KategorieUncategorized

W roli głównej: Make Me BIO Krem Anti-aging night

Dzisiaj zaprezentuje się Wam gwiazda dopiero wschodząca. Rokująca dobrze, jak cała malutka jeszcze marka. Ale za to już jasno błyszcząca! Przed Wami w roli głównej Krem Anti-aging night Make Me BIO.


Słoiczek, jakby z małej spiżarki. Z jutowym sznurkiem. Niewielki, z ciemnego szkła, z uroczą etykietą po której spodziewamy się napisu „dżem jagodowy”. Ale nic z tych rzeczy. Słoiczek ten bowiem skrywa zgoła inną zawartość. Również odżywczą, ale dla naszej skóry. Muszę przyznać duży punkt za opakowanie i estetykę. I za pojemność! Rzadko spotyka się aż 60ml kremu. Starcza więc na znacznie dłużej niż inne mazidełka.
Make Me BIO to jedna z nowych małych naturalnych manufaktur. W iście zachodnim stylu. Lubię śledzić i produkty i pomysły na identyfikację wizualną tych amerykańskich. Ta w niczym im nie ustępuje i już z całych sił trzymam za nią kciuki. I cieszę się, że i w naszym kraju można coraz więcej podobnych perełek wyłowić. W ofercie posiadają jeszcze inne kremiki, szampony, delikatne peelingi do twarzy, coś niecoś dla maluszków, mydła i genialnie opakowane pomadki do ust. Czyli całkiem sporo jak na początek. W cenach nie wygórowanych, jak na tą jakość i skład produktów. Podobają mi się też nazwy niektórych kremów, np. Featherlight, Garden Roses, Beautiful Face czy Orange energy.
Osobiście bardzo polubiłam nocny krem anti-aging. Niech Was jednak nazwa nie myli. Krem ma dużo antyutleniaczy, niwelujących procesy starzenia się skóry, ale doskonale nadaje się także do pielęgnowania cer młodych. Sprawdzi się świetnie w przypadku każdej wymagającej i przesuszonej skóry. Moja, prawie 30-letnia, chłonie go z największą przyjemnością.
Jest dosyć ciężki i gęsty. Co uważam za zaletę. Długo się wchłania. Pozostaje na buzi o kilka chwil dłużej niż inne preparaty. Mam jednak wrażenie, że w ten sposób tworzy swoisty kojący i nawilżający plaster. W okresach jesienno-zimowych, kiedy ogrzewanie w blokach jest intensywne i w powietrzu brakuje wilgoci, moja cera cierpi bardzo. Wysusza się migiem. Krem zapewnia jej ochronę i dużą dawkę nawilżenia. Co ważne, kiedy już się wchłonie, nie pozostawia tłustej warstwy. Skóra jest od razu elastyczna i miękka.
Podoba mi się bardzo zapach kremu. Delikatny, lekko słodki. Bardzo kobiecy. Skład również przyzwoity i naturalny. Osobiście wolę jak w kremach wodę zastępuje się hydrolatami. Tutaj tego nie mamy. A głównym natłuszczaczem jest olej słonecznikowy – bezpieczny, ale służący za pewne wypełnienie… W dalszej kolejności mamy jednak to, co czyni krem „odmładzającym”. Znajdziemy tu bowiem i olej arganowy i ekstrakt z zielonej herbaty, marakui i śliwki, olejek makadamia, oliwę, masło shea, olej awokado, z kiełków pszenicy, kokosowy i z wiesiołka oraz ekstrakt z gotu koli vel Centella asiatica vel wąkroty azjatyckiej (jak kto lubi). Czyli dużo, dużo dobra.
Polecam krem, jako bardzo uniwersalny i poprawiający kondycję przesuszonej skóry nawilżacz. Zwłaszcza teraz, zimą. Zwłaszcza przy centralnym ogrzewaniu i klimatyzacji. Zwłaszcza, jeśli potrzebujecie wybić nieco wolnych rodników 🙂
Kremik z Make Me BIO.

