Rozkwitamy tej wiosny, prawda? Budzimy się razem z przyrodą. Piękniejemy!
Postanowiłam więc zaserwować Wam kilka magicznych sztuczek pielęgnacyjnych. Abyśmy mogły zachwycać się swoim obliczem w lustrze, uśmiechać się do niego, głaskać się po twarzy i rozpocząć nowy sezon z cudowną energią.
Tak więc zaprosiłam do Lili – Rosę! A dokładniej markę Rosa. Panna Poranna!
Po drugie, Rosa to magia, prawda? No i jest to dla mnie marka szczególnie ważna, bo stworzyłam jej identyfikację wizualną i projekty wszystkich etykiet. Traktuję ją więc jak moje małe dziecko. I za każdym razem i sama się zachwycam, bo lubię zwyczajnie te opakowania.
No, a o ile ja zadbałam o to, żeby magię było czuć na zewnątrz, to Monika – właścicielka maraki – dba o to co najistotniejsze – o zawartość! Mamy więc ogromny wachlarz olejków, masełek i niesamowitych hydrolatów z różnorakich roślin, owoców i kwiatów! Są też czyste peelingi z pestek i pyłu bursztynowego. I są urocze masełka do noszenia w torebce, zawsze pod ręką.
Mam więc dziś dla Was trzy/cztery pomysły na to, jak to wszystko połączyć w spójną całość. W wiosenny rytuał pielęgnacyjny, który pozwoli cerze odetchnąć po zimie i nabrać siły do ciepełka. Połączymy coś niecoś w pary i stworzymy kosmetyki niemal genialne w swej prostocie i działaniu.
Potem to już tylko to głaskanie po twarzy i uśmiechanie do lustra pozostanie!
Wiec co mówię – wszystko już przetestowane porządnie!
Demakijaż Wiśnia / Piwonia
Och, żeby oczyszczanie skóry zamienić w tak cudownie pachnące przeżycie! Bo ten hydrolat z kwiatów piwonii pachnie obłędnie! No, ten bzowy, o którym zaraz, to jeszcze obłędniej. Ale piwonia też cudowna! Oczyszczajmy więc skórę piwonią połączoną z mocą pestek wiśni!
A jest to naprawdę bardzo prosta sztuczka, która pozwala w jedną chwilę wyczarować dwufazowy płyn do demakijażu. Wystarczy na wacik kosmetyczny nalać
jedną pipetkę olejku z pestek wiśni
i kilka razy spryskać go hydrolatem z piwonii – tak, aby był odpowiednio wilgotny.
Takim wacikiem oczyszczamy skórę. Jest to połączenie bardzo skuteczne, ale i łagodne. Skóra przy tym pozostaje miękka i od razu nawilżona i odżywiona.
Polecam stosować po przyjściu do domu – na odświeżenie. Lub jako początek naszego wiosennego rytuału!
Peeling Bursztyn / Róża
Myślę, że spokojnie można to połączenie traktować jako luksusowe! Cudownie energetyzująca dawka pomarańczowej energii! Pełnej słońca i witaminy C. Te drobinki bursztynowe wprost hipnotyzują. Jestem nimi zauroczona od samego początku. Uwielbiam zresztą całą morską serię – to chyba moja ulubiona w Rosie. Ogromną przyjemność sprawiło mi tworzenie do niej etykiet. Choć seria różana też jest wspaniała!
A tutaj postanowiłam te dwa światy połączyć! Zakląć je w rytuał piękności!
Bazą naszego peelingu jest
łyżeczka bursztynowego pyłku
i łyżeczka oleju z dzikiej róży
Mieszamy je razem w małej miseczce. Jak już mamy gotową bazę, łączymy ją z ulubionym żelem do mycia twarzy lub mleczkiem do demakijażu. Dodajemy mniej więcej łyżeczkę kosmetyku – aby całość miała taką pół lejącą konsystencję, którą łatwo nałożyć na twarz. Buzię zwilżamy wodą i masujemy skórę mieszanką przez kilka dłuższych chwil. Cieszymy się tym łagodnym dotykiem, lekkim masażem, pobudzamy krążenie i delikatnie usuwamy zimowe niedoskonałości. Pozwalamy bursztynowi oczyścić twarz i umysł, a dzikiej róży rozświetlić i odżywić skórę.
Zmywamy letnią wodą i gładzimy mięciutką skórę w zachwycie!
Maska cytrynowa
Na koniec nakładamy opaskę na włosy, żeby nam nie przeszkadzały i wyciągamy z szafki zapas ulubionej glinki! Ja polecam tę najłagodniejszą – białą. To ją łączę z kolejnym olejkowym cudem – olejem z pestek cytryn. Do tego od siebie dodaję jeszcze odrobinę kwasu hialuronowego i znowuż – jeden z hydrolatów. Maska świetnie odżywia, rozjaśnia i nawilża skórę, a dzięki glince także lekko matuje. Pozwala się skórze regenerować i wysusza niedoskonałości.
Bazą naszej maski jest
łyżeczka białej glinki
łyżeczka olejku z pestek cytryn
Kiedy połączymy dobrze bazę, musimy ją jeszcze odpowiednio nawilżyć – aby maska miała konsystencję gęstej pasty, która łatwo rozprowadza się na skórze. Ja dodaję jeszcze łyżeczkę kwasu hialuronowego i 1-2 łyżeczki hydrolatu. Jeśli nie macie takich składników, dobrze sprawdzi się też po prostu woda lub napar np. z rumianku lub zielonej herbaty.
Maskę rozprowadzamy na buzi i trzymamy ją tak 15-20 minut. Ważne, aby nie doprowadzić do zaschnięcia glinki. Jeśli czujemy, że nam wysycha, spryskujemy ją hydrolatem!
