Jedna genialna książka, jeden świetny film czyli Sierpień + Pokuta

Są takie książki i są takie filmy, które zostają w człowieku na dłużej. Nie ma ich za wiele, niestety, jeśli więc się na takie napotykamy, trzeba się nimi dzielić.

Dzielę się więc dzisiaj z Wami jedną taką książką i jednym takim filmem. Być może ktoś uzna je za “babskie”, ale wiem dobrze, że mogą spodobać się wszystkim. Jedno jest pewne – są idealne na te cudne letnie wieczory, kiedy namiętności i emocje odczuwa się jakby bardziej, kiedy zmysły są wyostrzone i całym sobą chcemy chłonąć to, co świat przynosi dobrego.



Sierpień

Julia Rozumek


Być może znacie blog Julii (JuliaRozumek.pl), być może zaglądacie tam co jakiś czas, tak jak ja, żeby nasycić oczy pięknymi zdjęciami i przemyślanymi tekstami. Ja sama śledzę ten blog od kiedy był jeszcze Szafą Tosi. Może nie regularnie, ale powracam tam co jakiś czas, kiedy nachodzi mnie potrzeba, albo ochota, kiedy jakaś ciekawa zajawka pojawi się w social mediach. Lubię, no lubię, bo jak tu nie lubić?

Sierpień jest pierwszą książką Julii, która postanowiłam sobie sprawić. Przekonały mnie opisy i opinie innych, które sobie przed zakupem poczytałam. Choć w zasadzie… od razu wiedziałam, że będzie to udany zakup. Czasem tak po prostu – ma się przeczucie.

Sierpień jest dobrą książką. W sensie…. jest książką dobrą w ogólnie znanym tego słowa znaczeniu, oj jest. Chodzi mi tu jednak o to, że ona niesie ze sobą dobro. Jest książką, którą specjalnie się przerywa w trakcie czytania, żeby za szybko nie skończyć, żeby przytulić ją do siebie i na spokojnie przemyśleć to, co się właśnie przeczytało. Jest książką, którą się człowiek delektuje. Jest mądrą książką. Aż zastanawia, skąd w tak młodej osobie tyle mądrości, która zdawałaby się wpisywać w dojrzałe życie.

Jest też książką, która uświadamia ci, że szczęście wcale nie jest daleko, Że nie trzeba go szukać nie wiadomo gdzie. Że ono jest tuż obok. Trzeba je tylko zauważyć. Zatrzymać się i zauważyć. A potem – docenić.

O czym jest Sierpień? To historia mieszkańców małe wsi, polskiej wsi początku lat 70-tych. To historia rodziny – rodziców i pary nastolatków u progu dorosłego życia i ich przyjaciół. To historia pewnego sierpnia, dzień po dniu, upalnego sierpnia, pachnącego zrywanymi z drzewa jabłkami i pierogami z borówkami (czy tam jagodami, jak niektórzy wolą:)). Wierzcie mi lub nie, ale ten upał i te zapachy i te smaki nawet wydobywają się z tych prostych kartek. Czuć je tak intensywnie!



Każdy dzień tego szczególnego sierpnia to osobny obrazek. Wszystkie jednak tworzą całość. Splatają się w niej historie i tych młodych ludzi i tych starszych, i bliskich sąsiadów i tych dalszych, zza góry, ze Śląska. W każdej z tych historii, w każdym z tych obrazów pobrzmiewa jakaś prawda o życiu. Jakiś morał, który zgrabnie wydobywa się z tych miniatur.

Jest tam też miłość. Ta pierwsza miłość, zaklęta w prawie niewidoczne gesty, spojrzenia i dotyk. Tak piękne!

I jest też zabawnie. Bywa wesoło i ciepło. Ale też bywa tak smutno, że sama zapłakałam. I to też jest piękne.

Przeczytajcie Sierpień. Teraz w sierpniu, bo to idealna wakacyjna lektura. A potem jeszcze raz. Kiedy będzie już szaro, smutno i zimowo. Aby znowu znaleźć się w środku lata, znowu poczuć w sercu ten upał i dobro.