Co robię kiedy nic nie robię

Czasami… Nie za często… Nie za rzadko… Mam taki czas tylko dla siebie. Kiedy postanawiam nie myśleć o niczym ważnym. Kiedy (obowiązkowo) nie ma ani dziecka, ani męża. Ostatecznie pies może pozostać. Kiedy nie sprzątam, bo jest wystarczająco czysto. Kiedy nie załatwiam miliona „ważnych” spraw w internecie. Kiedy nie gotuję, nie wychowuję, nie uczę się, nie planuję, nie myślę ze strachem o przyszłości, nie panikuję, że jakiś idiota pijany zabierze mi rodzinę, nie latam po mieście, nie spotykam się z nikim, nie ćwiczę, nie wysyłam niecierpiących zwłoki maili… Wtedy to mam czas tylko dla siebie. I choć są to zazwyczaj dosłownie dwie godzinki, postanawiam wtedy nie robić nic! A w zasadzie nic z powyższych. Bo robię wtedy same przyjemne rzeczy!

Co zatem robię, kiedy nic nie robię? Oto moja lista czaso-umilaczy!

Najważniejsze – przeobrażam się w potwora domowego! Ubieram wygodną piżamkę, sięgam po ulubione ciepłe kapcie. Grunt to wygoda! Poza tym miękkie i miłe w dotyku materiały pomagają się zrelaksować. Tworzą wizualne i dotykowe ciepło. Wiecie o co chodzi? W moim mieszkaniu jest dużo koców i różnorakich kolorowych jaśków. Pomagają wytworzyć atmosferę przytulności. Specyficzny domowy klimat. W połączeniu z przytłumionym nastrojowym światłem i zapachem gorącej kawy, sprawiają, że człowiek nie ma ochoty nigdzie wychodzić. Zostałby i otulił się kocykiem. I cieszył się spokojem.

No tak… bez czegoś dobrego się nie obejdzie! I obowiązkowo – słodkiego! Jak umilamy sobie czas to na całego! Wybieram się wtedy do pobliskiej osiedlowej piekarni po, na przykład, makaroniki. Kiedy wolę coś zdrowszego sięgam po daktyle. Mało co potrafi tak mocno i szybko zasłodzić! Niekiedy sama coś upiekę. Choć wtedy istnieje prawdopodobieństwo, ze za dużo i za szybko to spałaszuję… Aby więc zaspokoić głód słodyczy najlepiej chwycić dosłownie dwa daktyle i po sprawie!
A moje kąpielowe serniczki z wczoraj (TUTAJ) są tu po to, aby zaznaczyć, że jeśli czas dla siebie mam wieczorkiem – biorę wtedy słodką kąpiel!

Do tego dobra kawka… Przyznam bez bicia, że najbardziej smakuje mi taka zwykła, rozpuszczalna. I koniecznie w ładnym kubku. Kawa pita z brzydkiego to już nie ta sama kawa. A jeśli nie kawa, to herbata z sokiem malinowym. A jeśli nie taka, to zielona, ale aromatyzowana np. pomarańczą. A jeśli znowuż nie taka, to owocowa. Szkoda, że skończyły mi się moje własne mieszanki herbaciane… Pamiętacie jeszcze X-mas Tea (TUTAJ). Te stanowczo były najlepsze!

Jak się rozpieszczamy to dokładnie! Czyli ciałko też. Jest to odpowiednia chwila dla wszelkiej maści balsamów i maseczek. W domu w różnych miejscach mam porozstawiane kremy do rąk, po które sięgam kilka razy na dzień. W tym momencie królują te z Olivaloe i Naturligtvis. Zanim się położę pod kocykiem nasmaruję nogi i brzuszek balsamami Sylveco lub Pure Fiji. Chwytam moje ulubione narzędzie tortur – wałek wieloigłowy dr Lyapko i czytając coś, przejeżdżam nim lekko po twarzy i szyi. Trochę ujędrnienia od niechcenia nie zaszkodzi!

