Zauroczona: Buty w kwiatach

Zauroczyły mnie buty! A nawet nie tyle same buty, co sposób, w jaki zostały sfotografowane. Urzekł mnie pomysł na kampanię reklamową marki Olive Thomas. Jednocześnie zaskakujący i przykuwający oko, a przy tym wizualnie – piękny! Bo buty te wpisano w kwiaty! Utożsamiono z roślinami, dzięki czeu rozkwitły na zdjęciach.

Zdjęcia Olive Thomas

Podpatrzone: Kąpielowy olejek rozmarynowo-tymiankowo-miętowy

Podpatrzyłam i uprzejmie donoszę, że bardzo spodobał mi się pomysł na ziołowy olejek! Z prawdziwymi, żywymi roślinami w środku. Nie tylko stanowi doskonały dodatek do odżywczej kąpieli, ale także dekoruje! Zrobicie zatem kąpielowy orzeźwiający olejek rozmarynowo-tymiankowo-miętowy?

Olejek znalazłam w sklepiku Terrain, który jest kopalnią naturalnych ciekawostek. Jestem przekonana, że bardzo łatwo zrobicie go sami w domu. Polecam też wszelkie wariacje ziołowe i dopasowanie składu do swojego gustu. Olejek na pewno będzie ślicznie wyglądał w ozdobnej buteleczce, podarowany bliskiej osobie.
W jego składzie znajdziemy naturalne roślinne oleje, które sama bardzo lubię – z krokosza barwierskiego, macadamia i rycynowy. Do środka włożone zostały gałązki rozmarynu i tymianku. Do całości dodano także witaminę E, antyutleniacz rozmarynowy oraz olejki eteryczne – rozmarynowy, tymiankowy i orzeźwiający miętowy. Jak myślicie, jak pachnie? Ciekawa jestem bardzo takiego połączenia. 
Kilka kropel takiego oleju dodanych do wanny z wodą pozwala się odstresować i ukoić zmęczoną ciężkim dniem skórę. Takie połączenie olejków eterycznych działa też bardzo ożywczo na umysł. Pobudza go, dodaje energii i stymuluje do działania. Kąpiel taka wskazana jest więc przed większym wysiłkiem umysłowym.
Zdjęcia Terrain

W roli głównej: Terapia truskawkowa The Body Shop

W grupie raźniej! I bardziej truskawkowo! Bo o to przecież chodzi w terapii truskawkowej. Przed Wami zatem w roli głównej truskawkowe trio The Body Shop. I jeszcze raz powtórzę – mocno truskawkowe:)

Na zimowy marazm i przesilenie wiosenne. Bo u nas to zawsze coś jest:) Na chandrę i załamanie nastroju. Na co dzień i na specjalne okazje. Na uśmiech i błysk w oku. No i na zwrócenie na siebie czyjejś uwagi – nie każdy przecież pachnie smakowicie truskawką!
Truskawkowe kosmetyki pojawiły się w mojej torebce i łazience w bardzo dobrym czasie – kiedy jeszcze trzymała nas ta wstrętna zima. Kiedy zastrzyk pozytywnej energii i letnich smaków był bardzo wskazany. Dlatego tak bardzo się ucieszyłam z truskawkowego suchego upiększającego olejku do ciała, twarzy i włosów, wody toaletowej i pomadki do ust!
Moje serce skradła najszybciej właśnie pomadka! Ma najbardziej intensywny i przepyszny zapach. Cały czas mam ochotę nakładać ją na usta i rozkoszować się tym aromatem. Dzięki zawartości filtrów przeciwsłonecznych przydała mi się bardzo w Barcelonie. Bardzo też podoba mi się nieco zawadiacka grafika na opakowaniu. LOL 🙂
Lubię suche olejki. Palubiłam więc i ten od razu. Mam wrażenie, że pachnie najmniej intensywnie, ale za to idealnie się wchłania i nie pozostawia na długo tłustej warstwy. Ma szerokie przeznaczenie, bo i do włosów i do twarzy, ale dla mnie pozostanie olejkiem do ciała. Relaksującym i przenoszącym w ciepłe czasy.
Na koniec woda toaletowa… W prostej, ale eleganckiej buteleczce. Myślę, że spodoba się zarówno nastolatkom jak i starszym kobietkom. Używam jej codziennie, aby rozsiewać w domu zapach truskawek. Bo w zasadzie ostatnio jestem cała truskawkowa. I dobrze mi z tym:)

