąka ożywa. Cała się rusza, jakby przelatywały przez nią pszczoły. Kwiaty zdają się mówić – głowa do góry, dobre czasy powrócą, łąki zakwitną. I od razu zdaje się być przyjemniej.

Hania organizuje u siebie także warsztaty, zarówno takie świecowe, jak i kosmetyczne – bardzo polecam – Hanna Sobkowska!

A lampiony znajdziecie na Green Dragonfly!

 

 

 

Terminarz na 2019 – Make It Count – „morze”

 

Kolejny mój zachwyt jest ze mną raptem od… wczoraj! Choć zachwyciłam się nim… no… ze dwa dni wcześniej! Kiedy to zobaczyłam te urocze kalendarze na Facebooku jednego z  moich ulubionych sklepów – Rzeczownik, który, swoją drogą, często w Lili gości w moich kolażach. Najpierw spodobała mi się okładka – dokładnie takie morskie klimaty i złote litery bardzo lubię. Choć muszę Was zachęcić do pooglądania innych terminarzy z tej serii, bo wszystkie piękne.

Kiedy jednak zobaczyłam środek – przepadłam!

Jestem analogowa, nie lubię ani programów, ani aplikacji do zarządzania czasem. Niestety też z żadnym kalendarzem nie udało mi się do tej pory zawiązać głębszej przyjaźni. Działam po prostu w zeszycie lub na kartkach.

Ten tu jednak, jest jakby stworzony dla mnie! Po pierwsze każdy miesiąc zaczyna się planem miesięcznym z jakimś super obrazkiem. Po drugie – mamy rozkład tygodniowy! Po lewej, kartka jest podzielona na dni tygodnia, po prawej – pozostaje pusta, do zapisania jej własnymi notatkami. I dokładnie o to mi chodziło! Dokładnie!

Zastanawiałam się więc jakoś… dobę! Do kupna zmotywowały mnie urodziny Rzeczownika i ich aktualna promocja z darmową wysyłką (szczegóły na ich FB). Skorzystajcie koniecznie!

I teraz tak leży mi na biurku. Albo go sobie przeglądam. Albo patrzę na niego. Czeka bowiem na grudzień (zaczyna się już w grudniu!), na pierwsze zapiski!

Terminarz dostępny w sklepie Rzeczownik.

 

 

Kolorowe kieliszki F&F Home

 

Nie wiem czy to normalne, zachwycać się kieliszkami… I to jeszcze takimi po prostu – z Tesco. Ale nie mogę się oprzeć!

Bo wiecie, nie miałam wcześniej ładnych kieliszków. Nie widziałam do tej pory takich, które faktycznie chciałabym mieć lub nie kosztowałyby majątku. Trzymaliśmy więc z mężem taki ot, najprostsze, najtańsze, które sukcesywnie się wybijały. Na nowe mieszkanie przyjechałam ostatecznie z… jednym kieliszkiem! Ostatnim… Przyjaciołom podawaliśmy wino w angielskich filiżaneczkach (wyszperanych na starociach – cudne!).

Aż, całkiem niedawno, odkryłam te tu oto – kolorowe, szalone kieliszki! Ba, ombre! I jeszcze tanie! Wzięłam czym prędzej!

Całkiem możliwe, że nie tylko mi się tak spodobały, bo jak byłam kolejnym razem na zakupach w Tesco, pozostało jedynie ostatnie jedno opakowanie. Cóż, może dołożą!

I wiecie co? Z takimi kieliszkami to nawet wina nie trzeba pić – wystarczy sobie na nie patrzeć 😀

 

Colour Mood

Tak mnie kolorystycznie naszło… tak jesiennie, naturalnie, nostalgicznie… A jak już mnie naszło i jak te rzeczy same mnie odnalazły… to i Wam pokazuję!

Bo warte tego!

 

1.Drewniany ptaszek – zawieszka – Projekt Dzioopla / 2. Baleriny Parfois – Zalando / 3. MAUD Medium Tote Bag Wild – Molehill / 4. Aurora Eye Palette – Paletka ośmiu prasowanych cieni z lusterkiem Lily Lolo – Costasy / 5. Planner Luna – Rzeczownik / 6. Stolik kawowy Puzzle Gradient – Wood & Paper / 7. Talerz Provence Spiral – Kare Design

Austriacka przygoda z CULUMNATURA

Czy wiecie, że są takie kosmetyki, które przed opuszczeniem magazynu, słuchają nocami śpiewu ptaków?

Czy wiecie, że istnieje taki pensjonat, w którym nie ma wi-fi (tak, trudno sobie to wyobrazić, wiem…:), aby zminimalizować otaczający nas elektrosmog i po prostu – dobrze się wyspać?

Czy wiecie, że istnieją tacy fryzjerzy, którzy czeszą od dołu do góry?