Podczas relaksowania się bardzo ważny jest dla mnie zapach. Pomaga on ukoić zmysły, uspokaja lub przeciwnie – dodaje pozytywnej energii. Poza tym ładne aromaty zawsze wyzwalają na mojej twarzy uśmiech! Cenię sobie aromaterapię za jej wpływ na nasze organizmy. Za niemal magiczną moc. Często sama sobie komponuję zapachy. Niedawno jednak w moje ręce wpadły te tutaj kompozycje naturalnych olejków Taoasis, w których się całkowicie zakochałam. Już je Wam pokazywałam – wanilia i grejpfrut z pomarańczą w śnieżynkach mydlanych (TUTAJ), a kakao, z wanilią i mandarynką w musujących babeczkach Winter Wonderland (TUTAJ). Najlepiej stosować je w kominkach zapachowych. Wtedy pięknie pachnie w całym pomieszczeniu. Ja jednak daję sobie kropelkę na bluzkę, blisko dekoltu. Dzięki temu zapach mnie otula i nastraja optymistycznie.

Czy jest coś bardziej kobiecego i jednocześnie relaksującego od malowania paznokci! Lakierów mam całą masę. Kilka ulubionych, reszta jako chwilowe zachcianki. Poważnie zastanawiam się nad przemyśleniem tematu lakierowej koloroterapii! Bo co sprawia, że w ten akurat dzień, mamy ochotę na akurat ten kolor? I nie chodzi mi tu o milion odcieni czerwieni, ale całą tęczę barw. Stanowczo muszę to zgłębić!

Uwielbiam oglądać książki kucharskie! Traktuję je jako ogromne skarbnice pomysłów! Bo w kuchni przepisy są dla mnie raczej inspiracją 🙂 Wolę wymyślać własne proporcje i zawsze dodaję coś od siebie. Szczypta zachęty w postaci pięknego wydania takich książek z pewnością nie zaszkodzi. Mój najnowszy skarb to lidlowa książka Pascala i Okrasy. Jedna z piękniejszych jakie widziałam. Można ją oglądać i oglądać w kółko. A i przepisy ciekawe i proste. Macie może?

Ostatnio często sięgam po Elle. Mam wrażenie, że zagłębiam się w zupełnie inny, trochę abstrakcyjny jednak dla mnie świat. Najbardziej lubię historie wielkich projektantów. Jak to dzięki pasji i ciężkiej pracy udało im się zdobyć modowe szczyty.

Przyznaję się. Jestem jedną z tych zwariowanych wariatek beznadziejnie zakochanych w Jane Austen. Dumę i uprzedzenie przeczytałam już tyle razy, że… nie pamiętam ile… Wyznaję też jedyną słuszną wersję ekranizacji – 6-odcinkowy mini serial BBC z Colinem Firthem w roli Pana Darcy’ego. Ech… ideał 🙂 No dobra… mój mąż też coś z Pana Darcy’ego ma! Choć muszę przyznać, że po trzecim oglądnięciu najnowszego filmu z Keirą Knightley powoli zaczynam się do tych nowych czasów przekonywać. Po Dumę i uprzedzenie sięgam i kiedy mi smutno i kiedy mi dobrze. Zawsze się obroni, zawsze zaciekawi i zawsze się zakocham. Jeden odcinek serialu lub jeden rozdział doskonale się sprawdzą podczas tych moich wolych chwil.

A jeśli nie klasyka, to coś kobiecego i lekkiego. Niedawno właścicielka BliskoNatury.pl poleciła mi książki Sarah Jio. Ponieważ w Znaku w promocji kosztują całe 7,50zł, zakupiłam od razu trzy i teraz pochłaniam jedną za drugą. Została mi już ostatnia. Dwie poprzednie popożyczałam po koleżankach i mamach. Nie ma tu nic wielkiego, nic skomplikowanego. Są zawsze dwie kobiety. Jedna teraz, druga niegdyś, na początku zeszłego wieku. Jest tajemnica, miłość i tragedia. A wciągają skubane… Końcówki to się już pożera po prostu 🙂 Polecam!

