Ostatnie zachwyty x3

Zapraszam tym razem na nieco inny wpis z serii „x3”. To znaczy, będą oczywiście trzy rzeczy, ale tym razem w wersji: z życia wzięte. A dokładniej będą to moje ostatnie zachwyty! No… trzy z nich 😀

Wiecie już chyba dobrze, że cierpię na nieuleczalną chorobę wpadania w zachwyty. Nie wszyscy to rozumieją, mi samej czasem trudno to zaakceptować. Ale muszę przyznać, że takie emocje dodają życiu barw. Zachwycam się nieustawicznie moją córką, zachwycam się mądrym spojrzeniem mojego psa, zachwycam się promieniem słońca przechodzącym przez liście jesiennego drzewa. Potrafię przystanąć na ulicy i zapatrzyć się w wiosenne kwiaty lub gwieździste niebo. Nie no… jestem pewna, że tak macie, co?

Zachwycam się też pięknymi rzeczami! A mam to szczęście, że moimi zachwytami mogę się dzielić z Wami, co, swoją drogą, jest właśnie formą zachwycania się!

Oto trzy z moich ostatnich zachwytów. Reszta czeka w kolejne na następny post!

 

 

Na początek – cudowny lampion Green Dragonfly Natural Candles!

 

Pokazywałam Wam go już na Facebooku i Instagramie. Jest jednak tak wyjątkowy i tak wspaniale umila mi jesienne wieczory (puste ostatnio, bo mąż daleko), że zasługuje na szczególne miejsce i tu, na blogu! To jedyny w swoim rodzaju lampion wykonany przez Hanię z Green Dragonfly, ręcznie! Zaklęta jest w nim letnia łąka, która będzie mi towarzyszyć całą zimę. Wystarczy w środku zapalić tea lighta, przyciemnić światła, a łąka ożywa. Cała się rusza, jakby przelatywały przez nią pszczoły. Kwiaty zdają się mówić – głowa do góry, dobre czasy powrócą, łąki zakwitną. I od razu zdaje się być przyjemniej.

Hania organizuje u siebie także warsztaty, zarówno takie świecowe, jak i kosmetyczne – bardzo polecam – Hanna Sobkowska!

A lampiony znajdziecie na Green Dragonfly!

 

 

 

Terminarz na 2019 – Make It Count – „morze”

 

Kolejny mój zachwyt jest ze mną raptem od… wczoraj! Choć zachwyciłam się nim… no… ze dwa dni wcześniej! Kiedy to zobaczyłam te urocze kalendarze na Facebooku jednego z  moich ulubionych sklepów – Rzeczownik, który, swoją drogą, często w Lili gości w moich kolażach. Najpierw spodobała mi się okładka – dokładnie takie morskie klimaty i złote litery bardzo lubię. Choć muszę Was zachęcić do pooglądania innych terminarzy z tej serii, bo wszystkie piękne.

Kiedy jednak zobaczyłam środek – przepadłam!

Jestem analogowa, nie lubię ani programów, ani aplikacji do zarządzania czasem. Niestety też z żadnym kalendarzem nie udało mi się do tej pory zawiązać głębszej przyjaźni. Działam po prostu w zeszycie lub na kartkach.

Ten tu jednak, jest jakby stworzony dla mnie! Po pierwsze każdy miesiąc zaczyna się planem miesięcznym z jakimś super obrazkiem. Po drugie – mamy rozkład tygodniowy! Po lewej, kartka jest podzielona na dni tygodnia, po prawej – pozostaje pusta, do zapisania jej własnymi notatkami. I dokładnie o to mi chodziło! Dokładnie!

Zastanawiałam się więc jakoś… dobę! Do kupna zmotywowały mnie urodziny Rzeczownika i ich aktualna promocja z darmową wysyłką (szczegóły na ich FB). Skorzystajcie koniecznie!

I teraz tak leży mi na biurku. Albo go sobie przeglądam. Albo patrzę na niego. Czeka bowiem na grudzień (zaczyna się już w grudniu!), na pierwsze zapiski!

Terminarz dostępny w sklepie Rzeczownik.

 

 

Kolorowe kieliszki F&F Home

 

Nie wiem czy to normalne, zachwycać się kieliszkami… I to jeszcze takimi po prostu – z Tesco. Ale nie mogę się oprzeć!