Pomysł: Mchowe graffiti

Miałam dzisiaj przyjemność uczestniczyć w konferencji o social media. Bo nie wiem czy wiecie, że prowadzę trzy fan paga’e na Facebooku. I poza tym, że otworzyły mi się oczy na pewne zjawiska i dowiedziałam się kilku praktycznych rzeczy, spędziłam miły dzień na mojej starej uczelni. Nie był to wprawdzie mój wydział, ale byłam całkiem niedaleko, też na kampusie UJ. I powiem Wam, że nostalgia mnie ogarnęła. Że kilka lat po skończeniu studiów tęsknota powraca do tamtych beztroskich czasów. Też tak czasem macie? A może jeszcze studiujecie lub się uczycie? Ja swoje studia wspominam pięknie. No… może poza miłosnymi zawirowaniami:)
Przejdźmy jednak do dzisiejszego pomysłu! Otóż natknęłam się niedawno takie oto dziwo – mchowe graffiti. I tak sobie pomyślałam, że świat byłby piękniejszy, gdyby nasze miasta pokrywały takie właśnie napisy i malunki. Nie raziłoby to tak bardzo. Nie zanieczyszczało. Czemuż, ach czemuż, młodzież nasza zbuntowana nie maluje mchem…

Na grafice przedstawiony macie sposób przygotowania takiej specjalnej „farby” do graffiti. Znalazłam jednak nieco prostszy przepis (tutaj). Otóż należy wziąć dwie garście mchu, dwie szklanki maślanki lub ewentualnie jogurtu, 2 szklanki wody i pół łyżeczki cukru. Mech należy dokładnie oczyścić, a następnie dobrze zmiksować z pozostałymi składnikami. Jeśli wydaje Wam się, że konsystencja nie będzie przylegać jak farba, można dodać nieco naturalnego syropu np. kukurydzianego. 
Za pomocą pędzla namalujcie wymarzony napis lub kształt. Graffiti sprawdzajcie co tydzień, aby nieco je nawilżyć wodą w sprayu ub dodać nieco więcej farby. Graffiti mchowe najlepiej czuje się w suchy otoczeniu. Ciekawe, czyż nie?

Zdjęcia – 1 / 2 / 3 / 4

Inny świat – Barcelona

Dobra, przyznam Wam się… W zeszły wtorek zostawiłam córkę, zostawiłam męża, ba – nawet psa zostawiłam i uciekłam na chwilę do innego świata! Zgodnie z rytmem lotów Ryanaira polecieliśmy z kolegą moim dobrym na krótki wypad do Barcelony! I wiecie co – zakochałam się w tym mieście! 


I każdej mamie młodej czy niemłodej polecam taką ucieczkę od codzienności. Nie na długo. Na chwilę raptem. Bo wprawdzie siedząc na plaży myślałam sobie jakby się tu Róży podobało, jakby biegała i cieszyła się przestrzenią, piaskiem i wodą… Ale z drugiej strony wiem, że te trzy dni nie byłyby takie luźne, takie spontaniczne, takie… zupełnie inne. No… może z mężem byłoby równie niesamowicie, ale… nie ma co gdybać! Nie mógł to nie mógł 🙂
Nie chcę Wam tu peanów pisać i zachwytów natchnionych. Wspomnę tylko w kilku punktach czemu Barcelona mnie uwiodła. Czemu chciałabym wrócić do niej nie raz. Czemu ten świat jest inny… może lepszy? Jeśli w trzy dni w ogóle można dojść do aż takich wniosków.
1. Słońce! Dawka słońca, jego pozytywnej energii była mi już bardzo potrzebna. Wprawdzie akurat w kraju rozpoczęła się wiosna, ale tamtejszy kwiecień jest już letni. Uwielbiam śródziemnomorskie słoneczne kontrasty i barwy. Uwielbiam głęboki lazur morza i intensywną żółć plaży. Uwielbiam jasne kolory budynków, cienie szumiących liści na chodnikach i wzorzyste ubrania uśmiechniętych ludzi.
2. Uwielbiam też pokręcone projekty Gaudiego! Sagrada Familia zrobiła na mnie niesamowite wrażenie – coś pomiędzy kreskówką, elfickim światem a powagą katolickiej świątyni. Bardziej jednak zauroczył mnie park Güell (również projektu Gaudiego)! Doszliśmy do niego na piechotę, przemierzając ogromne przestrzenie miasta i zachwyciliśmy się. Nawet dzikie tłumy w tym nie przeszkodziły! Jeśli kiedykolwiek będziecie w Barcelonie, musicie tam koniecznie wstąpić. Przy okazji załapaliśmy się na mini koncert niezwykle pozytywnej grupy Microguagua 🙂
3. Są czasem takie chwile pełnego szczęścia i błogiego spokoju. Takie właśnie dopadły mnie, kiedy pożyczyliśmy rowery i jechaliśmy nimi wzdłuż bezkresnych plaż Barcelony. W pełnym słońcu, pośród palm i odpoczywających ludzi. Co jakiś czas robiąc przystanek i podziwiając morze, przechodząc się jego brzegiem. Dzień-marzenie.