Czasem też zamykam się w moim własnym światku. Sięgam po moje wielkie pudło ze skarbami, niekiedy po jeszcze większą skrzynię z kolejnymi skarbami, po słoiczki ze wstążkami i taśmami lub po farbki. I tak sobie kombinuję. Coś tam sobie tworzę, coś próbuję. Jak wyjdzie to może na blogu pokażę. Jak nie wyjdzie, to trudno. Jak nie wiem, jak coś wykorzystać, to odkładam to na lepsze czasy. Zawsze w końcu pomysł przyjdzie. Czy to po tygodniu czy po kilku miesiącach. Nie ma to jak ręczne robótki!

Dużo czasu, nawet za dużo, spędzam przy komputerze. Kiedy mam te moje wolne chwile, staram się nawet do niego nie zasiadać. Bo jak już usiądę, jak włączę internet, to nagle dwie godziny mijają w minutę. I nie chodzi mi tu o żadne bardzo ważne sprawy. Buszuję sobie po prostu po amerykańskich (głównie) blogach. Przeskakuję z jednego na drugi. Łapię pomysły i pozytywne podejście do życia niczym powietrze. Z całych sił. Pełną piersią. Inspiruję się, motywuję, uczę. Mam wrażenie, że niektóre blogerki już dobrze znam. Jakbyśmy mieszkały koło siebie. Inne dopiero poznaję. Innymi się zachwycam. A czas biegnie jak szalony.

A potem wraca codzienność. Wraz z dziecięciem i mężem. Wraz ze zlewem pełnym brudnych naczyń i podłogą do poodkurzania. Wraz z mailem do odpisania i kolejną ważną sprawą do załatwienia. Ale to nic! Niedługo znowu sobie te dwie godzinki wygospodaruję!

Jakie są Wasze patenty na nic-nie-robienie? Co lubicie? Może i ja si na coś przerzucę? Co polecacie?

Wykwintne Serniczki Kąpielowe

Dopada Was czasem ochota na coś słodkiego, rozpływającego się w ustach i jednocześnie lekkiego? Mnie ostatnio dopadła. Ale zamiast wyskoczyć do pobliskiej cukierni, wykorzystałam ją nieco bardziej kreatywnie. I stanowczo lepiej dla mojej figury!
Zrobimy tym razem bowiem smakowite Wykwintne Serniczki Kąpielowe
 Idealne! O lekkiej miękkiej konsystencji sernika. Wypełnione po brzegi odżywczym kozim mlekiem, pielęgnacyjnym masełkiem shea i wygładzającym olejem babassu. Pachnące słodkim i kuszącym serniczkiem truskawkowym. A do tego elegancko przyozdobione uroczymi mydełkami – kameami o takim samym zapachu. Dzięki temu, kiedy nasze babeczki rozpuszczą się już w wannie z ciepłą wodą, uwalniając swe dobroczynne składniki, mamy od razu czym się umyć! No i oczywiście nadają one serniczkom delikatności galaretkowej polewy.
Oj, to chyba jeden z najlepszych moich przepisów! I uwaga – zapach naprawdę sprawia, że chciałoby się je zjeść!