Bo wiecie, nie miałam wcześniej ładnych kieliszków. Nie widziałam do tej pory takich, które faktycznie chciałabym mieć lub nie kosztowałyby majątku. Trzymaliśmy więc z mężem taki ot, najprostsze, najtańsze, które sukcesywnie się wybijały. Na nowe mieszkanie przyjechałam ostatecznie z… jednym kieliszkiem! Ostatnim… Przyjaciołom podawaliśmy wino w angielskich filiżaneczkach (wyszperanych na starociach – cudne!).

Aż, całkiem niedawno, odkryłam te tu oto – kolorowe, szalone kieliszki! Ba, ombre! I jeszcze tanie! Wzięłam czym prędzej!

Całkiem możliwe, że nie tylko mi się tak spodobały, bo jak byłam kolejnym razem na zakupach w Tesco, pozostało jedynie ostatnie jedno opakowanie. Cóż, może dołożą!

I wiecie co? Z takimi kieliszkami to nawet wina nie trzeba pić – wystarczy sobie na nie patrzeć 😀

 

Colour Mood

Tak mnie kolorystycznie naszło… tak jesiennie, naturalnie, nostalgicznie… A jak już mnie naszło i jak te rzeczy same mnie odnalazły… to i Wam pokazuję!

Bo warte tego!

 

1.Drewniany ptaszek – zawieszka – Projekt Dzioopla / 2. Baleriny Parfois – Zalando / 3. MAUD Medium Tote Bag Wild – Molehill / 4. Aurora Eye Palette – Paletka ośmiu prasowanych cieni z lusterkiem Lily Lolo – Costasy / 5. Planner Luna – Rzeczownik / 6. Stolik kawowy Puzzle Gradient – Wood & Paper / 7. Talerz Provence Spiral – Kare Design

Austriacka przygoda z CULUMNATURA

Czy wiecie, że są takie kosmetyki, które przed opuszczeniem magazynu, słuchają nocami śpiewu ptaków?

Czy wiecie, że istnieje taki pensjonat, w którym nie ma wi-fi (tak, trudno sobie to wyobrazić, wiem…:), aby zminimalizować otaczający nas elektrosmog i po prostu – dobrze się wyspać?

Czy wiecie, że istnieją tacy fryzjerzy, którzy czeszą od dołu do góry?

Ale od początku!

 

 

Zaproszono mnie do Austrii, abym mogła poznać markę CULUMNATURA. Zdecydowałam się na wyjazd z ambitnym planem zwiedzenia przy okazji… no… przynajmniej liźnięcia – Wiednia. Jakaż była moja radość, kiedy zgadałyśmy się z Olą – Arsenic, że i ona wybiera się tam z narzeczonym! Pojechaliśmy więc razem! Ahoj, przygodo!

Pierwszą atrakcją okazał się sam pociąg na trasie Kraków – Wiedeń. Zdecydowaliśmy się bowiem pojechać w przedziałach z kuszetkami. Uznałam, że to już najwyższa pora, aby choć razu w życiu  przejechać się polskimi kuszetkami, a że realia PKP są nam wszystkim dobrze znane – zabrałam maleńki śpiworek. Ale nic z tych rzeczy! Okazało się, że pociąg do Wiednia jest jednak cywilizowany i bardzo go Wam polecam – jest i pościel, świeża, jest jedzonko, kawa, herbata, takie rzeczy. Mniejsza z tym, że jedzie się niczym ta sardynka w puszce…

W końcu jednak dojechaliśmy i od razu wybraliśmy się na penetrowanie miasta (z drobnym postojem na pozostawienie bagaży). I wiecie co? Przeszliśmy na piechotę ponad 17 km! Krążąc tymi uroczymi, niezwykłymi uliczkami, placami i ogrodami! Nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że wszystko tu takie… krakowskie. Choć oczywiście znacznie większe i stanowczo bardziej zadbane. Poddaliśmy się urokowi miasta, daliśmy się ponieść tłumom. I było to naprawdę dobre. Na spokojnie, ale z otwartym umysłem. Bez spiny, ale chcąc zobaczyć ile się da. Popijając kawę przy okazji, zajadając torcik Sachera i prażone kasztany  i wylegując się na ławkach w jakimś uroczym zakątku. Kupiliśmy pamiątki dla bliskich (w tym tęczową, pastelową, puchata lamę dla Róży… uwielbia ją teraz!) i ruszyliśmy na miejsce wcześniej zarządzonej zbiórki.

