Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/osint/domains/lilinatura.pl/public_html/wp-content/themes/shiroihana/lib/vendor/lessphp/less.php on line 9466

Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/osint/domains/lilinatura.pl/public_html/wp-content/themes/shiroihana/lib/vendor/lessphp/less.php on line 9474

Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/osint/domains/lilinatura.pl/public_html/wp-content/themes/shiroihana/lib/vendor/lessphp/less.php on line 9479

Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/osint/domains/lilinatura.pl/public_html/wp-content/themes/shiroihana/lib/vendor/lessphp/less.php on line 9485

Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/osint/domains/lilinatura.pl/public_html/wp-content/themes/shiroihana/lib/vendor/lessphp/less.php on line 9495

Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/osint/domains/lilinatura.pl/public_html/wp-content/themes/shiroihana/lib/vendor/lessphp/less.php on line 9498

Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/osint/domains/lilinatura.pl/public_html/wp-content/themes/shiroihana/lib/vendor/lessphp/less.php on line 9518

Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/osint/domains/lilinatura.pl/public_html/wp-content/themes/shiroihana/lib/vendor/lessphp/less.php on line 9523

Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/osint/domains/lilinatura.pl/public_html/wp-content/themes/shiroihana/lib/vendor/lessphp/less.php on line 9544

Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /home/osint/domains/lilinatura.pl/public_html/wp-content/themes/shiroihana/lib/vendor/lessphp/less.php on line 9551

Posts Tagged‘domowo’

Grzybobranie

Jeszcze wczoraj trzeba było mrużyć oczy od intensywnego ciepłego wrześniowego słońca… Dzisiaj przyszedł nagle i niespodziewanie listopad. Po raz pierwszy muszę dogrzewać dom. Róża i Stacho kaszlą i smarkają. Psa szkoda na spacer wypraszać z ciepłego łóżka. A wczoraj ganiałyśmy z bąblem i z mamą po lesie, po strumykach, dolinach i jarach. W poszukiwaniu grzybów wszelakich jadalnych. I było pięknie!
Niegdyś, w dzieciństwie, często jeździliśmy całą rodziną na grzyby. Mama zawsze robiła kanapki i coś do picia. Pamiętam smak świeżej kiełbasy i konserwy turystycznej. Stawaliśmy samochodem pod lasem i zawsze najpierw pochłanialiśmy cały prowiant. Nie mogliśmy się go chyba doczekać. A potem chodziło się po lesie, gubiło i znajdywało. Zawsze jakiś pies latał we wszystkie strony. Gubił się i znajdował. Tu sobie poszczekał na krowy na pobliskim polu, tam mało nie topił się w czarnym jak smoła bagnie. Grzybów było raz więcej raz mniej. Ale zawsze były. Bo przecież trzeba coś zasuszyć na wigilię!
W czasach moich nastoletnich przeszła mi ochota na te rodzinne grzybobrania. Całkiem to naturalne, bo przecież fajniej jest chodzić z bandą harcerzy po górskich szlakach. Dopiero wczoraj przypomniałam sobie jakie to fajne. Ile radości sprawia taka jedna ciemnobrązowa wystająca z za paprotki główka. I las wokół. I spokój święty. I nawet Róża już sama znalazła kilka prawdziwków!

Zbieracie grzyby?

Sierpień + w obiektywie Róży

Taka mała… Dwa latka raptem, ale dorosła już wystarczająco aby naszą Sony Alfa unieść i trzymać. Co więcej patrzy i widzi. A na dodatek jeszcze wie gdzie nacisnąć. I albo ma niesamowity wrodzony talent, albo nasz aparat, jak to mówi moja siostra, na automatycznym ustawieniu nadaje się i dla idiotów. Ja tam swoje jednak wiem. Róży wróżę karierę wspaniałą. Lub chociaż satysfakcjonujące hobby. Z resztą – sami zobaczcie – oto kilka pierwszych zdjęć, jakie Mała zrobiła w swym króciutkim życiu. Tak widzi mamę, ciocię i psa 🙂

Poza tym… miłością ogromną darzę dwa miesiące w roku – sierpień i wrzesień. Najcudowniejsze, najpiękniejsze, z niesamowitymi kolorami, owocami, ciepłymi dniami, rześkimi nocami, ze spadającymi gwiazdami i magicznymi lasami. 

Trochę mojego sierpnia mam dla Was!

