Posts Tagged‘domowo’

Winter Wonderland

Takiego zjawiska, jakiego byłam świadkiem wczorajszego wieczoru, nie dane mi było jeszcze w moim 28-letnim życiu obserwować. Cały świat zdał się być pokryty delikatną warstwą plastiku. Wszystko, począwszy od chodników, ulic, budynków, drzew, krzewów, a skończywszy na śniegu, pokryte było warstwą lodu. Wieczorem odbijały się w nim światła latarni i reklam i tworzyły klimat nie z tej ziemi. Wyglądało to bajecznie. Nie chcę nawet myśleć, ile kości zostało przy tej okazji połamanych. Sama ledwo wyszłam z domu. Pies zamiast biegać, ślizgał się. Ale trzeba przyznać, że było magicznie. 
Kiedy wyszłyśmy dzisiaj z Różą na sanki, z wczorajszego zjawiska pozostała gruba warstwa lodu na każdej gałązce każdego drzewa. Obserwowałam te biedne roślinki i zastanawiałam się, czy zaraz jakiś oblodzony patyczek nie spadnie nam na głowy. Niesamowite wrażenie odniosłyśmy przechodząc pod wierzbą płaczącą. Jej gałązki pełne lodu obijały się o siebie tworząc swoistą muzykę. Zupełnie jak wschodnie dzwonki na wietrze.

I tak nam się jakoś magicznie, zimowo zrobiło…


A na koniec Różyczkowe i Misiowe migawki:)

Zdjęcia:

Słów kilka o mnie

Sylwester był huczny… widok z balkonu u znajomych na cały Kraków iskrzący się od noworocznych fajerwerków cudowny… szampan skutecznie zamaskował poczucie zimna… a efektem jest okrutna angina… Rozłożyła mnie całkowicie, przykuła do łóżka i odsunęła na później wszystkie moje pomysły, które chciałam Wam pokazać…
Koniec końców, zrealizuję pomysł, który już długo po mojej głowie krążył, a który nie wymaga zbyt wielkiej aktywności fizycznej. Nie biorę udziału w tagach blogowych, choć zawsze bardzo się cieszę z nominacji. Pomyślałam jednak, że może w kilku słowach Wam o sobie opowiem. Może dzięki temu poznacie mnie lepiej. Może moje posty wydadzą się Wam bardziej osobiste. A może po prostu poczytacie moją historię dla rozrywki przy popołudniowej kawce. Z góry ostrzegam, że spektakularnych przygód w życiu jeszcze nie przeżyłam.
Będzie to zatem odpowiedź na wszystkie tagi, do których zostałam nominowana, w pigułce!
Urodziłam się i wychowałam w Krakowie. To miasto jest mi więc szczególnie bliskie. Uwielbiam jego zgiełk, jego klimat, atmosferę Rynku Głównego w środku nocy, uliczki Kazimierza z zapiekankami, stragany z obwarzankami, Planty wczesną wiosną i późną jesienią i spacery bulwarami wiślanymi. Z okien mojego liceum widziałam Wawel, a do Rynku miałam jedynie 5 minut spacerkiem. Ten okres całkowicie jest więc związany z tym, co w Krakowie jest najpiękniejsze.
W liceum poznałam swojego męża. Chodziliśmy razem do jednej klasy o dosyć specyficznym profilu, bo klasycznym. Z łaciną i starożytną greką. Nie pamiętam wprawdzie czy zamieniliśmy przez te cztery lata choć dwa zdania, ale trzeba przyznać, że przynajmniej mamy wspólne wspomnienia i wspólnych znajomych. Zaczęliśmy się spotykać dopiero ponad 4 lata po maturze.
W tym czasie byłam zapaloną harcerką. Biegałam od zbiórki do zbiórki, jeździłam na obozy, rajdy, wycieczki. Organizowałam zabawy i gry. Prowadziłam ogniska, na których byłam naczelnym grajkiem. Bardzo chętnie się wygłupiałam, dzięki czemu potrafiłam rozruszać moich harcerzy. A ileż miłości większych lub mniejszych się wtedy przeżyło… Harcerstwo bardzo mnie otworzyło i wzmocniło wiarę w siebie. No i nauczyło żeglarstwa i jazdy na nartach! Do teraz, kiedy mi smutno, wyobrażam sobie, że suniemy starym, dwumasztowym trenerem przez jeziora mazurskie. Piękne wspomnienie!
Do studiowania wybrałam geografię. Chciałam być meteorologiem. Z biegiem czasu skierowałam się jednak ku geografii turystyki, a jeszcze bardziej – ku turystyce SPA & wellness. Studia były miłym beztroskim okresem. Poznałam wielu wspaniałych ludzi i kilku przyjaciół. Być może specjalnie praktyczna ta geografia nie była, ale nie żałuję. Praktycznie douczyłam się podczas studiów podyplomowych z zakresu marketingu. 
Każde wakacje w trakcie studiów spędzałam poza krajem. Pracowałam w supermarkecie w uroczej irlandzkiej miejscowości. Kolejnym razem wstawałam o 4 rano, aby dojechać do wycieńczającej pracy w fabryce mrożonego jedzenia w Anglii. Tak mnie to wymęczyło, że kolejne lato spędziłam na stażu w luksusowym hotelu SPA niedaleko Sorrento we Włoszech. Były to trzy miesiące pełne słońca i poznawania funkcjonowania hotelowego SPA od podstaw. W kolejnym roku popracowałam nieco w krakowskim hostelu, aby zarobić na 1,5 miesięczną podróż do Chin. Warto było:) I tak zleciały studia.
Moją pierwszą pracą było stanowisko sekretarki w korporacji. Wynudziłam się tam tak strasznie, że po pół roku rozpoczęłam współpracę i w końcu, przeszłam na etat do firmy konsultingowej w branży SPA & wellness. Nauczyłam się tam znacznie więcej niż podczas pięciu lat studiów. Odwiedzałam hotele SPA, pomagałam przy nowych projektach, organizowałam szkolenia i robiłam jeszcze całe mnóstwo innych bieżących rzeczy. Dzięki temu dostałam propozycję pracy już bezpośrednio w marketingu hotelu SPA pod Krakowem…. z którego niestety, wraz z większością pracowników, zostałam w końcu zwolniona.
Gdzieś w między czasie pojawiło się zainteresowanie kosmetyką naturalną. Tak mocne, że starałam się wiedzę czerpać całymi garściami. Czytałam, czytałam i czytałam… a potem tworzyłam, kombinowałam i testowałam. Spędzałam całe wieczory oglądając amerykańskie filmiki na youtubie o tworzeniu kosmetyków. I w końcu wpadłam na szaleńczy pomysł poprowadzenia warsztatów. W Krakowie akurat miał się odbyć kolejny festiwal dla kobiet PROGRESSteron. Napisałam maila do organizatorek… i tak to się zaczęło. Ze względu na całkowity brak doświadczenia musiałam najpierw przeprowadzić warsztat próbny. Na szczęście bardzo się spodobał. Tak samo jak kolejne warsztaty, podczas kolejnych edycji festiwalu. A potem dla innych instytucji i firm. Warsztaty zawsze dają mi ogromną dawkę energii. Czuję się jak po kilku kawach na raz. Czuję, że mogę góry przenosić. Do pierwszych przygotowywałam się tygodniami, uczyłam się po nocach, żeby móc odpowiedzieć na większość pytań. Teraz już mi to łatwiej przychodzi. A wkrótce kolejny PROGRESSteron i trzeba znowu wymyślić coś nowego:)
Założenie firmy i zajście w ciążę zbiegło się w czasie. Wierzyłam, że dobrze to wróży na przyszłość. Że będę mogła wychowywać maluszka i zarabiać w domu. Otworzyłam więc moją Lili Natura, mały sklepik z markowymi kosmetykami naturalnymi. Przynosił mi bardzo dużo satysfakcji. Cieszyłam się z każdego zamówienia i bardzo wierzyłam w powodzenie firmy. Urodziła się Różyczka, pojawiła się też nasza psina Misia. Byliśmy już 4-osobową rodziną. I było naprawdę fajnie. Ale niestety sklepik się nie rozruszał i w końcu postanowiliśmy go zamknąć. 
To był dosyć ciężki okres, bo likwidacja firmy zbiegła się w czasie z pobytem męża na misji w Afganistanie. Cóż… było mi po prostu smutno. Ale pozostało doświadczenie i głowa pełna pomysłów. No i Staszek wrócił w końcu do domu. Teraz dorabiam sobie współpracując z obiektami SPA, wychowuję najwspanialszą córeczkę świata, prowadzę szalenie wciągający blog i planuję…
Moim marzeniem, jak pewnie już wiecie, jest manufaktura, w której powstawać będą moje kąpielowe babeczki, lizaki i masełka do ciała. I wiele innych kosmetycznych smakołyków, o których Wam jeszcze nie pisałam. I powiem Wam, że wierzę, że wcześniej czy później uda się to marzenie spełnić. Muszę tylko być cierpliwa i konsekwentna!