Wrzucam Wam tu kilka wiedeńskich migawek i niebawem ruszamy do pewnego niezwykłego miasteczka!

 

 

Tym niezwykłym miasteczkiem, położonym około godzinę drogi od Wiednia, jest Ernstbrunn. To właśnie tu, pośród pól i czystej natury, niedaleko parku, w którym hoduje się wilki, znajduje się siedziba CULUMNATURA. I nie tylko sama siedziba, bo także przynależący do niej pensjonat – Ökologisches GÄSTEHAUS LUGER, który zrobił na nas niemałe wrażenie. Okazało się, że jest to miejsce, w którym ogromną wagę przywiązuje się do ekologii. Jak już wspomniałam powyżej – zadbano o to, aby zminimalizować elektrosmog, lnianą pościel pierze się jedynie w orzechach piorących i nawet ściany, pozbawione kątów prostych, wykonano z ekologicznego tworzywa. Każdy pokój jest inny, każdy ma inne znaczenie. Zachwyceni byliśmy kamienną i drewnianą umywalką w kamiennym i drewnianym pokoju. Ścianą zrobioną ze szklanych butelek i wyjątkową łazienką, do której schodzi się jakby do piwniczki, wprost pod ziemię! Zachwyciły nas ręczniki z frotte lnu i bardzo kolorowa, aromatyczna roślinna kuchnia, która codziennie zaskakiwała czymś oryginalnym.

Zobaczcie choćby, jakie ładne były tam śniadania!

 

 

Przy pensjonacie, czyli także przy siedzibie CULUMNATURA, znajduje się niewielki, ale piękny ogród, wypełniony roślinami, które wykorzystywane są w kosmetykach marki. Tylko symbolicznie, ale muszę przyznać, że jest to świetny sposób ich prezentacji. Przy okazji powstało miejsce ukojenia i chwili oddechu – i dla gości i dla pracowników. W ogrodzie znajduje się także ścieżka Kneippa, czyli niedługi szlak wyłożony przeróżną nawierzchnią, po którym powinno się chadzać na bosaka i pobudzać siły witalne organizmu. Niestety, jako że był to wyjątkowo chłodny weekend, odważyliśmy się tylko przejść po trawie, choć ponoć specjalna niecka z wodą kusiła kilku panów…

Powyżej – Astrid Luger – współwłaścicielka CULUMNATURA – żona założyciela Williego Lugera, którego niestety nie udało nam się poznać.

 

Był to bardzo intensywny weekend, w trakcie którego ja i inni zaproszeni blogerzy, mogliśmy poznać funkcjonowanie austriackiej manufaktury kosmetycznej. Muszę przyznać, że ujęła mnie organizacja firmy i filozofia, która przyświeca jej działalności. I nawet te odgłosy ptaków, które puszczane są kosmetykom w magazynie, idealnie tu pasują i autentycznie – wychodzi się z takiego magazynu z przeświadczeniem, że wszystko tam tchnie dobrą energią (dźwięki oraz działania energetyczki mają właśnie energetyzować produkty). Marce bardzo zależy na tym, aby być firmą społecznie odpowiedzialną i możliwie ekologiczną, Od ponad dwudziestu lat funkcjonuje na rynku austriackim, niemieckim, szwajcarskim etc., dbając przy tym o lokalną społeczność, organizując wiele inicjatyw i przedsięwzięć aktywizujących.

Nasze polskie przewodniczki, dwie szalenie miłe Anie, opowiadały z zaangażowaniem o dążeniu do maksymalnej ekologiczności m.in. poprzez odpowiednią gospodarkę odpadami. Dowiedzieliśmy się, że długie poszukiwania najlepszych opakowań zaowocowały wyborem tych właśnie, które widzicie na zdjęciach. Że składniki kosmetyków są staranie selekcjonowane i pozyskiwane z całego świata. Że jakość ma tu ogromne znaczenie. Że „mniej znaczy więcej”. Jedyną wątpliwość budził alkohol w składach – marka tłumaczy jego obecność faktem, że jest to jedyny stosowany konserwant, że jest to bio alkohol, a jego negatywne działanie neutralizowane jest przez inne składniki.

 

 

Niestety kosmetyki CULUMNATURA nie są łatwo dostępne. Sprzedawane są jedynie przez wyszkolonych fryzjerów i kosmetyczki naturalne we współpracujących salonach. Ma to swoje wady i zalety. Wadą jest fakt, że takich salonów w Polsce jest jeszcze bardzo mało (sprawdzicie je TUTAJ). Za niepodważalną zaletę uważam to, że kosmetyki dobierze nam osoba, która coś o nich faktycznie wie. Która będzie umiała doradzić, wytłumaczyć, a przy okazji od razu je zastosuje.

