Mały biznes 09 – zastrzyki energii

Żywot freelancera tak zwanego – kreatywnego nie jest lekki. Pełen jest wzlotów i upadków. Uniesień pozytywnych niczym lot na chmurce napędzanej tęczą, ale też bolesnych lądowań w bagnistej zatoce rozpaczy.

Co gorsza, wszystkie kreatywne dusze które znam, to duszyczki o ogromnej wrażliwości. We mnie samej ta wrażliwość stanowczo jest nazbyt duża, powoduje bowiem skłonność do nadmiernych zachwytów, ale także ekspresową umiejętność wpadania w czarną otchłań smutku i życiowych boleści.

Kiedy piszę ten post zżera mnie stres. Taki, który ściska brzuch i nie chce wyjść z głowy. Czemu? Przesłałam bowiem do klienta pierwsze wyniki współpracy i czekam na odpowiedź. Na reakcję, która może być w zasadzie każda. Bardzo łatwo bowiem tutaj nie wpisać się w oczekiwania. Mogą się one rozminąć, mogliśmy się nie zrozumieć, mogłam mieć zupełnie inną na coś wizję. I choć coś, co w moich oczach jest dobre, w oczach klienta może być zupełnie odwrotne lub prościej – nie wystarczające. To jest właśnie specyfika branży kreatywnej. A że reakcji nigdy nie mogę być pewna – zżera mnie stres.

Bywa, że jest bardzo dobrze. Bywa, że coś trzeba dopasować, zmienić, poprawić. Ok, zrobimy. Ale bywały też klapy totalne, kiedy to wszystko zostawało odrzucone. Taka praca…

Zżera więc mnie stres. I zżerać będzie do przyszłego tygodnia. A kiedy tak zżera, to trzeba jakoś zadziałać, bo inne rzeczy czekają w kolejce na realizację.

Wtedy z pomocą przychodzą zastrzyki energii! Nie, nie jakaś tam chemia. Nic z tych rzeczy. Takimi zastrzykami są pozytywne tzw. feedbacki. Opinie klientów, czasem kilka spontanicznych słów od czytelników, czasem uśmiech i zainteresowanie w oczach uczestników warsztatów. To te momenty, kiedy uświadamiasz sobie, że jesteś tam, gdzie miałaś być. Że jeśli nawet zdarzają się porażki, które są nieodłącznym elementem każdej pracy, to i tak nie jest źle. Ba, jest dobrze. Się kręci. Funkcjonuje. Że warto. Że jest dla kogo. Że da się z tego wyżyć.

I tak sobie pomyślałam, że pokażę Wam kilka takich ostatnich zastrzyków!

Coś niecoś już cytowałam na Facebooku, ale i tutaj to zrobię. Bo mi teraz bardzo, ale to bardzo potrzeba o tym pamiętać!

Najpierw kilka niedawnych słów od moich cudownych czytelniczek. Dosłownie – kilka słów, a jakże ciepło robi się na sercu!

(o zwycięskiej książce mojego męża “Obrońcy mórz”)

Książka doszła cała i zdrowa 😀 zaraz zaczynam czytać, jestem max. podekscytowana, szczególnie że od dziecka (dosłownie) panią czytam i od pani zaczęła się moja miłość do piękna i naturalnych kosmetyków.

Co przy okazji uświadomiło mi, jak długo ja już tę moją Lili mam! 😀


I drugi, jakże miły ostatni zastrzyk:

Jestem na 257 stronie Twojego bloga, już prawie końcówka. Twój blog jest najlepszy!!! Poprawia humor i wprawia w stan daydreaming.

Daydreaming – jakie piękne określenie. Jak bardzo mi na tym zawsze zależy!

