KategorieUncategorized

Kosteczki peelingujące z kwiatami

Tak trochę na przekór jesieni, mam dla Was przepis na coś bardzo kwiatowego! A wręcz – na kwiatową eksplozję! W… łazience!

Zrobimy dzisiaj kosteczki peelingujące, w których się zakochacie! Które cudownie oczyszczają skórę, pielęgnując ją przy okazji, nawilżając i odżywiając! Pozostawiają ją miękką w dotyku, gładką i pachnącą.



Jak to działa? Jak połączenie peelingu i mydła. Kosteczkami masujemy ciało pod prysznicem lub w kąpieli. Lekko się pienią, wspaniale pachną. Spory dodatek cukru wygładza ciało, skutecznie oczyszczając je ze wszelkich zabrudzeń i martwego naskórka, poprawiając krążenie i zapobiegając rogowaceniu. W kosteczkach ukryłam też odżywcze masełko shea, które to właśnie genialnie przy okazji zadba o skórę! A kwiaty? Cóż, sprawiają, ze używanie takich kosteczek jest po prostu przyjemne!

No i jak one pięknie wyglądają!



Kosteczki peelingujące z kwiatami


Składniki / na 4 kosteczki:

  • 150 g białej bazy mydlanej (użyłam Forbury SLS Free ze ZróbMydełko)
  • 70 g masła shea rafinowanego
  • 200 g białego cukru
  • 40 kropelek olejku eterycznego lub zapachowego (użyłam zapachu Lody wiśniowe)
  • suszone kwiaty do dekoracji – płatki róż, chabry, nagietki i wrzosy


Przygotowujemy foremki. Użyłam takich do produkcji mydełek, ale jeśli nie macie podobnych spokojnie nadadzą się silikonowe formy na muffinki lub pudełeczka po np. serkach. Na ich dno sypiemy nieco płatków kwiatów.

Bazę mydlaną kroimy na mniejsze kawałki i roztapiamy ją razem z masłem shea w kąpieli wodnej, najlepiej w ceramicznej miseczce. Roztopione ściągamy z ognia i ekspresowo dodajemy cukier i olejek zapachowy i dokładnie mieszamy. Istnieje bardzo spore prawdopodobieństwo, że całość zacznie nam twardnieć, zanim przełożymy masę do foremek. Nic się nie bójcie, wystarczy z powrotem włożyć miseczkę do kąpieli wodnej na bardzo mały ogień/moc i tam całość mieszać. Gotową masę przekładamy do foremek, dokładnie dociskając łyżką, żeby dobrze przykleiły się kwiaty i aby wyrównać kosteczki na wierzchu. Odstawiamy je do lodówki na minimum pół godziny, dzięki czemu łatwiej nam będzie je wyciągnąć z foremek.

Jeżeli uznacie, że kwiaty nie wystarczająco ładnie wyglądają lub jest ich za mało, można spokojnie “dokleić” ich jeszcze trochę. Sięgamy po zapalniczkę i przykładamy płomień do wierzchu kosteczki w wybranym miejscu. Ciepło sprawi, że masa lekko się tu roztopi i zadziała jak klej. Dokładamy tu płatki i lekko je dociskamy.

I teraz ważna sprawa! Kosteczki są śliczne dzięki tym kwiatom, ale żeby nam one nie spleśniały przy długim używaniu kosteczek, należy podzielić je na mniejsze kawałeczki – po prostu przekroić nożem. Wszystkie trzymamy w zamykanym pojemniczku i dopiero kiedy zamierzamy wykonać peeling, wyciągamy sobie jedną taką część. Ewentualnie po prostu nie dodawajcie kwiatów lub dodajcie na wierzch np. brązowy cukier.

Kosteczkami masujemy ciało pod prysznicem lub w kąpieli.

Obrońcy mórz – książka mojego męża + konkurs

Nadszedł w końcu długo oczekiwany czas wielkiej premiery książki mojego męża – Obrońcy mórz (Stanisław Sadkiewicz, wyd. Znak)!

