KategorieUncategorized

Jak wygląda moja praca – czyli wyjazd warsztatowy

Wiecie już zapewne, że na co dzień robię bardzo różne rzeczy. Nazywają to ładnie dywersyfikacją przychodów. 🙂 A jeśli jeszcze nie wiecie to, z tych najważniejszych:

>>> tu zajrzyjcie na stronę mojego portfolio >> LILI CREATIVE

>>> tu zapraszam na stronę warsztatów >> LILI GARDEN



I właśnie o tych moich warsztatach dzisiaj! O moich warsztatach kosmetyków naturalnych i słodyczy kosmetycznych, bo to doprawdy spora część mojej codzienności. Pokazuję ją Wam i na Facebooku i na Instagramie, ale pomyślałam, że opiszę Wam nieco bliżej, jak wygląda taki warsztatowy wyjazd! Jak wygląda moja praca!

W ostatnich tygodniach zjeździłam z tymi moimi warsztatami kawał Polski! Byliśmy w Kołobrzegu, Karpaczu, Warszawie, Olsztynie, Władysławowie i Rzeszowie. Są to warsztaty dla firm, w takich się specjalizuję. Zapewniam kreatywną rozrywkę podczas różnego typu eventów, czy to dla pracowników, czy dla klientów, czy podczas spotkań networkingowych, czy pokazów prasowych. Jeździmy na pikniki miejskie i pracownicze, na kameralne spotkania i imprezy dla tysiąca osób, na bardzo prestiżowe wydarzenia dla warszawskich dziennikarzy i celebrytów i do wiejskich domów kultury z przemiłymi paniami z kółek gospodyń. Każdy wyjazd jest inny. Każdy jest nową przygodą. Każdy jest okazją do poznania czegoś nowego – ludzi, miejsc, smaków.

Zawsze się staram, aby taki wyjazd warsztatowy był nie tylko pracą, ale zapewniał jeszcze nieco przyjemnych przeżyć. Szukam ciekawych noclegów, dobrych restauracji, pobliskich miejsc, które przy okazji można zobaczyć. Dzięki temu tak bardzo lubię te wyjazdy!

Ale wracając do tematu… Opiszę Wam dzisiaj jeden z ostatnich wyjazdów. Taki, który szczególnie przypadł mi do serca, ale był też niezwykle wyczerpujący i intensywny. Czy był to typowy wyjazd? I tak i nie. Bo w tej branży ciężko nazwać jakiekolwiek wydarzenie typowym, choć z perspektywy tych moich już prawie 10 lat doświadczenia, trzeba przyznać, że część warsztatów zlewa się w całość i tworzy pewien standardowy obraz.

Dzisiaj pojedziecie ze mną na wyjazd łączony – na warsztaty w Olsztynie i we Władysławowie, dzień po dniu, impreza po imprezie. Ruszamy zatem w drogę!


Przed warsztatami


Przygotowania do warsztatów rozpoczynają się dużo wcześniej. W zależności od eventu i organizatora, pierwsze ustalenia mogą się pojawić nawet rok wcześniej, bywa też, że mamy pilną imprezę, która nam “wpadnie” na dwa tygodnie przed jej terminem. Niemniej jednak te 10-14 dni przed warsztatem muszę już mieć etap ustaleń zakończony, wysłaną pierwszą kosztową fakturę i oszacowaną ilość uczestników warsztatów. Zabieram się bowiem wtedy za zakupy, których większą część robię przez Internet. Jest to zawsze wielka niewiadoma – czy zamówienia zdążą na pewno dojść na czas. Mam kilku sprawdzonych dostawców, którym ufam i przesyłki od nich odbieram nawet następnego dnia od zamówienia. Po części jednak bywa problematycznie i zdarza się, że poziom stresu mocno wzrasta, a opóźnione przesyłki odbieram wieczorem przed warsztatami, zagubione gdzieś na poczcie.

Dzień przed warsztatowym wyjazdem wybieram się też zawsze na wielkie zakupy, po składniki dostępne w marketach. Potem urządzam równie wielkie pakowanie, przepakowywanie, liczenie, sprawdzanie, organizowanie, dokręcanie buteleczek i słoiczków, drukowanie materiałów, 5-krotne przeliczanie czy na pewno mam wszystkiego pod dostatkiem, a wręcz ze sporą nadwyżką, bo to różnie bywa. Cały dom mamy wtedy zawalony pudłami, pudełkami, siatami, koszykami itp. W końcu jednak wszystko ląduje w przedpokoju i czeka na spakowanie do samochodu.