To o blogu, ale jakże liczne i jakże miłe zastrzyki mam zawsze po warsztatach! Jak miło usłyszeć, że były to najlepsze warsztaty, na jakich się było! Że cudownie spędzony czas. Albo kiedy organizator przesyła takie zdanie:

dziękuje za przeprowadzenie fantastycznych warsztatów – takie mam feedbacki 🙂

Coraz częściej wracają do mnie osoby, dla których już kiedyś prowadziłam warsztaty, z którymi niegdyś już współpracowałam. Samo to w sobie jest już sporym zastrzykiem. Coraz też częściej dzwonią do mnie organizatorzy imprez, którym mnie polecono. Niedawno miałam warsztaty podczas spotkania integracyjnego dla przemiłych dziewczyn, dla których już przeprowadzałam podobne spotkanie dwa lata wcześniej! I chciały jeszcze! Ba, teraz w weekend jadę w kolejną trasę, na warsztaty dla firmy, w której je już miałam dosłownie miesiąc temu, ale tak się spodobały uczestnikom, że zamówiono dwie kolejne tury, aby i inni mogli skorzystać. Czy to nie są prawdziwe zastrzyki energii?

Albo, kiedy właścicielka młodej marki kosmetycznej pisze mi, że jej kosmetyki, którym robiłam identyfikację, trafiły do kolejnego, tym razem bardzo dużego sklepu i:

…więc i Twoje grafiki święcą triumfy 🙂 ludzie są zakochani w wizualu! dziękuję Ci ogromnie, jesteś współautorką sukcesu!

Fajnie, prawda?

I nawet ten stres już jakoś mniej zżera. 🙂


Zauroczona: Marta Sukharuk

Oto i odkryłam nową perełkę. Dziewczynę zdolną i utalentowaną, która dopiero rozpoczyna swoją przygodę ilustratorską. Ale wróżę Marcie Sukharuk przyszłość dobrą i stabilną, bo – no sami zobaczcie – jak tylko patrzy się na jej ilustracje, od razu robi się tak jakoś lepiej, uśmiech wchodzi na twarz, a świat staje się radośniejszym miejscem.

Poprosiłam Martę o napisanie kilku słów o sobie. Oto one!

Kilka słów o mnie? W kontekście rysunku historia jest bardzo prosta i często spotykana – od zawsze lubiłam coś tworzyć i w życiu objawiało się to na różne sposoby. Już jako kilkulatka umiałam haftować i robić na drutach. W wieku 4 lat dostałam od mamy pierwszą maszynę do szycia – plastikową, ale naprawdę działała! Rysowanie zawsze było gdzieś z boku. Teraz mam już 30 lat, wiele prób odnalezienia drogi wyrazu za sobą. I wreszcie wiem, że znalazłam tę właściwą.

Rysuję w każdej wolnej chwili, a mam ich niezbyt wiele, bo większość dnia spędzam ze swoją półroczną córeczką. Kończy się to siedzeniem do późna lub wyborami – odsypiać czy rozwijać się i rysować. Jeżeli chodzi o to, co tworzę, to sprawa wydaje mi się mniej oczywista. Zależy mi bardzo, by moje prace w większości można było określić jako “radosne”. Stąd dobór tematów czy kolorystyki.

Dlaczego akurat “radosne”? Bo radość życia to jest to, czego sama szukam w sztuce. A tak właściwie to we wszystkim 😉

Jako ciekawostkę dodam, że rysunek bociana tworzyłam w ostatnich dniach ciąży i zawisł w oknie naszego mieszkania, gdy mała przyszła na świat. Od roku mieszkamy w Holandii i tutaj panuje zwyczaj, że pojawienie się nowego członka rodziny obwieszcza się umieszczając na oknie lub przed domem ozdoby – najczęściej bociany i błękitne lub różowe dekoracje, niekiedy imię dziecka.


Zajrzyjcie koniecznie do Marty > PORTFOLIO / INSTAGRAM / FACEBOOK


A teraz doładujcie się energetycznie ilustracjami!


Sposób na zapalenie mieszków włosowych

Też macie ten problem? Też trzyma się Was to cholerstwo i przypomina o sobie co jakiś czas?

Zapalenie mieszków włosowych bywa wielkim utrapieniem. I ja wiem coś o tym. Po latach mniejszych lub większych zwycięstw udało mi się w końcu wypracować sposób, którym dzisiaj się z Wami dzielę!

Pojawiają się Wam te okropne czerwone kropki na nogach? Czy to po depilacji czy tak po prostu? Może po treningu? Może latem, kiedy bardziej się pocicie? Macie problem wrastających włosków, które powodują powstanie większych, bolących nawet grudek? To coś dla Was!