Na koniec muszę jeszcze zwrócić Waszą uwagę na jedna niezwykle ważną rzecz. Spójrzcie, jak Sierpień jest cudownie wydany! Jakby żywcem był wyjęty z tamtych dawnych już czasów! Mamy twardą, płócienną okładkę, mamy prosty szkicowany snopek zboża i mamy jeszcze coś zwyczajnie cudnego – wstążkę, która rozwiązuje odwieczny problem zakładek! No czad!

Książkę znajdziecie w sklepie blogowym Julii – TUTAJ.




Pokuta

Atonement, reż. Joe Wright


Jakże rzadko używa się teraz słowa melodramat. Jakże bowiem rzadko to słowo pasuje, do opisywanego nim obrazu. Tym właśnie słowem określono “Pokutę” i co jak co – ale tutaj pasuje ono idealnie. Ale nie bójcie się tego słowa. Wiem, że wiele z Was z góry przekreśla ten typ filmów. Obejrzyjcie Pokutę choćby dlatego, że jest to po prostu świetny film!

Na Pokutę natknęłam się niedawno na Netflixie. A musicie wiedzieć, że jeżeli uda mi się znaleźć brytyjskie kino, jeżeli mamy na początek jedną z tych starych angielskich posiadłości, jeżeli akcja toczy się dawno temu, to ja taki film od razu włączam. Uwielbiam brytyjskie kino i brytyjskich aktorów, A ten obraz tylko mnie w mym uwielbieniu utrwalił.

Zacytuję najpierw za Wikipedią, abyście mieli szersze rozeznanie – brytyjsko-francuski film z 2007 roku w reżyserii Joe Wrighta. Melodramat na podstawie książki Ian McEwana pod tym samym tytułem. Zwycięzca Złotych Globów 2007 za najlepszy film dramatyczny oraz zdobywca nagrody BAFTA w kategorii najlepszy film, a także Oscara za najlepszą muzykę Dario Marianelliego.

Nie czytałam książki. Być może także jest dobra. Ale gdybym ją przeczytała, nie zaskoczyłby mnie tak bardzo sam film. A zwłaszcza jego zakończenie. Bo to film z gatunku tych z całkowicie zaskakującym zakończeniem. Takim, które pozostawia cię z tą dziwną miną mówiącą – ale jak to?

Choć w sumie cała historia wprawia w ten właśnie stan “ale-jak-to-?”. A przy tym porywa za serce. Dosłownie. A potem się płacze. Lubicie płakać po filmach? Czasem dobrze sobie tak zwyczajnie popłakać.

Mamy więc angielski dworek. Mamy wojnę i Dunkierkę. Mamy Keire Knightely, która idealnie się w te klimaty wpasowuje. Mamy młodziutką Saoirse Ronan, której bohaterka tak bardzo zmieni życie dwojga młodych ludzi. Mamy też w końcu Jamesa McAvoy, którego jakoś specjalnie wcześniej nie znałam, ale którego postać, w tak dziwny sposób wplątana w historię, pozostaje w sercu.

Nie będę Wam więcej pisać o samym filmie, o jego fabule, żeby nie niszczyć Wam przyjemności z oglądania. Napiszę jeszcze tylko wszystkim romantyczkom – obejrzyjcie koniecznie!


Letnie noce wish list

Te letnie noce, kiedy tak wystajesz z głową zadartą do góry i wgapiasz się w wielki księżyc, co rusz przysłaniany przez sunące chmury, to te letnie noce działają na mnie specjalnie inspirująco. Niosą z sobą ogromne pokłady magii i mistycyzmu, splecenia z naturą i pradawną wiedzą, którą czujesz, że możesz odkryć, już, już prawie, ale za każdym razem ci umyka…

Dzisiejszy wpis jest zainspirowany takimi nocami! I cudami, na które co rusz natrafiam, a które tak wspaniale w te noce mi się wpisują!

Sami zobaczcie!