DZIEŃ I – dojechać


Ruszamy w drogę do Olsztyna! A dokładniej – ruszymy, jak się ogarniemy. Tym razem towarzyszy mi mój mąż. Kiedy jego nie ma lub nie może, zabieram zawsze asystentkę. Muszę kogoś mieć, sama nie dałabym rady. Po pierwsze, potrzebuję kierowcy na tak długie trasy, po drugie – kogoś, kto pomoże ogarnąć te wszystkie składniki i półprodukty. Pomóc je wyłożyć, a potem posprzątać.

W każdym razie rano musimy jeszcze odwieźć dziecko i psa do dziadków. Na szczęście tym razem są ferie, więc nie ma problemu ze szkołą. Kiedy mąż z resztą jadą w swoją drogę, ja kończę pakowanie. Sporo, oj sporo tego mamy tym razem… Czekają nas dwa warsztaty – dla 40 i 36 osób i każdemu trzeba zapewnić materiały na 4 kosmetyki. Wynoszę więc wszystko przed dom, a kiedy koło południa powraca mąż, łapie się za głowę. Ja jednak optymistycznie postanawiam wziąć pakowanie jakimś umyślnym sposobem, rozłożyć to na spokojnie i na szczęście się udaje.


Pensjonat U Jacka w Olsztynie

Gotowi? To ruszamy! Przyznam się Wam, że boję się zawsze takich długich tras, ale jednocześnie mają one w sobie coś kuszącego, coś przyciągającego, jak film drogi. Czeka nas ponad 7 godzin jazdy – z Krakowa do Olsztyna. Przez Warszawę, niestety. Zatrzymujemy się chwilę przed nią, aby przeczekać największe korki i zjeść serbski obiad w najlepszej restauracji na tej trasie – Karczmie Guca.

Na miejsce dojeżdżamy jakoś po 22. Po raz pierwszy zarezerwowałam pensjonat, w którym już kiedyś nocowałam, bo i warsztaty będziemy mieli w Hotelu Przystań, w którym także już raz je prowadziłam. Pamiętam, że urzekł mnie wtedy poranny widok na jezioro… I co? Tym razem mamy widok na parking… Cóż, trudno… Czekam z niecierpliwością na widok morza we Władysławowie, bo tylko ze względu na to zdecydowałam się tam na noclegi w porcie. Zanim padniemy, idziemy jeszcze na chwilę nad jezioro. Mąż złapał bakcyla morsowania i postanawia wleźć do wody. Ja patrzę, jak zwykle, pilnuję i cieszę się nocnym widokiem jeziora.


DZIEŃ II – warsztaty w Olsztynie


Obudził nas deszcz. Jest szaro i ponuro. Schodzimy jednak na śniadanie i zajadamy je, wpatrując się w tę deszczową taflę jeziora za wielkimi oknami pensjonatowej restauracji. Śniadania to chyba najbardziej lubię w tych wyjazdach. Zawsze poszukuję takich miejsc do spania, w których można zjeść dobre śniadanie. I jemy je potem sobie razem, popijając kawą i ciesząc się chwilą spokoju.

Na miejsce warsztatów, do Hotelu Przystań docieramy nieco wcześniej niż potrzeba. Deszcz leje, z pensjonatu się wymeldowaliśmy, nie ma co robić. Możemy zatem niespiesznie się przygotować. Najpierw jednak dzwonimy po dziewczyny z firmy eventowej i sprawdzamy salę. I znowu mały smuteczek – poprzednim razem miałam tu salę z pięknym, ogromnym widokiem na jezioro i łódki, a teraz – typową salę konferencyjną bez okien. Nie lubię takich, ale cóż, działamy!

Rozkładanie idzie nam sprawnie, bo to trzeci z kolei taki sam warsztat dla tej samej firmy. Mamy dla niej w sumie 5 eventów, prawie pod rząd. Mąż więc już dobrze wie, co gdzie trzeba położyć i w jakiej ilości, a jak nie pamięta, to tylko słyszę co jakiś czas – co teraz? I tak schodzi nam z tym około 1,5-godziny, ale w końcu wszystko jest na swoim miejscu. Ja zostaję na placu boju, a mąż ma wolne – idzie do hotelowej restauracji napisać artykuł.