Choć jednak… nie dla każdego.

Z góry uprzedzam, że mój dzisiejszy sposób nie sprawdzi się u wszystkich. Każdy ma inną skórę, która inaczej reaguje. Trzeba znaleźć po prostu na nią sposób.

Dzisiaj pokazuję Wam preparat, który jest dosyć silny, bo ma w sobie sporo alkoholu. Raz jeszcze powtarzam – nie wszystkim się to spodoba, nie każdemu podpasuje, zwłaszcza, jeśli macie delikatną, wrażliwą skórę. Jest to sposób, który działa na mnie. Który mi pomaga. Inspirowany zawiesinami przepisywanymi przez dermatologów. Bo i to jest taki właśnie rodzaj zawiesiny, która ma za zadanie zdezynfekować skórę, zapobiec powstawaniu niedoskonałości, ale jednocześnie osuszyć te istniejące i wspomóc ich gojenie się.

Ale mój sposób to nie tylko ta zawiesina, czyli ten biały płyn. To także coś, co każdy, borykający się z podobnymi problemami zna – peeling! Ale czym?



Kochani, kolejny raz zaznaczam – jest to sposób, który pomaga mi osobiście. Nie obejdzie się jednak bez odpowiedniej dbałości o higienę, bez zwracania uwagi na odzież – najlepiej nosić zwiewne, luźne, naturalne tkaniny. Równie istotna jest częsta zmiana maszynki do golenia (tylko to na mnie działa), a także najlepiej częste jej dezynfekowanie.

A przede wszystkim ważna jest konsekwencja. bez tego ani rusz. Przy każdym jej załamaniu grozi niestety powrót problemu. A wiem z doświadczenia, że to właśnie z konsekwencją bywa najgorzej.

Jakiś jest więc ten mój sposób?



Po pierwsze – peeling! I choć bardzo lubię różne markowe, pachnące, gotowe cuda, prawda jest taka, że najlepszy z możliwych peeling na takie problemy to najprostsza, najczystsza… sól Epsom! Zwykła sól także się tu nada, ale tej z Epsom nic nie pobije. Jest to siarczan magnezu, który ze względu na zawartość owej siarki, doskonale sprawdza się leczeniu dolegliwości skórnych. Ta gorzka sól jest coraz lepiej dostępna, zwłaszcza w internecie, bardzo więc polecam jej wypróbowanie.

Wystarczy wziąć w dłonie nieco takiej soli i masować tym skórę pod prysznicem w newralgicznych miejscach. Pozwoli to ją dokładnie oczyścić, odblokuje mieszki, uwolni wrośnięte włoski. Taki peeling genialnie przygotowuje skórę do golenia czy innej depilacji. Nie pozostawia też jej tłustej, jak to niestety często bywa w przypadku markowych, zwłaszcza naturalnych peelingów. Im są tłustsze, tym bardziej moja skóra ich nie lubi. Jeśli jednak sama sól będzie dla Was za ostra, możecie pomieszać ją w ręce z ulubionym, łagodnym żelem pod prysznic lub balsamem do ciała i dopiero wtedy rozpocząć peeling. Powtarzamy go często, najlepiej co drugi dzień.

A teraz pora na obiecany preparat! A dokładniej – zawiesinę! Jak wspominałam, mamy tu sporo spirytusu i jest to coś, co mi pomaga. Mimo jednak tego, płyn nie wysusza mojej skóry, a pozostawia ją miękką i nawilżoną. Czemu? Bo dodałam tu także frakcjonowany olejek kokosowy, który ekspresowo się wchłania i delikatnie pielęgnuje. Poza tym mamy tu też hydrolat oczarowy, o właściwościach ściągających, a także antybakteryjny i przeciwgrzybiczy olejek z drzewa herbacianego. I cynk oczywiście! Tlenek cynku, który wskazany jest w podobnych problemach dermatologicznych, bowiem wzmaga gojenie.