Ale od początku!

 

 

Zaproszono mnie do Austrii, abym mogła poznać markę CULUMNATURA. Zdecydowałam się na wyjazd z ambitnym planem zwiedzenia przy okazji… no… przynajmniej liźnięcia – Wiednia. Jakaż była moja radość, kiedy zgadałyśmy się z Olą – Arsenic, że i ona wybiera się tam z narzeczonym! Pojechaliśmy więc razem! Ahoj, przygodo!

Pierwszą atrakcją okazał się sam pociąg na trasie Kraków – Wiedeń. Zdecydowaliśmy się bowiem pojechać w przedziałach z kuszetkami. Uznałam, że to już najwyższa pora, aby choć razu w życiu  przejechać się polskimi kuszetkami, a że realia PKP są nam wszystkim dobrze znane – zabrałam maleńki śpiworek. Ale nic z tych rzeczy! Okazało się, że pociąg do Wiednia jest jednak cywilizowany i bardzo go Wam polecam – jest i pościel, świeża, jest jedzonko, kawa, herbata, takie rzeczy. Mniejsza z tym, że jedzie się niczym ta sardynka w puszce…

W końcu jednak dojechaliśmy i od razu wybraliśmy się na penetrowanie miasta (z drobnym postojem na pozostawienie bagaży). I wiecie co? Przeszliśmy na piechotę ponad 17 km! Krążąc tymi uroczymi, niezwykłymi uliczkami, placami i ogrodami! Nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że wszystko tu takie… krakowskie. Choć oczywiście znacznie większe i stanowczo bardziej zadbane. Poddaliśmy się urokowi miasta, daliśmy się ponieść tłumom. I było to naprawdę dobre. Na spokojnie, ale z otwartym umysłem. Bez spiny, ale chcąc zobaczyć ile się da. Popijając kawę przy okazji, zajadając torcik Sachera i prażone kasztany  i wylegując się na ławkach w jakimś uroczym zakątku. Kupiliśmy pamiątki dla bliskich (w tym tęczową, pastelową, puchata lamę dla Róży… uwielbia ją teraz!) i ruszyliśmy na miejsce wcześniej zarządzonej zbiórki.

Wrzucam Wam tu kilka wiedeńskich migawek i niebawem ruszamy do pewnego niezwykłego miasteczka!

 

 

Tym niezwykłym miasteczkiem, położonym około godzinę drogi od Wiednia, jest Ernstbrunn. To właśnie tu, pośród pól i czystej natury, niedaleko parku, w którym hoduje się wilki, znajduje się siedziba CULUMNATURA. I nie tylko sama siedziba, bo także przynależący do niej pensjonat – Ökologisches GÄSTEHAUS LUGER, który zrobił na nas niemałe wrażenie. Okazało się, że jest to miejsce, w którym ogromną wagę przywiązuje się do ekologii. Jak już wspomniałam powyżej – zadbano o to, aby zminimalizować elektrosmog, lnianą pościel pierze się jedynie w orzechach piorących i nawet ściany, pozbawione kątów prostych, wykonano z ekologicznego tworzywa. Każdy pokój jest inny, każdy ma inne znaczenie. Zachwyceni byliśmy kamienną i drewnianą umywalką w kamiennym i drewnianym pokoju. Ścianą zrobioną ze szklanych butelek i wyjątkową łazienką, do której schodzi się jakby do piwniczki, wprost pod ziemię! Zachwyciły nas ręczniki z frotte lnu i bardzo kolorowa, aromatyczna roślinna kuchnia, która codziennie zaskakiwała czymś oryginalnym.

Zobaczcie choćby, jakie ładne były tam śniadania!

 

 

Przy pensjonacie, czyli także przy siedzibie CULUMNATURA, znajduje się niewielki, ale piękny ogród, wypełniony roślinami, które wykorzystywane są w kosmetykach marki. Tylko symbolicznie, ale muszę przyznać, że jest to świetny sposób ich prezentacji. Przy okazji powstało miejsce ukojenia i chwili oddechu – i dla gości i dla pracowników. W ogrodzie znajduje się także ścieżka Kneippa, czyli niedługi szlak wyłożony przeróżną nawierzchnią, po którym powinno się chadzać na bosaka i pobudzać siły witalne organizmu. Niestety, jako że był to wyjątkowo chłodny weekend, odważyliśmy się tylko przejść po trawie, choć ponoć specjalna niecka z wodą kusiła kilku panów…

Powyżej – Astrid Luger – współwłaścicielka CULUMNATURA – żona założyciela Williego Lugera, którego niestety nie udało nam się poznać.