O szczęściu, jagodziankach i lodach morelowych

Moja Róża jest szczęśliwa, a ja to jej szczęście często podglądam. I zachwycam się nim. I zazdroszczę jednocześnie. Drobne rzeczy, lody, piaskownica, gołębie, sprawiają, że cała promienieje. Ale nie tak zwyczajnie, nie tak jak my. Ona promienieje całą sobą, zachwyca się i chłonie wszystko, co napotyka na swojej drodze. I zoo i łąkę, i osiedlowy plac zabaw, i las, i supermarket… Po czym w jednej chwili potrafi przejść ze stanu pełnego szczęścia do całkowitej beznadziei, aby po kolejnej krótkiej chwili znowu cieszyć się w najlepsze. I niby to kobiece i normalne, ale jest w tym coś… hmm… organicznego… naturalnego… prawdziwego. I pięknego. Też chciałabym tak intensywnie przeżywać każdy moment, być stale w ruchu, w zachwycie, w poznaniu (nie, nie – nie w Poznaniu!).
Róża śmieje się do rozpuku. Śmieszą ją doprawdy głupoty, ale jak się śmieje to cała, calutka. Każdą częścią swojego ciała. Głęboko, radośnie i z pasją. Nie pamiętam, kiedy ja się aż tak śmiałam… Choć nie, przepraszam, faktycznie – było tak, kiedy przyszły pierwsze upały i postanowiłam ulżyć nieco naszej kudłatej Misi. Chwyciłam więc za nożyczki i bardzo nieudolnie zabrałam się do strzyżenia. Kiedy już skończyłam i popatrzyłam na biednego zdziwionego psa i jego szramy i szlaczki i wystające gdzie nie gdzie kłaczki, wybuchłam tak wielkim śmiechem, że aż się popłakałam. I śmiałam się i śmiałam… Aż mój mąż nie naprawił wszystkiego maszynką do włosów. Ale kiedy, poza tą sytuacją, opanowała mnie taki śmiech? Nie wiem.
Chciałabym mieć w sobie tyle radości. I tak intensywnie emanować szczęściem.

Przy okazji Różanych refleksji naszła mnie jeszcze jedna. A mianowicie taka, że wiele szczęśliwych chwil obraca się wokół jedzenia. A samo jedzenie jest jedną z najprostszych, a jednocześnie największych radości. Najprzyjemniej wspominam kosztowanie nowych smaków na wakacjach czy zapiekanki na Kazimierzu po spotkaniu z przyjaciółmi. Pamiętam jak jednego lata, kiedy byłyśmy jeszcze z siostrą małymi dziewczynkami i spędzaliśmy trzy tygodnie w domkach kempingowych, rodzice kupli największe, jakie do tej pory widziałam, hot dogi. Kukurydza wysypywała się na plastikową tackę, a keczup i majonez irytująco brudziły ubrania. Jakże one smakowały…
Z innych wakacji pamiętam jagodzianki. Trzeba było biec po nie rano, przed śniadaniem, do budki w ośrodku wczasowym. Szybko się kończyły, więc nie często udawało się je zdobyć. I nigdy później nie jadłam już tak dobrych jagodzianek, tak pełnych jagód, tak puszystych. Choć pewnie nieco koloryzuję, bo dzieckiem wtedy byłam…

Zrobiłam więc te jagodzianki w końcu sama. Pierwszy raz, dla Róży. Takie mini jagodzianki. Żeby jej też się z wakacjami kojarzyło. I z mamą. Pierwszą turę pochłonęłam głównie ja, ale tak to już jest, jak człowiek jest z siebie dumny i poszukuje smaków dzieciństwa. I lody postanowiłam sama robić. Takie kombinowane, z produktów, które akurat mnie zainspirują. Mam w końcu bzika na punkcie foremek wszelakich, więc jak zauważyłam nową biedronkową dostawę, musiałam się zaopatrzyć w takie w kształcie plastrów miodu. Ktoś też je kupił? No, a jak już te pszczółki były na nich obecne, to i lody musiały być z miodem. I z morelami, bo sezon przecież. I Róża była taka szczęśliwa!