Jest to dla nas doprawdy duże wydarzenie. Dla mnie powód do ogromnej dumy z jednej z najbliższych mi osób, a dla mojego męża – zwieńczenie wielomiesięcznej ciężkiej pracy, godzin, dni całych, tygodni, poświęconych na reaserch i dociekanie, badania i poszukiwania źródeł, a potem spisywanie tego wszystkiego, aby w końcu powstało coś, co doprawdy warte jest polecenia!

O czym są Obrońcy mórz?

To szalenie fascynująca opowieść o zjawisku, które dla większości z nas jest całkowicie abstrakcyjne – o piractwie somalijskim. To reportaż, który przenosi w zupełnie inny świat. To historia, która ponosi, z którą się płynie, która wciąga i oplata.

Znajdziecie w niej zarówno doświadczenia mojego męża, który przez prawie pięć lat pływał po morzach i oceanach jako oficer ochrony statków, ale także dogłębną analizę samego piractwa, podaną w tak lekki i przyjemny, ale w pełni merytoryczny sposób, że czyta się to z zapartym tchem.

Oglądaliście Kapitana Phillipsa z Tomem Hanksem w roli głównej? To właśnie o tych piratach pisze mój mąż. O tych i o wielu innych. Znajdziecie tutaj historie niezwykłych postaci, które tak znacząco wpłynęły na los wielu innych ludzi. Nawet na Wasz, choć zupełnie nie zdajecie sobie w tego sprawy. Znajdziecie odpowiedź na pytanie – dlaczego właśnie Somalia? Dlaczego u wybrzeży tego kraju powstało tak dobrze zorganizowane piractwo – w zasadzie całe pirackie państewka. Dowiecie się jak wygląda atak i co dzieje się z porwanymi. Na czym polega praca w ochronie statków i jakie jeszcze zagrożenia czyhają na morzach.

I kim, tak naprawdę, są ci obrońcy mórz?

Dla kogo jest ta książka? Pewnie na pierwszy rzut oka pomyślicie, że to coś dla mężczyzn. Jak najbardziej – jestem pewna, że panowie chętnie do niej zajrzą. Ja jednak bardzo serdecznie polecam ją także i paniom. Wam, drogie moje czytelniczki! Jest to bowiem świat cały do odkrycia! Historia tak niezwykle ciekawa i wciągająca! Która po prostu fascynuje i zaciekawia. Która pozwala oderwać się od naszej polskiej rzeczywistości i poznać problemy ludzi tak nam odległych.



No dobra… To może teraz coś o początkach? Być może ciekawi Was jak to jest żyć z kimś, kto ochrania statki? Jak wygląda ta praca?

Pisałam Wam wielokrotnie, że mam wyjazdowego męża. Wiele razy otrzymywałam od Was sygnały, że Wy tak nie dałybyście rady. Cóż, nauczyłam się już, że los potrafi przynosić doprawdy zadziwiające niespodzianki i rzuca nam jak najdziwniejsze wyzwania. Cóż zrobić – pozostaje albo się buntować, albo dostosować. A że bunt małżeństwom specjalnie nie służy, dostosowanie się wydaje się być jednak najlepszą opcją.

Wcześniej mąż służył w wojsku. W krakowskiej brygadzie desantowo-szturmowej. Co wierniejsze moje czytelniczki (nie chciałabym tu używać słowa “stare”, ale te które są ze mną od dawna), być może pamiętają, jak pisałam, że wyjechał mi ten mąż na misję do Afganistanu. Nie było go wtedy pół roku. Myślę, że ten jego wyjazd zahartował mnie na tyle, że ci piraci wydali mi się jednak mniejszym złem…

Jakiś czas później, już po odejściu męża z wojska, los rzucił go na wody właśnie. Wydawało nam się to wtedy najlepszym rozwiązaniem. Raz, że jak przeczytacie w książce, trudno byłym żołnierzom, wyszkolonym w wojaczce, odnaleźć się na rynku pracy, dwa – stanowiło to niezwykle ciekawe wyzwanie, w którym można było wykorzystać posiadane doświadczenie, a jednocześnie poznać i nauczyć się tak wiele nowego.

