Mam dla Was nową porcję wnętrzarskich, przepięknych inspiracji, czyli moich ostatnich znalezisk w sieci. Ale też garść zdjęć wnętrz, które chwyciły mnie za serce!
No, same cuda!
Zaczynamy od totalnego boho! Czyli fragment wnętrza z bloga Jungalow Justiny Blakeney, które mnie tak bardzo zauroczyło!
To połączenie granatowych kafli ozdobionych ptakami, te kształty i tekstury prosto z natury, no i jeszcze te szalone fotele do tego. No cudo!
Przenosimy się w czasie i przestrzeni… Choć może raczej po prostu – przenosimy się do Australii, do Melbourne, aby podziwiać całkowicie fantastyczny dom Alex McCabe!
Mi szczególnie spodobała się ta zjawiskowa kuchnia i zaplecze gospodarcze.
Pościel z najmodniejszym teraz wzorem Lastroko od Zoria / Pakamera
Genialna szafka nocna z szufladami w stylu Mid Century z Pokojscy Studio / Pakamera
I znowu przenieśmy się do pięknego wnętrza! Znowuż to właśnie kuchnia, ale w połączeniu z jadalnie tak mną zawładnęły!
Mamy tu jakże trafne połączenie stylu mid century i tradycyjnego „farm house” rodem z USA. Tym razem króluje biel, ale w połączeniu ze skrupulatnie dobranymi dodatkami.
W takim razie zabieram Was w podróż do królestwa kolorów! Totalnie szalonego kalifornijskiego wnętrza, które uwielbiam! I podziwiam od pierwszych inspiracji, które pojawiły się na blogu Kelly Mindell (uwielbiam i ją!).
Wyjść bowiem mi z głowy nie chcą prace stanowiące swego rodzaju połączenie architektury i sztuki.
Nie zawsze są to tradycyjne formy, zawsze jednak poruszają tę jedną czułą strunę w głowie i sercu. Wciągają w swój świat – barwny labirynt linii i motywów czysto architektonicznych, w figury geometryczne, w ślepe zaułki, w kąty, w nieoczywiste połączenia schodów i powierzchni.
Zabieram Was więc te niezwykły świat. Zapatrzcie się przez chwilę!
1.
Alexis Christodoulou
Alexis Christodoulou jest samoukiem, artystą 3D, pochodzącym z Południowej Afryki. Stworzył kolekcję wizualizacji architektury wprost z wyobraźni, a całość oparł na współczesnej, czystej estetyce.
Artystka i architektka wnętrz tworząca w Paryżu i Londynie, współwłaścicielka kreatywnego Dello Studio. Jej prace stanowią fascynujące studium nad światłem i liniami w architekturze.
A dokładniej jego niewielki, choć bardzo ciekawy cykl ( N o n ) G r a v i t à.
Massimo Colonna to włoski artysta – fotograf, którego zafascynowały możliwości obróbki cyfrowej i modelowania 3D. Upodobał sobie abstrakcyjne krajobrazy i surrealistyczne kompozycje, które bywają bliskie, ale i dalekie rzeczywistości. W cyklu ( N o n ) G r a v i t à ukazuje przedmioty, które zostały uwiecznione w momencie, w którym wydawałoby się, że nie podlegają grawitacji, na tle niezwykłych kolorów i cieni tworzonych przez budynki.
Mam dla Was garść pięknych, kobiecych inspiracji, skąpanych w blasku ciepłego, letniego słońca.
Bo cieszymy się latem! Oby jak najdłużej! Oby jak najpełniej!
Mamy więc tego blasku sporo! Mamy słoneczne, wakacyjne barwy. Mamy bursztyny i muszle, kraby i perły. I mnóstwo złota! Wprost wyjętego z tej niesamowitej złocistej, wieczornej godziny, kiedy słońce powoli postanawia udać się do krain odległych na odpoczynek.
