KategorieInspiracje

Inspiracje: Troche magii prosto z lasu

Są takie rzeczy, które jak tylko zobaczę, uwielbiam. Nawet jeśli tylko na zdjęciach, jeśli tylko mi migną gdzieś w czeluściach internetu, wiem, że chciałabym je u siebie mieć! Żeby nie było tak poważnie, żeby dodać radości, poczucia humoru i…. trochę magii prosto z lasu! Poniżej kilka takich rzeczy!
(no dobrze – żyrandola to może nie powiesiłabym sobie, ale trzeba przyznać, że jest boski! )

  1. Cudowna grzybkowa cukiernica
  2. I znowu – zwierzaczkowe talerze!
  3. Żyrandol wyrwany z lasu
  4. Mądra sowa na co dzień (noc)
  5. Imponująca gałąź – świecznik
  6. Grzybowa rycina na ścianę
  7. Do kompletu – grzybowa miseczka na biżuterię (ulubiona!)
  8. Jeż do oprawienia
  9. Niezwykły świecznik ze zwierzętami – idealny na każdy wyjątkowy obiad odświętny
  10. Leśna tapeta – widzę ja już w przedpokoju!

(tak, tak, większość jest z Anthropologie, ale cóż zrobić – gdy tam od czasu do czasu wchodzę, to podoba mi się wszystko!? 🙂 (i – nie, nie – nie jest to sponsorowane!))


Kiedy kominek przestaje wystarczać

Aromaterapię lubię od dawna. Towarzyszy mi z większym lub mniejszych natężeniem od dobrych kilku lat. Zabawa zapachami i ich oddziaływaniem na organizm to wspaniała sprawa i wszystkim zawsze polecam choć krótkie wgłębienie się w temat.
Od kilku tygodni moja chęć do wąchania wzmogła się pod wpływem wspaniałości od Hani z Green Dragonfly. Wyciągnęłam cały mój arsenał olejków eterycznych i zapachowych i… bawię się! Być może spowodowane jest to tez pójściem Róży do przedszkola i koniecznością mocniejszego zadbania o jej odporność. I znowu lawenda i eukaliptus stały się naszym codziennym orężem.
Najbardziej standardowym sposobem na olejki są kominki zapachowe. Przychodzi jednak w końcu taki moment, że tradycyjny zestaw kominek+olejek przestaje wystarczać. Chciałoby się jeszcze nieco rozpieścić pozostałe zmysły, nacieszyć oczy i własną próżność. Poszukajmy więc dzisiaj piękniejszych i ciekawszych sposobów na aromaterapię!
Zaczynamy od aromaterapii prosto z roślin!
Bardziej uroczych woreczków z lawendą jeszcze nie widziałam! Na zdjęciu znajdziecie jeden z nich, prosto z Prowansji, od Le Chatelard 1802. Przywędrował do mnie wczoraj w potrójnym opakowaniu z Blisko Natury (tam tezżsą równie fajne dyfuzory z patyczkami). Róża zagarnęła jeden do łóżeczka, drugi leży już pod moją poduszką, a trzeci, ten właśnie ze zdjęcia, stoi przy komputerze. Sięgam sobie po niego co chwilę i wdycham…
O pachnidełkach było już ostatnio kilka razy! I te z Green Dragonfy (na zdjęciu z lawendą) i moje ostatnie wytworki całkowicie skradły mi serce! I ciągle chcę więcej! Po przepis na moje wiszące wpadajcie do wczorajszego posta. Koniecznie!
Równie mocno jak pachnidełka, zauroczyły mnie świece Green Dragonfly. Ale nie tylko one, bo w zasadzie na każdych targach z produktami hand made ostatnimi czasy pojawiają się świece sojowe. Zobaczcie chociażby świece BLIK, MySense Soy Candles, Candelove, czy Workshop of Nature.

Popularne stają się woski zapachowe do kominków. O Yankee Candle z pewnością większość z Was słyszała. Polecam także wytwory dziewczyn – blogerek z Craft n’Beuty lub kolorowe cuda z Bomb Cosmetics.
Nie mogę nie wspomnieć o moim UFO! Pamiętacie je? Jak nie, to wpadajcie do TEGO posta.
Znacie jeszcze jakieś fajne i ładne sposoby na zapachy w domu?