Do wykonania Wykwintnych Serniczków Kąpielowych przygotujcie:
Na kamee:

  • bazę mydlaną białą (moja z EcoFlores)
  • bazę mydlaną glicerynową (jak wyżej)
  • barwnik czerwony (z ZielonyKlub)
  • olejek zapachowy kosmetyczny serniczek truskawkowy (ZielonyKlub)
  • foremki silikonowe (Beads)

Na 4 serniczki

  • 1 łyżkę masła shea rafinowanego (BliskoNatury)
  • 1 łyżkę oleju babassu (BliskoNatury)
  • 1/2 łyżki oleju ze słodkich migdałów (BliskoNatury)
  • 1/3 łyżki bielonego wosku pszczelego (BliskoNatury)
  • 5 łyżek koziego mleka w proszku (ZielonyKlub)
  • 20 kropelek olejku zapachowego serniczek truskawkowy (ZielonyKlub)
  • papilotki na pralinki czekoladowe (w hipermarketach)

Zaczynamy od przygotowania mydełek. W miseczce rozpuszczamy odrobinkę bazy mydlanej białej – w mikrofali lub w kąpieli wodnej, nie dopuszczając do wrzenia. Potrwa to dosłownie chwileczkę. Do powstałego płynu wlewamy 1-2 kropelki barwniku czerwonego i całość szybko mieszamy. Bazę wylewamy sprawnymi ruchami na dno foremek w kształcie kamei. Ma pokryć jedynie twarze, co pozwoli uzyskać nam ciekawy efekt. Jeśli mydełko w miseczce za szybko zastygnie, podgrzewamy je chwileczkę.
W osobnej miseczce roztapiamy nieco więcej bazy glicerynowej. Tak samo jak powyżej. Do płynnej dodajemy kilka kropelek olejku zapachowego, całość mieszamy i ponownie sprawnym ruchem zalewamy nasze kamee. Ważne, aby postarać się zalać je dokładnie do linii foremki. Jeśli jednak się nieco przeleje, z łatwością możemy je wyrównać nożykiem, jak już mydełka stwardnieją. A twardnieją doprawdy w 5 minut. Gotowe wyciągamy z foremek i odkładamy na chwilę na bok.
Aby przygotować serniczki, roztapiamy w miseczce w kąpieli wodnej lub mikrofali wosk pszczeli, masło shea i olej babassu (który ma stałą formę masła). Co chwile mieszamy. Kiedy staną się płynne, ściągamy je z ognia, dolewamy do nich olej i olejek zapachowy, a następnie wsypujemy kozie mleko, cały czas mieszając. Staramy się to robić na tyle intensywnie, aby nie pozostały nam żadne grudki. Gotową masę przelewamy do podwójnych papilotek. Na wierzch każdej babeczki kładziemy kameę. Serniczki odkładamy w spokojne miejsce na godzinę. W temperaturze pokojowej powinny mieć stałą formę, ale pod naciskiem będziemy wyczuwać, że są delikatnie miękkie. Jak sernik!
Serniczki, jeden lub dwa, wrzucamy do wanny z ciepłą wodą. Po chwili masełka zaczną się topić, a kozie mleko rozpuszczać. W łazience uniesie się słodki serniczkowy zapach. Mydełko wystarczy w sam raz na umycie całego ciała. Po takiej kąpieli nie będziecie już musieli nawilżać skóry balsamem. Będzie cudownie odżywiona i wypoczęta! Mmmm….