CULUMNATURA szczyci się swoimi naturalnymi farbami do włosów, które to właśnie stosowane są przez współpracujących fryzjerów. Niejako osobną gałęzią, którą jednak doskonale można w salonach połączyć z fryzjerstwem, jest linia pielęgnacyjna. Aby móc oferować zarówno farbowanie produktami marki, jak i zabiegi pielęgnacyjne, a także sprzedaż detaliczną produktów, należy ukończyć specjalne szkolenia, organizowane przez CULUMNATURA. Przyznam, że ciekawa jestem bardzo, jak rozwinie się obecność marki w Polsce. Wszyscy bowiem mieliśmy duże wątpliwości co do prostego przyjęcia podobnego systemu sprzedaży w naszym kraju. Cóż, będę śledzić z zaciekawieniem, trzymając przy tym wciąż kciuki.

 

 

Pod koniec spotkania nadeszła pora na najprzyjemniejszą jego część – testowaliśmy zabiegi z pobliskim salonie CULUMNATURA. Niezwykle przyjemnym doznaniem okazał się masaż twarzy markowymi szczoteczkami, po którym nakładaliśmy sobie wzajemnie maski i balsamy. To, co mi spodobało się najbardziej, to czesanie szczotką CULUMNATURA (świetna sprawa – te szczotki mają piękną drewnianą rączkę i mocne włosie dzika) przez fryzjerkę – szkoleniowca marki. I to jakie czesanie – do dołu do góry! Miało pobudzić skórę głowy i rozprowadzić naturalny tłuszcz z włosów na całej ich długości, a przez to zadziałać niczym naturalna odżywka. Potem nastąpiło specjalne mycie włosów, które również okazało się dla mnie nowością. Było to mycie, które rozpoczęło się po prostu w fotelu fryzjerskim, rozprowadzeniem specjalną butelką rozcieńczonego szamponu CULUMNATURA po moich włosach, blisko skóry. Dopiero po chwili przeszłam do standardowego mycia. Całość bardzo ciekawa i inspirująca.

Jaka będzie przyszłość CULUMNATURA w Polsce?

Oj, jestem bardzo ciekawa i, jak już wspominałam, trzymam mocno kciuki. Jeśli więc kiedyś będziecie mijać salon fryzjerski lub kosmetyczny oznaczony logo marki – zajrzyjcie koniecznie. Z ciekawości, z sympatii. Podotykajcie produktów, powąchajcie, popytajcie fryzjerów i kosmetyczki. Wypróbujcie zabiegi i farbowanie.

Zajrzyjcie też na stronę CULUMNATURA!

 

A to my wszyscy, gotowi i zwarci do drogi, do powrotu do domów!

Książka: Modern Cosmetics, Ingredients of natural origin

Jakiś czas temu dostałam mail ze Słowenii… Już sam ten fakt zaciekawił mnie i zaintrygował. Wgłębiłam się zatem w treść i okazało się, że była to propozycja zapoznania się z książką. Ale jak to, jak to? Książką ze Słowenii?

Okazało się, że chodzi o nie lada pozycję, która po prostu całkiem niedawno zyskała swoje angielskie tłumaczenie. Chodzi o Modern Cosmetics, Ingredients of natural origin, a scientific view, pod opieką edytorską Dr. Niny Kočevar Glavač i Dr. Damjana Janeš.

Z chęcią skorzystałam z propozycji i niniejszym dzisiaj i Wam bardzo polecam to dzieło, sporych zaiste rozmiarów.

Ale od początku!

 

 

Książka stanowi rodzaj encyklopedycznego zbioru składników o naturalnym pochodzeniu, które wykorzystuje się współcześnie w produkcji kosmetyków. Jest to dzieło bardzo szerokie, jeśli można to tak określić. Wyczerpujące i dotykające różnych aspektów i problemów obejmujących współczesną kosmetologię. Jest to kompilacja tradycyjnego i nowoczesnego podejścia do pielęgnacji, opatrzona w przejrzyste opisy, tabele, dobrze wyróżnioną i podzieloną treść oraz duże, ładne ilustracje. To tak w skrócie!