I tak to się wszystko zaczęło. Odbył wiele kursów, zdobył masę papierów – bez tego nie mógłby wsiąść na statek. I poleciał. Pewnego dnia, tak po prostu, choć w wielkich emocjach – poleciał na swój pierwszy tranzyt. Pamiętam, że był to wyjątkowo pechowy debiut, bo zgubiono jego bagaż i przez cały miesiąc musiał obyć się bez niego. Ale dał radę. A ja tylko sprawdzałam na mapie dokąd teraz płynie, jakie kraje odkrywa. Jak kursuje pomiędzy Omanem a Sri lanką, Kairem a Komorami, Południową Afryką a Indiami. Ocean Indyjski stał się jakby mniejszy…

Taki jeden kontrakt, w czasie którego odbywa się dosyć sporo rejsów różnymi statkami, trwa 2-3 miesiące. Po tym czasie można przebywać dowolną ilość czasu w domu – zazwyczaj 1,5-2 miesięcy. Dziwny rytm, prawda? A w zasadzie dwa tryby – bo ja to tak odczuwałam. Nauczyłam się przestawiać, w jeden-dwa dni zaledwie z trybu “on jest”, na tryb “jego nie ma”. Tak samo nasza Róża, która praktycznie od urodzenia te tryby sobie oswajała. Tak, jakbyśmy miały dwie, zupełnie inne codzienności – jedną, w której muszę ogarnąć wszystko sama, drugą – w której już nie. Nie powiem, wymaga to sporego wysiłku, zrozumienia, cierpliwości i chęci, ale się da. Los, jak już wspominałam, rzuca nam różne wyzwania.



Czy się o niego bałam? Na początku tak, znacznie bardziej. Potem zaczął wracać. Po prostu – zawsze wracał. I jakoś ten strach sam się oswoił. Bywa, że na statku nie ma internetu (czasem jest, czasem go nie ma). Wtedy i po dwa tygodnie nie mam od niego żadnych wieści. Żadnych. No, chyba, że uda mu się zadzwonić z telefonu satelitarnego i krzyknąć mi tylko do słuchawki, że żyje i wszystko ok i czy u nas tak samo. Zakłócenia i morski wiatr uniemożliwiają w zasadzie jakąkolwiek rozmowę. Ale i to mi już nie straszne. Po prostu – nie myślę o niebezpieczeństwie. Organizm sam się przed tym broni. Gdybym miała się wciąż i wciąż nakręcać, pewnie już dawno bym zwariowała.

Jak bardzo niebezpieczna jest to praca? Tutaj odsyłam Was już do książki. Mąż mój, zdolny mój mąż, pisze tam o tym naprawdę genialnie. Z poczuciem humoru, w prosty sposób wyjaśnia kwestie trudne do wyjaśnienia. Zawiłości globalnej gospodarki stają się nagle zrozumiałe, geopolityka łatwiejsza do przetrawienia. Jest też codzienność. Codzienność pracy w ochronie na morzu, codzienność pirackiego rzemiosła i w końcu – codzienność porwanych załóg.

Odsyłam Was więc do księgarń, w których już książkę widziałam. Znajdziecie ją w sekcjach z reportażami. Możecie też zamówić ją online – polecam choćby stronę wydawnictwa Znak lub Empik.

Bardzo też serdecznie zapraszam na spotkanie autorskie, które odbędzie się 29 kwietnia w Warszawie, w Faktycznym Domu Kultury (ul. Gałczyńskiego 12) o godzinie 19:00!

Ale to nie wszystko!

Mam jeszcze dla Was 5 egzemplarzy książki! Przygarniecie? 🙂

Zapraszam do rozdania NA FACEBOOKU!


WEJDŹ DO KONKURSU!

IN LOVE 16

Co tam nowego do zakochania znalazłam ostatnio?

Ano zobaczcie!