http://www.lilinaturalna.com/p/lili-przepisy.html

Po-Weekendowe Cuda no61

Cudowny pomysł na ładniejszą wersję tradycyjnej tablicy korkowe. Przyznam, że poważnie zastanawiam się nad jego wykorzystaniem, bo nad biurkiem wisi mi taka standardowa, prostokątna. Może przyjemniej będzie się takimi chmurkami otoczyć? Z Paper & Stitch (1).
A jak już zrobię tablicę, to zabiorę się za podkładki gwiezdne (2)! Z Almost Makes Perfect.
Za każdym razem podziwiam pomysły twórców Pan Tu Nie Stał za nowe PRL-owskie gadżety. Tym razem uwagę zwróciłam na świetne magnesy (3)! Zabawne i z przesłaniem…
Jedne z najpiękniejszych mobili jakie widziałam! I wcale, ale to wcale nie tylko dla dzieci! Tworzy je Loflov (4). Chyba kiedyś pokuszę się na zrobienie mojej wersji, zupełnie innej. Pomysł już w głowie od dawna kiełkuje!
Kolejne cudo nad cudami, które z pewnością przygarnęłabym sama! Prześliczne myszki z Felting Dreams by Johana Molina (5)! Róża pewnie porwałaby je do zabawy, ale ja umieściłabym sobie jedną nad biurkiem. Tak o… żeby sobie stała!
I znowuż do zrobienia – kuchenne wieszaczki pełniące rolę ozdoby kuchni z DESIGN LOVE FEST (6) oraz ekspresowe kolorowe kamienie z Love From Ginger (7).
Od jakiegoś czasu przymierzam się także do własnego zegara. Mam na razie tylko mechanizm. Brakuje pomysłu, który pasowałby mi do mieszkania. Tymczasem podrzucam Wam dwa genialne – zegar jako pasmo gór z SAY YES TO HOBOKEN (zrobiony przez The Merrythought) (8) oraz zegar jako księżyc z BAMBULA (9).
Na koniec moja najładniejsza weekendowo-wyprzedażowa zdobycz – błyskotkowy naszyjnik za całe 7,50zł (9)! To znaczy zakupiony jako druga rzecz za 50% ceny. No ale 15 zł to też tanio :):):) Z Medicine / stacjonarnie.

Polecam Wam Kochani ciekawy filmik, który niedawno podrzuciła mi siostra. Dokładniej to prezentację Amy Webb, która w zabawny sposób pokazuje, jak złamała kod portali randkowych. Wychodzi na to, że miłość można sobie obliczyć 🙂

Zauroczona: STILL oraz kolejne losowanie Świątecznego Konkursu

Kochani, Święta co prawda dawno już za nami, ale w Lili pojawi się właśnie jeszcze jeden świąteczny akcent. Pamiętacie nasz Wielki Lili Konkurs? Tak, tak – właśnie TEN. Ten w którym do wygrania były aż 83 cudowne nagrody! Zgodnie z regulaminem, na zgłoszenia się zwycięzców z adresami do wysyłki czekałam do 3 stycznia. Niestety nie wszyscy po swoje nagrody się zgłosili. Poprosiłam więc sponsorów o zdecydowanie o losie tych zestawów, które nie doczekały się ciepłego nowego domku. Część z nich postanowiliśmy wylosować ponownie – wyniki losowania numer 2 poniżej. Nagrody od Orientany, Rosie Green i Pure Fiji przekazane zostały na następne konkursy. Już dzisiaj zapraszam na profil Lili na Facebooku – ruszamy z konkursem, w którym do wygrania będą zestawy marki Orientana!
 Szczęście  tym razem uśmiechnęło się do…

  1. sarinacosmetics
    – Sylveco Zestawów brzozowy Sylveco z balsamem z betuliną 
  2. fabryka pomponika – ItalBioEco
    Zestaw kosmetyków Anthyllis: Płyn pod prysznic z kardamonem i żeń szeniem
    oraz Szampon do częstego mycia włosów
  3. Tajnashii
    eko-świat i nie tylko
    – Bon rabatowy o wartości 70zł do
    wykorzystania w sklepie Kreta24.pl
  4. anies2@
    – Biofficina Toscana Zestaw do pielęgnacji włosów: delikatny szampon +
    aktywna odżywka
  5. pink.grincz
    – Biofficina Toscana Zestaw dla panów: żel do golenia +
    antyoksydacyjny krem po goleniu
  6. Alexzus
    Avebio Zestaw BIO Serum Regeneracyjne + Olejek Awokado 50ml
Proszę o adresy do wysyłki na lilinatura@lilinatura.pl (w przypadku nagrody z ItalBioEco o namiar na najbliższy paczkomat z numerem telefonu, w przypadku Avebio także o numer telefonu dla kuriera, a zwycięzcę bonu do Kreta24 po prostu proszę o e-mail). Na adresy ponownie czekamy 10 dni – do 20 stycznia 2014.
Raz jeszcze zapraszam na Facebooka – dzisiaj ruszamy z konkursem Orientany, na początku tygodnia z Rosie Green.

