Książkowe polecajki – 2 x dzieci, 2 x na wakacje

Mam dzisiaj dla Was małe polecenia książkowe!

A dokładniej – dwie super książeczki dla dzieci – takie, co to skradły moje serce. I dwie propozycje na dobre czytanie ot, na przykład na plaży na urlopie. Takie, co to się płynie po stronach, lekko czyta, a i wciąga i pozostawia w duszy takie… myślenie..

Ale zacznijmy do książeczek, którymi zachwyciłam się ja i moja córcia.

Myszka i morze

Myszkę i morze, z ilustracjami Alice Melvin i tekstem Williama Snow, otrzymałam od wydawnictwa PWN w ramach współpracy recenzenckiej. Zgłosiłam się do niej, jak tylko zobaczyłam tę serię (bo myszka ma różne przygody – będę dokupywać!). Myszka po prostu urzekła mnie od pierwszego spojrzenie swym uroczym „starym” klimatem.

No, niosą ją te ilustracje. Są wspaniałe. Niby proste, ale tworzą atmosferę, w której chce się być, która wciąga, która zaprasza do przeżywania wspólnych przygód. Alice potrafi oddać nastroje morza, bo sama zna je dobrze – o czym wspomina w podziękowaniach. A mamy tutaj wybrzeże nieco mniej znane – szkockie. Mamy surowe morze, mamy zatoczki, wyspy i masę rzeczy do odkrycia. Do przeżycia niezwykłych wakacji razem z myszką.

Ja jestem urzeczona tym wydawnictwem. Moja córcia też – ona najbardziej lubi wszystkie te okienka do odkrywania – co jest za nimi. Taki prosty zabieg, a dla dzieci największa przyjemność. A nawet, w tym przypadku – dodatkowa przygoda. I już sama jestem ciekawa tych kolejnych, bo dostępne są już również części z myszką w lesie i nad rzeką. Planuję kupić je na wakacje.

Wam pozostawiam tutaj mały wgląd w książkę. Niechaj te ilustracje mówią same za siebie.

Chłopiec, który zniknął

Chłopca, który zniknął, autorstwa Ewy i Marty Dahlig, zakupiłam już sama. Weszłam kiedyś na stronę wydawnictwa autorek – Tumilu – i przepadłam. Natknęłam się tam wtedy na tę okładkę, zaczęłam czytać o czym ta książeczka jest i od razu ją zakupiłam. Wiedziałam już bowiem, że jest to coś, co tak bardzo potrzebne jest mojej córci. Jest to książeczka wspierająca.

Dla kogo? Dla dzieci, którym tak bardzo zależy na akceptacji innych, że zatracają siebie. Uginają się za bardzo, aby tylko wejść na siłę do grupy rówieśniczej, nie wierzą w siebie. A przy tym są bardzo wrażliwe, dobre i wartościowe same w sobie. I ta książeczka pozwala im właśnie to odkryć. To, jak wspaniałe są, jaką mają moc wielką. Jak ważne jest to, co one same chcą, o czym marzą, co im się podoba.

Książka jest przy tym pięknie wydana. Ilustracje zabierają nas w inny świat. Ale oczywiście ogromne uznanie także dla samej treści. Bo jest to wierszowana historyjka chłopca, który właśnie zaczął znikać. Czyta się ją lekko, jest zrozumiała dla 5-ciolatki i wciąga.

I może nawet mamine łzy czasem polecą 🙂

Cały ten błękit

Prawdopodobnie już natknęliście się gdzieś w intranetach na Cały ten błękit Melissy Da Costa, prawda? Czy tylko ja go w pewnym momencie widziałam w tak wielu miejscach? Być może jest to wynikiem dobrego marketingu wydawnictwa Znak, ale trzeba przyznać, że jest to pozycja warta i przeczytania, i uwagi, i uznania. Chociaż widziałam i przeciwne zdania. Jak to w sumie ze wszystkim bywa.

Mi, w każdym razie, Cały ten błękit czytało się bardzo dobrze. W zasadzie, płynęłam przez tę książkę, tak jak bohaterowie przejeżdżają Pireneje. Nie jest to jednak łatwa historia – mamy tutaj całkiem młodego chłopaka, który dowiaduje się, że choruje na wczesną odmianę Alzheimera i zupełnie mu obcą dziewczyną, po bardzo trudnych przejściach. Połączył ich los i razem oto ruszają przed siebie.

Pomimo trudnej, wydawać by się mogło, sytuacji głównych bohaterów, jest to opowieść o tym, jak ważna jest chwila – ta tu i teraz. Jest to historia, która niesie. Naprawdę. A przy tym uczy nas wdzięczności, akceptacji i bycia. Po prostu – bycia. Doświadczania teraźniejszości.

Przy okazji odkrywamy miejsca, które dla mnie były całkowicie nieznane – małe wioski w Pirenejach i południowe wybrzeże Francji. Wszystkie po kolei przystanki bohaterów musiałam sobie wpisywać w komputer i wyoglądać. Tak, jakbym sama była w tej podróży.

Tak, jest to stanowczo dobre czytanie na lato.

Tam, gdzie kwitną cytryny

Czy kupiłam ją dla okładki? 😛 Być może. Ale fakt, że przeczytałam także opis i recenzję Tam, gdzie kwitną cytryny Aurory Tamigio (wyd. Książnica / Publicat) i wiedziałam już, że to właśnie tę książkę kupię sobie na czas mojej ostatniej małej operacji nadgarstka i dochodzenia do siebie. Oj, pomogła!

Jest to historia kobiet z jednej rodziny zamieszkującej najpierw górską wioskę na Sycylii, potem gwarne dzielnice Palermo. Mamy najpierw losy babci, potem mamy i jej trzech córek. Mamy włoskie słońce, temperament i zmieniające się realia, a którymi czasami trudno się zmierzyć. Mamy miłości, które czasem okazują się zawodami. Mamy chwile dobre i te gorsze. Mamy zwyczajne życie w różnych momentach historii.

Ale przede wszystkim mamy opowieść, od której trudno się oderwać. Bohaterki, z którymi się zaprzyjaźniamy. Z którymi się cieszymy, i z którymi płaczemy. Każda jest inna. Każda bardzo wyraziście napisana. Każda wyjątkowa.

Jedynie przyczepiłabym się do polskiego tytułu. Nijak się ma do treści i chyba powstał tylko po to, żeby przyciągać tymi cytrynami 🙂 Ten włoski „Il cognome delle donne” – nazwisko kobiet – ma po prostu sens i bezpośrednie wyjaśnienie na końcu. No, ale to już musicie same przeczytać.

Jak dla mnie – lektura na wakacje idealna!

Facebook