  1. Purnama Rituals Zestaw Beginner- zawiera: Białą szałwię, Palo Santo, ceramiczny burner w kolorze Night Sky – Podstawowy zestaw do pozbywania się złej energii z otoczenia, pogłębiania medytacji lub praktyki jogi. Rozpocznij swoją przygodę z okadzaniem i tworzeniem wspomagających uważność rytuałów / Purnama Rituals
  2. Hagi Naturalny żel do mycia ciał ZIOŁOWO MIWyobraź sobie, że chodzisz po niezwykłym ogrodzie pełnym pachnących ziół, krzewów i kwiatów. Otulają Cię zielone zapachy, które relaksują i wyciszają. Naturalne olejki eteryczne z drzewa herbacianego i różanego, patchouli, geranium, goździka i sosny zamienią Twoją łazienkę w ogród, a Twoją kąpiel w rytuał pielęgnacyjny / Hagi
  3. Mata do jogi ILLUMINATION inspirowana jest koncepcją dotyczącą istnienia tzw. Trzeciego Oka / Moonholi
  4. Beauty Powder Cosmic PantryMieszanka ziół ashwagandha oraz superowoców schisandra, triphala i lucuma. Idealnie dobrane połączenie składników wspomagających odporność na stres z bombą antyoksydantów, które razem pomagają uwydatnić Twoje piękno, działając holistycznie na najgłębszym poziomie organizmu / Cosmic Pantry
  5. Naszyjnik Karme Moon – Magiczny naszyjnik z zawieszką z motywem księżyca, otoczoną ozdobnymi żłobieniami. Tarcza pokryta jest plastrem z naturalnego kamienia-chryzokoli w kwarcu. Symbolizuje on moc kobiecej energii – Golden Rules
  6. Green Witch Starter Kit – Ten zestaw ma w sobie wszystkie produkty, w których zaczynając naszą magiczną przygodę z kamieniami i kadzidłami zakochaliśmy się od pierwszego spotkania, a przez lata temperatura naszych uczuć do nich pozostała gorąca. Duży Ametyst, który zachwyca swoim kolorem i blaskiem, Fluoryt o hipnotyzującym zielono-fioletowym kolorze, połyskujący Piryt i osławiony kamień miłości Kwarc Różowy. W zestawie znajdziesz też pęczek Szałwii Białej i 2 drewienka Palo Santo. Całość zapakowana w prezentowe pudełko przewiązane wstążką / Glowdust
  7. MASTERTOUCH. Body Balm ResiboRozświetlona i zdrowa skóra, jak po najlepszym zabiegu kosmetycznym. Odmienisz jej wygląd dosłownie jednym pociągnięciem dłoni. Skóra przepięknie mieni się w każdym świetle. Doskonale wygląda też na zdjęciach / Resibo
  8. Niezwykła kartka pop-up „niebo” – urodzinowa kartka z kopertą amerykańskiej marki UWP Luxe / Rzeczownik
  9. Regulowany pierścionek z tanzanitem Why so Sirius – Syriusz to gwiazda, która świeci najjaśniej na naszym południowym niebie / Iluzja
  10. MOI Notes z wegańskiej skóry, blackWykonany z jedwabiście gładkiej, przyjemnej w dotyku wegańskiej skóry. W środku znajdziesz 192 wytrzymałe kartki w linie, złotą wstążkę — zakładkę oraz holograficzne złote krawędzie. Wszystko, czego potrzebujesz, żeby utrzymać swoje myśli i intencje w jednym, wyjątkowym miejscu. To notes nasycony magią i intencją celebrowania życia / Glowdust