A potem po prostu płynę. Przepływam przez wydarzenia. A przynajmniej tak mi się zawsze wydaje. Zamieniam się mojego normalnego ja, w moje profesjonalne ja. I jest ono ze mną podczas ogólnego spotkania ze wszystkimi paniami (potem część idzie na salsę, a część pozostaje ze mną), podczas moich warsztatów i kiedy żegnam się z uczestniczkami, które mi dziękują, cieszą się, tak miło chwalą, a nawet obejmują i całują!

Po warsztacie wraca mąż i sprzątamy razem ten artystyczny rozgardiasz. Zajmuje to około godziny, ale salę trzeba przywrócić do stanu początkowego. Mąż w między czasie zachwala restaurację hotelową, idziemy więc do niej, bo obojgu nam należy się dobry obiad (czy tam już kolacja). Pięknie tu. Klimatycznie i romantycznie. Szczególnie urzekła mnie zupa krem z podwędzanego ziemniaka podawana z krewetką, w słoiku, z którego unosi się wędzalniczy dym. Magia 🙂

Ale to nie koniec wieczoru. Wsiadamy bowiem w samochód i ruszamy w drogę. Do Władysławowa mamy 2,5 godziny jazdy, czas więc na nas.

Docieramy znowuż po 22 i co się okazuje? Zamiast pięknego, wielkiego widoku na port bałtycki mam małe boczne okienko, z którego trochę coś tam widać tego morza. Chyba jakieś wyjazdowe fatum widokowe nas dopadło! Żal mi bardzo, ale nie da się nic zrobić. Padamy…


DZIEŃ III – warsztaty we Władysławowie


Tym razem budzi nas cudowna pogoda! I przynajmniej jedząc śniadanie możemy podziwiać zacumowane w porcie kutry. Bajka! Zaraz potem lecimy na plażę. Mąż wskakuje do morza, ja cieszę się tak intensywnym kolorem nieba, jakiego dawno nie widziałam.



A potem – powtórka z wczoraj. Te same, dobrze już znane organizatorki i bardzo klimatyczna tym razem salka z okrągłymi stołami w hotelu Gwiazda Morza. Rozkładamy się, mąż wraca do pensjonatu z zamiarem pobiegania po plaży, a ja znowu wchodzę w to moje drugie ja. I płynę. Nadmorsko płynę przez ten dzień, który mija ekspresowo. Jak zawsze. Znowu sprzątamy, znowu się składamy i wracamy do naszego portu. Mają ponoć dobrą restaurację, trzeba wypróbować. I faktycznie – jest smacznie, regionalnie i solidnie. Ale to nie koniec dnia. Port tak kusi, że wybieramy się na falochron, na wieczorny spacer do latarni, do pełnego morza. A potem wskakujemy pod kołdrę i puszczamy sobie Przyjaciół. Znowuż padnięci. Idealne zakończenie tego dnia.



DZIEŃ IV – foki


Nie byłam jeszcze na Helu. Skoro więc jesteśmy we Władysławowie, nie możemy ot tak zwyczajnie wrócić na to nasze dalekie południe. Ruszamy w drogę zobaczyć helskie fokarium, które marzy mi się od dawna. Tylko jeszcze skoczę na portowy falochron i popstrykam zdjęcia tej niezwykłej symetrii, która ukazuje się na jakże spokojnym dzisiaj morzu! Sama tym razem, ciesząc się każdą sekundą tej mojej chwili.



O tej porze roku droga wzdłuż Półwyspu Helskiego jest spokojna. Pogoda niczym na wiosnę, niebo bezchmurne. Co chwilę wyłania się woda. Potem las, jakiś wybitnie bajkowy. Słońce prześwituje przez bałtyckie sosny, piasek z wydm wdziera się na drogę, krzaki borówek wyglądają jakby zaraz miały owocować. Docieramy do Helu, w którym urzekają mnie stare, rybackie zabudowania. Zupełnie o nich nie widziałam.



I te foki! Takie kochane! Śmieję się jak dziecko za każdym razem, kiedy któraś z nich obok mnie przepływa!

