KategorieŻycie

Hela Foka i inne książki na lato dla dzieci

Jak tam? Pakujecie się już na wakacje? A może próbujecie jakoś ciekawie wypełnić dzieciakom czas w domu?

My właśnie szykujemy się do urlopu! A w związku z tym, jak zawsze, pojawia się pytanie – co zabrać ze sobą, aby w spokojniejszych chwilach, w samolocie czy w samochodzie, wieczorami lub kiedy trzeba odpocząć od słońca, zapewnić dziecku dobre zajęcie.

Do mojej Róży ostatnio trafiły pewne szczególne książki, uznałam więc, że to świetny pomysł na przekazanie i Wam tych kilku inspiracji. I to nie tylko książkowych, bo nie mogłam odmówić sobie i zaprezentowania niezwykłych… tatuaży, na które się w moich poszukiwaniach natknęłam! Czyż jest coś bardziej wakacyjnego niż uśmiechnięte dziecko w krótkich spodenkach i z rekami pokrytymi takimi zmywalnymi tatuażami? Moja córcia je uwielbia!



Te szczególne książki, o których wspomniałam, to dzieła znanej z TVN reporterki – Renaty Kijowskiej. Jako pierwsza, nakładem wydawnictwa Znak ukazała się książka Kuba Niedźwiedź, historie z gawry, nowością za to jest Hela Foka, historie na fali.

Drodzy moi, w czasach, kiedy to trzeba, no trzeba, bo innej możliwości nie ma, budować już we wczesnym dzieciństwie świadomość ekologiczną, trafiają do nas historie, które nie tylko urzekają i wciągają, ale jednocześnie edukują. I to nie tylko dzieci, bo sporo ciekawych rzeczy i ja się dowiedziałam, śledząc przygody pewnej odważnej, wesołej foki.

Wybieracie się w tym roku nad Bałtyk? Nie ma innej opcji – musicie koniecznie zaopatrzyć się w Helę Fokę i odwiedzić Stację Morską na Helu! No dobra, jeśli planujecie wakacje gdziekolwiek indziej to tym bardziej. Zwłaszcza, jeśli posiadacie dzieci w wieku, jak na moje oko – 6-9 lat! Czemu?



Bo mamy tu historię, dziejącą się u nas! W naszym polskim morzu! Historię foki Heli, która została wypuszczona na wolność z fokarium Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego przez swoją opiekunkę Polę. Hela odkrywa niezwykły tajemniczy świat bałtyckich głębi, o którym sama nie miałam pojęcia! Hela poznaje przyjaciół, o których nie zdawałam sobie sprawy, że żyją w Bałtyku np. morświny czy krewetki. Ratuje wielorybicę, która się zagubiła (a to, jak się okazuje, się zdarza!) i odkrywa nieśmiertelne galaretowate zwierzęta! Jakie? Sprawdźcie koniecznie!

Hela musi też stawić czoło zagrożeniom, które dotykają bałtycką faunę. Musi udobruchać bałtyckich rybaków, którzy konkurują z fokami o… ryby. Ale wraz z przyjaciółmi musi także uratować ekosystem – odkrywają bowiem pod wodą wrak statku, z którego wycieka paliwo. Jak myślicie, uda im się?



Wciągających przygód mamy więc sporo, ale co najistotniejsze – te przygody małej foki uświadamiają nam ogromne, prawdziwe problemy, które dotykają nasz Bałtyk. Jednocześnie pokazując tak wspaniały świat morskich stworzeń, ich bogactwo i różnorodność. Dla mnie osobiście najciekawsze były takie specjalne niebieskie strony, które stanowiły rodzaj przerywnika w całej historii. Na tych niebieskich stronach autorka przekazuje fakty i ciekawostki w sposób dostępny dla dzieci. Muszę tu jednak napisać, że są to doprawdy ważne i ciekawe informacje, które dla mnie nieraz były prawdziwym odkryciem!

Czemu więc sięgnąć po Helę Fokę? Bo, raz jeszcze to napiszę, w sposób przyjazny dzieciom edukuje i uświadamia ekologicznie! Pokazuje, co ma wspólnego foliówka zakupiona na górskim deptaku z problemami morskich zwierząt. Co zrobić, kiedy znajdziemy na plaży morświna. Albo chociażby – jak zachować się w fokarium.