Preparat na mieszki włosowe

Składniki:

  • 10 ml frakcjonowanego oleju kokosowego
  • 20 ml spirytusu salicylowego
  • 70 ml hydrolatu oczarowego
  • 10 kropelek olejku z drzewa herbacianego
  • łyżeczka tlenku cynku

Wszystkie składniki (znajdziecie je w sklepach z półproduktami kosmetycznymi i w aptekach) łączymy w buteleczce. Powstaje zawiesina, którą przed każdym użyciem należy mocno wstrząsnąć. Używamy ją po goleniu/depilacji, lekko wklepując w skórę lub po prostu – w razie potrzeb.

Polecam!



Warszawska promocja Obrońców mórz

Tak oto przenieśliśmy się na chwilę z naszego życia w wir totalny. W szaleństwo pełne, ale dobre. W momenty, które zapamięta się już na zawsze.

Tak oto ruszyliśmy do Warszawy promować książkę mojego męża Obrońcy mórz (pisałam Wam o niej niedawno TUTAJ, do kupienia w księgarniach – np. w Empiku)!

To znaczy mój mąż ruszył, a ja dołączyłam do niego, aby razem z nim przeżyć ten niezwykły czas.

I wiecie co? Pękałam z dumy!

Obserwowałam, jak kolejno wybiera się na poszczególne wywiady. Jak z każdym kolejnym nabiera większej pewności. Jak cieszy się, kiedy rozmowa okazywała się ciekawa i wciągająca. Jak prowadzący chwalili jego książkę, a przysłuchujący się – jego wypowiedzi. To był jego moment, w pełni zasłużony, a ja cieszę się ogromnie, że mogłam tam być.

Jak wygląda taka promocja? Wydawnictwo zorganizowało nam wyjazd i cały harmonogram różnych spotkań. Była więc i telewizja (Polsat News) i radio (Jedynka, Czwórka, Puls), były i wywiady, które dopiero zostaną spisane i opublikowane, był też w końcu Youtube (7 metrów pod ziemią). Program więc dosyć napięty jak na niecałe trzy dni.



A wszystko to zwieńczało spotkanie autorskie w Faktycznym Domu Kultury. Swoją drogą – świetne miejsce – sama ciekawa jestem innych spotkań, które tam się odbywają. To nasze przebiegło spokojnie, w luźnej, wesołej atmosferze. Było sporo pytań i wyjaśniania. Głównie na tematy związane z pracą mojego męża w ochronie statków przed piratami somalijskimi. Dodam tu jednak, że książka nie skupia się jedynie na tym, ale główny nacisk kładzie na samo zjawisko piractwa, które jest naprawdę bardzo ciekawe. Poczytajcie koniecznie!

Przy okazji udało nam się spotkać z przyjaciółmi i znajomymi i z nimi także poświętować tak wyjątkowe wydarzenie. Aż w końcu… cały ten szalony wypad się skończył. Błyskawicznie. Zakończyliśmy go pierożkami na parze z tybetańskiego food trucka pod Pałacem Kultury. I to było zakończenie po prostu idealne. (jedliście je? Pycha!)

Polecam więc z całego serca Obrońców mórz. Zajrzyjcie do pobliskiej księgarni. Wskoczcie w tak nieznany, a jakże wciągający świat.

A może już czytaliście?

Poniżej jeszcze kilka migawek z wyjazdu!



Ach, i jeszcze muszę dodać (choć już pisałam Wam o tym na FB), że udało mi się skoczyć do ogrodu botanicznego!

Jak tam pięknie! Jakie to jest odrealnione, ujmujące miejsce! Jak uroczą ma alejkę z moimi ukochanymi bzami!



Prawda, że pięknie? 🙂

Buziaki!



Wnętrzarskie inspiracje 03

I znowuż znalazłam całkiem sporo bardzo ciekawych wnętrzarskich inspiracji, które muszę Wam pokazać. Poniżej więc czeka najnowszy misz masz mebli i dodatków, które zwróciły moją największą uwagę. Ale to nie wszystko!

Mam jeszcze dla Was małą metamorfozę tej części sypialni, której w zasadzie szczególnie jeszcze nie pokazywałam (poza jednym z wpisów z początków urządzania mieszkania). Czekałam długo na odpowiedni pomysł i w końcu się doczekałam! Zobaczcie poniżej!

