Przybywam do Was z wiosennym kolażem! Takim pełnym kwiatów i miłości…
Bo taka właśnie jest wiosna, prawda?
A teraz wyobraźcie sobie zapach inspirowany pierwszymi wiosennymi kwiatami…
Wyglądałby tak:
Ale do rzeczy… Bo te urocze kwiaty to taki mały pretekst, żeby dać Wam znać, że zrobiłam małe wiosenne porządki na mojej stronie z portfolio. Nie zauważyłam bowiem, że treści z dwóch podstron zupełnie mi zjadło… Tak to jest, jak się samemu robi strony, a potem nie pilnuje aktualizacji… W planach jest znacznie większa modyfikacja, ale póki co, wszystko działa jak należy.
Rozkwitamy tej wiosny, prawda? Budzimy się razem z przyrodą. Piękniejemy!
Postanowiłam więc zaserwować Wam kilka magicznych sztuczek pielęgnacyjnych. Abyśmy mogły zachwycać się swoim obliczem w lustrze, uśmiechać się do niego, głaskać się po twarzy i rozpocząć nowy sezon z cudowną energią.
Tak więc zaprosiłam do Lili – Rosę! A dokładniej markę Rosa. Panna Poranna!
Po drugie, Rosa to magia, prawda? No i jest to dla mnie marka szczególnie ważna, bo stworzyłam jej identyfikację wizualną i projekty wszystkich etykiet. Traktuję ją więc jak moje małe dziecko. I za każdym razem i sama się zachwycam, bo lubię zwyczajnie te opakowania.
No, a o ile ja zadbałam o to, żeby magię było czuć na zewnątrz, to Monika – właścicielka maraki – dba o to co najistotniejsze – o zawartość! Mamy więc ogromny wachlarz olejków, masełek i niesamowitych hydrolatów z różnorakich roślin, owoców i kwiatów! Są też czyste peelingi z pestek i pyłu bursztynowego. I są urocze masełka do noszenia w torebce, zawsze pod ręką.
Mam więc dziś dla Was trzy/cztery pomysły na to, jak to wszystko połączyć w spójną całość. W wiosenny rytuał pielęgnacyjny, który pozwoli cerze odetchnąć po zimie i nabrać siły do ciepełka. Połączymy coś niecoś w pary i stworzymy kosmetyki niemal genialne w swej prostocie i działaniu.
Potem to już tylko to głaskanie po twarzy i uśmiechanie do lustra pozostanie!
Wiec co mówię – wszystko już przetestowane porządnie!
Demakijaż Wiśnia / Piwonia
Och, żeby oczyszczanie skóry zamienić w tak cudownie pachnące przeżycie! Bo ten hydrolat z kwiatów piwonii pachnie obłędnie! No, ten bzowy, o którym zaraz, to jeszcze obłędniej. Ale piwonia też cudowna! Oczyszczajmy więc skórę piwonią połączoną z mocą pestek wiśni!
A jest to naprawdę bardzo prosta sztuczka, która pozwala w jedną chwilę wyczarować dwufazowy płyn do demakijażu. Wystarczy na wacik kosmetyczny nalać
jedną pipetkę olejku z pestek wiśni
i kilka razy spryskać go hydrolatem z piwonii – tak, aby był odpowiednio wilgotny.
Takim wacikiem oczyszczamy skórę. Jest to połączenie bardzo skuteczne, ale i łagodne. Skóra przy tym pozostaje miękka i od razu nawilżona i odżywiona.
Polecam stosować po przyjściu do domu – na odświeżenie. Lub jako początek naszego wiosennego rytuału!
Peeling Bursztyn / Róża
Myślę, że spokojnie można to połączenie traktować jako luksusowe! Cudownie energetyzująca dawka pomarańczowej energii! Pełnej słońca i witaminy C. Te drobinki bursztynowe wprost hipnotyzują. Jestem nimi zauroczona od samego początku. Uwielbiam zresztą całą morską serię – to chyba moja ulubiona w Rosie. Ogromną przyjemność sprawiło mi tworzenie do niej etykiet. Choć seria różana też jest wspaniała!
A tutaj postanowiłam te dwa światy połączyć! Zakląć je w rytuał piękności!
Bazą naszego peelingu jest
łyżeczka bursztynowego pyłku
i łyżeczka oleju z dzikiej róży
Mieszamy je razem w małej miseczce. Jak już mamy gotową bazę, łączymy ją z ulubionym żelem do mycia twarzy lub mleczkiem do demakijażu. Dodajemy mniej więcej łyżeczkę kosmetyku – aby całość miała taką pół lejącą konsystencję, którą łatwo nałożyć na twarz. Buzię zwilżamy wodą i masujemy skórę mieszanką przez kilka dłuższych chwil. Cieszymy się tym łagodnym dotykiem, lekkim masażem, pobudzamy krążenie i delikatnie usuwamy zimowe niedoskonałości. Pozwalamy bursztynowi oczyścić twarz i umysł, a dzikiej róży rozświetlić i odżywić skórę.
Zmywamy letnią wodą i gładzimy mięciutką skórę w zachwycie!
Maska cytrynowa
Na koniec nakładamy opaskę na włosy, żeby nam nie przeszkadzały i wyciągamy z szafki zapas ulubionej glinki! Ja polecam tę najłagodniejszą – białą. To ją łączę z kolejnym olejkowym cudem – olejem z pestek cytryn. Do tego od siebie dodaję jeszcze odrobinę kwasu hialuronowego i znowuż – jeden z hydrolatów. Maska świetnie odżywia, rozjaśnia i nawilża skórę, a dzięki glince także lekko matuje. Pozwala się skórze regenerować i wysusza niedoskonałości.