  1. BRANSOLETKA | OPAL + PERŁA + TURKUS – na jedwabnej nici, nawlekana różowym opalem, turkusem i perłami słodkowodnymi o nieregularnych kształtach / Tambourine & Co.
  2. Balsam do ciała CZEKOCYNAMON z Ministerstwa Dobrego Mydła – mówią, że najlepszy, przebadany dermatologicznie, kompaktowy i higieniczny w użytkowaniu. Wygodnie się aplikuje i lubi podróżować. Ponoć także uzależniający / Ministerstwo Dobrego Mydła
  3. Mellow Mango – Nawilżający Krem dla Skóry Normalnej i Wrażliwej – ma działanie nawilżające, odżywcze i regenerujące. Delikatny zapach mango pochodzi z naturalnych składników aktywnych / Make Me Bio
  4. Kosmetyki DLA – DZIEWANNOWA WŁOSOMYJKA szampon do włosów farbowanych, suchych, zniszczonych – włosy stają się gładkie, lśniące i pełne połysku / Blisko Natury
  5. Claré Blanc Puder rozświetlający MAGIC DUST – WARM GOLD – Magiczny brokatowy pył, który pozwoli zamienić każdy makijaż w dzieło sztuki / Minti Shop
  6. Lakier do paznokci 07 RECYCLING ECO KABOS – SIMPLY to linia lakierów klasycznych do paznokci opartych na składnikach pochodzenia naturalnego / BIOECO
  7. Cedr i gorzka pomarańcza naturalny żel do ciała w płynie YOPE – Ma wytrawny, świeży zapach ze słodką i kwiatową nutą pomarańczy / YOPE
  8. Żel do ciała z drobinkami złota Couleur Caramel – pachnie delikatnymi nutami świeżych owoców, a sama jego kompozycja oparta jest na organicznym oleju arganowym i maśle shea, które jednocześnie chronią i zmiękczają skórę / Couleur Caramel
  9. ILIA Color Haze – Before Today – Róż w płynie – Skoncentrowana formuła organicznych, roślinnych składników i naturalny makijaż. Odcień Before Today – delikatny, przydymiony odcień różu / Organiall
  10. Plakat Głęboki oddech autorstwa Aleksandry Birch / Milk & Sun

Letni olejek uspokajający czyli ogrodowy balsam dla duszy

Oto i kolejny sposób na zatrzymanie lata!

Przez te kilka lat pokazywałam Wam już podobne olejki. Maceraty tworzę sobie od dawna, na różne potrzeby. Tym razem jednak zainspirował mnie mój własny ogród i postanowiłam stworzyć taką letnią wersję kojącego balsamu dla duszy!

Powstał olejek o cudownym zapachu. Lekko lawendowym, ale ze świeżą ziołową nutą. I doprawdy mam wrażenie, jakby wtopiło się w niego lato! Już samo to powinno podziałać na Was kojąco, kiedy nadejdą jesienie i zimy.



Niemniej jednak w głównej mierze chodzi tutaj o kojące i uspokajające działanie olejków eterycznych – tych, które do olejku dodałam i tych, które on sam sobie wyciągnął z roślin. Olejek pomaga wyłączyć się ze stresujących sytuacji, łagodzi zmęczony umysł, pozwala uspokoić się i zasnąć, jednocześnie dodając witalnej energii. Po prostu – balsam dla duszy!

Do tego zapach ma tak uniwersalny, że z pewnością polubią go i panowie i panie. Jeżeli więc tęsknicie za spokojnymi wieczorami i spokojnym snem, zróbcie go koniecznie. W wersji dla najmniejszych maluszków polecam pozostać jedynie przy lawendzie. Starszym dzieciom możemy już nasz olejek aplikować w czasie trudniejszych dni czy niespokojnych nocy.

Idealnym pojemniczkiem na olejek jest szklana butelka z roll-onem. Nie stosujemy go bowiem dużo. Jest bardzo intensywny i wydajny. Wystarczy wmasować kilka kropel (lub takie roll-onowe maźnięcie) w nadgarstki lub odrobinę za uszy – jak perfumy. Zapach i zawarte w nim olejki eteryczne będą się wokół nas unosić i rozpoczną swoją kojącą magię.