Ta druga książeczka – Kuba Niedźwiedź, historie z gawry – dopiero przed nami. Nie było innej opcji z córką – trzeba było zacząć od foki! Ja jednak przejrzałam sama historię tego niedźwiadka i wierzcie mi – tak się wzruszyłam, że omal się nie popłakałam. Bo tak wzruszająca jest opowieść o pierwowzorze Kuby – prawdziwym niedźwiedziu. O tym, jak trzeba go było z matką w dzieciństwie odłowić i wywieźć do zoo i wszyscy przy tym płakali. Albo jak trzymano go przez 10 lat w ciemnym bunkrze… Albo jak niedźwiedzica miała wadę serca, a przy tym nie mogła zaaklimatyzować się w zoo i… Poczytajcie sami… Potrzeba nam takich wzruszeń. Nam i naszym dzieciom. Musimy zdawać sobie sprawę, co dotyka otaczającą nas przyrodę.

Ale nie tylko same historie stanowią siłę tych dwóch pozycji. Równie istotne są tu ilustracje Anny Łazowskiej! Są całkowicie przepiękne! Jedne z najładniejszych, jakie widziałam! Tworzą klimat, oddają emocje, świetnie obrazują treść i pokazują opisywane zwierzęta. Zakochałam się w tych obrazkach i ja i moja Róża!

Obie książki znajdziecie na Znak.com.pl



No to jedna czy dwie książeczki na podróż już mamy. Coś jeszcze by się przydało do tego dobrać, prawda?

Idealne książki wakacyjne, książki na podróż dla dzieci, muszą angażować. To, co najlepiej sprawdza się u nas, a i znajomi polecają to zwłaszcza dobre tzw. szukajki, czyli książki wypełnione ilustracjami, na których dużo, oj dużo się dzieje. W których można przepaść bez pamięci na długi czas. Zatopić się po prostu w inny świat i odkrywać go za każdym razem na nowo. Dobrze też mieć pod ręką wszelkiego rodzaju książeczki do bazgrania, pełne zagadek i kolorowanek. Idealnie sprawdzają się labirynty i łamigłówki. A dla dzieci w wieku mojej Róży, które czytają, ale jeszcze nie idealnie płynnie – komiksy. I to nawet klasyka znana z naszej młodości, choćby Donaldowe Giganty!

Zobaczcie, co Wam tu wybrałam!


