KategorieInspiracje

Botanical – dodajemy wnętrzu ducha dawnych rycin

 – źródło / photo –

Uwielbiam botaniczne ryciny! Mogłabym je przeglądać i zachwycać się nimi całymi godzinami. Mogłabym powywieszać je w całym domu i cieszyć nimi oko na co dzień. Fragment jeden z takich rycin możecie oglądać w logo Lili i Lili in the Garden. Wkrótce też pojawią się ponownie w sklepie płócienne torby z motywami z rycin. Już się nie mogę doczekać!

Tymczasem zebrałam Wam kilka fantastycznych pomysłów na wprowadzenie nieco botanicznej nuty do wnętrza. Czasami jedna rycina potrafi przemienić całe pomieszczenie! Czasami idealnie sprawdzają się kolaże lub mood boardy. Czasami są to rośliny, czasem zwierzęta, lubię i owady i ryby (o dziwo!). Cudownie sprawdzają się tu też prawdziwe rośliny, ususzone i sprasowane, jak niegdyś w zielnikach.

Zawsze jednak w takich dekoracjach skrywa się pewien subtelny czar minionych wieków, symbioza romantyzmu, kobiecości i natury.

 

1

 – źródła / photos –

1 / 2 / 3 / 4

101

 – źródło / photo

22

 – źródła / photos –

1 / 2 / 3 / 4 / 5

What if…

zdjęcie EZ Pudeva / Society6

 

Mam nowe motto życiowe! I dla Was, na weekend, małą inspirację. Słoneczną, wypełniającą energią i potrzebą działania!

 

What if I fall? Oh, but my darling, What if you fly?

Erin Hanson

 

Za często nie podejmujemy działania w obawie przed porażką. Taka nasza cecha narodowa – strach. A co jeśli się uda? Jeśli założone cele wcale nie są tak trudne do osiągnięcia? Jeśli wcale nie są bardzo daleko? A co jeśli się uda? Jeśli sięgniemy tego nieba wyczekanego?

Mam sporo marzeń i dążę do ich osiągnięcia. Powolutku, konsekwentnie, codziennie. Czasem tylko ja w nie wierzę, ale cóż… Kto, jeśli nie ja miałby wierzyć we własne marzenia? No kto?

Więc do dzieła kochani!

I cudownego weekendu!

Dlaczego, po co i jak przenieść bloga z Bloggera na WordPress

Przychodzi taki moment w życiu blogera, że chce lepiej, porządniej i bardziej profesjonalnie. U niektórych, zwłaszcza tych używających Bloggera (blogowa platforma Google) objawia się ten moment chęcią migracji całego swojego blogowego dobytku na WordPressa. Nie u wszystkich oczywiście, znam świetne blogi, które z powodzeniem wykorzystują blogspota. Mnie jednak dopadła taka potrzeba i oto przed Wami od tygodnia efekty! Tylko w zasadzie po co?

Postów, poradników i artykułów o takich migracjach napisano już cała masę. Jestem pewna, że natrafiacie na nie od czasu do czasu na swoich ulubionych blogach. Każdy ma swoje własne motywy, jednak tym najbardziej istotnym jest fakt, że WordPress daje znacznie więcej możliwości niż Blogger. Jest przy tym znacznie trudniejszy, ale gra warta jest świeczki. Pomimo tego, jeśli są wśród Was osoby, które swoją przygodę z blogowaniem dopiero rozpoczynają, to z czystym sumieniem i bardzo gorąco polecam Bloggera. Jest to platforma niezwykle prosta w obsłudze, z gotowymi prostymi szablonami i dobrze się pozycjonująca (w końcu to to googlowe). Do tego daje całkiem łatwą możliwość zarejestrowania domeny, wprawdzie z końcówką .com, ale jest to tania i szybka opcja na własny adres (sama miałam długo lilinaturalna.com właśnie z Bloggera).

Traktuję swoje blogowanie poważnie i chciałabym się w tym kierunku rozwijać. Konieczne były zmiany i to nie tylko samej platformy ale całej identyfikacji bloga. Zależało mi na tym, aby nowa Lili była profesjonalna, czytelna, w jasny sposób eksponowała to, co najistotniejsze nie tylko na komputerach, ale także na urządzeniach mobilnych. Potrzebowałam też zmiany bardziej… plastycznej. Uwielbiałam niegdyś te moje pastelowe kolory, szarości i róże. Od pewnego czasu skłaniam się jednak ku bardziej kontrastowemu, prostemu, ale eleganckiemu połączeniu czerni i bieli, z dodatkiem złota. Koniecznie z moim kwiatem tu i ówdzie! Cały czas go uwielbiam, więc pozostał.

Przy zmianie wizerunku konieczne jest dokładne przemyślenie swoich mocnych i słabych stron. O tych drugich trzeba koniecznie pamiętać, niwelować je, te pierwsze natomiast, mocne – eksponować! Wypunktowałam sobie na początku najważniejsze elementy przyszłej strony, takie jak:

Jak poprawić sobie humor?

