KategorieŻycie

Obiecałam sobie…

Obiecałam sobie być dla siebie dobrą.

Nic wielkiego, prawda? A jakże to trudne…

Dzisiaj są moje urodziny. Kolejne. Już trzydzieste czwarte. Wpadam więc tutaj do Was dzisiaj w sumie na chwilę, przekazać pewną bardzo istotną wiadomość – szczęście wypływa z nas samych!

Nie jest to mocno oczywiste. Bardzo często spotykam ludzi, którzy sami sobie, nieświadomie, nie pozwalają być szczęśliwymi. Za każdym razem mnie to dziwi.

A jeśli trochę sobie odpuścimy. Sobie lub innym. Rozwiążemy ten węzeł, który ściska nam żołądek. Dostrzeżemy to, co dzieje się naokoło. Nie będziemy tacy spięci i sztywni. Tacy poważni i prozaiczni. Nauczymy się dbać o siebie i bliskich. Odczuwać ich i swoje potrzeby i zaspokajać je. Spokojnie i serdecznie. Z wyczuciem i wyrozumiałością. Z uśmiechem i dobrym słowem.

Wtedy będzie nieco łatwiej, prawda?

Dlatego też, na te moje urodziny obiecałam sobie, że będę dla siebie dobra. Bo wcale dobra nie byłam. Obiecałam sobie, że zadbam o siebie. Lepiej.

Nic wielkiego. Drobnymi kroczkami. Będę sobie gotować, zdrowo i kolorowo. A zwłaszcza lekko. Będę częściej biegać, bo tak bardzo to lubię. Będę robiła sobie wieczorne, niespieszne rytuały w łazience. Będę się wcześniej kładła, żeby mieć czas i chęci poczytać książki, a nie zasypiać nad nimi od razu. Będę popołudniami wyłączać internet i spędzać czas po prostu z dzieckiem (I psem. Męża nie ma na długo. No… może jeszcze z jakimiś znajomymi :D). Nie chcę odrywać się od chwili, która tak szybko mija. Będę sobie planować pracę, bo z tym wciąż mam problem. Będę się uczyć, co jakiś czas, czegoś nowego. Będę pić więcej ziółek, herbat i wody. Odstawię większą część cukru. Poza lodami, na które tak bardzo lubimy z Różą chodzić i sobie przy nich gawędzić.

Będę spoglądać w lustro i się uśmiechać.

A jeśli akurat nastrój będzie gorszy, a widok w lustrze taki jakiś… mniej przyjazny, będę się po prostu przytulać. Najpewniej do psa, bo dziecko zazwyczaj nie chce, a mąż wróci w lipcu… Ale pies za to wdzięczny i chętny.

Tak właśnie… obiecałam sobie być dla siebie dobrą 🙂

Miłego dnia!

Akceptacja zimy

Dużo ostatnio myślę. Nie wiem czy to zdrowo, czy nie. Ta zima, nieco nazbyt szara i monotonna w Krakowie napawa mnie melancholijnie. Sporo wieczorów spędzam sama z psem w nogach i dalekim oddechem śpiącego dziecka. Tęskniąc za mężem, za ciepłem, za liśćmi. Za letnia nocą, spędzoną z przyjaciółmi w ogrodzie.

W każdym razie wymyśliłam że prawdziwe szczęście następuje wtedy, kiedy udaje nam się uzyskać coś, co określiłabym mianem równowagi pomiędzy akceptacją i marzeniami.

Wierzę, że akceptacja jest kluczem do szczęścia, a to właśnie o nią tak trudno. Zaakceptować siebie, swój nieidealny wygląd, równie nieidealny charakter, swoje całkowicie zwyczajne życie, szerokość geograficzną itp. Ale nie tak bezmyślnie. Nie, to wcale nie o to chodzi, żeby utknąć w miejscu.

Stąd ta równowaga z marzeniami. Bo to one sprawiają, że chce się nam codziennie wstawać. Plany, chęci zmiany, potrzeba rozwoju – to wszystko musi się pogodzić z akceptacją.