Ale zaczynamy od inspiracji!


  1. Piękne tace z rattanu / H&M Home
  2. Lampa Żyrafa BLOOMINGVILLE / Loftbar
  3. Lampa Skirt BLOOMINGVILLE / Loftbar
  4. Cudne indyjskie łóżko z rzeźbionym zagłówkiem, wykonane ręcznie z drewna mango / Karinameble.pl
  5. Plakat Różowy horyzont HOG STUDIO / Pakamera
  6. Bardzo nieoczywiste, a jakże piękne, sztucznie postarzane Lustro Fly Antique / Giera Design
  7. Budzik Franky karlsson różowy lastryko / pt, store
  8. Lampa Sufitowa OPTRIO Model B / Zfabryki.pl
  9. Lampa Sufitowa OPTRIO Model A / Zfabryki.pl
  10. Plakat Góry – Natalia Koniuszy / Pakamera
  11. Fotografia Owcza ferajna, autor: Adam Biernat / Bite of Iceland
  12. Przepiękne naklejki na ścianę – nowy Zestaw Piwonie by KasiaGS (wzór Kasia Goraj Stróżyńskiej) / Dekornik
  13. Cyrk i półka na książki w jednym! Fantasy Circus Blue – cudowne, prawda? Sama chętnie bym się bawiła! / Dekornik

Jeszcze też nie chwaliłam Wam się oficjalnie moją palmą kokosową i opuncją figową!

A że stoją sobie obie godnie w salonie, to i podrzucam aktualny jego rzut!



Przypominam, że dokładne wpisy z linkami przeróżnymi o poszczególnych pomieszczeniach w mieszkaniu znajdziecie w serii NASZE MIEJSCE!



No dobra! To teraz oczekiwana metamorfoza!

Mamy bowiem w sypialni szafę. Bardzo praktyczną i funkcjonalną. Szafę wnękową z przesuwnymi drzwiami.

Problem w tym, że te drzwi były takie puste niczym płótno do zamalowania… Były całe jaśniutko szare. Kiedy je wybieraliśmy, myślałam, że to dobry pomysł. Ale nie… Przestały mi się podobać i postanowiłam to zmienić.

Bardzo długo szukałam na nie pomysłu. Szperałam w internecie w poszukiwaniu naklejek na szafy. Co ciekawe, okazało się, że jest ich nawet całkiem sporo, ale doprawdy nic, co by mi się spodobało.

I w końcu ją znalazłam! W COLORAY – dokładnie TĘ AKWARELOWĄ.

Chciałam, aby tak lekko artystycznie przechodziły barwy – właśnie od naszego sypialnianego granatu w słoneczny, piaskowy. Coś jakby widok z góry na plażę.

Zamysł dobry, znacznie trudniejsze okazało się jednak wykonanie. Otrzymałam dwie rolki w wymiarze naszych drzwiczek od szafy. Niestety nie posiadaliśmy doświadczenia w naklejaniu tego typu naklejek, które okazało się sporym wyzwaniem. Namęczyliśmy się więc niemiłosiernie, ale jedno już wiem – teraz to ja umiem oklejać meble!



Pierwsze drzwiczki wyszły bowiem znacznie gorzej od drugich. Na drugich nie widać już żadnych wgnieceń, zagięć i śladów po bąbelkach powietrza. Na tych pierwszych już na zawsze pozostaną widoczne ślady naszej nauki. Cóż, trudno. Postanowiłam je polubić, jako nasz własny na nich podpis. Albo kiedyś nakleję coś nowego!

W każdym razie, jeśli zdecydujecie się na podobną metamorfozę, nie naklejajcie naklejek metodą na sucho! NIE! Jest znacznie trudniejsza i właśnie przy niej powychodziły nam te wgniecenia i zagięcia, które zostaną już na stałe. Dopiero jak zaczęłam wszystko spryskiwać wodą z płynem do naczyń, okazało się, że się da.

Podrzucam więc link do COLORAY i do ich instrukcji montażu.