Kobiety inspirują: Anita Demianowicz

Anitę poznałam na wyjeździe z Cosmo. Jest barwną postacią, i od środka i na zewnątrz, przyciąga więc uwagę. Mnie jednak zauroczyła jej otwartość, chęć do dzielenia się swoją pasją, ogromne zamiłowanie do podróży i opowiadanie o nich w taki sposób, że chciałoby się siedzieć i słuchać. Jest przy tym nieustawicznie uśmiechnięta i ma w sobie coś, co przyciąga.
Anita Demianowicz jest autorką bloga podróżniczego  B*Anita. Zajrzyjcie tam koniecznie. W jej tekstach podróż rowerem na wschód Polski staje się równie ekscytująca i ciekawa, jak zwiedzanie wulkanów Ameryki Południowej. W niesamowity sposób opowiada o ludziach, spotkania z nimi w drodze, o dobru, które w nich drzemie.
Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednej całkowicie fantastycznej sprawie! Anita otrzymała pracę marzeń! Przez cały wrzesień będzie zwiedzać Pomorze Zachodnie, a czekają na nią: “windsurfing, kitesurfing, golf, nurkowanie, wyprawa na
połów dorsza, relaks w SPA, obserwacje astronomiczne, jazda konno czy
narty wodne”! I oczywiście ma opisywać podróż na blogu projektu. Cudownie, prawda!?

Zapytałam Anitę o kilka rzeczy! Zapraszam do lektury! 

Kim jesteś?
Jestem. Tak po prostu. A
poza tym podróżuję i piszę o tym. Trudno mi zaklasyfikować się
gdzieś. Zresztą raczej próbuję unikać „szufladek”, w które
można byłoby mnie wcisnąć. Unikam nazewnictwa, choć wciąż
spotykam się z tym, że określa się mnie mianem blogerki,
podróżniczki, dziennikarki albo redaktorki. Staram się być po
prostu sobą. Czasem szalona, czasem odpowiedzialna, zawsze
pracowita, bywa że wybuchowa.

Jak i kiedy
odkryłaś, co chcesz tak naprawdę w życiu robić? 

Właściwie to od zawsze
chciałam pisać i robiłam to w taki czy inny sposób. A podróżować?
Chyba myśl o podróżach kiełkowała we mnie od dłuższego czasu.
Przyszedł jednak czas studiów, potem dorosłe, rozsądne,
odpowiedzialne, normalne życie, takie z kredytem za mieszkanie,
mężem, pracą od poniedziałku do piątku po osiem godzin dziennie.
I myślałam, właściwie byłam pewna, że tak trzeba już na
zawsze, już do końca życia. Że już tak trzeba umrzeć w tej
szufladce z napisem: „matka, żona, pracownica”. A potem nagle
dorosłam do tego, żeby stwierdzić, że wcale tak nie trzeba, że
można żyć inaczej, wcale nie realizując schematu, w który stara
się nas od dziecka wcisnąć. Postanowiłam zacząć żyć tak, jak
tego zawsze chciałam.

Co Cię motywuje? 

Motywują mnie sukcesy.
Wbrew pozorom nie osiadam wtedy na laurach, ale nabieram nowej
energii i siły do dalszego działania. Pewność, że dobrze robię,
że to, co robię ma sens, że motywuję innych. Jest moim paliwem,
motywatorem do tego, by działać intensywniej i pełniej.
Co Cię inspiruje?
Inspirują mnie przede
wszystkim ludzie. Ci zwykli, których spotykam najczęściej na swoje
drodze, którzy wyciągają do mnie pomocną dłoń od tak, po
prostu, bo chcą pomóc. Ale też inspirują mnie silne, samodzielne
i mądre kobiety, podróżniczki: Monika Witkowska, Marzena
Filipczak, Kasia Tołwińska i wiele innych.
 Co zaprzątało Ci
głowę dzisiaj rano? 
Pewnie praca i obowiązki. Przygotowuję drugą edycję Spotkań Podróżujących Kobiet –
TRAMPKI. To mój autorski program. Druga edycja będzie miała
miejsce już 27 września w Warszawie w Cafe 8 stóp. Dopinam więc
wydarzenie, szukam jeszcze sponsorów, zamykam program. O niczym
innym nie mam więc czasu w tej chwili myśleć. No może jeszcze o
tym, że mam nadzieję, iż te spotkania zainspirują inne kobiety do
podążenia za swoimi marzeniami.

Czym się w życiu
kierujesz?

Tym, by być szczęśliwą,
ale tak naprawdę. Staram się myśleć o tym, że życie jest tylko
jedno, więc warto je przeżyć tak, żeby nigdy nie musieć żałować.
Może to i banalne stwierdzenie, ale jakże prawdziwe. Lubię
powtarzać, że takie banalne stwierdzenia, kreują moje niebanalne
życie i to jest najważniejsze.