Jakoś.

Podobnie jest z zimą.

Udaje mi się ją zaakceptować zawsze jakoś za późno (no, może z wyjątkiem okolic Świąt). A dopiero kiedy ją zaakceptuję, mogę czerpać z niej radość. Mając gdzieś z tyłu głowy, że i tak, zanim się obejrzymy, nastanie wiosna.

Obserwuję Różę. To, jak cieszy ją śnieg, jak nie przeszkadza ubieranie w milion warstw. I ten jej optymizm, to jej uwielbienie zimy i na mnie przechodzą.

I wtedy aż chce się jechać do lasu. Tak pięknego. A potem wrócić na ciepłą zupę i gorącą herbatę.

Nie jest ta zima wcale taka zła…

 

Blue Monday

Mój własny, osobisty blue monday nie zaskoczył mnie dzisiaj. Żadne przekonywania w radio czyi telewizji, że to teraz mamy najbardziej depresyjny dzień w roku mnie nie ruszają. Mój blue monday postanowił napaść mnie bowiem okrutnie w zeszły poniedziałek. I stwierdzam z całą pewnością, że był to jeden z najgorszych poniedziałków w moim życiu.

Byłam po całym tygodniu bardzo nieprzyjemnej choroby. Ewidentnie jeszcze mi nie przeszło, byłam słaba i ciągle kaszlałam. Wstałam jednak rano z wizją nadrabiania poświątecznych zaległości i planowania nowego roku. Wstałam, choć było to bardzo trudne. By to poranek, jak i z resztą cały dzień, tak szary, że bardziej szary to już być nie mógł. Szarość oblepiała, wchodziła przez nasze stare, nieszczelne okna, dostawała się do głowy i już wyjść z niej nie chciała. Wilgoć i chłód przeszywały od samego spojrzenia na owy szary obraz smutnego blokowiska.

Jaka to jest możliwe, że wszystko potrafi być szare?

Odprawiłam dziecko do przedszkola, psa na spacer. Męża już od kilku tygodni nie ma i jeszcze długo nie będzie. Pomyślałam więc, że uprzyjemnię sobie ten dzień, wstępując do Buczka (stanowczo najlepsze piekarnie, nie wiem czy są poza Krakowem?) i kupując sobie nieco moich ulubionych ciasteczek grylażowych. Kiedy ekspedientka sięgała po nie gdzieś na zaplecze zamiast wybrać z lady, pomyślałam nawet, że przynajmniej będą świeże. Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy otwierając torebkę w domu, uświadomiłam sobie, że dostałam zupełnie inne ciastka… I to takie, za którymi nie przepadam…

Ta to tak… dzień się zaczął… bez ciastek grylażowych…

I trwał ten dzień tak smętnie. I nic nie byłam w stanie konstruktywnego zrobić. I zaczął mnie ten nowy rok przerażać. I dopadła bezsilność i brak sensu. A do tego jeszcze wirusy na stronie i trochę nieprzyjemnych spraw do pozałatwiania. Z tego wszystkiego, jedyne co potrafiłam zrobić to… napisałam CV. Nie wiem sama czy było to silne postanowienie zmian czy akt desperacji. Nie wiem czy szarość postanowiła urządzić w mojej głowie bunt i przewartościować całą moją dotychczasową pracę. CV w każdym razie powstało. I nawet się w jedno miejsce wysłało.

I trzeba już było pójść po dziecko, co oznacza koniec smętów i smutów, bo dziecko wymaga dobrej energii i uśmiechów.

 

 

Powolutku, bardzo powolutku ta dobra energia zaczęła do mnie wracać.

Pojawiły się maile z zapytaniami o współpracę i warsztaty. Wróciły pomysły do głowy. Powróciła chęć, a o chęć tu chyba jest najtrudniej. Bo to naprawdę trzeba chcieć, żeby coś się działo. Dopiero wtedy się dzieje.