Bazą naszej maski jest
łyżeczka białej glinki
łyżeczka olejku z pestek cytryn
Kiedy połączymy dobrze bazę, musimy ją jeszcze odpowiednio nawilżyć – aby maska miała konsystencję gęstej pasty, która łatwo rozprowadza się na skórze. Ja dodaję jeszcze łyżeczkę kwasu hialuronowego i 1-2 łyżeczki hydrolatu. Jeśli nie macie takich składników, dobrze sprawdzi się też po prostu woda lub napar np. z rumianku lub zielonej herbaty.
Maskę rozprowadzamy na buzi i trzymamy ją tak 15-20 minut. Ważne, aby nie doprowadzić do zaschnięcia glinki. Jeśli czujemy, że nam wysycha, spryskujemy ją hydrolatem!
Na koniec gwiazda, która zasługuje na osobny akapit 🙂
Hydrolat z kwiatów bzu (tak, tak – lilaka) to mój najulubieńszy z hydrolatów. Pachnie bowiem – a jakże -bzem! Stosowanie go jest więc przeżyciem samym w sobie. Wiosennym, słonecznym odświeżeniem! Uwielbiam!
Polecam więc zastosowanie bzu na koniec naszego wiosennego rytuału! Odświeżmy nim cerę i nałóżmy lekki krem nawilżający!
A potem spryskujmy się tym bzem kiedy nam się żywnie podoba!
Jak Wam się spodobał mój pomysł na wiosenny rytuał pielęgnacyjny?
Albo inaczej – fajne, te moje magiczne naturalne sztuczki, co?
Bo każdą z nich możecie stosować osobno, albo dowolnie je łączyć. I to jest w tym najlepsze! Sięgacie po super produkty/półprodukty Rosa. Panna Poranna i same tworzycie tę magię! Łączycie je według uznania, ciesząc się możliwościami, jakie dają i rezultatami na skórze.
Pozostaje nam już tylko się sobą zachwycać!
I etykietami Rosy też of kors! :p
Nie umiem powiedzieć, czy to jest współpraca reklamowa 🙂 Sama Rosę zaprosiłam, bo ją lubię bardzo 🙂
Ależ byłam z siebie dumna, kiedy wpadłam na ten pomysł, a potem, kiedy okazało się, że to takie pyszne!
Kojarzycie takie amerykańskie mięsne klopsy zwane tam meatloaf? Takie z glazurką z ketchupu? Robiłam niegdyś, w innym życiu 🙂 Dzięki tej glazurce było to świetne danie i na ciepło, jako świeże, i potem – do chleba.
Tak mnie w każdym razie naszło, żeby zrobić takie coś z tofu. No i wyszło pyszne! Na dowód napiszę tylko, że każdorazowo połowę wyjada mi mąż. No i to też – jest pycha od razu, ale to dopiero nic! Najlepsze jest jak się to to odgrzewa następnego dnia na patelni! Albo właśnie wtedy na zimno nawet do bułeczki zjada – bo ten karmelizowany ketchup robi tu super robotę. Jest świeżo i pysznie!
No, polecam, polecam! Nawet jeśli nie lubicie tofu – teraz polubicie!
Wegański tofu klops „meatloaf”
Składniki:
kostka tofu naturalnego
kostka tofu wędzonego
średnia cebula
2-3 ząbki czosnku
kajzerka namoczona w około 1/2 szklanki mleka sojowego (ile wciągnie)
2-3 łyżki musztardy ulubionej
3 łyżki przyprawy do mięsa (ulubionej np. do burgerów, kebaba, złoty kurczak, suvlaki itp.)
2-3 łyżki oliwy
4-5 łyżek bułki tartej
3-4 łyżki passaty pomidorowej
2 łyżki siemienia lnianego
łyżka sosu sojowego
Glazura
pół szklanki ketchupu
3 łyżki passaty pomidorowej
2 łyżki octu balsamicznego
Namaczamy bułkę w mleku sojowym – niech napije się tyle, aby była miękka. Cebulę i czosnek kroimy lub rozdrabniamy na drobną kosteczkę. Do dużej miski przekładamy składniki na klops, rozdrabniając tofu i bułkę w dłoniach. Zagniatamy ręką do uzyskania w miarę jednolitej masy. Przekładamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia lub nasmarowanej oliwą i oprószonej bułką tartą.
W miseczce mieszamy składniki na glazurę i wylewamy ją na wierzch naszego ciasta.
Całość zapiekamy około godzinę w 180 stopniach – lub do momentu aż glazura zacznie się przypiekać.
Polecam wyciągnąć z piekarnika i odczekać chwilę do wystudzenia i dopiero wtedy kroić. Jak już pisałam – klopsik jest najlepszy następnego dnia, kiedy go odgrzewamy na patelni lub zajadamy w bułeczce.
Co powiecie na zastrzyk kolorowej, roślinnej energii?
Stworzyłam bowiem nową kolekcję wzorów i motywów zaczerpniętych z dawnych botanicznych rycin, które przenoszą nas w nieco egzotyczny świat Ameryki Południowej.
W kolekcji są już gotowe wzory i propozycje zastosowań zarówno ich, jak i samych motywów. Całość jest jednak zaplanowana tak, aby można było ją w pełni spersonalizować i dopasować do potrzeb różnej maści projektów.
Kolekcja jest dostępna do sprzedaży oraz przeprojektowania pod konkretne zapotrzebowanie – zapraszam do portfolio LiliCreative.pl oraz do zapytań mailowych na lilinatura@lilinatura.pl.