Na koniec gwiazda, która zasługuje na osobny akapit 🙂
Hydrolat z kwiatów bzu (tak, tak – lilaka) to mój najulubieńszy z hydrolatów. Pachnie bowiem – a jakże -bzem! Stosowanie go jest więc przeżyciem samym w sobie. Wiosennym, słonecznym odświeżeniem! Uwielbiam!
Polecam więc zastosowanie bzu na koniec naszego wiosennego rytuału! Odświeżmy nim cerę i nałóżmy lekki krem nawilżający!
A potem spryskujmy się tym bzem kiedy nam się żywnie podoba!
Jak Wam się spodobał mój pomysł na wiosenny rytuał pielęgnacyjny?
Albo inaczej – fajne, te moje magiczne naturalne sztuczki, co?
Bo każdą z nich możecie stosować osobno, albo dowolnie je łączyć. I to jest w tym najlepsze! Sięgacie po super produkty/półprodukty Rosa. Panna Poranna i same tworzycie tę magię! Łączycie je według uznania, ciesząc się możliwościami, jakie dają i rezultatami na skórze.
Pozostaje nam już tylko się sobą zachwycać!
I etykietami Rosy też of kors! :p
Nie umiem powiedzieć, czy to jest współpraca reklamowa 🙂 Sama Rosę zaprosiłam, bo ją lubię bardzo 🙂
Ależ byłam z siebie dumna, kiedy wpadłam na ten pomysł, a potem, kiedy okazało się, że to takie pyszne!
Kojarzycie takie amerykańskie mięsne klopsy zwane tam meatloaf? Takie z glazurką z ketchupu? Robiłam niegdyś, w innym życiu 🙂 Dzięki tej glazurce było to świetne danie i na ciepło, jako świeże, i potem – do chleba.
Tak mnie w każdym razie naszło, żeby zrobić takie coś z tofu. No i wyszło pyszne! Na dowód napiszę tylko, że każdorazowo połowę wyjada mi mąż. No i to też – jest pycha od razu, ale to dopiero nic! Najlepsze jest jak się to to odgrzewa następnego dnia na patelni! Albo właśnie wtedy na zimno nawet do bułeczki zjada – bo ten karmelizowany ketchup robi tu super robotę. Jest świeżo i pysznie!
No, polecam, polecam! Nawet jeśli nie lubicie tofu – teraz polubicie!
Wegański tofu klops „meatloaf”
Składniki:
kostka tofu naturalnego
kostka tofu wędzonego
średnia cebula
2-3 ząbki czosnku
kajzerka namoczona w około 1/2 szklanki mleka sojowego (ile wciągnie)
2-3 łyżki musztardy ulubionej
3 łyżki przyprawy do mięsa (ulubionej np. do burgerów, kebaba, złoty kurczak, suvlaki itp.)
2-3 łyżki oliwy
4-5 łyżek bułki tartej
3-4 łyżki passaty pomidorowej
2 łyżki siemienia lnianego
łyżka sosu sojowego
Glazura
pół szklanki ketchupu
3 łyżki passaty pomidorowej
2 łyżki octu balsamicznego
Namaczamy bułkę w mleku sojowym – niech napije się tyle, aby była miękka. Cebulę i czosnek kroimy lub rozdrabniamy na drobną kosteczkę. Do dużej miski przekładamy składniki na klops, rozdrabniając tofu i bułkę w dłoniach. Zagniatamy ręką do uzyskania w miarę jednolitej masy. Przekładamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia lub nasmarowanej oliwą i oprószonej bułką tartą.
W miseczce mieszamy składniki na glazurę i wylewamy ją na wierzch naszego ciasta.
Całość zapiekamy około godzinę w 180 stopniach – lub do momentu aż glazura zacznie się przypiekać.
Polecam wyciągnąć z piekarnika i odczekać chwilę do wystudzenia i dopiero wtedy kroić. Jak już pisałam – klopsik jest najlepszy następnego dnia, kiedy go odgrzewamy na patelni lub zajadamy w bułeczce.
Co powiecie na zastrzyk kolorowej, roślinnej energii?
Stworzyłam bowiem nową kolekcję wzorów i motywów zaczerpniętych z dawnych botanicznych rycin, które przenoszą nas w nieco egzotyczny świat Ameryki Południowej.
W kolekcji są już gotowe wzory i propozycje zastosowań zarówno ich, jak i samych motywów. Całość jest jednak zaplanowana tak, aby można było ją w pełni spersonalizować i dopasować do potrzeb różnej maści projektów.
Kolekcja jest dostępna do sprzedaży oraz przeprojektowania pod konkretne zapotrzebowanie – zapraszam do portfolio LiliCreative.pl oraz do zapytań mailowych na lilinatura@lilinatura.pl.
Powyżej logo dla pewnego wyjątkowego miejsca, o którym jeszcze Wam tu kiedyś więcej wspomnę! Jest to Apartament w Starej Szkole w Kłodowie. Za niedługo będzie miał własną stronę, a i może uda mi się odwiedzić to niezwykłe miejsce! Na razie odsyłam na profil na Facebooku!
Po więcej moich ilustracji zapraszam na Instagram oczywiście. Daję też jeszcze znać, że znajdziecie mnie także na Pintereście!
Zobaczcie poniżej co też na łące się dzieje! Gąsienice rozpoczęły nowy rodzaj usług!
Na koniec wrzucam oliwę! Już ją niedawno pokazywałam. Tym razem trafiła do mnie butelka, więc podrzucam także zdjęcia!
Dla marki Symbol Smaku – Simbolo de Gusto stworzyłam etykiety na różne pojemności ich nowej oliwy.