 

Był to bardzo intensywny weekend, w trakcie którego ja i inni zaproszeni blogerzy, mogliśmy poznać funkcjonowanie austriackiej manufaktury kosmetycznej. Muszę przyznać, że ujęła mnie organizacja firmy i filozofia, która przyświeca jej działalności. I nawet te odgłosy ptaków, które puszczane są kosmetykom w magazynie, idealnie tu pasują i autentycznie – wychodzi się z takiego magazynu z przeświadczeniem, że wszystko tam tchnie dobrą energią (dźwięki oraz działania energetyczki mają właśnie energetyzować produkty). Marce bardzo zależy na tym, aby być firmą społecznie odpowiedzialną i możliwie ekologiczną, Od ponad dwudziestu lat funkcjonuje na rynku austriackim, niemieckim, szwajcarskim etc., dbając przy tym o lokalną społeczność, organizując wiele inicjatyw i przedsięwzięć aktywizujących.

Nasze polskie przewodniczki, dwie szalenie miłe Anie, opowiadały z zaangażowaniem o dążeniu do maksymalnej ekologiczności m.in. poprzez odpowiednią gospodarkę odpadami. Dowiedzieliśmy się, że długie poszukiwania najlepszych opakowań zaowocowały wyborem tych właśnie, które widzicie na zdjęciach. Że składniki kosmetyków są staranie selekcjonowane i pozyskiwane z całego świata. Że jakość ma tu ogromne znaczenie. Że “mniej znaczy więcej”. Jedyną wątpliwość budził alkohol w składach – marka tłumaczy jego obecność faktem, że jest to jedyny stosowany konserwant, że jest to bio alkohol, a jego negatywne działanie neutralizowane jest przez inne składniki.

 

 

Niestety kosmetyki CULUMNATURA nie są łatwo dostępne. Sprzedawane są jedynie przez wyszkolonych fryzjerów i kosmetyczki naturalne we współpracujących salonach. Ma to swoje wady i zalety. Wadą jest fakt, że takich salonów w Polsce jest jeszcze bardzo mało (sprawdzicie je TUTAJ). Za niepodważalną zaletę uważam to, że kosmetyki dobierze nam osoba, która coś o nich faktycznie wie. Która będzie umiała doradzić, wytłumaczyć, a przy okazji od razu je zastosuje.

CULUMNATURA szczyci się swoimi naturalnymi farbami do włosów, które to właśnie stosowane są przez współpracujących fryzjerów. Niejako osobną gałęzią, którą jednak doskonale można w salonach połączyć z fryzjerstwem, jest linia pielęgnacyjna. Aby móc oferować zarówno farbowanie produktami marki, jak i zabiegi pielęgnacyjne, a także sprzedaż detaliczną produktów, należy ukończyć specjalne szkolenia, organizowane przez CULUMNATURA. Przyznam, że ciekawa jestem bardzo, jak rozwinie się obecność marki w Polsce. Wszyscy bowiem mieliśmy duże wątpliwości co do prostego przyjęcia podobnego systemu sprzedaży w naszym kraju. Cóż, będę śledzić z zaciekawieniem, trzymając przy tym wciąż kciuki.

 

 

Pod koniec spotkania nadeszła pora na najprzyjemniejszą jego część – testowaliśmy zabiegi z pobliskim salonie CULUMNATURA. Niezwykle przyjemnym doznaniem okazał się masaż twarzy markowymi szczoteczkami, po którym nakładaliśmy sobie wzajemnie maski i balsamy. To, co mi spodobało się najbardziej, to czesanie szczotką CULUMNATURA (świetna sprawa – te szczotki mają piękną drewnianą rączkę i mocne włosie dzika) przez fryzjerkę – szkoleniowca marki. I to jakie czesanie – do dołu do góry! Miało pobudzić skórę głowy i rozprowadzić naturalny tłuszcz z włosów na całej ich długości, a przez to zadziałać niczym naturalna odżywka. Potem nastąpiło specjalne mycie włosów, które również okazało się dla mnie nowością. Było to mycie, które rozpoczęło się po prostu w fotelu fryzjerskim, rozprowadzeniem specjalną butelką rozcieńczonego szamponu CULUMNATURA po moich włosach, blisko skóry. Dopiero po chwili przeszłam do standardowego mycia. Całość bardzo ciekawa i inspirująca.

Jaka będzie przyszłość CULUMNATURA w Polsce?

Oj, jestem bardzo ciekawa i, jak już wspominałam, trzymam mocno kciuki. Jeśli więc kiedyś będziecie mijać salon fryzjerski lub kosmetyczny oznaczony logo marki – zajrzyjcie koniecznie. Z ciekawości, z sympatii. Podotykajcie produktów, powąchajcie, popytajcie fryzjerów i kosmetyczki. Wypróbujcie zabiegi i farbowanie.

Zajrzyjcie też na stronę CULUMNATURA!

 

A to my wszyscy, gotowi i zwarci do drogi, do powrotu do domów!

Facebook