Nie bawimy tam długo, przed nami długi powrót. Docieramy do domu późnym wieczorem. Czaka na nas tu już moja siostra, która przywiozła dziecko i psa. Można odetchnąć.


Czytałam niedawno takie piękne zdanie. Po angielsku brzmi ładniej, ale przetłumaczę je tak:

opuszczenie domu i bezpieczny do niego powrót to jakże niedoceniane błogosławieństwo.


Kąpiel z sercem czyli miłosna sól kąpielowa

Oto i drugi, obiecany wpis walentynkowy! A w nim prosty, a jakże doskonały pomysł na wyjątkowy dodatek do kąpieli!

Wyjątkowy, bo z sercem! Takim, który na nawet całkiem prosto można zrobić. Wyjątkowy, bo o szczególnym, głębokim, odurzającym, afroduzyjącym aromacie. Aromacie idealnym na walentynkowy wieczór. I każdy inny!

Nasza dzisiejsza sól kąpielowa oparta jest w głównej mierze na soli Epsom, czyli magnezowo-siarkowym, zupełnie nie słonym, a gorzkim remedium na gorsze samopoczucie i problemy skórne. Taka sól w kąpieli fantastycznie regeneruje umysł i ciało, relaksuje, dodaje nam życiowej energii, a przy okazji pomaga ukoić skórę.



Kąpiel z sercem czyli miłosna sól kąpielowa

Składniki:

  • 300 g soli Epsom
  • 2 łyżki mleka w proszku
  • ok 4-5 łyżek różowej soli himalajskiej
  • 3 łyżki ulubionego oleju – wykorzystałam z pestek winogron
  • 8 kropelek olejku z drzewa sandałowego
  • 8 kropelek olejku z drzewa różanego
  • 8 kropelek olejku bergamotowego
  • 5 kropelek olejku goździkowego
  • 3 kropelki olejku ylang ylang


Przyda Wam się także patyczek do szaszłyków – z nim znacznie łatwiej zrobić różowe serce.

W misce mieszamy sól Epsom, mleko w proszku, olej i olejki. Na dno pojemniczka (mój o pojemności 300 ml) sypiemy ok. 1-2-centymentrową warstwę mieszaniny. Tuż przy ściance pojemniczka zaczynamy usypywanie serca z soli himalajskiej. Dodajemy jej po trochę w jednym miejscu, dosyć równomiernie, co jakiś czas formując patyczkiem pożądany kształt, czyli dociskając sól do dołu, po środku, u spodu serca. W miedzy czasie dosypujemy białej mieszaniny na pozostałą powierzchnię pojemniczka. Jest z tym trochę zabawy, ale efekty wychodzą bardzo ładne. Sama usypałam kilka takich serc, więc wierzcie mi – odrobinę kombinowania z patyczkiem, powolne dosypywanie soli i serce wychodzi!

A jeśli nie chcecie bawić się w serce, zróbcie po prostu warstwy! Czyli nasypcie nieco białej soli, np. na 2 cm, uklepcie całość i na to wysypcie 0,5-centymetrową warstwę soli himalajskiej. I tak kilka razy. Też będzie pięknie!

Około 1/2-1/3 pojemniczka soli przesypujemy do wanny z ciepłą wodą i cieszymy się kąpielą.

Ach, pamiętajcie, żeby pojemniczkiem nie wstrząsać. Wtedy niestety serce nam zanika… Wiem, zrobiłam to… 🙂


Z miłości

Oto i znowu nadchodzi to święto przez jednych znienawidzone, przez innych stanowiące doskonałą okazję do większego przychodu, a jeszcze przez innych, w tym mnie, tak lubiane.

Bo ja naprawdę lubię Walentynki. Bo miłość to tak piękne uczucie, że warto je świętować. Oczywiście najlepiej by było każdego dnia, ale spójrzmy prawdzie w oczy – zazwyczaj codzienność, ta nasza zwykła, bardziej lub mniej szara codzienność, zwycięża. Czemu zatem nie przypomnieć sobie w pewien lutowy dzień o tym, jak ważna ta miłość w naszym życiu jest?

I doprawdy – nie musimy świętować miłości jedynie w jednym jej kontekście.

Cieszmy się miłością w jej pełnym znaczeniu!