Choć powrót z tego okropnego poniedziałku do stanu jako takiej normalności trwał tydzień, to w końcu wyszło słońce! W końcu nastał weekend, uznałam, że już chorować więcej nie mogę. Spotkałam się z przyjaciółmi, wyszłam na powietrze, świeże powietrze, o co wcale nie jest łatwo. Zauważyłam też, ze kolory wróciły na swoje miejsce.

Dzisiejszy więc blue monday wcale nie jest niebieski. Nie jest straszny i depresyjny. Dzisiaj rano zamknęłam oczy i wystawiłam twarz do słońca. I wszystko wróciło na swoje miejsce. I nawet mam więcej sił, żeby stawić czoło tym atakującym ostatnio Lili wirusom i innym nieprzyjemnościom.

Jeśli jednak kogoś Was faktycznie dzisiaj dopadł ten niebieski, przygnębiający nastrój, wierzcie mi – i tak minie. Powiedzcie sobie oj tam oj tam i trochę dziś odpuśćcie!

Wszystko, co dobre, w końcu wróci!

 

(A jutro pojawią się w Lili kąpielowe bałwanki! Na poprawę humoru!)

 

Tanie podróżowanie

No i zaczęła się ta mglista, ponura część jesieni… Nie powiem, ma ona swój urok, jest w niej coś przyciągającego… Sprzyja jednak melancholii, apatii i zmęczeniu. Cóż więc robić w te coraz ciemniejsze i bardziej szare (zwłaszcza tu, w Krakowie…) dni? Planować podróże!

Ale, ale… tu się nagle okazuje, że kupujemy mieszkanie, że trzeba je urządzić, mebli trochę kupić, sami rozumiecie. Czy jest więc nadzieja na wakacje w tym roku? Oj, musi być! Wakacje bowiem, spójrzmy prawdzie w oczy, to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy na świecie! Prawda? Nie pozostaje więc nic innego, jak poszukać sposobów na tanie podróżowanie!

Sama głowię się nad tym tematem od dłuższego czasu. Nie wiem jeszcze na co się zdecydujemy. Mam jednak przy okazji i dla Was kilka sprawdzonych, przeze mnie lub moich bliskich, porad. A nuż zainspirują Was lub pomogą zorganizować wyjątkowy wyjazd? Ekonomiczny wyjazd!

A że temat podróży przewija się w Lili od czasu do czasu, będę się tu też posiłkowała moimi wcześniejszymi wpisami! Tak najlepiej! Poszukamy więc sposobów, na zaplanowanie taniego podróżowania, na wyjazdy bliskie i dalekie! Na wypady jesienne, narty zimowe i najlepsze wakacyjne przygody!

 

Polowanie na last minute okiem specjalistki!

Tak, tutaj z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jestem specjalistką. Tak bardzo wyspecjalizowaną, że o polowaniu na najlepsze last minut napisałam całkiem niedawno osobny post (link poniżej). Ze względu na specyfikę pracy mojego męża, z którym nic nie można planować na później niż około tydzień (!), ale też po prostu z pobudek ekonomicznych, odkąd urodziła się Róża najczęściej wybieramy wakacje last minute. Jest to też idealna opcja dla osób, które lubią niespodzianki. Które potrafią zdać się na los i pojechać tam, gdzie akurat pojawi się wyjątkowa oferta. My lubimy!

Co ważne, rozpoczął się teraz najlepszy okres na poszukiwanie wycieczek last minute. Październik, listopad, a zwłaszcza początek grudnia to miesiące, w którym najłatwiej znaleźć świetną ofertę, choć oczywiście musimy się nastawić na pewne niedogodności, jak nieco niższa temperatura w destynacjach europejskich i krótszy dzień. Niemniej jednak w zeszłym roku to właśnie pod koniec października wybraliśmy się na Cypr i były to niezwykle udane wakacje! Na Cyprze o tej porze roku wciąż jest gorąco, woda jest cieplutka, a turystów znacznie mniej. Bardzo polecam.