  1. Miasto w chmurach. Miasto pod ziemią, Tomasz Kowal – ma formę harmonijki, którą można oglądać strona po stronie jak tradycyjną książkę lub rozłożyć w całości niczym mapę. A raczej dwie mapy, bo znajdziemy tutaj panoramy dwóch miast: Podniebna z jednej strony harmonijki i Podziemina z drugiej! / Wydawnictwo Nasza Księgarnia
  2. Kieszonkowa książeczka do bazgrania i kolorowania, Fiona Watt, wyd. Olesiejuk – Rysujcie, bazgrajcie, uzupełniajcie niesamowite wzory oraz kolorujcie ilustracje, które znajdują się w tej niewielkiej książce. Warto mieć ją zawsze przy sobie, umili np. czas podróży. Dzięki niej powstaną niezwykłe dzieła sztuki! / swiatksiazki.pl
  3. I druga część – Podręczna książeczka do bazgrania i kolorowania, Fiona Watt, wyd. Olesiejuk / swiatksiazki.pl
  4. Absolutnie fantastyczne łamigłówki, William Potter – Książka pęka w szwach od kolorowych łamigłówek obrazkowych, językowych i matematycznych, labiryntów, a także zadań typu: znajdź różnice, połącz kropki, dopasuj, wyszukaj szczegóły i wielu innych / Wydawnictwo Nasza Księgarnia
  5. Absolutnie fantastyczne labirynty, Becky Wilson – Ponad 100 wystrzałowych, rewelacyjnych, kapitalnych labiryntów! Dla początkujących i zaawansowanych / Wydawnictwa Nasza Księgarnia
  6. Książka do bazgrania. Oko w oko z potworami, Inka Vigh – Zanurz się w świecie pokrętnych, mrocznych labiryntów, niebezpiecznie twórczych zabaw i najstraszniejszych potworów… / Wydawnictwo Nasza Księgarnia
  7. Ostatnio nasza ulubiona szukajka – Gdzie jest Wally TERAZ? / wyd. Mamania – Światowy bestseller podbił serca wnikliwych czytelników z całego świata. Poszukaj Wally’ego i jego przyjaciół w epoce kamienia łupanego, w starożytnym Egipcie i Japonii oraz na paryskim balu. / Noski Noski
  8. A to już nasz klasyk – najlepsza! Detektyw Pierre w labiryncie. Na tropie skradzionego Kamienia Chaosu / IC4DESIGN, Hiro Kamigaki, Chihiro Maruyama – Ta zachwycająco zilustrowana książka z labiryntami i zadaniami polegającymi na wyszukiwaniu szczegółów to przygoda, jakiej dotąd nie było! / Wydawnictwo Nasza Księgarnia
  9. Podwodnik – Szkicownik odkrywcy podwodnego świata, tekst i ilustracje: Aleksandra i Daniel Mizielińscy / Wyrusz na rysunkową wyprawę w głębiny mórz i oceanów! Naucz się języka nurków, zaprojektuj okręt podwodny i wydobądź skarb z dna morza. Stwórz własną rafę koralową, znajdź najkrótszą drogę przez wrak Titanica i wyrwij się z macek ogromnej kałamarnicy. Rysuj i czytaj ciekawostki. Baw się i poznawaj świat! / Wydawnictwo Dwie Siostry
  10. Harry Potter. Magiczne stworzenia do kolorowania, Wydawnictwo Otwarte – Dzięki tej kolorowance bez trudu przeniesiesz się do Zakazanego Lasu, a nawet będziesz towarzyszyć Harry’emu, Ronowi i Hermionie w spektakularnej ucieczce z Banku Gringotta na smoczym grzbiecie / Livro.pl
  11. Dziecięca klasyka – Gigant Poleca. Tom 3/2019. Nocna wyprawa / Egmont
  12. Przygody Tintina. Skarb Szkarłatnego Rackhama. Hergé / Tintin, reporter i detektyw-amator, wraz kapitanem Baryłką i pieskiem Milusiem, szuka na Karaibach pirackiego skarbu! / Egmont

Na koniec – obiecani przyjaciele dziecięcych szalonych wakacji – zmywalne tatuaże!

Ojej, jakie one teraz je cudne robią! Prawda?



  1. Tatuaże tęcza Meri Meri / Extra Mama
  2. Kwiatowe tatuaże Djeco / Noski Noski
  3. Pirackie tatuaże Djeco / Noski Noski
  4. Jakie to ładne! Tatuaże dla dzieci Paryż, Moulin Roty / Druga Świnka
  5. Przecudny zestaw tatuaży projektu Katarzyny Stróżyńskiej Goraj / Mysiogonek.pl
  6. Tatuaże dla dzieci Mały Czarodziej, Moulin Roty / Druga Świnka
  7. Tatuaże dla dzieci Wyścig, Londji / Druga Świnka
  8. Tatuaże dla dzieci Magiczny Moment, Moulin Roty / Druga Świnka
  9. Tatuaże na palce Apli Kids – Potworki / Extra Mama
  10. Tatuaże flamingi Meri Meri / Extra Mama
  11. Tatuaże piraci Meri Meri / Extra Mama
  12. Tatuaż dla dzieci XXL Brokatowa Syrenka, Djeco / Druga Świnka

Pochwała codzienności

Siedziałam sobie ostatnio w kuchni. Za oknem powoli słońce zbierało się ku zachodowi, jego cieplejsze promienie rozpoczęły swój codzienny taniec na ścianach. Firanka zakrywająca wejście na taras, lekko kołysała się unoszona wieczornymi powiewami specjalnie przez nas tworzonego przeciągu. Gdzieś w oddali słyszałam śmiechy dzieci biegających po osiedlu. Wśród nich ewidentnie wybijały się radosne pokrzykiwania mojej Róży. Pies od czasu do czasu poszczekiwał w ogrodzie na przechodzących sąsiadów. Koło mnie natomiast krzątał się mój mąż, który ostatnio zakotwiczył w domu.