Ach, dodam jeszcze, że dopiero w domu okazało się, że naklejka posiada nadrukowaną jakby teksturę. Niestety nie było tego widać na zdjęciu w sklepie, dobrze więc o wszystko wypytajcie.

I jak się podoba?


Obrońcy mórz – książka mojego męża + konkurs

Nadszedł w końcu długo oczekiwany czas wielkiej premiery książki mojego męża – Obrońcy mórz (Stanisław Sadkiewicz, wyd. Znak)!

Jest to dla nas doprawdy duże wydarzenie. Dla mnie powód do ogromnej dumy z jednej z najbliższych mi osób, a dla mojego męża – zwieńczenie wielomiesięcznej ciężkiej pracy, godzin, dni całych, tygodni, poświęconych na reaserch i dociekanie, badania i poszukiwania źródeł, a potem spisywanie tego wszystkiego, aby w końcu powstało coś, co doprawdy warte jest polecenia!

O czym są Obrońcy mórz?

To szalenie fascynująca opowieść o zjawisku, które dla większości z nas jest całkowicie abstrakcyjne – o piractwie somalijskim. To reportaż, który przenosi w zupełnie inny świat. To historia, która ponosi, z którą się płynie, która wciąga i oplata.

Znajdziecie w niej zarówno doświadczenia mojego męża, który przez prawie pięć lat pływał po morzach i oceanach jako oficer ochrony statków, ale także dogłębną analizę samego piractwa, podaną w tak lekki i przyjemny, ale w pełni merytoryczny sposób, że czyta się to z zapartym tchem.

Oglądaliście Kapitana Phillipsa z Tomem Hanksem w roli głównej? To właśnie o tych piratach pisze mój mąż. O tych i o wielu innych. Znajdziecie tutaj historie niezwykłych postaci, które tak znacząco wpłynęły na los wielu innych ludzi. Nawet na Wasz, choć zupełnie nie zdajecie sobie w tego sprawy. Znajdziecie odpowiedź na pytanie – dlaczego właśnie Somalia? Dlaczego u wybrzeży tego kraju powstało tak dobrze zorganizowane piractwo – w zasadzie całe pirackie państewka. Dowiecie się jak wygląda atak i co dzieje się z porwanymi. Na czym polega praca w ochronie statków i jakie jeszcze zagrożenia czyhają na morzach.

I kim, tak naprawdę, są ci obrońcy mórz?

Dla kogo jest ta książka? Pewnie na pierwszy rzut oka pomyślicie, że to coś dla mężczyzn. Jak najbardziej – jestem pewna, że panowie chętnie do niej zajrzą. Ja jednak bardzo serdecznie polecam ją także i paniom. Wam, drogie moje czytelniczki! Jest to bowiem świat cały do odkrycia! Historia tak niezwykle ciekawa i wciągająca! Która po prostu fascynuje i zaciekawia. Która pozwala oderwać się od naszej polskiej rzeczywistości i poznać problemy ludzi tak nam odległych.



No dobra… To może teraz coś o początkach? Być może ciekawi Was jak to jest żyć z kimś, kto ochrania statki? Jak wygląda ta praca?

Pisałam Wam wielokrotnie, że mam wyjazdowego męża. Wiele razy otrzymywałam od Was sygnały, że Wy tak nie dałybyście rady. Cóż, nauczyłam się już, że los potrafi przynosić doprawdy zadziwiające niespodzianki i rzuca nam jak najdziwniejsze wyzwania. Cóż zrobić – pozostaje albo się buntować, albo dostosować. A że bunt małżeństwom specjalnie nie służy, dostosowanie się wydaje się być jednak najlepszą opcją.

Wcześniej mąż służył w wojsku. W krakowskiej brygadzie desantowo-szturmowej. Co wierniejsze moje czytelniczki (nie chciałabym tu używać słowa “stare”, ale te które są ze mną od dawna), być może pamiętają, jak pisałam, że wyjechał mi ten mąż na misję do Afganistanu. Nie było go wtedy pół roku. Myślę, że ten jego wyjazd zahartował mnie na tyle, że ci piraci wydali mi się jednak mniejszym złem…

Jakiś czas później, już po odejściu męża z wojska, los rzucił go na wody właśnie. Wydawało nam się to wtedy najlepszym rozwiązaniem. Raz, że jak przeczytacie w książce, trudno byłym żołnierzom, wyszkolonym w wojaczce, odnaleźć się na rynku pracy, dwa – stanowiło to niezwykle ciekawe wyzwanie, w którym można było wykorzystać posiadane doświadczenie, a jednocześnie poznać i nauczyć się tak wiele nowego.