Mini jagodzianki
Składniki:
  • dwie garście jagód
  • 2-3 łyżki cukru
  • pół opakowania drożdży
  • 150 ml mleka
  • 3 szklanki mąki
  • cukier puder
  • 2 łyżki miękkiego masła
W wysokim naczyniu mieszamy rozdrobnione drożdże z mlekiem (które powinno mieć temperaturę pokojową), łyżeczką cukru oraz mąką – do konsystencji śmietany. Całość odstawiamy w ciepłe miejsce i przykrywamy suchą ściereczką, aż mniej więcej podwoi swoją objętość. Wtedy przelewamy drożdżową mieszaninę do dużej miski i stopniowo dodajemy mąkę oraz około 2-3 łyżki cukru pudru, wyrabiając ciasto. Kiedy jeszcze lekko się lepi do rąk, dokładamy miękkie masło i ponownie wyrabiamy, aż powstanie zwarta kula. Ciasto w misce przykrywamy ściereczką i ponownie odstawiamy do urośnięcia w ciepły kąt. Jagody mieszamy z cukrem. Wyrośnięte ciasto przekładamy na stolnicę wysypaną mąką, rozwałkowujemy na grubość około pół centymetra i wykrawamy nieduże koła. Lepimy małe pierożki z nadzieniem z jagód z cukrem, które odkładamy na blachę wyłożona papierem do pieczenia. Wstawiamy do piekarnika na 180 stopni, aż się lekko zarumienią – około 20 minut. Gotowe posypujemy obficie cukrem pudrem.
Lody morelowo-miodowe
Składniki: 
  • 5-6 moreli
  • duży serek waniliowy
  • 2-4 łyżki miodu – do smaku
Morele myjemy i wyciągamy z nich pestki. Miksujemy je razem z miodem na owocowy mus. Część wylewamy na spód foremek, a resztę mieszamy z serkiem waniliowym i uzupełniamy mieszaniną foremki. Gotowe ostawiamy na kilka godzin do zamrażalnika. Kiedy stwardnieją, lody są gotowe i… pyszne!

Zapach wspomnień

Odkryłam to już dłuższy czas temu. I tak się zastanawiam czy to aby nie jest oznaka starzenia się. Bo czy zauważyliście, że latem każdy wieczór pachnie innym wspomnieniem? Każdy dzień. I każdy podmuch wiatru. Być może mam już po prostu na tyle wspomnień, że zaczynają mnie w dziwnych momentach atakować. Znienacka. Wracamy ze spaceru i akurat zbiera się na burzę i już mam przed oczami ten deszczowy dzień kilka lat temu… Niekiedy ciepły wiatr przywieje aromat upalnych dni i chwil spędzonych na żaglach, na dworcach, na polnych drogach czy dalekich wyprawach. Nawet niespecjalnie piękne zapachy smażących się fast foodów potrafią przenieść mnie w czasie.

Bo w lecie dzieje się więcej. W lecie przeżywamy. I te przeżycia tworzą nasze wspomnienia i zapisują się w pamięci kształtami, kolorami, uśmiechami i właśnie zapachami. Zapach zimy? Śnieg i Boże Narodzenie. Zapach lata? Cała feria najdziwniejszych aromatów, od tych subtelnych, łagodnych, po wykrzywiające nozdrza śmierdziele. Latem dzieje się nasze życie. Nie zamykamy się w kokonie mieszkań w wielkiej płycie,  chcemy współistnieć i być. I za to kocham lato.

I kocham wspomnienia. I to, że co lato tworzymy nowe. Staram się więc wdychać zapach Róży, bo wiem, że nigdy już taka malutka nie będzie i nigdy nie będzie tak wyjątkowo pachnieć. Chłonę woń sezonowych potraw, lasu o poranku, powietrza po burzy, truskawek i czereśni. Chłonę nawet krakowskie spaliny… Może kiedyś, kiedy będę daleko od Krakowa, właśnie ten specyficzny zapach mi o nim przypomni?
Ale najbardziej lubię chłonąć woń dalekich nowych nieodkrytych przeze mnie jeszcze krain!

Krakowski Kazimierz

Korzystając z wolnego popołudnia i z prawdziwego kwietniowego lata, odwiedziliśmy krakowski Kazimierz. W zamyśle miała to być wycieczka tramwajami… Dla Róży, bo reaguje na nie wręcz euforycznie, a ostatnio miała przyjemność podróżowania komunikacją miejską jakoś rok temu. Skończyło się jednak na miłym spacerze i obiedzie. I wiecie co – czułam się całkowicie wakacyjnie! Przemierzałam wąskie uliczki, w sandałach i okularach przeciwsłonecznych na nosie i robiłam zdjęcia. Posiedzieliśmy wśród obcojęzycznego tłumu, delektując się pysznym obiadem. Wystawialiśmy twarze do słońca i cieszyliśmy się chwilą.
A Kazimierz… Jak zawsze niezwykły. Swoiste połączenie gorzkiej historii, obskurnych kamienic i ciemnych zaułków z kwitnącym centrum turystycznym z całą masą kawiarni i klubów, pięknymi odnowionymi muzeami i hotelami, uroczymi sklepikami i oczywiście – okrąglakiem z najlepszymi na świecie zapiekankami. Bardzo się rozwinął Kazimierz ostatnimi laty. Stanowi teraz obowiązkowy punkt podczas zwiedzania Krakowa. 