Big amber necklace – idealny naszyjnik z bursztynami / KOPI
Artystyczne kolczyki z kolekcji Maris – przybrały formę muszli św. Jakuba pochodzących z egzotycznego Mauritiusa / Orska
Słoneczna tunikowa sukienka z miękkiej żakardowej tkaniny / H&M
Claré Blanc pędzel do makijażu Foundation Brush – stworzony z myślą o łatwej i przyjemnej aplikacji podkładu mineralnego zarówno w formie sypkiej jaki i prasowanej / Minti
Grounded UNICORN GLOW PINK SHIMMER OIL – Olej do ciała – odrobina blasku na skórze prosto z bajki / Zalando
Najmodniejsza gumka do włosów Yellow Flower / Kaaskas
MÁDARA Fluid tonujący do twarzy SUN FLOWER – nadaje kolor, rozświetla i wygładza koloryt skóry. Ekstrakt z owoców róży i naturalne pigmenty natychmiast nawilżają skórę i poprawiają jej wygląd / Minti
Uoga Uoga, Naturalny puder mineralny nr 637 AMBER SAND – matujący, antybakteryjny oraz chroniący przed promieniowaniem UV. Pozwala oddychać skórze, nie powoduje zatykania porów, powstawania zaskórników, zawiera dodatek sproszkowanego bursztynu / Ekomaluch
Naszyjnik Summer Blush złocony – zawieszkę możecie dobrać sami, ale ten krab skradł moje serce! / Animalkingdom
Wymyśliłam niedawno taką pyszną zupę, że muszę się z Wami nią podzielić.
Jest to bardzo w sumie prosta zupa, więc prawdopodobnie nie tylko ja ją wymyśliłam, ale nie czepiajmy się szczegółów! Ważne, że jest pyszna, wręcz przepyszna, prosta i efektowna.
Zrobimy dzisiaj, moi drodzy, gęsty krem z pieczonych buraków i ziemniaków w mundurkach, przesycony aromatem rozmarynu i tymianku. Podawany z prażonymi pestkami, aby coś przyjemnie chrupało. Sycący, aromatyczny, no, nie można przestać jeść 🙂
Zupa kram z pieczonych buraków i ziemniaków
Składniki:
10 średnich buraków
6 średnich ziemniaków
łyżka rozmarynu
łyżka tymianku
ok.2-2,5 l bulionu warzywnego
2 serki topione bez dodatków (prostokątne kostki)
olej (używam z pestek winogron)
sól, pieprz
do podania – mix pestek (dyni, słonecznika, sezam, siemię lniane)
Moje kremy zaczynam od przygotowania bulionu – tradycyjnie przez dłuższy czas na małym ogniu gotuję warzywa na rosół, aż stanie się on wypełniony smakiem, a warzywa zmiękną.
Buraki obieramy, kroimy na ćwiartki. Ziemniaki myjemy i także kroimy na ćwiartki (bez obierania). Całość rozkładamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Polecamy lekko olejem, posypujemy solą i hojnie rozmarynem. Wstawiamy do piekarnika na 200 stopni, aż warzywa zmiękną i przyrumienią się z wierzchu (ok. 40 minut).
Gotowe przekładamy do garnka i zalewamy całość bulionem (można też wrzucić z jedną marchewkę z rosołu). Jego ilość dopasujcie do własnych preferencji co do gęstości kremów. Całość gotujemy przez ok. 15 minut. W między czasie przyprawiamy tymiankiem, solą i pieprzem, a na końcu dodajemy serki topione. Ściągamy z ognia i miksujemy na krem.
Na patelni podrażamy pestki. Krem podajemy posypany pestkami.
Tak i wybraliśmy się na wakacje do Turcji. Widzieliście już na Facebooku lub Instagramie, prawda? Mam nadzieję, że tak!
Jak to w naszym przypadku od wielu lat bywa, zarówno termin jak i destynacja wakacyjna nigdy nie są pewne. Nasze prace nie pozwalają nam planować, często więc o wyjeździe decydujemy na 1-2 tygodnie wcześniej.