Stanowczo bardziej polecam, niż czerwcowy wypad do Grecji… Choć było pięknie (sprawdźcie w linku poniżej), koniec czerwca jest tam wybitnie gorący i niestety już – drogi. Udało mi się znaleźć całkiem dobrą ofertę w miejsce o którym od dawna marzyłam – na wyspie Skopelos, na której kręcono Mamma Mia. Do teraz jestem zauroczona, ale upał skutecznie uniemożliwiał normalne funkcjonowanie i zwiedzanie. Jestem pewna, że wrzesień/październik to lepsze miesiące na Grecję. Albo szykujcie się już na maj!

O tym gdzie szukać najlepszych i najtańszych wycieczek last minute, czym się kierować w wyborze hotelu, a także jak niezwykle wciągające jest to zajęcie, znajdziecie w poście „Jak ustrzelić last minute”!

Zobacz wpisy:

 

A może odwrotnie – poszukiwania first minute?

Coraz więcej moich znajomych decyduje się na nieco inną opcję, na first minut. To z kolei świetny pomysł dla tych wszystkich, którzy planować mogą i lubią! Którzy sami chcą decydować, gdzie i kiedy pojadą, a potem cieszyć się tą myślą przez wiele miesięcy. Całkiem przyjemna to wizja, prawda?

Jednak równie istotną motywacją jest cena. Wycieczki first minut potrafią kosztować 30-40 % taniej niż w sezonie, nieraz także dodawane są do nich ciekawe bonusy. Może więc warto już teraz pomyśleć o przyszłych wakacjach i oszczędzić sobie i nerwów i pieniędzy?

Ale to nie wszystko! W biurach podróży wciąż w opcji first minute pojawia się… zima 2017/2018! I tak wchodząc na stronę biura TUI mamy możliwość wyjazdu na Riwierę Turecką na tydzień za 567 zł, a na narty do Czech w Karkonosze za 338 zł, także na tydzień. Polecam też bardzo Maderę od 1249 zł –  to doprawdy idealna destynacja na zimę, bo przenosimy się do krainy wiecznej wiosny!

Sprawdź oferty biur, na przykład TUI.

 

Weekendowe city breaks z tanimi liniami – gdzie, kiedy, z kim?

Wyjazdy typu city breaks są idealną opcją na jesień i wiosnę. Pozwalają choć na krótką chwilę wyrwać się z szarej codzienności w zupełnie inny, zazwyczaj znacznie cieplejszy świat. Zwłaszcza, że bilety lotnicze potrafią tu kosztować naprawdę mało i za doprawdy grosze można skoczyć w październiku lub kwietniu do Barcelony, Rzymu, Londynu, Sztokholmu czy na Sycylię.

Minusem jest fakt, że nawet jak dolecimy za pół darmo, to jeszcze trzeba się na miejscu porządnie wyspać, a i coś dobrego zjeść. Na szczęście mamy teraz do dyspozycji tak genialne portale jak Airbnb, Booking.com czy Hostelworld (z którego namiętnie korzystałam na studiach), które pozwalają znaleźć świetne zakwaterowanie w równie świetnych cenach. Ostrzegam jednak… Na Airbnb można całkowicie wsiąknąć… O co mi chodzi? Szukałam w zeszłym roku jakiejś ciekawej willi dla nas na Sycylii. Pamiętam, że całe godziny spędziłam na tym portalu, przeglądając wszystkie możliwe miejsca i szukając ich na mapie. Sprawiało mi to ogromną przyjemność i do teraz mam wrażenie, że całkiem dobrze poznałam wyspę!

Najprzyjemniej wspominam krótki wypad do Barcelony z moim dobrym kolegą. Był to kwiecień, a ja tak bardzo bardzo potrzebowałam słońca. I tego właśnie słońca tam było tak dużo. I radości na ulicach, i kolorów, i morza, i dobrej energii.