Letni olejek uspokajający czy ogrodowy balsam dla duszy


Mój olejek zrobiłam od razu w buteleczce z roll-onem – po pierwsze dlatego, że ładnie prezentuje się wtedy na zdjęciach, po drugie – można wtedy stosować olejek już podczas macerowania, co przydało mi się kilak razy. Polecam jednak wybrać po prostu słoik – jest znacznie praktyczniejszy. Zwłaszcza, że olejek tak czy siak, trzeba po dwóch tygodniach zlać, przecedzić i wlać do finalnej buteleczki. Dzięki temu nie zepsuje się za szybko i spokojnie wykorzystamy go w zimowe trudne wieczory.

W przypadku naszego olejku proporcje oleju do świeżych roślin, które tu wykorzystujemy powinny być 1:1. Rośliny muszą swobodnie pływać w oleju i być dokładnie nim zakryte. Pamiętamy też, że taką buteleczką lub słojem codziennie wstrząsamy, aby mieć pewność, że olej obleka każdą z roślin i nie narażamy jej na zepsucie.

Do mojego olejku zebrałam kwiaty lawendy, gałązki tymianku, kwiaty macierzanki i zwieńczyłam całość kwiatem czarnuszki. Możecie mieszać te roślinki w dowolny sposób. Warto też dodać igły rozmarynu, który świetnie rozjaśnia umysł i wzmaga koncentrację.

Jako bazę olejową wybrałam tym razem frakcjonowany olej kokosowy, ze względu na to, że praktycznie od razu się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy – jest to tzw. olejek suchy. Z łatwiej dostępnych olejów najlepiej sięgnąć po olej słonecznikowy lub z pestek winogron.



Suche rośliny zalewamy podgrzanym do około 40 stopni olejem – jak wspominałam powyżej w proporcji 1:1 . Dzięki temu mamy większą pewność, że rośliny nam się w trakcie macerowania nie zepsują, zachowując jednocześnie ich olejki eteryczne, które ulatniają się w wysokiej temperaturze. Olejek odstawiamy na dwa tygodnie, codziennie nim wstrząsając. Po tym czasie przecedzamy go przez gazę lub ręcznik papierowy i przelewamy do buteleczki z roll-onem.

Do buteleczki, która ma 60 ml dolewamy 30 kropelek olejku lawendowego i 10 kropelek olejku neroli – z kwiatów gorzkiej pomarańczy i ponownie odstawiamy całość na jeden, a najlepiej na kilka dni. Jeżeli Wasze buteleczki będą miały inna pojemność, najlepiej zapamiętać, że na każde 5 ml oleju dodajemy około 3 kropelki olejku eterycznego. Olejek lawendowy jest łatwo dostępny, jeżeli macie trudności ze znalezieniem olejkiem neroli, możecie pozostać przy samej lawendzie lub dodać do niej olejek geranium lub bergamotkowy.

Po więcej informacji na temat tworzenia maceratów odsyłam Was na blog Ziołowej Wyspy – znajdziecie tam masę ciekawych i praktycznych porad.

Olejek stosujemy, jak opisywałam powyżej tj. kilka kropel lub maźnięcie roll-onem na nadgarstki lub za uszy. Według potrzeby – kiedy czujemy się znużeni, zestresowani, niespokojni. Kiedy nie możemy zasnąć lub mamy niespokojny sen. Kiedy potrzeba nam lata.

Olejek przechowujemy w suchym i ciemnym miejscu, ale wciąż pod ręką. Byłoby idealnie aby roll-on był z ciemnego szkła.

Ach, może jeszcze dodam na wszelki wypadek, że te kwiaty i roślinki wyglądają tak ładnie i kolorowo w olejku tylko na początku. Potem tracą barwę, ale wypełniają olejek swoimi właściwościami!


Nowe w portfolio: Rosa. Panna Poranna

Cieszę się bardzo, bo w końcu mogę Wam zaprezentować projekt, nad którym pracowałam ostatnie kilka miesięcy. Poznajcie nową markę – Rosa. Panna Poranna.

Markę Moniki, którą być może znacie z bloga Wielki Kufer. Markę, która, choć nie moja, jest mi już tak bliska i trzymam mocno kciuki za jej wspaniały rozwój!