Co robisz, kiedy
tracisz zapał i chęci do działania?

Nie
będę przekonywać, że nigdy tak nie jest i że nie przeżywam
kryzysów czy gorszych dni. W końcu jesteśmy tylko ludźmi. Czasami
staram się wypłakać więc jakiś żal, obawy czy ból. Kładę się
do łóżka i nie wychodzę z niego przez cały dzień, ograniczając
harmonogram zajęć w ciągu dnia do czytania książki, do filmu czy
ulubionej muzyki. Staram się odetchnąć, by następnego dnia móc
spojrzeć bardziej zdroworozsądkowo na wszystko. Albo wsiadam na
rower i idę wszystko „wyjeździć”.

Czego nauczyłaś
się ostatnio?

 

Wybrałam się ostatnio w
pojedynkę na dwutygodniowy wyjazd rowerowy, więc musiałam nauczyć
się zmieniać dętkę. W końcu po prawie dwudziestu pięciu latach
jazdy na rowerze, wiem jak to się robi! Nauczyłam się też, że
nie wszyscy ludzie są ci zawsze życzliwi, nawet gdy ty jesteś
wobec nich w porządku i że nie ma ludzi, którzy lubiani są przez
wszystkich. Najwięcej uczą mnie jednak ludzie spotkani w drodze:
bezinteresowności, dobroci, umiejętności wyciągania w stronę
potrzebującego pomocnej dłoni. 
Dziękuję!
Wpadnijcie koniecznie na B*Anita.

Back to School Misz Masz

Szkolny misz masz dla małych i dużych czyli co przykuło moją uwagę pod koniec wakacji!





Na zdjęciu:

1. Worki szkolne mogą być urocze i stylowe!  be- być i tworzyć, cena: 52zł
2. A do tego przesłodkie pojemniczki na śniadanie! ScandiShop.pl, cena: 19zł
3 Nocna lampka mądrości! Wspaniała sowa niesie kaganek oświaty 🙂 Mamissima, cena: 329zł
4. Jeden z najpiękniejszych plecaków, jaki widziałam! Nosiłabym! Tchakon, cena: 359zł
5. Do pary – tenisówki BensimonVelvetowe Dots, Z potrzeby piękna, cena: 164zł
6. Odkryłam niedawno Sloshe z cudnymi zeszytami i notatnikami! Stylowo w szkole! Sloshe, cena: 13zł
7. Boróweczki do zębów czyli ekologiczna pasta z ksylitolem Jack n’Jill, EkoMaluch, cena: 31,90zł
8. Kultowe naturalne borsuczki do ust! Dawno ich nie widzialam! BioMania.pl, cena: 54zł/zestaw
9. Najfajniejsze ołówki ever! Z przesłaniem! Amanda Catherine Designs, cena: 12$
10. I najfajniejsze piórniki na kredki dla maluchów!  Minne Bites, cena: 30-40$

Nie planuj!