Jeśli więc decydujecie się na city break to koniecznie z kimś bliskim z kim można intensywnie poszaleć! 🙂

A gdzie lecieć? Tutaj zacytuję Grzesia Pękałę z wpisu, który linkuję poniżej i który bardzo polecam, bo wciąż jest aktualny:

„Latam z Krakowa, dlatego pozwolę sobie polecić tanie wyskoki do Palma de Mallorca (zwiedziłem ją w 2 dni!), na Maltę oraz do Bolonii i na Sycylię (Trapani). Tutaj lotniska są naprawdę blisko miast, więc będzie i tanio, i nie stracimy czasu na dojazdy. W każdym z tych miejsc zdążyłem w parę dni odpocząć, „nazwiedzać się”, a także porozmawiać z lokalsami. Oczywiście, zawsze żałuję, że nie mogę wyrwać się na dłużej, ale tak to już jest, gdy kręcę reportaże telewizyjne i muszę działać niezwykle szybko. Nadzwyczaj tanie bilety daje się zarezerwować też do Barcelony (główne lotnisko to El Prat, a nieco dalej położone to Girona), Cypr (uwaga na wysokie ceny hoteli w sezonie!), Oslo i Sztokholmu (tutaj z kolei ceny noclegów spadają w sierpniu).”

Zobacz wpisy:

 

 

Podróże dalekie w dobrej cenie – polowanie na tanie bilety!

Daleko też można polecieć tanio. No… względnie tanio! Tutaj mamy dwa ogólne sposoby poszukiwania taniego podróżowania. Po pierwsze last minute, tylko w wersji egzotycznej. Jak pisałam w jednym z wymienionych wyżej wpisów, warto zwrócić uwagę na loty czarterowe, na przykład Tui – tui.pl. Ich ceny potrafią bardzo spektakularnie spaść i za naprawdę dobre pieniądze można polecieć na Dominikanę czy do Indonezji”.

Całkiem jednak niedawno wymyśliłam, że polecimy właśnie do Tajlandii. Pomysł był spontaniczny i niestety nie wyszedł (skończyło się na Cyprze), ale idea była zacna. U jej podstaw leżały bardzo tanie bilety liniami Air China. Ich sporym minusem (kiedy podróżuje się z dzieckiem, bo gdyby nie to, mógłby to nawet być plus), była niecała doba przerwy w Pekinie. Wydało mi się to za dużym obciążeniem dla 5-latki. Gdybyście jednak lecieli z takimi przesiadkami, to musicie wiedzieć, że można sobie w tym czasie przyjemnie bezwizowo zwiedzić Pekin!

Ach, no i my się może wystraszyliśmy, ale moi przyjaciele spędzili miesiąc w Indonezji, głównie na mało znanych wyspach, z dwójką malutkich dzieci i trzecim w brzuszku. Da się? No jasne, że się da. Bardzo miło wspominają cały ten wypad.

 

SPA we Włoszech i fabryka w Anglii czyli zagraniczne staże oraz wakacyjne wyjazdy do pracy – zaplanuj już teraz!

Teraz coś dla studentów! Bo chyba najlepszym sposobem na tanie podróżowanie w tym wieku, w wieku, w którym zazwyczaj zwyczajnie nie dysponuje się za bardzo środkami, są wyjazdy na staże i do pracy. Już Wam o tym wspominałam, polecam poniższy link!

Bo czasem wystarczy wysłać mail… O co chodzi? Przypomnę Wam historię moich włoskich wakacji, kiedy to odbywałam staż w SPA świetnego hotelu, położonego na plaży, niedaleko Sorrento. Spędziłam tam trzy niezwykłe miesiące. Do mojej dyspozycji był jeden z hotelowych pokoi oraz stołówka pracownicza z przepysznym jedzeniem. Dostawałam też kieszonkowe, które prawie w całości oszczędziłam.

Podczas stażu pracowałam 8 godzin przez 5 dni w tygodniu – czyli standardowo – w hotelowym luksusowym SPA. Obsługiwałam gości, opowiadałam o obiekcie po włosku i angielsku, pomagałam we wszystkich czynnościach administracyjnych i chłonęłam wiedzę związaną z pielęgnacją i tematyką SPA. To i brzmi dobrze i naprawdę dobrze mi tam było (choć tęskno).