  1. Piękny, botaniczny, plakat Flower Glass autorstwa Nataszy Kwiatkowskiej – bardzo, bardzo mi się podoba taki klimat. Ale o tym, to już pewnie wiecie, prawda? 🙂 / Wall-being
  2. Jakie ładne! Kolczyki Sorbet / Parfois
  3. Naturalne rattanowe lustro Noemi z Franzo Rattan / Pakamera
  4. Coraz popularniejsze wsuwki z perłami – dziewczęce, lekkie, na co dzień, zestaw Solar / Kajo Jewels
  5. Marka Alkemie zaskoczyła nas niedawno nowymi seriami produktów, których opakowania zdobią ilustracje bardzo utalentowanych artystek. Pomysł zaiste genialny. Wszystko zapowiada się bardzo interesująco! Tutaj: Zestaw dla skóry narażonej na „city stress”, odwodnionej i niedotlenionej / Alkemie
  6. “Cytryny inspirowane wakacjami na Sycylii.” Cudne cytrynowe kolczyki / 10 Decoart
  7. Ciekawa nowość – Hygge Nights czyli świece i aromatyczne spryskiwacze do poduszek umilające nam noce. Szczególnie zaintrygował mnie zapach Slow Kisses 😀 / Hygge Nights
  8. W zasadzie to podoba mi się wszystko co powstaje w Wild Wood Stories, ale te ich ławeczki… no, cudne! I tak bardzo się wszystkim podobają, że stolarnia ledwo wyrabia z zamówieniami. Brawo! / Wild Wood Stories
  9. Bardzo mocno zaciekawiła mnie nowa seria kosmetyków Natura Siberica – Flora Sibierica. Jestem zachwycona opakowaniami – to dokładnie to, co lubię – lekkie, botaniczne rysunki, nieco złota, stary klimat w nowym wydaniu / Drogerie Natura

Lily Lolo na Święta

Aż chciałoby się zacząć ten wpis tak – are you christmas ready?

Dokładnie bowiem tak się poczułam – poczułam się gotowa na Święta, kiedy tylko przyjrzałam się bliżej nowej limitowanej edycji kosmetyków Lily Lolo! Odrobina złota i połysku nada się bowiem na każdą szczególną okazję, a na Święta to już najbardziej!

Śmiało mogę powiedzieć, że Lily Lolo to moja ulubiona marka kosmetyków mineralnych. Już same biało-czarne, totalnie proste pudełeczka mogą wprawić w zachwyt i w to przyjemne poczucie ekscytacji, że oto już za chwilę przyjdzie nam odkrywać nowy barwny świat. Rozpakowuje się te małe prezenciki z ogromną radością, bo choć są one tak jednolite, kryją prawdziwe kolorystyczne skarby.

Za co jeszcze lubię Lily Lolo?

Za to, że są nawet dla mnie, która zawsze, ale to zawsze, musi się pobrudzić wszystkimi sypkimi kosmetykami! Ba – siebie i połowę łazienki! A tymczasem Lily Lolo oferuje całą masę prasowanych kosmetyków, które mi osobiście nieraz życie ratują i stanowczo ułatwiają aplikację.

Za wysoką jakość, którą widać już na pierwszy rzut oka, a którą się doświadcza w codziennym stosowaniu.

Za trwałość makijażu, za jego “niewidoczność” kiedy mi na niej zależy i efekt wow, kiedy mam na to ochotę.

Za łagodność dla mojej problematycznej skóry. Wszystkie produkty są lekkie, nie zapychają, a wręcz pielęgnują trudną cerę.

Za to, że dzięki przeróżnym trikom, o którym pisałam Wam w zeszłym roku (TUTAJ) makijaż mineralny można bez problemu stosować zimą i to nawet, a może – szczególnie, w przypadku cer problematycznych.

Za nowe korektory, które właśnie odkryłam! Cudne są – jeden zielony, pistacjowy, który: “neutralizuje zaczerwienienia spowodowane np. trądzikiem różowatym, popękanymi naczynkami i trądzikiem pospolitym, jednocześnie nie obciążając skóry i pozwalając jej oddychać.” Drugi –  żółciutki, cytrynowy, który: “sprawia, że cienie pod oczami stają się mniej widoczne, tym samym sprawiając, że cała twarz wygląda na świeższą i bardziej wypoczętą.” Naprawdę działają!

Za kolorystykę, która w pełni mnie zadowala. Nie zdążyłam się jeszcze nacieszyć cieniami, które już miałam, a tu te dwie nowe paletki – jedna z serii limitowanej: Aurora Eye Palette, a druga – nowość w ofercie – Stellar Eye Palette – całkowicie skradły moje serce! Zwłaszcza ta pierwsza, która właśnie tak cudownie nadaje się na specjalne zimowe okazje – mamy i głęboki granat i jakże ujmujące złoto. Uwielbiam!