I oczywiście koniecznie wpadnijcie na aktualny KONKURS ZIMOWY!!

Zmieniając temat… Dawno nie było posta z serii „zauroczona”. Za dużo świątecznie się działo, aby podglądać innych. Wracam jednak z czymś cudownym, co oczywiście zauroczyło mnie całkowicie!
Są to niesamowite zdjęcia Mary Jo Hoffman, która na sowim blogu STILL publikuje jedno dziennie. Przedstawiają one to, co naturalne. To, co akurat znalazła niedaleko swojego domu w Stanach. Zakochałam się w nich całkowicie i wprost marzę, aby kiedyś nauczyć się robić podobne. Zachwyca mnie ich czystość, pomysłowość, kompozycja, przesłanie. Autorka umożliwia wykorzystanie zdjęć do nadruków np. na poduszki czy serwetki. Musicie przyznać, że to jedne z ładniejszych!

Zdjęcia Mary Jo Hoffman STILL

Podróże Kosmetyczne: Monoï – kwiatowo-kokosowa eksplozja z Tahiti

Podróżujemy ostatnio w Lili dużo! I dobrze. Nawet jeśli palcem po mapie albo z nosem w balsamie do ciała. Wczoraj zabrałam Was na Lazurowe Wybrzeże (TUTAJ), pora więc na wędrówkę dalszą. Na drugi koniec świata! W regiony bliższe naszej niedawnej wycieczce na Fidżi (TUTAJ). Dzisiaj odwiedzimy bowiem Polinezję Francuską, a dokładnie Tahiti! Jeśli nie do końca kojarzycie, to podpowiem, że to na Pacyfiku, w Oceanii. A tam… zakochamy się w oleju monoï!
Nie mogę sobie tej Polinezji z głowy wyrzucić. Już dawno sobie ją upatrzyłam. Już dawno archipelag Tuamotu stał się jednym z podróżniczych marzeń. Tuż koło niego, dawno temu, wyrosła sobie wraz z wulkanem największa wyspa regionu – Tahiti. Imponująca, górzysta, podzielona na dwie części – Wielką i Małą Tahiti. Otoczona rafami koralowymi, z najwyższą kulminacją – wulkanem Mont Orohena.
Porastają ją gęste lasy zwrotnikowe. Co rusz napotyka się na wysokie rześkie wodospady, wąwozy, ostre wzniesienia. Krajobraz doprawdy bajkowy. Ponoć pierwsi osadnicy, rdzenni Polinezyjczycy, dotarli tutaj po raz pierwszy około 300 roku. Pozostali na dobre. Ich spokój zakłócił dopiero w 1606 roku statek hiszpański, który przepłynął niedaleko, ale się nie zatrzymał. Wyobraźcie sobie, jak musieli być zdziwieni! Europejczycy postawili pierwszy krok na Tahiti dopiero w 1767 roku. Byli to Anglicy. Rok później zawitali tam Francuzi, którzy opisali ją jako istny raj, zamieszkały przez przyjaznych, prostych ludzi.
Coraz częstsze wizyty „cywilizowanych” statków przyniosły mieszkańcom zgubę. Po raz pierwszy mieli kontakt z chorobami, w tym wenerycznymi, alkoholem i ludzką podłością. Przez liczne epidemie w ciągu 20 lat ich populacja zmalała z ok. 200 tys. do 16 tys. Raj zmienił swoje oblicze.
Dzisiaj Tahiti jest częścią zamorskich terytoriów francuskich. Rdzenni mieszkańcy stanowią tu cały czas na szczęście większość. Do nich dołączyli Chińczycy i Francuzi. Utrzymują się z rybołówstwa, połowu pereł, uprawy kokosów, bananów, cytrusów i ananasów oraz z turystyki. Bo wyspa przyciąga!
Nie byłam na Tahiti, ale mam jej część tuż koło siebie! Musicie bowiem wiedzieć, że całkowicie i bez pamięci zakochałam się w oleju monoï!  
Długo zastanawiałam się na co go przerobić. Może jakieś babeczki do ciała, może coś do kąpieli? Ale nie! No po prostu – nie! Ten olej jest idealny sam w sobie. Nie potrzebuje żadnych dodatków, zmiany formy czy konsystencji. A już na pewno nie zmiany zapachu.
A pachnie niebiańsko! Sama nie wiem jak Wam to dokładnie opisać. Gdzieś spotkałam się ze stwierdzeniem, że ma zapach kokosa znalezionego rano na plaży. Do niego dodano aromat subtelnych kwiatów gardenii tahitańskiej (Gardenia taitensis lub kwiaty tiaré). Całość ma zapach ciepły, tropikalny, całkowicie uwodzący! Nie jest tak słodki i gęsty jak ylang ylang. Raczej lekko orzeźwiający i bardzo kobiecy. Nuty kokosowe wspaniale mieszają się tu z kwiatowymi. Mogłabym go wąchać całymi dniami!