Co ważne, staż ten zorganizowałam sobie sama, wysyłając najzwyczajniej w świecie mail do hotelu. Po więcej, zapraszam do poniższego posta, kliknijcie w link. I koniecznie, moi drodzy studenci – próbujcie! Możecie zyskać wspaniałe doświadczenie i przeżyć przygodę!

Podczas wcześniejszych wakacji pracowałam w supermarkecie w Irlandii, a w kolejne – w fabryce mrożonego jedzenia dla Tesco w Anglii. Te pierwsze były wspaniałe i niezapomniane, fabryki jednak dobrze nie wspominam. W obu przypadkach wyjeżdżałam w ciemno, poszukując pracy już na miejscu. Tego stanowczo nie polecam. Kolejnego lata poszłam po rozum do głowy i już w zimie zaczęłam wysyłać maile z zapytaniem o powyższy staż. Warto więc planować! Warto zacząć planowanie już teraz!

A może jeszcze inaczej? Może zdecydujecie się na wolontariat? Tutaj nie mam doświadczenia, ale wierzę, że to naprawdę ciekawa opcja!

Zobacz wpis:

 

 

Poznajemy to, co wciąż niepoznane czyli własne okolice, ale w ciemno!

Wróćmy na własne podwórko. Bo co zrobić, jeśli mamy wolny zaledwie jeden dzień? Mam otóż ekspresową poradę! Całkiem niedawno odkryliśmy z mężem, ile radości sprawia podróżowanie w ciemno! Pakujemy się całą rodziną w samochód i jedziemy przed siebie. Tam gdzie akurat jest ładniejszy zakręt. Nie zerkamy na gps, na mapę, po prostu jedziemy! Zatrzymujemy się tam, gdzie wydaje nam się, że znajdziemy coś ciekawego. Za każdym razem się udaje!

Ale wiecie co jest najlepsze? To szczególne uczucie wolności! Jedziesz, po prostu jedziesz. Nie spieszysz się, cieszysz się chwilą, podziwiasz widoki za oknem. Jedziesz!

 

Dla odważnych – autostop i spanie na plaży. Czy warto?

Za młodu jeździłam co nieco stopem i do teraz bardzo sobie te momenty chwalę. Przyznam jednak, że im jestem starsza tym mniej mam zaufania do ludzi i tym większą potrzebę wygody i samostanowienia. Autostop pozostaje więc kolejną opcją dla studentów, ale oczywiście obciążoną pewną dozą niebezpieczeństwa. Takie podróżowanie to jednak prawdziwa przygoda. Niezapomniana przygoda. Mam wielu znajomych, którzy w ten sposób zwiedzili całą Europę!

Moim najciekawszym wspomnieniem jest taka jedna noc, kiedy to jechaliśmy ze znajomymi w Słowacki Raj. Podzieliśmy się na pary. Niestety mnie i mojego towarzysza zastała noc w środku całkowicie powalonego przez niedawny orkan lasu. Co gorsza – mieliśmy jedynie tropik od namiotu, bo stelaż zabrała inna para. Rozłożyliśmy ten tropik wśród tych powalonych konarów i próbowaliśmy spać. Nie było lekko 🙂 Ale wspominam to fantastycznie!

Mój mąż, natomiast, z kolegami jeździł autostopem na Lazurowe Wybrzeże, gdzie sypiali na plaży (odwiedziłam ich kiedyś na tydzień i także na tej plaży spałam) i pracowali myjąc jachty. To dopiero były czasy! Można było dobrze zarobić w tak czarującym i niezwykłym miejscu! Co istotne, na tej plaży pozostawiali wszystkie bagaże i nic nigdy się z nimi nie stało. Była tam też łazienka i prysznice. No bajka!

I ten szum fal zaraz po przebudzeniu…

Trzeba tylko trochę odwagi!

 

Strony i blogi, które inspirują i pomogą tanio podróżować

Zainspirujcie się! Zajrzyjcie na poniższe strony, znajdziecie tam nieraz genialne porady i pomysły!