I tak to się wszystko zaczęło. Odbył wiele kursów, zdobył masę papierów – bez tego nie mógłby wsiąść na statek. I poleciał. Pewnego dnia, tak po prostu, choć w wielkich emocjach – poleciał na swój pierwszy tranzyt. Pamiętam, że był to wyjątkowo pechowy debiut, bo zgubiono jego bagaż i przez cały miesiąc musiał obyć się bez niego. Ale dał radę. A ja tylko sprawdzałam na mapie dokąd teraz płynie, jakie kraje odkrywa. Jak kursuje pomiędzy Omanem a Sri lanką, Kairem a Komorami, Południową Afryką a Indiami. Ocean Indyjski stał się jakby mniejszy…

Taki jeden kontrakt, w czasie którego odbywa się dosyć sporo rejsów różnymi statkami, trwa 2-3 miesiące. Po tym czasie można przebywać dowolną ilość czasu w domu – zazwyczaj 1,5-2 miesięcy. Dziwny rytm, prawda? A w zasadzie dwa tryby – bo ja to tak odczuwałam. Nauczyłam się przestawiać, w jeden-dwa dni zaledwie z trybu “on jest”, na tryb “jego nie ma”. Tak samo nasza Róża, która praktycznie od urodzenia te tryby sobie oswajała. Tak, jakbyśmy miały dwie, zupełnie inne codzienności – jedną, w której muszę ogarnąć wszystko sama, drugą – w której już nie. Nie powiem, wymaga to sporego wysiłku, zrozumienia, cierpliwości i chęci, ale się da. Los, jak już wspominałam, rzuca nam różne wyzwania.



Czy się o niego bałam? Na początku tak, znacznie bardziej. Potem zaczął wracać. Po prostu – zawsze wracał. I jakoś ten strach sam się oswoił. Bywa, że na statku nie ma internetu (czasem jest, czasem go nie ma). Wtedy i po dwa tygodnie nie mam od niego żadnych wieści. Żadnych. No, chyba, że uda mu się zadzwonić z telefonu satelitarnego i krzyknąć mi tylko do słuchawki, że żyje i wszystko ok i czy u nas tak samo. Zakłócenia i morski wiatr uniemożliwiają w zasadzie jakąkolwiek rozmowę. Ale i to mi już nie straszne. Po prostu – nie myślę o niebezpieczeństwie. Organizm sam się przed tym broni. Gdybym miała się wciąż i wciąż nakręcać, pewnie już dawno bym zwariowała.

Jak bardzo niebezpieczna jest to praca? Tutaj odsyłam Was już do książki. Mąż mój, zdolny mój mąż, pisze tam o tym naprawdę genialnie. Z poczuciem humoru, w prosty sposób wyjaśnia kwestie trudne do wyjaśnienia. Zawiłości globalnej gospodarki stają się nagle zrozumiałe, geopolityka łatwiejsza do przetrawienia. Jest też codzienność. Codzienność pracy w ochronie na morzu, codzienność pirackiego rzemiosła i w końcu – codzienność porwanych załóg.

Odsyłam Was więc do księgarń, w których już książkę widziałam. Znajdziecie ją w sekcjach z reportażami. Możecie też zamówić ją online – polecam choćby stronę wydawnictwa Znak lub Empik.

Bardzo też serdecznie zapraszam na spotkanie autorskie, które odbędzie się 29 kwietnia w Warszawie, w Faktycznym Domu Kultury (ul. Gałczyńskiego 12) o godzinie 19:00!

Ale to nie wszystko!

Mam jeszcze dla Was 5 egzemplarzy książki! Przygarniecie? 🙂

Zapraszam do rozdania NA FACEBOOKU!


WEJDŹ DO KONKURSU!
Facebook