 

ZEWNĘTRZNIE

Cała książka, zarówno zewnętrznie jak i w środku, bardzo dobrze wpisuje się w estetykę i przekaz małego słoweńskiego stowarzyszenia kosmetycznego – Modern CosmEthics, którego celem jest promocja produktów naturalnych i etycznych w zakresie kosmetologii. Wizję stowarzyszenia określa bardzo ciekawy kontrast słowny – back-to-the-natural future. Celem stowarzyszenia jest rozpowszechnianie wiedzy i wartości tzw. cosmEthically active cosmetics, które odpowiadają na naturalne potrzeby skóry, a także bazują na ekologicznych składnikach, przy jednoczesnym udziale współczesnej wiedzy i podejścia kosmetologicznego. Przyznam, że bardzo chętnie zapoznałabym się dokładniej z działalnością stowarzyszenia i poznała jego twórców. Szkoda, że dzieli nas tak duży dystans. Cieszę się zatem, że tak ciekawa część działalności tej organizacji trafiła w moje ręce.

Zarówno strona internetowa stowarzyszenia, jak i opracowanie graficzne książki bardzo dobrze ze sobą korelują. Ich przekaz jest czysty, jasny, dopasowany do współczesnych trendów i odpowiadający treści. Muszę zwrócić uwagę na bardzo przemyślaną i dopracowaną wizualnie zawartość. W tak wielkim gąszczu informacji nie trudno o stworzenie wrażenia chaosu. Tutaj jednak zupełnie się tego nie odczuwa. Każdy ze składników, każda z opisywanych substancji jest przedstawiona konkretnie i czytelnie. Duże, ładne fotografie, jasne podziały, tabele, rożne wielkości i nasycenia czcionek odciążają nieco treść, sprawiając wrażenie lekkości – zarówno graficznej, jak i po prostu – dla naszego mózgu. O wiele łatwiej przyjmuje się wiedzę odpowiednio posegregowaną i rozmieszczoną na papierze. Dodam też, że dzięki ilustracjom, książkę przegląda się przyjemnie i z radością. No… chyba, że to jednak takie moje zawodowe wariactwo… bo ja zwyczajnie lubię sobie takie książki czytać!

 

 

TREŚĆ

Jak już wspomniałam, jest to bardzo obszerna, wyczerpująca i dobrze przemyślana pozycja, obejmująca 482 strony, 26 rozdziałów i ponad 500 samych składników kosmetycznych. Bardzo spodobał mi się spory wstęp dotyczący kosmetyki naturalnej ogólnie, regulacji prawnych, rozróżnienia na naturalne i organiczne kosmetyki, czy chociażby symboli i certyfikatów obecnych w świecie ekokosmetyków. Nie brakuje tutaj także rozważań na temat bezpieczeństwa, czy też zasadności stosowania i używania niektórych ze składników – wspomniano na przykład kontrowersje wokół stosowania tlenku cynku i dwutlenku tytanu w produktach przeciwsłonecznych.

Następnie przechodzimy do rozdziału dotyczącego skóry – jej funkcjonowania i budowy. Rozlegle opisano poszczególny typy skóry, co pozwala lepiej zrozumieć jej potrzeby i pielęgnację. Nie mogło też zabraknąć specjalnego rozdziału o typach samych kosmetyków i sposobach „transportu” substancji czynnych wgłąb skóry. Przyznaję, że sporo tu wiedzy, tej bardziej chemicznej, nieco trudniejszej, ale wciąż – mocno ciekawej.

 

 

W końcu jednak przechodzimy do tej encyklopedycznej części, którą otwiera to, z czym naturalna kosmetyka kojarzy się najczęściej – masła i oleje roślinne. A dokładniej – całe bogactwo maseł i olejów! To najdłuższy rodział w książce i cóż – trudno się dziwić. Jest to rodzaj praktycznego poradnika dla każdego. Nie wiesz, po jaki sięgnąć olej? Nie wiesz, czym charakteryzuje się ten, który już kupiłaś? Zaglądasz do książki! Każdy z wyszczególnionych tutaj roślinnych tłuszczów ma konkretnie przygotowany opis, na który składa się nazwa łacińska, rodzina, część, z której się go pozyskuje, nazwa z INCI, opis, skład i charakterystyka, porcja ciekawostek oraz polecenie do codziennej pielęgnacji. W moim odczuciu jest to bardzo, bardzo praktyczne i czytelne.