 

I cóż? Do dzieła! Ruszamy w świat!

 

Materiał powstał w wyniku miłej współpracy z Tui.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Momenty idealne

Doświadczam czasem momentów idealnych. Takich, których nie zamieniłabym za żadne skarby świata na nic innego. Te momenty mogą być całkowicie ulotne, niezwykle krótkie, kiedy indziej potrafią rozciągnąć się na cały dzień czy cały weekend. Przeżywam je, mając całkowitą świadomość ich wyjątkowości i konieczności przeminięcia. Gdyby nie przeminęły, czy wciąż byłyby idealne? Czy stałyby się codziennością? Czy codzienność mogłaby być idealna? Czy potrzebny jest jednak ten kontrast?

Zostawię te filozoficzne zagadnienia zawieszone w powietrzu i przypomnę Wam pewien idealny, czerwcowy dzień, o którym pisałam Wam TUTAJ.

Tym razem chciałabym podzielić się z Wami idealnym jesiennym weekendem.

Weekendem spędzonym w małym, drewnianym domku w lesie, w ciepłych promieniach słońca o tej specyficznej pomarańczowej barwie przełomu września i października. Weekendem pełnym babiego lata, niespiesznym, uśmiechniętym. Z bukiem w jesiennych kolorach, poranną rosą i wieczornym chłodem.

Z doskonałym wieczorem na ogromnej łące, z córką i psami, z zachodem słońca, ze śpiewami i tańcami, z leżeniem w trawie i patrzeniem w niebo. Z równie doskonałym porankiem, kiedy to budzimy się z Różą w naszym drewnianym białym pokoiku na poddaszu o godzinie 10:00 (!) i do 11:00 leżymy sobie jeszcze razem, śmiejemy się, gilgotamy i przytulamy. A potem są pankejki na śniadanie i leżaczki w słońcu. I wędrówka po lesie w poszukiwaniu wielkich prawdziwków i leśnych wróżek. I mielone mamy na obiad. I w końcu wieczór na koniach z moją siostrą i całkowicie z siebie dumną Różą, która przez godzinę pięknie zasuwała na swoim kucu.

Ach, i z krótkim telefonem od męża, z którym nie mam kontaktu od ponad tygodnia! Króciutkim, bo ze środka oceanu, ale zawsze (choć muszę się przyznać, że go nie poznałam, jak zadzwonił… :).

No idealnie!

Jak tam mija Wasza jesień? Cieszycie się już nią?

 

Moje flegmatyczne slow

Kiedy chodziłam do liceum, odwiedziła nas w klasie pewna „bardzo mądra” pani psycholog. Albo pan – nie pamiętam już. Nie ważne. W każdym razie ta uczona persona zrobiła nam wtedy równie uczone testy osobowości. Wyszło mi z nich, że jestem… flegmatykiem! Nazwa doprawdy mocno ujmująca i kojarząca się negatywnie, możecie więc sobie wyobrazić, co czułam. Było mi zwyczajnie przykro.

Pamiętam, że tego samego dnia wracałam, jak często się zdarzało, z koleżanką ze szkoły. Szłyśmy na przystanek tramwajowy pod Wawelem (szkołę miałam tuż koło niego). Nie spieszyło nam się, był to taki spokojny spacer po długim dniu. I wtedy ta koleżanka mi powiedziała: „Ada, ty to naprawdę jesteś tym flegmatykiem! Ty zawsze tak powoli idziesz, rozglądasz się, obserwujesz!”.

Tak mi to utkwiło w pamięci. Takie było celne. Teraz, kiedy wracam do tej chwili, myślę sobie, że ja po prostu już wtedy uprawiałam prawdziwy slow life. Ja po prostu cieszyłam się tymi spokojnymi spacerami, kontemplowałam, delektowałam chwilą, czy to samotną czy w miłym towarzystwie.