Olej ten powstał z macerowania pąków gardenii w świeżym oleju kokosowym. Sama nazwa monoï w starożytnym tahitańskim języku oznacza po prostu olejek perfumowany. Jest on od wieków stosowanym kosmetykiem na okolicznych wyspach. Ten prawdziwy, oryginalny produkuje się właśnie na Tahiti, choć doszukuje się jego pochodzenia na Nowej Zelandii. 
Olej monoï Tahitańczycy używają od niemowlęctwa, aż po kremację osób zmarłych. Żeglarzom i rybakom  pomaga zabezpieczać skórę przez silnymi wiatrami i wodą morską. Dzieciom łagodzi suchość i podrażnienia. Kobietom nawilża i pielęgnuje cerę. Pomaga uchronić ciało przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych i koi poparzenia. Stosowany jako odżywka lub maska, doskonale dba o włosy. Zapobiega łupieżowi, regeneruje je i odżywia. Sam olej kokosowy ma działanie antyseptyczne, więc pomaga w walce z problemami skóry. Działa dezodorująco i antybakteryjnie.
Jak to olej kokosowy, ma konsystencję stałą, kiedy przechowywany jest w chłodzie. W temperaturze pokojowej jest miękki niczym balsam do ciała. Podgrzany, zamienia się w olejek. Używam go, kiedy chcę zrobić sobie przyjemność. Wmasowuję w ciało zaraz po kąpieli. Nakładam też odrobinę na twarz, czasami,  pod krem. Jeśli leży akurat blisko, służy mi za krem do rak. Niekiedy dam go trochę na końcówki włosów. Kiedy indziej, około łyżeczki, do kąpieli. Jest w pełni uniwersalny jako kosmetyk pielęgnacyjny.
Największą jednak przyjemność sprawia mi jego zapach. To właśnie on oraz świadomość jego pochodzenia, czynią go tak doskonałym!

Mój olej pochodzi z BliskoNatury.pl

PS Kiedy czytałam sobie o Tahiti, napotkałam stare zdjęcia tamtejszych kobiet. Pochodzą z końca XIX i początków XX wieku. Nie mogłam się od nich oderwać. Patrzyłam i zastanawiałam się kim były, jak żyły. Pozują bardzo europejsko. Może taka była wtedy moda. Może były żonami lub kochankami Europejczyków. Czy były szczęśliwe?

Może i Was zaintrygują?

Zdjęcia/Photos: Wikipedia Commons / widoczek z lhs204 / mapa z Pictropical via GraphicMaps.com oraz z Wikipedii /  kwiaty z 1 / 2 / 3

Facebook