Tym razem zdecydowaliśmy się zapolować na last minute do Turcji właśnie. Czemu? Bo oboje bardzo lubimy te klimaty, ludzi, jedzenie, widoki, a i ceny całkiem przystępne mają.
Wybraliśmy wybrzeże Morza Egejskiego, które odwiedziliśmy już w 2013 roku, z 2-letnią wtedy Różą. W TYM wpisie – relacji z tamtych wakacji pisałam: „Polecam Turcję. Wrócę do niej. Nie wiem kiedy. Kiedyś na pewno…”
No i wróciłam. Sześć lat później. I wrócę ponownie!
Jedno z najdoskonalszych uczuć, które miałam szansę doświadczyć, dopada mnie, kiedy pływam w ciepłym morzu. To szczęście pełne, totalne, to spełnienie, wzruszenie, radość nie do opisania. Nie trzeba udawać, ba – nie trzeba być nawet sobą. Po prostu – się jest. Chwila trwa, odczuwa się ją każdą częścią ciała, każdym jego zakamarkiem. Mrużę oczy od słońca, język zbiera słony smak morza, włosy rozwiewa egejski wiatr. I tylko dłonie wciąż suną do przodu, aby za chwilę się rozdzielić i znowu połączyć. I wciąż, i wciąż. Ten rytmiczny, spokojny ruch działa kojąco, woda oczyszcza umysł. Kąciki ust nie mogą przestać się podnosić w dziecięcym poczuciu beztroski.
No szczęście pełne. Po prostu.
Polowałam na ten hotel od samego początku tegorocznych poszukiwań. Utkwił mi w głowie i wyjść nie mógł. I udało się. Miał to bowiem być hotel, który nie leży w popularnym kurorcie, który jest na uboczu, ale spacerkiem od niewielkiej miejscowości. Hotel już niemal w lesie, po którym można spacerować, a mąż mój może biegać. Hotel przy morzu, z niewielką plażą. Z animacjami dla dzieci i dobrym jedzeniem.
Na miejscu okazało się, że jest jeszcze lepiej. Hotel stanowił kompleks niewielkich domków, rozstawionych pośród sosen i drzewek oliwnych, porośniętych kwiatami. Chodziło się między tymi domkami jak po labiryncie, jak w małym greckim miasteczku. Uwielbiałam to. Tak samo, jak kolorowe kafelki na tarasach i schodach.
Najwięcej było tam Turków, a i tego, przyznam, poszukiwałam wczytując się w opinie i komentarze. Są to bowiem niezwykle mili i kulturalni ludzie. Na pewno milsi i kulturalniejsi od Polaków na wakacjach. A przy okazji sprawia to wrażenie większej autentyczności.
Na śniadanie jadałam bakłażany, pomidory i sery. Na lunch i obiad w sumie też, ale w połączeniu z innymi tureckimi smakołykami. Łącznie z ogromnymi pochłanianymi ilościami cudownie dojrzałych arbuzów!
No bajka, po prostu bajka.
Wieczorem, już po mini disco dla dzieci i codziennym show dla gości, siadaliśmy na leżakach na plaży, wpatrując się w nocny widok zatoki. Wsłuchując się w dobiegającą z oddali muzykę z knajpek z pobliskiego miasteczka lub w śpiewy muezina. Kiedy jednego wieczoru zostałam sama, bo mąż poszedł już położyć Różę, z tych właśnie leżaków przegoniło mnie przechodzące stado dzików. Potem wróciliśmy z Różą w poszukiwaniu powracających dzików, ale niestety już sobie poszły. To podekscytowanie w oczach dziecka, skrzyżowanie radości i lekkiego strachu i ogromna potrzeba zobaczenia zwierzęcia – ten widok mojej córki długo we mnie pozostanie.
No bajka, po prostu.