Potem następują kolejne rozdziały, kolejne składniki. Oj, sporo rozdziałów i sporo składników. Spójrzcie na powyższe zdjęcie – myślę, że będzie to najlepszy wgląd w treść książki. Jest tu ogrom wiedzy, bo każdy z rozdziałów poprzedzony jest wstępem, który ma wyjaśniać poszczególne zagadnienia i który bardzo ułatwia poznawanie nowych substancji. Część ze składników znałam, o części słyszałam, inne z kolei były dla mnie całkowitą nowością. O części doczytywałam z dużym zaciekawieniem. Część, przyznaję, jedynie omiotłam wzrokiem – nie jest to bowiem wiedza, którą można przyswoić szybko i łatwo. Jest to jednak ogromne ułatwienie w penetrowaniu gąszczu kosmetycznych składników, o których nie mamy wiedzy, a które chcielibyśmy poznać lub choćby dowiedzieć się, czy nie są dla nas szkodliwe. Albo odwrotnie – jeśli poszukujemy składników, które miałyby nam pomóc zwalczyć konkretne przypadłości dermatologiczne.

Podoba mi się to, że o części z opisywanych składników, które mają pochodzenie naturalne, pisze się tu po prostu, że nie są używane we współczesnej naturalnej kosmetyce, choć przyznam, że byłabym bardziej usatysfakcjonowana, gdyby dobrze wyjaśniono – dlaczego. Jak już wspominałam, nie pomija się także kontrowersyjnych składników, pisząc wprost o tychże kontrowersjach.

Jeśli miałabym mieć zastrzeżenia, to do faktu, że dane składniki figurują pod ich konkretnym jednym zastosowaniem, podczas gdy w rzeczywistości mają bardzo rozlegle oddziaływanie na skórę. Niemniej jednak zapewne ciężko byłoby inaczej całość uszeregować i przekazać w sposób możliwie przejrzysty. Składniki jednak, przyznaję, mają każdorazowo opisane swoje inne działanie od tego głównego, zgodnego z tytułem rozdziału.

Ach, brakuje mi także całego bogactwa substancji zapachowych, całej magii olejków eterycznych, mocy aromaterapii. Domyślam się jednak, że tak rozległa dziedzina znajdzie się w kolejnym tomie autorstwa stowarzyszenia.

Dodam jeszcze, że każdy z rozdziałów zakończony jest szeroką bibliografią, co może być bardzo przydatne dla osób, które są w trakcie pisania prac dyplomowych lub po prostu – chciałyby dokładniej zgłębić temat.

Przyznam, że ciężko mi oceniać książkę pod kątem naukowym – nie mam odpowiedniego wykształcenia i aż tak rozległego doświadczenia. Z chęcią jednak zaufam całej rzeszy specjalistów, którzy są autorami i recenzentami tej pozycji. Więcej o nich przeczytacie TUTAJ.

 

 

DLA KOGO

Dla każdego! Jest to książka, którą po prostu warto mieć w domu. Książka dla wszystkich tych, którzy wierzą w świadomą pielęgnację, którzy dążą ku naturze, ale chcą mieć także porządne naukowe podstawy. Dla tych, którzy uczą się czytać składy kosmetyków. Którzy odkrywają ogromne bogactwo i moc roślinnych składników. Którzy eksperymentują i doświadczają. Którzy chcą wiedzieć, co stoi na półkach ich łazienki. Po co sięgać? Kiedy sięgać? Co warte jest swojej ceny?

Z drugiej jednak strony jest to także świetny pomocnik naukowy dla osób mocniej zaangażowanych w temat naturalnej kosmetyki. Dla studentów i profesjonalistów. Jest to bowiem rozbudowane kompendium wiedzy, przejrzysty podręcznik ułatwiający poruszanie się w świecie ekokosmetologii.

Myślę, że każdy może wyciągnąć z niego to, czego potrzebuje. Mniej lub więcej wiedzy. Może zgłębiać te praktyczne, codzienne porady lub wchodzić w te bardziej naukowe aspekty.

Sama, myślę, sięgnę do tej książki nie raz. Ba… sięgnę na pewno bardzo, bardzo wiele razy. Nie tylko dlatego, że akurat będę potrzebowała dowiedzieć się czegoś konkretnego o którymś z wyszczególnionych składników. Sięgnę po nią po prosu, aby po raz kolejny, na spokojnie ją przejrzeć. Powoli wczytać się w kolejną porcje wiedzy. Rozważyć ją sobie, przetrawić. Nie jest to bowiem coś, co służy jedynie szybkiemu przeglądnięciu.