Zacznijmy od siebie, potem okażmy miłość naszym najbliższym, a jeszcze potem dostrzeżmy miłość do świata. Do natury, do zwierząt, do roślin. Do naszego domu, dzielnicy, miasta – naszego miejsca na ziemi. Do pani w sklepie, do mijanego sąsiada, do panów z pobliskiej budowy. Bo czemu nie? Czemu nie sprawić, że będzie nam po prostu lepiej? Uśmiechajmy się do siebie i uśmiechajmy się do wszystkich dookoła!

A wracając do nieco błahszych spraw…

Jako, że zbliżają się walentynki to i dwa posty walentynkowe w Lili być muszą! Zaczynam od kilku propozycji na nieco bardziej oryginalne podarunki.

Znajdziecie coś dla siebie?



  1. Cudna Mata do jogi COSMIC GIRL / Moonholi
  2. Boa Bookmark – wykonana ze szczotkowanego mosiądzu funkcjonalna i elegancka zakładka do książki / Rou Products
  3. ROSE QUARTZ LOVE Stanik Open Have Fun – zmysłowy stanik (open bra) wykonany z szerokiej elastycznej gumy z wrabianymi, złotymi paseczkami. Ozdobiony subtelną koronką z rzęskami, nadaje zmysłowego charakteru / Cloudmine
  4. KONFITURA RÓŻA – MALINATo podniecająca mieszanka oleju z róż i malin romansująca z komórkami macierzystymi z czerwonych jabłek, mocną dawką witamin i koenzymem Q10 / Ministerstwo Dobrego Mydła
  5. KOBALT Rose & Geranium Serum – Olejek (serum) nawilżający, antyutleniający, pomaga hamować procesy starzenia się skóry / Zmysły & Co.
  6. Moss Rose Kolczyki z amuletami szczęścia, które otoczą pozytywną aurą każdego dnia / Pakamera

  1. Toż to dopiero oznaka miłości – ceramika z uroczymi lampartami / Trzask Ceramics
  2. Naturalny suchy olejek PINK GLOW z biodegradowalnym brokatem Bioglitter® PURE – Multifunkcyjny rozświetlający olejek do całego ciała, który dzięki unikalnej formule nawilża, odżywia skórę i nadaje subtelną poświatę / Bioglitter
  3. Bransoletka Dream Bubble – z karneolem, zaprojektowana do spełniania marzeń / Iluzja Jewellery
  4. EASYLIVIN’ Wałeczek / Roller do masażu twarzy Gold Derma Roller – stymuluje produkcję kolagenu oraz w przyjemny sposób niweluje napięcie mięśniowe twarzy / Zmysły & Co.
  5. LULALY sojowa świeca do masażu PASSION – o energizujacym i zmysłowym zapachu, przynoszącym skojarzenie z pięknem egzotycznego dalekowschodniego ogrodu / Lulaly
  6. Walentynkowa czwórka – zestaw smakołyków, składający się z mieszanki musli Eliksir miłosci z liofilizowanymi owocami, różową czekoladą i pobudzającą guaraną, limitowanej edycji Mixitelli z nerkowców z różową czekoladą, liofilizowanych owoców i orzechów w czekoladzie oraz mini czekolady z czerwoną porzeczką i jagodami / Mixit

Obraz kwiatów – Arnoldus Bloemers (1786-1844)

Kosteczki peelingujące z kwiatami

Tak trochę na przekór jesieni, mam dla Was przepis na coś bardzo kwiatowego! A wręcz – na kwiatową eksplozję! W… łazience!

Zrobimy dzisiaj kosteczki peelingujące, w których się zakochacie! Które cudownie oczyszczają skórę, pielęgnując ją przy okazji, nawilżając i odżywiając! Pozostawiają ją miękką w dotyku, gładką i pachnącą.



Jak to działa? Jak połączenie peelingu i mydła. Kosteczkami masujemy ciało pod prysznicem lub w kąpieli. Lekko się pienią, wspaniale pachną. Spory dodatek cukru wygładza ciało, skutecznie oczyszczając je ze wszelkich zabrudzeń i martwego naskórka, poprawiając krążenie i zapobiegając rogowaceniu. W kosteczkach ukryłam też odżywcze masełko shea, które to właśnie genialnie przy okazji zadba o skórę! A kwiaty? Cóż, sprawiają, ze używanie takich kosteczek jest po prostu przyjemne!