I tak kontemplowałam te pierwsze dni czerwca. Tego miesiąca obfitości i kolorów. Zapachów i uniesień. Tego okresu błogiego i dobrego, na który czeka się całe pół roku szarugi i marazmu.

Obserwowałam ogórki. Zrobiłam je tu pierwszy raz, drugi raz w życiu w ogóle. A że małosolne pochłaniam z uwielbieniem, doprawdy nie wiem czemu tak trudno mi to nastawianie przychodziło. Może w tej kuchni po prostu mam lepszą energię. Może umysł otwarty, może i chęci do wszystkiego większe.

Ustawiłam te ogórki przed sobą, aby na spokojnie móc obserwować wędrujące bąbelki. Obok wdzięczyła się do mnie nasza pierwsza żółta róża z ogrodu (tym razem kwiat, nie dziecko :)) Na blacie czekał na męża arbuz, obok naszykowałam na wieczór lemoniadę i resztkę truskawek. Na obiad wcześniej zjedliśmy fasolkę szparagową z młodymi ziemniakami i kefirem. Z młoda kapustą i marchewką. Proste jedzenie. Najlepsze.



Otworzyłam książkę. Zaczęłam czytać, ale odłożyłam ją po chwili. Wpatrywałam się w ten wczesnowieczorny obrazek. Takie to było sielskie. Takie dobre. Takie, jak być powinno.

Jak to rasowa blogerka, od razu chwyciłam za aparat, aby ten sielski widoczek uchwycić. Potem zaczęłam w myślach niemal nucić pierwsze słowa tego wpisu. A jeszcze potem dotarło do mnie, jak bardzo nie doceniamy codzienności.

Bo to codzienność nas tworzy. Codzienność nas buduje. I może na zdjęciach pozostają zazwyczaj piękne obrazki z tych kilku dni niezwykłych przeżyć czy wyjazdów, w nas samych jednak tkwić będzie ta codzienność. Bo to z nią się zmagamy. To ona potrafi przytłaczać. I to z nią dobrze by było się zaprzyjaźnić.

W naszych rękach leży to, czy będzie to dobra codzienność, czy będzie nam ciążyć. Czy stanie się tym czymś, co tak górnolotnie nazywamy szczęściem, czy zaprowadzi nas w zupełnie odwrotnym kierunku. Czy dostrzeżemy ją w tej ciągłej pogodni za czymś tak nieokreślonym jak „sukces”?

Bo właśnie kiedy ją dostrzegamy i kiedy nam z nią dobrze – czas spowalnia.

Oby ten czerwiec trwał jak najdłużej!


Warszawska promocja Obrońców mórz

Tak oto przenieśliśmy się na chwilę z naszego życia w wir totalny. W szaleństwo pełne, ale dobre. W momenty, które zapamięta się już na zawsze.

Tak oto ruszyliśmy do Warszawy promować książkę mojego męża Obrońcy mórz (pisałam Wam o niej niedawno TUTAJ, do kupienia w księgarniach – np. w Empiku)!

To znaczy mój mąż ruszył, a ja dołączyłam do niego, aby razem z nim przeżyć ten niezwykły czas.

I wiecie co? Pękałam z dumy!

Obserwowałam, jak kolejno wybiera się na poszczególne wywiady. Jak z każdym kolejnym nabiera większej pewności. Jak cieszy się, kiedy rozmowa okazywała się ciekawa i wciągająca. Jak prowadzący chwalili jego książkę, a przysłuchujący się – jego wypowiedzi. To był jego moment, w pełni zasłużony, a ja cieszę się ogromnie, że mogłam tam być.

Jak wygląda taka promocja? Wydawnictwo zorganizowało nam wyjazd i cały harmonogram różnych spotkań. Była więc i telewizja (Polsat News) i radio (Jedynka, Czwórka, Puls), były i wywiady, które dopiero zostaną spisane i opublikowane, był też w końcu Youtube (7 metrów pod ziemią). Program więc dosyć napięty jak na niecałe trzy dni.