Mam w swoim najbliższym kręgu osoby, o których można powiedzieć, że mają ciekawe życie. Takie, którego można zazdrościć. Dużo widzą, dużo przeżywają, wiele się wokół nich dzieje. Pędzą jak szalone! Mój własny osobisty mąż, w czasie kiedy ja narzekam na deszczowy wrzesień na osiedlu z wielkiej płyty, odwiedza pół niemal świata. I chociaż wiem, że wcale nie ma lekko, tam daleko, na obczyźnie, zazdroszczę mu tych wszystkich niesamowitych rzeczy, których doświadcza.

A potem siadam z gorącym earl greyem z sokiem sosenkowym i sobie myślę… I daję sobie sama zadanie – wyłapywać chwile, w których doświadczam prawdziwego szczęścia. Dostrzec je tym razem nieco mocniej, bardziej uważnie. Tu i teraz.

A że działo się to już jakiś czas temu, mogę spokojnie napisać, że tych chwil jest doprawdy całkiem sporo. Oto kilka z nich:

  • Wierzcie mi lub nie, ale całkowicie szczęśliwa byłam, jak całkiem niedawno w pewnej małej restauracji rodem z lat 90-tych, pamiętałam, żeby poprosić o rosół bez pietruszki i pierogi bez koperku! Bo ja naprawdę nie cierpię pietruszki i koperku! I wiecznie zapominam o tym w restauracjach, a potem, jak ta wariatka, ściągam to zielsko ze wszystkiego, czym zostało posypane. A tutaj – bajka! Było nam wtedy zimno i pochmurno, a ten rosół i te pierogi przyniosły prawdziwe, przepyszne ukojenie! Taka dumna z siebie byłam…
  • Uwielbiam, naprawdę uwielbiam weekendowe spokojne poranki! Kiedy Róża wchodzi mi do łóżka (przypominam, ze jesteśmy teraz bez mojego męża), ogląda poranne bajki, a ja wtulam się w nią i drzemię. Albo dosypiam jakiś piękny sen. Z drugiej strony zazwyczaj kładzie się pies, przylegając do moich pleców lub kładąc pysk po prostu na mnie. I jest nam dobrze, spokojnie i ciepło. Cudownie!
  • W tygodniu natomiast, kiedy się budzę, kiedy dzwoni budzik (zazwyczaj przez pół godziny co 5 minut…), wskakuje do mnie ów pies, Misia moja. A dokładniej – przechodzi z okolic moich nóg, do okolic mojej twarzy. I przytula się. I liże. I potrzebuje ogromnej dawki porannego uczucia. Najlepszy pod słońcem budzik z mokrym nosem i nie najświeższym oddechem. Uwielbiam to!
  • W weekend byłam z przyjaciółmi w domu dwojga z nich. Spędziliśmy razem prawie całą sobotę, noc i jeszcze niedzielę, do obiadu. I to całe, tak całkowicie w całości, było super!
  • Czuję się świetnie, kiedy biegam. Wieczorem, przed zachodem słońca. Kiedy wpadam w ten niezwykły trans, kiedy wszystko pachnie końcem lata, kiedy czuję ciepły jeszcze wiatr na twarzy. Biegam i patrzę. Zaglądam ludziom w okna i dziwię się, że żyją zupełnie inaczej. Unoszę głowę i przez chwile są tylko korony drzew i chmury. Uwielbiam chmury! Wyciągam rękę i czuję polne kwiaty i wyrośnięte mocno trawy. Wtedy jest mi dobrze.
  • A teraz po babsku – ogromnym szczęściem napawają mnie nowe ciuchy! Czy to faktycznie nowe, czy wyszperane, czekające właśnie na mnie w sh. Ale takie, które czuję, że są całkowicie moje. Albo odwrotnie – które pozwalają mi poczuć się sobą. No, czy to nie jest szczęście?

I wiecie co? To jest naprawdę tylko kilka przykładów momentów, w których czuję się szczęśliwa. Na spokojnie, bez pośpiechu, w tym moim krakowskim grajdołku. Flegamatycznie, a co!

Jest więc chyba całkiem dobrze. Tak stwierdzam!

Zdjęcie/Photo
Facebook