Zacznę jednak od tego, że zapraszam serdecznie do całego mojego portfolio na:

>>> LILI CREATIVE <<<


Dla Rosy stworzyłam identyfikację wizualną, prowadziłam też szeroki konsulting przy tworzeniu marki. Stworzyłam etykiety i kolaże produktowe dla wszystkich kosmetyków w ofercie – tych, które już są dostępne i zupełnie nowej serii, która swoją premierę będzie miała już w sierpniu. Będą to naprawdę świetne produkty, które pokażę Wam później!

Tymczasem w ofercie marki znajdziecie pełne wiosenno-letniej energii oleje i hydrolaty z zaskakujących owoców i kwiatów. Są też glinki, sok z aloesu, peelingi z pestek i kwas hialuronowy. Czyli składniki do stworzenia w pełni naturalnej, tak zwanej – prostej pielęgnacji. Albo do jej codziennego uzupełnienia.

Monika tak opisała swoją Rosę:

Rosa to boginka piękna, która uwielbia otaczać się tym co naturalne. To Panna Poranna, która spaceruje skoro świt wśród sadów, łąk i lasów w poszukiwaniu naturalnych składników do pielęgnacji twarzy i ciała. Uwielbia prostotę i nie uznaje kompromisów. Dlatego jej produkty są wysokiej jakości i wytworzone z naturalnych składników.

Zajrzyjcie więc koniecznie na stronę marki na PannaPoranna.pl!



Tak i powstała nam panna poranna – delikatna boginka stąpająca po rosie i wchodząca w poranek z nową energią. Uzupełniają ją rysunki roślin i owadów z dawnych rycin. Całość ma lekko tajemniczy wydźwięk, przepełniony subtelnym mistycyzmem i dawną ludową mądrością. W logo pojawia się wymiennie sama boginka lub graficzny kwiat skomponowany z kropel rosy, który wykorzystujemy także we wzorze widocznym na wszystkich etykietach produktowych.



Sama ostatnio stosuję kilka produktów Rosy i już Wam mogę zaręczyć, że są świetne!

Mam dwa cudownie letnie hydrolaty – z pomidora i jabłkowy, olejek także z jabłka i peeling a pestek czarnej porzeczki.

Te pierwsze stosuję wymiennie, jako lekkie mgiełki kiedy tylko mam ochotę i jako tonik, do przemywania twarzy. Moje serce skradł hydrolat jabłkowy. Genialny! Pachnie bowiem bardzo orzeźwiająco świeżym jabłkiem. Woda pomidorowa nie ma niestety zapachu pomidora, świetnie się jednak sprawdza w codziennej pielęgnacji. Odświeża i koi skórę. Oba hydrolaty bardzo dobrze przygotowują ją do chociażby peelingu.

Tutaj najlepiej wziąć odrobinę pestek i wymieszać je z kilkoma kroplami olejku jabłkowego. Ja tak robię! Zwracam tylko uwagę, że pestki z porzeczki są jednak dosyć grubo zmielone i taki peeling nie nada się do wszystkich rodzajów cer. Ja masuję nim twarz bardzo delikatnie i tak sprawdza się naprawdę dobrze. Mimo to wolę stosować go do ciała. Tu jest po prostu genialny! łączę go z naturalnym mydłem lub żelem pod prysznic, czasami z olejkiem. Skóra jest potem mięciutka i świetnie oczyszczona!

Polubiłam się też z samym olejkiem jabłkowym! Ma przyjemny słodki pestkowy zapach. Nie wiem czy wiedzieliście, ale “jest bogatym źródłem siarki, co czyni go skutecznym w leczeniu trądziku, łuszczycy i innych problemów skórnych. Obecność naturalnej siarki poprawia detoksykację skóry i zwiększa produkcję kolagenu.” Wspomagam nim wieczorną pielęgnację, nakładając odrobinę wraz z żelem hiauronowym. Cudo!

Raz jeszcze zachęcam gorąco do zajrzenia na stronę Rosy – Panna.Poranna.pl!



Nie mogę się oprzeć, więc dołączam jeszcze trochę grafik i zdjęć Rosy!