A wszystko to zwieńczało spotkanie autorskie w Faktycznym Domu Kultury. Swoją drogą – świetne miejsce – sama ciekawa jestem innych spotkań, które tam się odbywają. To nasze przebiegło spokojnie, w luźnej, wesołej atmosferze. Było sporo pytań i wyjaśniania. Głównie na tematy związane z pracą mojego męża w ochronie statków przed piratami somalijskimi. Dodam tu jednak, że książka nie skupia się jedynie na tym, ale główny nacisk kładzie na samo zjawisko piractwa, które jest naprawdę bardzo ciekawe. Poczytajcie koniecznie!

Przy okazji udało nam się spotkać z przyjaciółmi i znajomymi i z nimi także poświętować tak wyjątkowe wydarzenie. Aż w końcu… cały ten szalony wypad się skończył. Błyskawicznie. Zakończyliśmy go pierożkami na parze z tybetańskiego food trucka pod Pałacem Kultury. I to było zakończenie po prostu idealne. (jedliście je? Pycha!)

Polecam więc z całego serca Obrońców mórz. Zajrzyjcie do pobliskiej księgarni. Wskoczcie w tak nieznany, a jakże wciągający świat.

A może już czytaliście?

Poniżej jeszcze kilka migawek z wyjazdu!



Ach, i jeszcze muszę dodać (choć już pisałam Wam o tym na FB), że udało mi się skoczyć do ogrodu botanicznego!

Jak tam pięknie! Jakie to jest odrealnione, ujmujące miejsce! Jak uroczą ma alejkę z moimi ukochanymi bzami!



Prawda, że pięknie? 🙂

Buziaki!



Obrońcy mórz – książka mojego męża + konkurs

Nadszedł w końcu długo oczekiwany czas wielkiej premiery książki mojego męża – Obrońcy mórz (Stanisław Sadkiewicz, wyd. Znak)!

Jest to dla nas doprawdy duże wydarzenie. Dla mnie powód do ogromnej dumy z jednej z najbliższych mi osób, a dla mojego męża – zwieńczenie wielomiesięcznej ciężkiej pracy, godzin, dni całych, tygodni, poświęconych na reaserch i dociekanie, badania i poszukiwania źródeł, a potem spisywanie tego wszystkiego, aby w końcu powstało coś, co doprawdy warte jest polecenia!

O czym są Obrońcy mórz?

To szalenie fascynująca opowieść o zjawisku, które dla większości z nas jest całkowicie abstrakcyjne – o piractwie somalijskim. To reportaż, który przenosi w zupełnie inny świat. To historia, która ponosi, z którą się płynie, która wciąga i oplata.

Znajdziecie w niej zarówno doświadczenia mojego męża, który przez prawie pięć lat pływał po morzach i oceanach jako oficer ochrony statków, ale także dogłębną analizę samego piractwa, podaną w tak lekki i przyjemny, ale w pełni merytoryczny sposób, że czyta się to z zapartym tchem.

Oglądaliście Kapitana Phillipsa z Tomem Hanksem w roli głównej? To właśnie o tych piratach pisze mój mąż. O tych i o wielu innych. Znajdziecie tutaj historie niezwykłych postaci, które tak znacząco wpłynęły na los wielu innych ludzi. Nawet na Wasz, choć zupełnie nie zdajecie sobie w tego sprawy. Znajdziecie odpowiedź na pytanie – dlaczego właśnie Somalia? Dlaczego u wybrzeży tego kraju powstało tak dobrze zorganizowane piractwo – w zasadzie całe pirackie państewka. Dowiecie się jak wygląda atak i co dzieje się z porwanymi. Na czym polega praca w ochronie statków i jakie jeszcze zagrożenia czyhają na morzach.

I kim, tak naprawdę, są ci obrońcy mórz?

Dla kogo jest ta książka? Pewnie na pierwszy rzut oka pomyślicie, że to coś dla mężczyzn. Jak najbardziej – jestem pewna, że panowie chętnie do niej zajrzą. Ja jednak bardzo serdecznie polecam ją także i paniom. Wam, drogie moje czytelniczki! Jest to bowiem świat cały do odkrycia! Historia tak niezwykle ciekawa i wciągająca! Która po prostu fascynuje i zaciekawia. Która pozwala oderwać się od naszej polskiej rzeczywistości i poznać problemy ludzi tak nam odległych.