A dla mnie? Dla mnie to miejsce, gdzie wychodzi się wieczorem na piwo z przyjaciółmi. Gdzie zawsze znajdzie się jakaś nowa knajpka do odkrycia. Gdzie żydowskie dziedzictwo miesza się z krakowską atmosferą bohemy. Gdzie obskurność bywa zaletą. Gdzie klimat jest tak specyficzny, że nie wierzę, aby jeszcze gdziekolwiek na ziemi mógł się powtórzyć. Choć przyznajmy szczerze – przydałoby się wszystko w końcu porządnie odrestaurować!

 Ulica Szeroka – wizytówka Kazimierza, pełna żydowskich restauracji, napisów i oczywiście – z synagogą.

Obiadek w jednej z bardzo turystycznych knajpek. W ogródku. W cieple. Wśród, o dziwo, uśmiechów i sympatycznie zagadujących ludzi.

Plac Nowy. Największe skupisko klubów i kawiarni. Tutaj zawsze coś się dzieje. Tutaj zawsze gwarno i wesoło. A co najważniejsze – tutaj stoi okrąglak z najlepszymi zapiekankami! Cudownymi zwłaszcza, kiedy się je zjada w środku sobotniej nocy, wracając do domu!

Na Starowiślnej są najsłynniejsze w  Krakowie lody. Kolejka do nich miewa nieraz i ponad 100m! Wracając postanowiliśmy się na nie skusić, a i wydawało się, że czekania nie będzie dużo. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy już prawie przy wejściu do lodziarni okazało się, że lody się skończyły… Ech…

Z pierwszego maja…

Napisałam to pierwszego dnia maja. Niedługo po tym, jak mój mąż wyjechał do Afganistanu. A przeczytałam ponownie wczoraj. I poczułam całą sobą ten maj, te zapachy, to ciepło. Przesyłam więc je i Wam. Wraz z moim stanowczo najulubieńszym peelingiem pomarańczowym, na który przepis znajdziecie TUTAJ! Bo i tego i tego nam w tą srogą zimę potrzeba.

Lato
rozpoczęło się wcześnie, peelingiem pomarańczowym. Soczystym. Słodkim.
Naładowanym pozytywną energią. Pierwszego dnia maja, kiedy to upał stał się tak
nieznośny jak w najgorętszy lipcowy dzień. Wstałam rano z poczuciem pustki.
Odezwał się znowu ból w nodze. Rozochocony słońcem i lekkim wiatrem pies
wskoczył do łóżka, rozpoczynając swoje pełne radości powitanie pani. Róża spała
jeszcze snem sprawiedliwych. Cichutko nałożyłam więc lekki cardigan i wyszłam
na poranny szybki spacer z tą zwariowaną suką. Ona latała, wąchała, szczekała
na wielce zdziwionych tym faktem ludzi, a ja wdychałam zapachy. Zapachy
świeżych liści, kwiatów drzew owocowych, suchego asfaltu. Oj tak, stanowczo
przyszło już lato! 
Tylko czemu tak smutno… Trzeba coś zaradzić! Zawołałam psa i
pobiegłyśmy pędem do domu, do kuchni. Chwyciłam pierwszą z brzegu pomarańczę.
Dokładnie ją umyłam i starłam na tarce skórkę na drobny zest. Wszystko wsypałam
do jaskrawo zielonej ceramicznej miseczki, dosypałam nieco cukru i dolałam trochę
świeżo wyciśniętego z owocu soku oraz łyżkę oleju morelowego. Morele… Już
niedługo będą morele. Już na nie kwitną kwiaty. Tymczasem mój pomarańczowy
peeling nabierał rumieńców. Po zmieszaniu przyjął energetycznie pomarańczową barwę.
Skoczyłam więc pod szybki prysznic z moim dziełem i oczyściłam zarówno ciało
jak i umysł. Zrobiło się przyjemnie chłodno. 
Wtedy usłyszałam wesołe kwilenie
dziecka. Jak to możliwe, że ona każdy nowy dzień wita z takim niesamowitym
zapałem i radością? Ilekroć wchodzę do jej pokoju, na tej malutkiej twarzyczce
pojawia się rozbrajający uśmiech z dwoma dolnymi zębami. Powinniśmy uczyć się
od dzieci radości, pasji i szybkiego zapominania tego, co złe. A teraz rozpoczynamy
to lato razem. Ja, Różyczka i wierna Misia. We trójkę raźniej. We trójkę
doczekamy jego powrotu.
Facebook