Mam nadzieję, że Wam spodobają się tak bardzo, jak mnie!


Zabawy farbą we wnętrzach

Oj, marzy mi się odrobina kolorowego szaleństwa w naszym mieszkaniu! To znaczy – odrobinę to mam, trochę się udało. Ale gdyby tak nieco śmielej… nieco bardziej… Widoków specjalnych niestety na to nie mam, bo mieszkam tu nie tylko ja, ale także mój mąż, który stanowczo preferuje nieco więcej spokoju i opanowania wnętrzarskiego. Cóż… może kiedyś…

Ale już teraz można się inspirować, prawda?

Mam więc dzisiaj i dla Was garść kolorowych inspiracji! Czasami wystarczy tylko pomysł i pędzel z farbą, aby wnętrze nabrało charakteru. Jeden pastelowy lub przygaszony łuk może stworzyć zupełnie nowe wrażenie, prawda?

A może bardziej poszaleć i zaprosić do wnętrza więcej koloru? I wzorów przy okazji! Aby codziennie ładować się dawką kolorowej energii, której tak bardzo brakuje nam w nasze jesienie i zimy.

Co wybieracie?


Zdjęcie na górze – moje ulubione! Schody, które zapewne kiedyś były całkiem zwyczajnymi, typowymi dla Londynu smutnymi, wąskimi schodami. A teraz? Aż chce się wchodzić na górę! I w dół! I na górę!

Schody należą do brytyjskiej artystki i designerki Anny Jacobs. Cały jej dom jest magicznie kolorowy, może nawet i jak na mnie – nieco za bardzo. Ale te schody! No – przepadłam! / Zdjęcie via Audenza



Ile w tym słońca! Ile optymizmu! Aż chce się usiąść z książką! Bardzo podoba mi się pomysł i wykonanie Jo z @retrojo5, a porady i sposób wykonania znajdziecie The Interior Editor.



Pozostajemy w podobnym klimacie i kolorystyce. A także wciąż jesteśmy w temacie geometrii i w zasadzie – modernizmu. W takim lekko boho wydaniu.

Po prawej stronie obłędne londyńskie mieszkanie Oli Zwolenik – koniecznie zobaczcie więcej na jej Instagramie – @thistimeincolour.

Po lewej – kolorki z mieszkania Lucii z @proyectopasillodeco.



No, czyż nie jest to cudowny pomysł? Odrobina marokańskiej magii we własnej sypialni. No… albo tej na Brooklinie…. Podoba mi się och-jakże-bardzo! Instrukcję wykonania znajdziecie na One Kings Lane.



A może kolorowy sufit? Widziałam już trochę takich w internetach i coraz bardziej i do mnie przemawiają! Tutaj w pastelach, bo czemu nie? / Paper & Stitch



Są i łuki! Te bardziej stonowane, ale jakże istotne we wnętrzu. Ten tutaj wraz z komodą i półką tworzy całość. Idealną całość.

Instrukcję wykonania znajdziecie na Carla Natalia.



Kolejne przykłady prostych łuków. Leciutkich, delikatnych, niemal ledwie widocznych, a jednak! Jednak robią robotę, nie sądzicie? Czy bez nich nie byłoby tak nijako?

Zdjęcie z lewej @sweetbungalow / z prawej @helloimaubs



A teraz łuki w nieco innym wydaniu. A dokładniej – w nieco bardziej pomysłowym i kreatywnym!

Zwykłe stare drzwi? Teraz już totalnie niezwykłe! / Dominomag

Jaśniejszy akcent na ciemnej ścianie? Otwierający poniekąd pomieszczenie na świat. Cudo! / Dulux w The Design Files



Główny punkt salonu? Okrągła instalacja z półkami i efektem ombre. To jest dopiero kreatywny pomysł! Więcej u Emily Henderson (image via domino | design by laura lane)



I jeszcze jeden pomysł na półki! Tym razem pojedyncze i kolorowe. Bardziej boho, ale równie pozytywne! / Meu Estilo Decor

A może skusicie się na takie kolorowe akcenty? Świetne! / Clem Around the Corner



I znowu łuki, i znowu inaczej! Kolory ciepłe i energetyczne, jakże wakacyjne. Jakieś to też wszystko oryginalne. Cudne!