A dokładniej – jak poprawić sobie humor na przełomie maja i czerwca?
Czeka się na na ten przełom cały rok. A przynajmniej ja czekam. I tęsknie. Bo tylko wtedy wszystko jest znowu po raz pierwszy. Zaczyna się z początkiem maja, kiedy przechodząc obok osiedlowego warzywniaka człowiek łapie się na podglądaniu, co tam nowego. A potem… nagle serce zabije mocniej, gęba się roześmieje, oczy zabłysną. A potem jest uczta!
Jak poprawić sobie humor na przełomie maja i czerwca? Zagarniać ile się da dary początków lata, zwiastuny dobrego czasu. Jak dziecko rozkoszować się wszystkim na nowo pierwszy raz. Cały rok trzeba było czekać. I w końcu są! Znajome, wytęsknione, wyczekane smaki, zapachy i kolory.
Oto moje sposoby na poprawę humoru na przełomie maja i czerwca:

Jak się ubierać, żeby się dobrze czuć

Nie będę dzisiaj pisała o Dniu Matki, bo za bardzo mnie wzrusza. Wzruszliwa jestem odkąd tą matką zostałam, czasem aż za bardzo…. Zwłaszcza jeśli w przedszkolu dziecię ma występ i dla mam i dla tatusiów (z okazji zbliżającego się Dnia Taty), a tata daleko… No sami rozumiecie.
Dzisiaj więc mam dla Was kilka moich spostrzeżeń o tym, jak się ubierać, żeby czuć się dobrze. Bo musicie wiedzieć, że mam trzydzieści jeden lat, a do niedawna bardzo rzadko mi się to udawało. Ale cóż, człowiek się starzeje, pewne rzeczy mu się układają w głowie, w szafie pojawiają się w końcu bardziej przemyślane rzeczy i świat od razu staje się prostszy.
Spójrzmy prawdzie w oczy. Lekko nigdy nie miałam, do idealnej figury mi daleko, trzeba więc było kombinować. Problem w tym, że to kombinowanie zazwyczaj jednak nie wychodzi na dobre. Jestem pewna, że wiecie, co mam na myśli – czasem trzeba lat, aby się z sobą dotrzeć. Zupełnie jak w związku. Oczywiście zdarzają się osoby, które emanują wrodzonym wyczuciem stylu i elegancją. W większości jednak przypadków, trzeba sobie temat porządnie przemyśleć.
Tak więc – jak sie ubierać, żeby się dobrze czuć?

Zakląć wspomnienia w zapachu & Craft’n’Beauty

Tak to jest, że czasami, kiedy poczujemy jakiś zapach, zamykamy oczy i przenosimy się w myślach zupełnie gdzieś indziej. Nie musi to być przyjemny aromat, musi jednak z czymś się kojarzyć. Nagle znajdujemy się przy stole w kuchni u mamy albo nad Bałtykiem z lat 80-tych. Kiedy indziej wspominamy koleżankę z liceum, która zawsze tak ładnie pachniała albo dom dziadka, w którym nuta pudrowej słodyczy w dziwny sposób mieszała się z panującą wszędzie wilgocią. Tak to właśnie jest z zapachami. Tylko one potrafią w aż tak magiczny sposób przenosić w czasie, przywracają pamięć, wstrzykują dawkę zakurzonych emocji, otwierają zakamarki umysłu, które wydają się być od dawna zamknięte.

Siedzą mi ostatnio w głowie te zapachy. Krążą i nie dają o sobie zapomnieć. Pisałam Wam o książce Kolekcjonerka perfum Kathleen Tessaro. To jedna z tych pozycji, po których wszystko zaczyna pachnieć bardziej intensywnie, a sięgając po perfumy bardzo usilnie stara się człowiek odkryć ukryte w nich aromaty. Coś jak Pachnidło. Kiedy to zapach wychodzi z papieru, krąży w głowie. Wyobraźnia próbuje nadążyć za opisem. A kiedy nie może, dopada żądza wąchania i po prostu trzeba się przejść do perfumerii.

Jest taki fragment w książce, kiedy to główna bohaterka wącha perfumy u zapachu śniegu. Wyobrażacie sobie? No, ja nie niestety. Kiedy tylko je poczuła znalazła się myślami nieopodal swojego domu, dawno, w dzieciństwie. Natomiast perfumiarz, który je stworzył chciał skomponować zapach zimy w czasie wojny w Polsce, kiedy biegł głodny przez zamarznięte pole. Ponoć udało mu się…

Zanim przejdę to tematu ze zdjęć, mam dla Was pewien pomysł. Pomysł, który sama sprawdziłam, o którym już nawet kiedyś wspominałam. Pomysł na te nasze szarobure listopady i stycznie. Pomysł na zaklinanie wspomnień. Pomysł na chwilę uśmiechu w momencie zwątpienia i na gorące promienie słońca w najzimniejszą, najciemniejszą noc.

Pomysł I  Zaklinanie lata

Sprawdzony w 100%!

Facebook