No dobra… To może teraz coś o początkach? Być może ciekawi Was jak to jest żyć z kimś, kto ochrania statki? Jak wygląda ta praca?

Pisałam Wam wielokrotnie, że mam wyjazdowego męża. Wiele razy otrzymywałam od Was sygnały, że Wy tak nie dałybyście rady. Cóż, nauczyłam się już, że los potrafi przynosić doprawdy zadziwiające niespodzianki i rzuca nam jak najdziwniejsze wyzwania. Cóż zrobić – pozostaje albo się buntować, albo dostosować. A że bunt małżeństwom specjalnie nie służy, dostosowanie się wydaje się być jednak najlepszą opcją.

Wcześniej mąż służył w wojsku. W krakowskiej brygadzie desantowo-szturmowej. Co wierniejsze moje czytelniczki (nie chciałabym tu używać słowa „stare”, ale te które są ze mną od dawna), być może pamiętają, jak pisałam, że wyjechał mi ten mąż na misję do Afganistanu. Nie było go wtedy pół roku. Myślę, że ten jego wyjazd zahartował mnie na tyle, że ci piraci wydali mi się jednak mniejszym złem…

Jakiś czas później, już po odejściu męża z wojska, los rzucił go na wody właśnie. Wydawało nam się to wtedy najlepszym rozwiązaniem. Raz, że jak przeczytacie w książce, trudno byłym żołnierzom, wyszkolonym w wojaczce, odnaleźć się na rynku pracy, dwa – stanowiło to niezwykle ciekawe wyzwanie, w którym można było wykorzystać posiadane doświadczenie, a jednocześnie poznać i nauczyć się tak wiele nowego.

I tak to się wszystko zaczęło. Odbył wiele kursów, zdobył masę papierów – bez tego nie mógłby wsiąść na statek. I poleciał. Pewnego dnia, tak po prostu, choć w wielkich emocjach – poleciał na swój pierwszy tranzyt. Pamiętam, że był to wyjątkowo pechowy debiut, bo zgubiono jego bagaż i przez cały miesiąc musiał obyć się bez niego. Ale dał radę. A ja tylko sprawdzałam na mapie dokąd teraz płynie, jakie kraje odkrywa. Jak kursuje pomiędzy Omanem a Sri lanką, Kairem a Komorami, Południową Afryką a Indiami. Ocean Indyjski stał się jakby mniejszy…

Taki jeden kontrakt, w czasie którego odbywa się dosyć sporo rejsów różnymi statkami, trwa 2-3 miesiące. Po tym czasie można przebywać dowolną ilość czasu w domu – zazwyczaj 1,5-2 miesięcy. Dziwny rytm, prawda? A w zasadzie dwa tryby – bo ja to tak odczuwałam. Nauczyłam się przestawiać, w jeden-dwa dni zaledwie z trybu „on jest”, na tryb „jego nie ma”. Tak samo nasza Róża, która praktycznie od urodzenia te tryby sobie oswajała. Tak, jakbyśmy miały dwie, zupełnie inne codzienności – jedną, w której muszę ogarnąć wszystko sama, drugą – w której już nie. Nie powiem, wymaga to sporego wysiłku, zrozumienia, cierpliwości i chęci, ale się da. Los, jak już wspominałam, rzuca nam różne wyzwania.



Czy się o niego bałam? Na początku tak, znacznie bardziej. Potem zaczął wracać. Po prostu – zawsze wracał. I jakoś ten strach sam się oswoił. Bywa, że na statku nie ma internetu (czasem jest, czasem go nie ma). Wtedy i po dwa tygodnie nie mam od niego żadnych wieści. Żadnych. No, chyba, że uda mu się zadzwonić z telefonu satelitarnego i krzyknąć mi tylko do słuchawki, że żyje i wszystko ok i czy u nas tak samo. Zakłócenia i morski wiatr uniemożliwiają w zasadzie jakąkolwiek rozmowę. Ale i to mi już nie straszne. Po prostu – nie myślę o niebezpieczeństwie. Organizm sam się przed tym broni. Gdybym miała się wciąż i wciąż nakręcać, pewnie już dawno bym zwariowała.