Za nowe błyszczyki z limitowanej edycji – Gold Star i Big Bang, które są totalnie przepiękne! Oba wypełnione błyszczącymi drobinkami, oba nawilżające i pielęgnujące. Oba sprawiają, że usta wędrują na jakiś wyższy poziom zalotności.

Za szminki, które nie wysuszają ust i pięknie się na nich prezentują.

Za kremy BB, które polecam nakładać pod podkład.

Za zestaw do modelowania brwi, który potrafi odmienić całą twarz w jednej chwili.

W końcu – za sam podkład, który czasem lekko mi wyrównuje tylko koloryt, a kiedy indziej, kiedy jest potrzeba – ładnie pokrywa całą buzię.

Za tę naturalność, na której tak mi zależy! Marna byłaby ze mnie blogerka makijażowa, bo najbardziej cenię sobie delikatne podkreślenie urody – maskowanie tego, co maskowania wymaga i uwypuklanie tego, co na to zasługuje.

Do tego właśnie idealnie nadaje się Lily Lolo!

Wszystkie kosmetyki marki znajdziecie na stronie Costasy.


Nowości w ofercie marki!

A Wy którą paletkę wybieracie? Która bardziej Wam pasuje?

Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy z Costasy.


Tak to…

Kochani, muszę Wam donieść, ze Święta zakończyłam powalona rwą okrutną, w związku z czym niestety wyniki świątecznego konkursu mogą się opóźnić. Postaram się jak najszybciej, ale nastawcie się proszę, że mogą pojawić się dopiero jutro…

Moment 02

Bo w tym momencie uwielbiam to…

 

80

81

Talerzyki na biżuterię Rainbow Water Tray z Beach Hall! No cudne! Tak pozytywne, tak radosne! A że u mnie biżuterii sporo, bardzo by się przydały! Uwielbiam!

 

82

83

Cuda w starym stylu z Nordal skradły moje serce! Szczególnie ta lampka (ale w połączeniu z piórami!) i regał rodem ze starej apteki. Boskie! Z Agamartin.com

 

84

Od dłuższego czasu tkwię w ciągłej fascynacji kamieniami. To niesamowite, jak magiczne kształty, kolory i struktury potrafią przyjmować. Zajrzyjcie koniecznie na Boredpanda.com, znajdziecie tam kilka okazów, które trzeba zobaczyć!

 

85

Ten sam portal i ten sam kamienny temat, ale w całkowicie innym wydaniu – ametystowy tort! Czy słodki kamień weselny! Jestem pod ogromnym wrażeniem! Boredpanda.com

 

86

87

88

89

Te lampy podobają mi się tak bardzo, że musiałam pokazać Wam nieco więcej ich zdjęć! To coś pomiędzy rzeźbą a sztuką użytkową. Całkowicie cudowne, geometryczne, ale w etnicznym wydaniu. I te kolorowe koła! I te małe światełka! Ach i och! Home Adventures / via Miss Moss

 

90

91

Uwielbiam, och uwielbiam, wszystko co znajduje się w małych, ślicznych puszeczkach! Uwielbiam też podglądać pomysły na właśnie takie puszeczki – samo aluminium jest stanowczo zbyt proste! Ostatnio zachwyciły mnie “makaroniki” do ust i błyszczyki australijskiej marki Mor. Jeszcze ich w Polsce nie ma. Szkoda 🙁 / Morboutique.com

 

92

 

Równie mocno zauroczona jestem tym flakonikiem perfum! Kupiłabym bez wahania! Po pierwsze dlatego, że zapach oparty jest na róży. Po drugie – całość wygląda po prostu bajecznie pięknie. Angielsko, wiktoriańsko, niby w dawnym stylu, ale ile w tym współczesnego poczucia humoru! Pomysł na te igiełki – genialny. Niestety perfumy HAPP & STAHNS Rosa Alba 1842 nie są już dostępne w Anthropologie, dla którego to sklepu zostały stworzone.

Facebook