 4. Nigdy wcześniej nie jadłam tak pysznych falafelów ze świeżymi liśćmi czegoś – do końca nie wiem czego. Nigdy nie widziałam takiego targu pełnego straganów ze świeżymi sokami, sałatkami owocowymi i rybami! Wszystko oczywiście świeżutkie, kolorowe i soczyste.
5. A samo miasto… z ogromnymi przestrzeniami. Wydaje się być takie… zorganizowane. Są podziemne parkingi, metro, jest czysto. Na każdym uroczym skwerze postawiono plac zabaw. W każdym parku na trawie bawią się całe grupy przyjaciół i rodzin. Dzieci grają w piłkę, biegają, cieszą się. Rodzice rozmawiają. Tak po prostu. Nawet z obcymi. Co rusz można spotkać kogoś młodego prowadzącego starszą osobę na spacer – czy to pod rękę czy na wózku. Nie widać tego u nas niestety. W małych knajpkach przesiadują mieszkańcy sącząc kawę i wcinając panini z tortillą. Wszędzie poustawiane są stojaki z miejskimi rowerami, które mają służyć do transportu, a nie do rekreacji. Dzięki temu na jednym końcu długiej promenady wsiada się na rower i odstawia się go na drugim. I to jest genialne! Wiem, że i u nas powoli rowerki się pojawiają, ale tych stojaków nie ma dużo, odległości nie są tak wielkie, a klimat zniechęca.

I jeszcze dla wielu innych rzeczy polubiłam Barcelonę, ale chyba już Was zanudzać nie będę. Tych kilka powyższych punktów najbardziej wbije się w moją pamięć. I wiem już na pewno, że następnym razem pokażę Barcelonę mojej rodzince! I nie… nie będziemy już wtedy spać w obskurnym hostelu, w pokoju 6-osobowym, którego jedyną zaletą była fantastyczna lokalizacja w centrum 🙂
Byliście w Barcelonie?

fot. Bartek Klocek

Po-Weekendowe Cuda no25

Z lekkim opóźnieniem.. No, ale post plebiscytowy zasługiwał na pierwszeństwo:) Wzięliście już może udział w głosowaniu? 

Jednym wielkim cudem ostatnich dni jest Barcelona (1)! Ale o tym postaram się Wam opowiedzieć osobno 🙂
Żywa torebka (2) autorstwa Zity Elze. Nie do końca jestem pewna czy nadaje się do noszenia… Ale jako dekoracja-ogródek cudowna 🙂
Mieć głowę w chmurach (3)… Dosłownie! Ślicznie! Sama za często ją tam ukrywam… 🙂
Pomysł z magazynu Kinfolk na oryginalną dekorację przyjęć (4). Zawieszamy nieco ziół i kwiatów nad głowami gości. Tak, jakby miały się nam ususzyć. Jak dla mnie – bomba. Chętnie w takiej kolacji uczestniczyłabym. A może w weselu?
Wiosenne jadalne kwiaty (5) do sałatek, kostek lodu czy deserów. Cudowne i oryginalne. A jakże prosto takie samemu wyczarować… To co? Suszymy?
Cudowne są te porcelanowe kubki podróżne z silikonową osłonką z MIA home passion (6). Bardzo mi się podobają i już o jednym takim marzę… Lubię kwiaty!
Marzę też o tym ślicznym kołnierzyku (7)! Odrobinę vintage i pełen uroku! Obawiam się tylko, że pozostaje mi taki uszyć lub uprosić o to kogoś… Raczej to drugie… 🙂
Urzekł mnie pomysł na papierowe kwiaty (8), jako dodatek do prezentów. A dokładniej do ich opakowania! Może wyglądają odrobinę odpustowo, ale każde pudełko prezentowe dzięki nim zyskuje dużo:)
Mam w domu sporo próbówek, jako opakowań do kosmetyków. Przydałby mi się jeszcze tylko taki drewniany stojak i niesamowity wazon byłby gotowy (9)! Genialne!
Facebook