No i jak one pięknie wyglądają!



Kosteczki peelingujące z kwiatami


Składniki / na 4 kosteczki:

  • 150 g białej bazy mydlanej (użyłam Forbury SLS Free ze ZróbMydełko)
  • 70 g masła shea rafinowanego
  • 200 g białego cukru
  • 40 kropelek olejku eterycznego lub zapachowego (użyłam zapachu Lody wiśniowe)
  • suszone kwiaty do dekoracji – płatki róż, chabry, nagietki i wrzosy


Przygotowujemy foremki. Użyłam takich do produkcji mydełek, ale jeśli nie macie podobnych spokojnie nadadzą się silikonowe formy na muffinki lub pudełeczka po np. serkach. Na ich dno sypiemy nieco płatków kwiatów.

Bazę mydlaną kroimy na mniejsze kawałki i roztapiamy ją razem z masłem shea w kąpieli wodnej, najlepiej w ceramicznej miseczce. Roztopione ściągamy z ognia i ekspresowo dodajemy cukier i olejek zapachowy i dokładnie mieszamy. Istnieje bardzo spore prawdopodobieństwo, że całość zacznie nam twardnieć, zanim przełożymy masę do foremek. Nic się nie bójcie, wystarczy z powrotem włożyć miseczkę do kąpieli wodnej na bardzo mały ogień/moc i tam całość mieszać. Gotową masę przekładamy do foremek, dokładnie dociskając łyżką, żeby dobrze przykleiły się kwiaty i aby wyrównać kosteczki na wierzchu. Odstawiamy je do lodówki na minimum pół godziny, dzięki czemu łatwiej nam będzie je wyciągnąć z foremek.

Jeżeli uznacie, że kwiaty nie wystarczająco ładnie wyglądają lub jest ich za mało, można spokojnie “dokleić” ich jeszcze trochę. Sięgamy po zapalniczkę i przykładamy płomień do wierzchu kosteczki w wybranym miejscu. Ciepło sprawi, że masa lekko się tu roztopi i zadziała jak klej. Dokładamy tu płatki i lekko je dociskamy.

I teraz ważna sprawa! Kosteczki są śliczne dzięki tym kwiatom, ale żeby nam one nie spleśniały przy długim używaniu kosteczek, należy podzielić je na mniejsze kawałeczki – po prostu przekroić nożem. Wszystkie trzymamy w zamykanym pojemniczku i dopiero kiedy zamierzamy wykonać peeling, wyciągamy sobie jedną taką część. Ewentualnie po prostu nie dodawajcie kwiatów lub dodajcie na wierzch np. brązowy cukier.

Kosteczkami masujemy ciało pod prysznicem lub w kąpieli.

Obrońcy mórz – książka mojego męża + konkurs

Nadszedł w końcu długo oczekiwany czas wielkiej premiery książki mojego męża – Obrońcy mórz (Stanisław Sadkiewicz, wyd. Znak)!

Jest to dla nas doprawdy duże wydarzenie. Dla mnie powód do ogromnej dumy z jednej z najbliższych mi osób, a dla mojego męża – zwieńczenie wielomiesięcznej ciężkiej pracy, godzin, dni całych, tygodni, poświęconych na reaserch i dociekanie, badania i poszukiwania źródeł, a potem spisywanie tego wszystkiego, aby w końcu powstało coś, co doprawdy warte jest polecenia!

O czym są Obrońcy mórz?

To szalenie fascynująca opowieść o zjawisku, które dla większości z nas jest całkowicie abstrakcyjne – o piractwie somalijskim. To reportaż, który przenosi w zupełnie inny świat. To historia, która ponosi, z którą się płynie, która wciąga i oplata.

Znajdziecie w niej zarówno doświadczenia mojego męża, który przez prawie pięć lat pływał po morzach i oceanach jako oficer ochrony statków, ale także dogłębną analizę samego piractwa, podaną w tak lekki i przyjemny, ale w pełni merytoryczny sposób, że czyta się to z zapartym tchem.