Tym bardziej, że nie jest po polsku…

 

 

JĘZYK

No właśnie… nie jest po polsku. Jak już zapewne zauważyliście – całość jest w języku angielskim. Mam jednak dobrą wiadomość – jest to naprawdę bardzo dostępna wersja tego języka. Nie jest to bowiem język naukowy, no… stricte naukowy. Całość napisano w taki sposób, że sama odczytuję ją dosyć swobodnie. Czytanie nie sprawia mi zwyczajnie trudności, słowa są znane (w większości), a ich znaczenie jasne. Nie bójcie się więc tego angielskiego! Naprawdę nie ma czego!

A wręcz przeciwnie – myślę, że w przypadku uczniów i studentów może to być dodatkowy ciekawy aspekt studiowania książki – nauka branżowego języka w pakiecie!

 

 

DOSTĘPNOŚĆ

Zbliżają się Święta. Powoli, ale się zbliżają. Osobiście bardzo polecam tę książkę jako wartościowy prezent pod choinkę. Niestety nie należy do tanich, nie jest też bezpośrednio dostępna w Polsce. Niemniej jednak, z pełną stanowczością stwierdzam, że warta jest swojej ceny, a inwestycja może okazać się jedną z lepszych, na jakie się zdecydowaliśmy.

Przy tej okazji, poproszono mnie o przekazanie Wam, że do 15 listopada możecie zakupić książkę w przedsprzedaży, w specjalnej promocji – taniej o 20 euro (z bezpłatną wysyłką, wszędzie!). Czyli o całkiem sporo. Może więc to już najwyższa pora pomyśleć o świątecznych prezentach?

 

Książka Modern Cosmetics, Ingredients of natural origin dostępna jest TUTAJ.

 

Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy ze stowarzyszeniem Modern CosmEthics ze Słowenii.

Zauroczona: SAY Makeup

Z ogromną przyjemnością podziwiałam całkiem niedawno wejście na rynek nowej marki. Trochę z boku, śledząc medialne doniesienia. Do teraz jestem pod wrażeniem pomysłu, przygotowania, realizacji. Ale też samej koncepcji marki, jej komunikacji, identyfikacji wizualnej. No i oczywiście niezwykłej kampanii promującej nowe pędzle do makijażu SAY Makeup.

Tak bardzo spodobały mi się te zdjęcia, że i z Wami się nimi tutaj dzielę. Zajrzyjcie też koniecznie na stronę SAY – warta jest tego!

 

Kilka doskonałych pędzli i jedna wspaniała Ty. Tyle wystarczy, żeby za każdym razem opowiedzieć o sobie coś nowego. Cokolwiek chcesz wyrazić, teraz masz do tego odpowiednie akcesoria.

 

Dowiedziałam się, że dopełnieniem kampanii jest hasło #CreativeWorks. Co do mnie osobiście bardzo przemawia. Natomiast misją „marki jest przeświadczenie, że każda kobieta może stać się makijażystką, czerpiąc inspiracje od innych i testując nowe pomysły. Dzięki SAY Makeup kobiety w Nowym Jorku, Tokio i Warszawie mogą codziennie stawiać czoła nowym, makijażowym wyzwaniom, odkrywać tajemnice piękna i kreować swój niepowtarzalny styl.” Przyznajcie, że coś w tym jest.

Jakość SAY MAKEUP wynika z przywiązania do szczegółów. Każdy nasz pędzel został wykonany ręcznie, z wykorzystaniem certyfikowanych materiałów. Różnią się kształtem, rozmiarem i właściwościami włosia, ale wszystkie zaprojektowaliśmy z tą samą troską o delikatność i trwałość.

 

Oto szczegóły samej kampanii:

Zdjęcia – danieljaroszek.com
Produkcja: MAKATA STUDIO
Makijaż: Gosia Sulima
Włosy: Michał Bielecki
Stylizacje: Marcela Stańczyk
Mani-pedi: Nail It Warsaw

Zajrzyjcie na stronę SAY i na Instagram marki!

 

Before & After: Nasza Kuchnia

Kuchnia jest chyba najczęściej pokazywanym przeze mnie pomieszczeniem. Pomimo tego wciąż otrzymuję zapytania o całą masę szczegółów. Najwyższa więc pora na kolejny post z serii before & after z naszą kuchnią w roli głównej!