Szwendaliśmy po tym niedalekim miasteczku. Po lasach i pagórkach okolicznych. Pojechaliśmy zobaczyć dalsze miasto z ogromnym deptakiem zapełnionych całymi tureckimi rodzinami (oni na wakacje jeżdżą wielopokoleniowo). Raz jednak, kiedy moi wybrali granie w gigantyczne szachy, poszłam sobie w las sama. Było cicho, spokojnie, pachniało igliwiem i morską bryzą. Weszłam w las ledwie widoczną ścieżką, które po jakimś czasie zmieniła się w wąską dróżkę, aby za chwilę całkowicie zaniknąć. Mimo to szłam dalej. Wyżej. Aby zobaczyć co jest z drugiej strony zatoki. Za horyzontem. Światło stało się złote. Wszystko zaczęło się złocić. Gdzieś w oddali majaczyły wysepki. Morze co chwilę wychylało się z zarośli. Znalazłam w końcu miejsce z widokiem na drugą stronę. I stałam tak długą chwilę. Wpatrywałam się jak najmocniej, aby wyryć sobie ten obraz w pamięci. Aby stał się tarczą na nasze lutowe i marcowe szarości.
No bajka. Po prostu.
Wysyłam więc i Wam trochę tej bajki. Tego mignięcia ledwie zwanego wakacjami. Tej chwili krótkiej, która pozostaje w nas najdłużej.
(Wybraliśmy wakacje z biurem Itaka, w hotelu Roxy Luxory Nature, w Akbuku, niedaleko Didymy.)
Wiecie, jak wygląda planowanie wakacji freelancera?
A dokładniej wakacji freelancera i mojego męża, którego sytuację zawodową zawsze trudno określić, ale na pewno jest po prostu wysoce nieprzewidywalna.
My wakacji nie planujemy pół roku wcześniej. My co najwyżej ustalamy sobie, że chcemy je mieć, a potem czekamy na odpowiedni moment.
I czekamy…. I czekamy….
Moment odpowiedni następuje wtedy, kiedy oboje możemy wygospodarować nieco spokojnego czasu. Tak i oto w zeszłym tygodniu ustanowiłam sobie 2-tygodniowy urlop, mąż zaakceptował i przedwczoraj podjęliśmy ostateczną decyzję – lecimy na wakacje! No i lecimy! Jutro!
Ciężko mi za to wyszło moje urlopowe postanowienie. Bo i wczoraj i przedwczoraj pół dnia pracowałam, a pół – ogarniałam dom i jutrzejsze wakacje. Wszystko jednak spokojniej, na zwolnionych obrotach, sypiając do dziesiątej. Może więc jednak jest to urlop, co? Nie mogę narzekać, zwłaszcza, że jeszcze na kilka dni weekendowych wyrwaliśmy się na wieś z przyjaciółmi. Szalony czas!
Bardzo lubię ten wakacyjny rozgardiasz. Planowanie, przeszukiwania internetu, a potem szaf – po wakacyjne torby, ubrania, cały ten plażowy rozgardiasz. Zawsze jest też nieco nerwów, prania, prasowania, zawsze walizki nie chcą się dopiąć. Ma to jednak swój czar, za którym potem tęskno.
Już dawno przygotowałam sobie wakacyjną książkę. Jak tylko zobaczyłam ją w księgarni, wiedziałam, że będzie idealna na wyjazd (znam inne pozycje autorki). Czekała sobie wiec razem z nami. Schowana głęboko w szufladzie. Na wszelki wypadek. Gdyby wakacje nie wyszły. I żeby nie kusiła!
Wyszukałam piękną wakacyjną sukienkę, idealne kimono i zwariowaną, żółtą opaskę do włosów. Zaopatrzyłam się w ulubioną gazetę, kremy z filtrem i balsamy chłodzące (widzieliście już mój wakacyjny kosmetyczny niezbędnik? Wpadnijcie TUTAJ).
Jutro podlewam kwiatki, ustawiam autoresponder na mailu i uciekam. Choć na chwilę!