Jak bardzo niebezpieczna jest to praca? Tutaj odsyłam Was już do książki. Mąż mój, zdolny mój mąż, pisze tam o tym naprawdę genialnie. Z poczuciem humoru, w prosty sposób wyjaśnia kwestie trudne do wyjaśnienia. Zawiłości globalnej gospodarki stają się nagle zrozumiałe, geopolityka łatwiejsza do przetrawienia. Jest też codzienność. Codzienność pracy w ochronie na morzu, codzienność pirackiego rzemiosła i w końcu – codzienność porwanych załóg.

Odsyłam Was więc do księgarń, w których już książkę widziałam. Znajdziecie ją w sekcjach z reportażami. Możecie też zamówić ją online – polecam choćby stronę wydawnictwa Znak lub Empik.

Bardzo też serdecznie zapraszam na spotkanie autorskie, które odbędzie się 29 kwietnia w Warszawie, w Faktycznym Domu Kultury (ul. Gałczyńskiego 12) o godzinie 19:00!

Ale to nie wszystko!

Mam jeszcze dla Was 5 egzemplarzy książki! Przygarniecie? 🙂

Zapraszam do rozdania NA FACEBOOKU!


WEJDŹ DO KONKURSU!

Wiosna w sercu

Chwyciła mnie ta moja rwa jakieś 4 tygodnie temu. I klops…

Pisałam Wam ostatnio o tym, jak to jest, kiedy freelancer jest chory. Teraz muszę uzupełnić ten tekst jeszcze o to, co się dzieje z freelancerem tzw. kreatywnym, kiedy dopada go coś takiego jak rwa.

Otóż wtedy kreatywność bliska jest zeru. A to jest doprawdy scenariusz najczarniejszy. Człowiek myśli tylko o tym, że boli, że znowu zaraz zaboli, i czemu aż tak boli. Jest zły na siebie, na sytuację, na swoje ciało, na świadomość kruchości i śmiertelności, którą sobie nagle uzmysławia. Wszystko to zupełnie, ale to zupełnie nie sprzyja pracom kreatywnym. Tym bardziej niemożność usiedzenia przed komputerem.

I dopiero kiedy taki oto niemądry, za mało ćwiczący freelancer uświadamia sobie, że coś jest nie tak… że są takie momenty, że nic nie czuje… że mózg zaczyna pracować, pojawiają się pomysły i chęci… wtedy właśnie freelancer wraca do życia. I może tworzyć!

Och, jakie to jest wspaniałe uczucie, kiedy nic nie czuć! Kiedy plecy i noga nie doskwierają! Jakże rzadko to doceniamy!

I choć jeszcze mi do tego uczucia ewidentnie trochę pozostało, wiem oto, że wracam do życia!

W domu kwitnie mi wiosna! Moje ulubione kwiaty mirabelek! W kieliszku wdzięczą się fiołki. Azalia z Biedronki rozbujała jak oszalała i tak trwa już od dawna. I nawet palmę kokosową, która to wyrasta sobie z kokosa, zakupiłam i oczy nią cieszę. Ba! W naszym mini ogródku wkopałam małe drzewka – wiśnię i czereśnię i już widzę, że ta pierwsza zaraz rozkwitnie!

Wracam więc do żywych wraz z wiosną. Co cieszy mnie tym bardziej, że udało mi się dziś skończyć jeden fajny projekt graficzny, który Wam niedługo pokażę. Wracam do mojej Lili. Wracam do tworzenia! Wracam do siebie!

Dobrej wiosny kochani!


Ach, a i jeszcze fajne nowe kremiki Mokosh czekają na sprawdzenie. To też cieszy!

A może je znacie?

Dzień z życia

Znalazłam nowy sposób na dobry nastrój.

Postanowiłam sobie nie umniejszać.