Naszła mnie ostatnio ochota na mały bunt! Niniejszym więc ogłaszam, że wcale, ale to wcale nie trzeba mieć wszystkiego zaplanowanego!
Coraz częściej dochodzą do mnie porady od, między innymi, moich koleżanek blogerek, aby planować! Zaplanuj sobie posty na blogu na kolejny miesiąc, zaplanuj menu na cały tydzień, zaplanuj dzień, nie rozstawaj się z organizerem, itp. Wiedzcie, że ja te dziewczyny bardzo podziwiam, są mądre, kreatywne i robią wspaniałe rzeczy. I do nich to planowanie idealnie pasuje. Problem w tym, że do mnie zupełnie nie!
Mam wręcz wrażenie, że istnieje w temacie planowania pewna presja. Czytam, że powinnam zaprogramować posty na Facebooku i narasta we mnie wrażenie, że jestem do niczego, bo wrzucam je dosyć luźno, kiedy najdzie mnie ku temu chęć. Problem w tym, że ja po prostu źle się z planowaniem czuję.
I tak jak nie wszyscy nadają się do pracy na etacie, nie każdemu będzie do twarzy w zielonym, nie wszyscy nauczą się trzech obcych języków, tak nie wszyscy muszą mieć wszystko zaplanowane, aby tworzyć i żyć szczęśliwie.
Nie zrozumcie mnie źle. Pomysły na posty krążą mi po głowie i czasem je nawet spiszę. Niekiedy zaplanuję obiad na za dwa dni, zorganizuję dłuższą akcję blogową, umówię się z dużym wyprzedzeniem na kampanię promocyjną. Nie chodzi tu o brak planowania w ogóle! Jest ono wręcz konieczne chociażby w pracy zawodowej i tutaj często robię sobie listę zadań, a potem krok po kroku ją realizuję.
Buntuję się jednak przeciwko zbyt szczegółowemu zaplanowaniu życia, tygodnia, dnia. A już na pewno przeciwko planowaniu postów blogowych na cały miesiąc. Czemu? Bo w moim przypadku zabija to kreatywność i spontaniczność, a regularność sprawia, że mam gorszy nastrój. Nigdy, na przykład, nie lubiłam mieć zajęć dodatkowych w konkretne dni tygodnia o konkretnej porze. Za każdym razem łapałam się jedynie na myśli, że oto kolejny tydzień się skończył. Kiedy więc już kupuję karnet na fitness, biorę ten “open” i uczestniczę w najróżniejszych zajęciach. Bo czasem coś wypadnie, czasem się nie chce. Ale może za godzinkę, kiedy dziecko zaśnie się wybiorę. I idę! Ze świadomością, że nie mam narzuconej konkretnej pory, że nie mam przymusu.
Tak samo z blogowaniem. Nawet kiedyś próbowałam zrobić sobie planer z postami, ale pisanie nie sprawiało mi wtedy przyjemności. Stało się koniecznością – jest napisane, że taki to post ma być w taki dzień, więc ma być i kropka. Tymczasem moje pisanie musi być przyjemne. Posty siedzą mi w głowie, ewoluują, nabierają kształtów. A jak uznają, że już na nie pora, wychodzą. Ot, tak po prostu. Jak nowe przepisy na kosmetyki. Kulinarne. Dekoracyjne. Ale jeśli akurat znajdę coś ciekawszego, co warto pokazać, czekają grzecznie na swoją kolej. 
Nie czujcie się zmuszeni do planowania. Jeśli się w nim odnajdujecie, jeśli czujecie się bardziej komfortowo, to super! Ale Wy wszyscy, którzy do kreatywności potrzebujecie wolności i spontaniczności – nie zmuszajcie się! Bo każdy jest inny.
Ach… muszę dodać, że niechęć do planowania nie usprawiedliwia braku systematyczności, konsekwencji i ciągłego rozwoju. Bez tych rzeczy nie da się iść do przodu. Ale bez skrupulatnego planowania jest to możliwe. Przykład? Nagle odkryjecie, jak fajna jest kaligrafia lub domowy wyrób kosmetyków. Wkręcicie się w temat, zaczniecie pożądać tej wiedzy. Dajcie się temu uczuciu ponieść. Pozostawcie inne rzeczy, zamówcie pizzę na obiad i chłońcie wiedzę! Pasja i potrzeba rozwoju są ważniejsze niż posprzątany dom czy fryzjer na 17:00. Z jednym wyjątkiem – dzieci. Poczekajcie najpierw aż zasną 🙂

Pomysł wakacyjno-kwiatowy z prezentem dla Was

Zbliża się długi weekend. Spadające gwiazdy, grające świerszcze, dym z ogniska. Nareszcie! Cieszę się bardzo, bo postanowiliśmy potraktować go jako tegoroczne wakacje (nigdzie w tym roku nie wyjeżdżamy w lecie). Zacznie się więc już w środę wieczorkiem i potrwa kilka dni. Wybieramy się do małego drewnianego domku pod lasem, gdzie odwiedzą nas przyjaciele. Trzeba więc zadbać o nastrój! Spakowałam już świece z Green Dragonfly i obmyśliłam pomysł probówkowy!
Otóż… porozwieszam je po prostu w ogrodzie, przy stole i powkładam do nich kwiaty. Nic wielkiego. Nic specjalnego, a atmosfera od razu stanie się bardziej magiczna! Kwiaty dodatkowo można pokropić olejkami eterycznymi, aby zapach unosił się w powietrzu. Odrobina lawendy czy bergamotki pomoże się zrelaksować i… odstraszy komary!
Ale, ale! Chętnie pięć probóweczek odstąpię! Mają przymocowane wstążki do zawieszenia i są bardzo uniwersalne (pamiętacie TEN post?).
Jeśli więc macie ochotę przygarnąć zestaw probówkowy, dajcie mi proszę znać w komentarzu do końca niedzieli 17.08.2014. 
W przyszłym tygodniu wylosuję zwycięzce, na którego zgłoszenie będę czekała 10 dni. Wysyłka tylko w kraju. Zapraszam!

A to tak na koniec 🙂 Całusek tatusiowy 🙂

Facebook