To tak w skrócie 🙂

Krynica

Dwa dni ucieczki przed zimą w mieście… Dwa dni przedświątecznej Krynicy… Cudo….

Pierwszy taki zimowy wypad rodzinny. Zależało mi na tej szczególnej atmosferze uzdrowiska tuż przed świętami. I udało się. Wszystko oświetlone. Mróz tak ostry, że delikatnie wybielał włosy. My całkowicie opatuleni, wyubierani niczym trzy cebulki. Spacerowaliśmy pomiędzy tą specyficzna mieszaniną starych krynickich, drewnianych zabudowań, a monumentalnymi, odpychającymi prl-owskimi gmachami zdrojowymi. W tle przygrywała orkiestra uzdrowiskowa. Nasłuchiwaliśmy też starych szlagierów z kawiarni z dancingami. Codziennie od 15:00 do 22:00, zapraszają wystrojone kuracjuszki i ujmujących kuracjuszy na porcję zabawy. Lubię to:)
Trafiliśmy na wspaniały pensjonat Kościuszko, który urzekł nas pięknymi wnętrzami, połączeniem nowoczesności z klimatem starego uzdrowiska i pysznym śniadaniem. Ale najbardziej spodobał nam się specjalny pokój zabaw dla dzieci, w którym Róża po prostu szalała z radości! Genialne posunięcie właścicieli! Serdecznie polecam, zwłaszcza rodzinom!


Święta w Lili – Kremowe Gwiazdki do Kąpieli

Czy ja już wspominałam, że tworzenie umilaczy do kąpieli sprawia mi najwięcej przyjemności? Hmm? Chyba tak:) Mam więc dla Was pomysł na świąteczne Kremowe Gwiazdki Cytrynowo-Pierniczkowe do kąpieli!

Do ich wykonania przygotujcie:

  • 40g sody oczyszczonej
  • 20g kwasku cytrynowego
  • 10g mąki ziemniaczanej
  • 4-5 łyżek masła kakaowego
  • kilkanaście kropelek olejku cytrynowego
  • szczyptę dobrej przyprawy do piernika
  • kilka kropelek żółtego barwnika (opcjonalnie)
  • foremki silikonowe na pralinki w kształcie gwiazdek
  • złotą bibułę + sznurek biało-czerwony bakers twine

Zmieszajcie dokładnie sodę, kwasek i mąkę. W kąpieli wodnej lub w mikrofali roztopcie masło kakaowe. Dodajcie go do mieszaniny w takiej ilości, aby miała ona pół płynną konsystencję. Teraz dolejcie olejku cytrynowego oraz kilka kropelek żółtego barwnika i ponownie całość dobrze wymieszajcie. Na spód foremek gwiazdkowych wsypcie po szczypcie przyprawy do piernika. Na to nałóżcie masę i odstawcie całość do stwardnienia na kilka godzin. 

 Gwiazdki w ciepłej wodzie delikatnie musują, a masełko kakaowe przyjemnie nawilży i odżywi skórę. Ze względu na jego dużą ilość na jedną kąpiel starczają 1-2 gwiazdki. Uwaga – wanna może być śliska!
Aby świątecznie przystroić gwiazdki, przygotujcie złotą bibułkę i sznurek. Zawińcie gwiazdki w wycięte prostokąty z bibuły, niczym cukierki. Całość przewiążcie z dwóch stron sznurkiem. Na jednym końcu pozostawcie dużą pętelką, aby gwiazdki powiesić na choince.

A może takie złote zawiniątka opatrzycie imionami członków rodziny i, w ramach świątecznej zabawy, każdy będzie musiał znaleźć na choince pakuneczek dla siebie!? Gwarantuję dużą dawkę śmiechu!

Na koniec chciałabym pochwalić się Wam naszymi świątecznymi wyrobami! Pierwszy raz z Różyczką zrobiłyśmy w tym roku pierniki. Pomagała nam moja siostra, więc poszło bardzo sprawnie. Wyszły przepyszne i bajecznie kolorowe! I Róży posmakowały! Tradycję uważam za rozpoczętą!

W towarzystwie babeczek kąpielowych i choinki prezentowały się uroczo:)

Był Mikołaj…

Przyszedł w tym roku… pierwszy raz… duży, straszny, czerwony pan, który rozdawał zabawki… Róża zdawała się być cały czas oszołomiona! Na szczęście towarzyszyły nam dwie urocze dziewczynki, które zaopiekowały się Różyczką i pozwoliły jej z kolei zaopiekować się ich lalą. Ale wrażeń było sporo!

Facebook