Miałam niegdyś tendencję do tłumaczenia sobie, że co ja tam narzekam, skoro inni mają o wiele ciężej. Ano mają, mają. Zawsze ktoś będzie miał ciężej. Że ja to jedno dziecko ledwie ogarnąć muszę, i to jeszcze całkiem fajne, mądre i zdrowe, a inne matki to ogarniają i po kilka i dają radę. Że ja tylko pół roku w zasadzie jestem samotną matką, ze wsparciem mocnym, ale jednak, a inne to mają tak po prostu cały czas. Że nie umiem wystarczająco dobrze zorganizować pracy i domu, aby wszystko było na tip top, a pieniądze wpływały niczym ta rwąca rzeka. I wiele jeszcze takich i owakich.

I oduczyłam się tego. I dobrze mi z tym!

Bo po pierwsze – najgorsze, to porównywać się do innych. Po drugie, przecież robię wszystko w miarę moich możliwości, staram się, pcham ten kamień wielki i ciężki, ale wciąż do przodu i wcale, ale to wcale nie jest mi źle.

Wiecie więc jak wygląda dzień z życia Wonder Woman w skali mikro?

Jest szalony, totalnie niepoukładany, ale dobry. A wieczorem mówię sobie – jestem super! Bo zrobiłam to, to i to. A jak tu jeszcze, pomimo zmęczenia, na maila odpowiem, grafikę skończę, projekt zamknę, albo wymyślę coś ekstra, to w ogóle – oj, jaka super jestem. Bo dziecko śpi spokojnie, cztery ściany stoją, w kurzu nie tonę, pies najedzony chrapie obok.

Zrobię pranie i je jeszcze rozwieszę – super! Fajnie, że zrobiłam!

Ugotuję obiad, który moje dziecko zje, co wierzcie mi – nie jest takie łatwe i oczywiste – oj, jak super!

Pójdę biegać, kiedy Róża jest na gimnastyce artystycznej – łoooo jak super!

A jakaż ja byłam super, kiedy skosiłam trawę, zasadziłam czereśnię i kupiłam łopatę do odśnieżania! Toż z tej dumy myślałam, że się rozpłynę!

Byłabym zapewne jeszcze bardziej super, gdybym wymieniła opony na zimowe, ale to już jednak zostawię mężowi, który jutro, po dwóch miesiącach, wraca do nas. Niechaj też poczuje się super 🙂

Bo w ogóle, odkąd Róża zaczęła szkołę, a my mieszkamy na wsi naszej podmiejskiej, wszystko się zmieniło. Cała organizacja dnia przewróciła się do góry nogami. Dziecko każdego dnia ma na inną godzinę – rozstrzał od 8 do 13. Nie siedzi długo w świetlicy, więc chodzę po nią w kółko. Zdecydowaliśmy, że nie będzie jadła obiadów w szkole, więc jeszcze codziennie trzeba ugotować coś porządnego. Męża akurat nie ma, więc sama latam wszędzie, zawożę na zajęcia, objeżdżam znajomych, robię zakupy. A pracy mam coraz więcej. Pracuję więc nie tylko wtedy, kiedy akurat Róża jest w szkole, ale głównie wieczorami. I nocami. Najbardziej lubię te noce, spokojne, pełne twórczej energii, kiedy tak się rozkręcam, że wcale nie chce mi się spać, kiedy nikt nie przeszkadza. I kiedy wiem, że rano mogę odespać, bo dziecko ma do szkoły dopiero na 13. Zamieniam się więc w małą sówkę. Ale jest to super sówka! Sówka, która stara się jak może i daje radę.

A jak szalone są te dni, kiedy wyjeżdżam na warsztaty! To to już na osobną historię zasługuje!

Kiedy więc w końcu kładę głowę na poduszce, kiedy obok pochrapuje dziecko (czasem sypia ze mną, kiedy nie ma męża) i pies, myślę sobie – super, zrobiłam, co miałam zrobić i jest dobrze. I nawet jak nie zdążę zrobić wszystkiego, kiedy pranie wciąż zalega w łazience, a podłoga prosi się o odkurzanie – i tak jest super. Bo przecież to dziecko obok śpi szczęśliwe, a w lekkim przebudzeniu mówi do mnie: „ja ciebie też”.

I wiecie co? Jestem pewna, że każda z Was jest taką Wonder Woman!

Facebook