Oglądaliście Kapitana Phillipsa z Tomem Hanksem w roli głównej? To właśnie o tych piratach pisze mój mąż. O tych i o wielu innych. Znajdziecie tutaj historie niezwykłych postaci, które tak znacząco wpłynęły na los wielu innych ludzi. Nawet na Wasz, choć zupełnie nie zdajecie sobie w tego sprawy. Znajdziecie odpowiedź na pytanie – dlaczego właśnie Somalia? Dlaczego u wybrzeży tego kraju powstało tak dobrze zorganizowane piractwo – w zasadzie całe pirackie państewka. Dowiecie się jak wygląda atak i co dzieje się z porwanymi. Na czym polega praca w ochronie statków i jakie jeszcze zagrożenia czyhają na morzach.

I kim, tak naprawdę, są ci obrońcy mórz?

Dla kogo jest ta książka? Pewnie na pierwszy rzut oka pomyślicie, że to coś dla mężczyzn. Jak najbardziej – jestem pewna, że panowie chętnie do niej zajrzą. Ja jednak bardzo serdecznie polecam ją także i paniom. Wam, drogie moje czytelniczki! Jest to bowiem świat cały do odkrycia! Historia tak niezwykle ciekawa i wciągająca! Która po prostu fascynuje i zaciekawia. Która pozwala oderwać się od naszej polskiej rzeczywistości i poznać problemy ludzi tak nam odległych.



No dobra… To może teraz coś o początkach? Być może ciekawi Was jak to jest żyć z kimś, kto ochrania statki? Jak wygląda ta praca?

Pisałam Wam wielokrotnie, że mam wyjazdowego męża. Wiele razy otrzymywałam od Was sygnały, że Wy tak nie dałybyście rady. Cóż, nauczyłam się już, że los potrafi przynosić doprawdy zadziwiające niespodzianki i rzuca nam jak najdziwniejsze wyzwania. Cóż zrobić – pozostaje albo się buntować, albo dostosować. A że bunt małżeństwom specjalnie nie służy, dostosowanie się wydaje się być jednak najlepszą opcją.

Wcześniej mąż służył w wojsku. W krakowskiej brygadzie desantowo-szturmowej. Co wierniejsze moje czytelniczki (nie chciałabym tu używać słowa “stare”, ale te które są ze mną od dawna), być może pamiętają, jak pisałam, że wyjechał mi ten mąż na misję do Afganistanu. Nie było go wtedy pół roku. Myślę, że ten jego wyjazd zahartował mnie na tyle, że ci piraci wydali mi się jednak mniejszym złem…

Jakiś czas później, już po odejściu męża z wojska, los rzucił go na wody właśnie. Wydawało nam się to wtedy najlepszym rozwiązaniem. Raz, że jak przeczytacie w książce, trudno byłym żołnierzom, wyszkolonym w wojaczce, odnaleźć się na rynku pracy, dwa – stanowiło to niezwykle ciekawe wyzwanie, w którym można było wykorzystać posiadane doświadczenie, a jednocześnie poznać i nauczyć się tak wiele nowego.

I tak to się wszystko zaczęło. Odbył wiele kursów, zdobył masę papierów – bez tego nie mógłby wsiąść na statek. I poleciał. Pewnego dnia, tak po prostu, choć w wielkich emocjach – poleciał na swój pierwszy tranzyt. Pamiętam, że był to wyjątkowo pechowy debiut, bo zgubiono jego bagaż i przez cały miesiąc musiał obyć się bez niego. Ale dał radę. A ja tylko sprawdzałam na mapie dokąd teraz płynie, jakie kraje odkrywa. Jak kursuje pomiędzy Omanem a Sri lanką, Kairem a Komorami, Południową Afryką a Indiami. Ocean Indyjski stał się jakby mniejszy…

Taki jeden kontrakt, w czasie którego odbywa się dosyć sporo rejsów różnymi statkami, trwa 2-3 miesiące. Po tym czasie można przebywać dowolną ilość czasu w domu – zazwyczaj 1,5-2 miesięcy. Dziwny rytm, prawda? A w zasadzie dwa tryby – bo ja to tak odczuwałam. Nauczyłam się przestawiać, w jeden-dwa dni zaledwie z trybu “on jest”, na tryb “jego nie ma”. Tak samo nasza Róża, która praktycznie od urodzenia te tryby sobie oswajała. Tak, jakbyśmy miały dwie, zupełnie inne codzienności – jedną, w której muszę ogarnąć wszystko sama, drugą – w której już nie. Nie powiem, wymaga to sporego wysiłku, zrozumienia, cierpliwości i chęci, ale się da. Los, jak już wspominałam, rzuca nam różne wyzwania.