Powiem Wam, że chociaż co chwilę odnajduję w internecie zdjęcia coraz to nowszych, przepięknych, oryginalnych kuchni, w których także zapewne czułabym się dobrze, które także w pełni korespondują z moimi upodobaniami… pomimo tego, ta tutaj właśnie, nasza gołąbkowa kuchnia jest tą jedną jedyną, w której chcę codziennie zaczynać dzień od kawy, gotować, no, być po prostu. Już ją sobie w pełni oswoiłam, już mi w niej tak zwyczajni dobrze, już nawet prawie umiem obsługiwać wszystkie urządzenia! Dobrze mi tu wychodzi i stanie bez specjalnego sensu i gapienie się w okno i totalnie produktywne gotowanie najpyszniejszych dań. A jakąż miłością zapałałam do zmywarki! Nie umiem tego nawet wyrazić! Powiem tylko, że wcześniej nigdy zmywarki nie miałam, a różnicę w codziennej rutynie uważam za kolosalną!

Nasza kuchnia, choć miała być szara szara, ostatecznie została kuchnią gołąbkową. Nie wiem czy jest lepsze określenie dla tego koloru szafek – one zmieniają swój odcień od bardziej szarego, w kierunku niebieskości lub zieleni, w zależności od oświetlenia. Bywa to wręcz fascynujące.

Nasza kuchnia przeważnie jest zalana słońcem, co bardzo chciałam pokazać Wam na zdjęciach.

Naszą kuchnię wymyśliłam ja sama, choć z dużą pomocą stolarza i mojego męża.

W naszej kuchni jest to, co zawsze chciałam, aby się w niej znalazło – specjalne miejsce na wina i inne alkohole, witrynka, stolik śniadaniowy, wysoka szafka wysuwana – cargo (mega praktyczne), wysuwana szuflada na kosze na śmieci, granitowy zlew.

Bardzo też zależało nam na pełnej zabudowie, aż po sam sufit. Mamy sporo rzeczy, nie tylko stricte kuchennych, jak choćby moje warsztatowe i kosmetyczne utensylia, ale także i sporo wszelkich hobbystycznych akcesoriów mojego męża. Wszystko to chciałam zamknąć w szafkach.

Nie zdecydowaliśmy się na drewniane blaty. Głównie dlatego, że sama nie do końca umiałabym sprostać szczególnym wymaganiom ich pielęgnacji. Zdecydowaliśmy się więc na płytę laminowaną, która jak na razie sprawdza się bardzo dobrze. Co ważne, w tym samym „kolorze” można było wykonać inne elementy jak wnętrza szafek, półki czy konstrukcję na wino. Dzięki temu całość jest spójna i praktyczna.

Zastanawiam się jeszcze poważnie nad jasną rzymską roletą. Ale ta decyzja musi sobie dojrzeć. Na razie wystarcza zazdrostka i roleta zewnętrzna.

No dobra… zobaczmy, jak to było wcześniej…

 

 

A teraz…

 

 

A zanim przejdziemy do kolejnych zdjęć, porcja linków!

Sporo już Wam pisałam w poprzednich postach z serii Nasze Miejsce, pora jednak na małe podsumowanie.

W kuchni:

  • uchwyty – Domex.sklep.pl
  • płytki na podłodze – Vives Calvet Gris – Tanieplytki24
  • meble na wymiar – MebleKrak, a w nich
    • blat – Dab Canyon Kronopol
    • fronty lakierowane – kolor 0241 ICA
  • płytki na ścianie – Ceramika Color Glazura Emporio soft grey – Obi
  • granitowy zlew z Alezlewy.pl – to zlew Lavello Luxor z automatycznym syfonem i dozownikiem na płyn do mycia naczyń. Do zlewu dobrałam baterię tej samej marki (tą). Całość wyszła naprawdę pięknie. Jedynie co, to niedawno tata zamontował mi nową, ruchomą końcówkę do baterii – bardzo fajna!
  • moja idealna lampa miedziana Italux Emerald, ŚwiatłoiStyl.pl
  • ściany – biała farba Dulux – kuchnia i łazienka Easycare
  • miedziana patera – Wired z pt, store.
  • reling – czarna szyna do zawieszania – Ikea
  • przypomnę jeszcze TEN wpis o naszym piekarniku i o tym, jak zdobyć go w ciekawy, bezkosztowy sposób 🙂

 

 

Facebook