Oba zdjęcia Banyan Bridges!



Tak tu niby zwyczajnie, tak tradycyjnie wręcz, a tu…. pomarańczowy sufit! I jakże on tam pasuje! Jak cudnie współgra ze spokojnym wnętrzem! A wręcz dopełnia je! / Remodelista



Tym razem coś dla wielbicieli nieco większego szaleństwa! Och, jak tu kolorowo! Dla wielu pewnie nieco za bardzo, ale przyznajcie, że jest w tych wnętrzach coś ekstra! Coś wyjątkowego! Mają charakter. I na pewno nie są sztampowe!

Zdjęcie z lewej / zdjęcia z prawej


Na koniec – ponownie schody! Ale musicie zobaczyć cały proces przemiany zwykłych smutnych schodów w to energetyczne cudo!

Ponownie z Banyan Bridges!

Z ogródka – grillowane młode pory z pastą z pieczonej papryki

Znowu zapraszam Was na obiad prosto z ogródka! Takie są najlepsze, prawda? A że u nas to w pełni naturalnie, w zasadzie nie ingerujemy w rośliny, bo i się na tym jeszcze nie znamy , to przynajmniej zdrowo i ekologicznie. Tak i zabieramy tym razem do kuchni piękne młode pory!



Wyczekałam się na te pory! W zasadzie, to na nie czekałam najbardziej. A to za sprawą Jamiego Olivera, którego program oglądałam sobie kiedyś w czasach największej izolacji. On tam właśnie robił takie młode pory i zaintrygował mnie tym tak bardzo, że postanowiłam koniecznie kiedyś zrobić coś podobnego.

I zrobiłam! W końcu mi te pory wystarczająco podrosły. I wiecie co? Pycha!

Polecam więc bardzo dzisiejszy przepis inspirowany tym oglądanym niegdyś u Jamiego Olivera. Nowe smaki, ale jakże letnie, dobre, świeże, kolorowe! Prosto z ogrodu!


Grillowane młode pory z pastą z pieczonej papryki


Składniki:

  • 6 młodych porów
  • 3 czerwone papryki
  • garść płatków migdałów
  • garść listków świeżego oregano
  • olej
  • sól, pieprz do smaku
  • kawałek ulubionego twardego sera
  • 2 ząbki czosnku



Paprykę myjemy, przekrawamy i usuwamy nasiona. Wkładamy do piekarnika na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Pieczemy w temperaturze 220 stopni, aż skórka mocno się przypali. Paprykę wyciągamy, odczekujemy chwilę, aż ostygnie i ściągamy z niej skórkę. Do blendera wrzucamy obraną paprykę, dwa ząbki czosnku, garść płatków migdałów, garść startego ulubionego sera, dwie łyżki oleju. Dodajemy sól i pieprz do smaku. Całość miksujemy na jednolitą pastę. (pycha!)



Pory myjemy i odkrawamy białą końcówkę i sporą część zielonych liści. Wrzucamy je do gotującej się osolonej wody na dosłownie 3-4 minuty, aby lekko zmiękły. Następnie wyciągamy i lekko osuszamy ręcznikiem papierowym. Przekładamy je na grill lub rozgrzaną patelnię grillową, lekko zwilżoną olejem. Grilujemy, aż z obu stron będą widoczne ładnie zarumienione paski.

Pory podajemy przykryte pastą paprykową, posypane płatkami migdałów i ulubionym twardy startym serem.

Ja je jeszcze podałam z makaronem w szałwiowym maśle – 1/3 kostki masła roztapiamy na małym ogniu z kilkoma listkami szałwii i dwoma pokrojonymi ząbkami czosnku. Dorzuciłam jeszcze nieco suszonego oregano, świeżo zmielony pieprz i garstkę płatków migdałów. Do tego wsypałam makaron, całość wymieszałam. Też pycha!



Facebook