Czy się o niego bałam? Na początku tak, znacznie bardziej. Potem zaczął wracać. Po prostu – zawsze wracał. I jakoś ten strach sam się oswoił. Bywa, że na statku nie ma internetu (czasem jest, czasem go nie ma). Wtedy i po dwa tygodnie nie mam od niego żadnych wieści. Żadnych. No, chyba, że uda mu się zadzwonić z telefonu satelitarnego i krzyknąć mi tylko do słuchawki, że żyje i wszystko ok i czy u nas tak samo. Zakłócenia i morski wiatr uniemożliwiają w zasadzie jakąkolwiek rozmowę. Ale i to mi już nie straszne. Po prostu – nie myślę o niebezpieczeństwie. Organizm sam się przed tym broni. Gdybym miała się wciąż i wciąż nakręcać, pewnie już dawno bym zwariowała.

Jak bardzo niebezpieczna jest to praca? Tutaj odsyłam Was już do książki. Mąż mój, zdolny mój mąż, pisze tam o tym naprawdę genialnie. Z poczuciem humoru, w prosty sposób wyjaśnia kwestie trudne do wyjaśnienia. Zawiłości globalnej gospodarki stają się nagle zrozumiałe, geopolityka łatwiejsza do przetrawienia. Jest też codzienność. Codzienność pracy w ochronie na morzu, codzienność pirackiego rzemiosła i w końcu – codzienność porwanych załóg.

Odsyłam Was więc do księgarń, w których już książkę widziałam. Znajdziecie ją w sekcjach z reportażami. Możecie też zamówić ją online – polecam choćby stronę wydawnictwa Znak lub Empik.

Bardzo też serdecznie zapraszam na spotkanie autorskie, które odbędzie się 29 kwietnia w Warszawie, w Faktycznym Domu Kultury (ul. Gałczyńskiego 12) o godzinie 19:00!

Ale to nie wszystko!

Mam jeszcze dla Was 5 egzemplarzy książki! Przygarniecie? 🙂

Zapraszam do rozdania NA FACEBOOKU!


WEJDŹ DO KONKURSU!

IN LOVE 16

Co tam nowego do zakochania znalazłam ostatnio?

Ano zobaczcie!



  1. Piękny, botaniczny, plakat Flower Glass autorstwa Nataszy Kwiatkowskiej – bardzo, bardzo mi się podoba taki klimat. Ale o tym, to już pewnie wiecie, prawda? 🙂 / Wall-being
  2. Jakie ładne! Kolczyki Sorbet / Parfois
  3. Naturalne rattanowe lustro Noemi z Franzo Rattan / Pakamera
  4. Coraz popularniejsze wsuwki z perłami – dziewczęce, lekkie, na co dzień, zestaw Solar / Kajo Jewels
  5. Marka Alkemie zaskoczyła nas niedawno nowymi seriami produktów, których opakowania zdobią ilustracje bardzo utalentowanych artystek. Pomysł zaiste genialny. Wszystko zapowiada się bardzo interesująco! Tutaj: Zestaw dla skóry narażonej na „city stress”, odwodnionej i niedotlenionej / Alkemie
  6. “Cytryny inspirowane wakacjami na Sycylii.” Cudne cytrynowe kolczyki / 10 Decoart
  7. Ciekawa nowość – Hygge Nights czyli świece i aromatyczne spryskiwacze do poduszek umilające nam noce. Szczególnie zaintrygował mnie zapach Slow Kisses 😀 / Hygge Nights
  8. W zasadzie to podoba mi się wszystko co powstaje w Wild Wood Stories, ale te ich ławeczki… no, cudne! I tak bardzo się wszystkim podobają, że stolarnia ledwo wyrabia z zamówieniami. Brawo! / Wild Wood Stories
  9. Bardzo mocno zaciekawiła mnie nowa seria kosmetyków Natura Siberica – Flora Sibierica. Jestem zachwycona opakowaniami – to dokładnie to, co lubię – lekkie, botaniczne rysunki, nieco złota, stary klimat w nowym wydaniu / Drogerie Natura
Facebook