Zauroczona: Seventh Tree Soaps

Uwielbiam podglądać małe domowe zachodnie manufakturki kosmetyków. I uwielbiam przy tym marzyć o mojej własnej, przyszłej… Nic tak nie inspiruje jak ludzie pełni pasji i pomysłów! Bo w tych małych manufakturkach powstają prawdziwe cuda! I nie chodzi mi tu nawet o ich niesamowite kosmetyki i mikstury. Bo to swoją drogą… Ale ta cała wspaniała otoczka zachwyca. Opakowania, kształty, kolory, teksty… No właśnie…
 
Tym razem zauroczył mnie mały sklepik Seventh Tree Soaps z mydłami-sowami i kwiatami, z pięknymi zestawami prezentowymi i balsamami do ust. Cudne!
 
 

 

 

 

Zdjęcia Seventh Tree Soaps

Kwiaty inaczej

Krótka cisza w Lili… Mam ostatnio pewne małe kłopoty, które odcięły mnie od mojego magicznego komputera pełnego zakładek, pomysłów, linków i programów graficznych. Ale mimo to mam coś dla Was! Temat kwiatów jadalnych bardzo Was zainteresował. Piszecie, pytacie, dzielicie się pomysłami. Mam zatem kilka nowych ciekawych możliwości wykorzystania tych darów natury! Przed Wami kwiaty! Nieco inaczej…

Na serkach – inne nieco od moich serków, fantastyczne, kolorowe
Na ciasteczkach – jako nieziemska dekoracja
Jako lody – pomysł uroczy, choć mało praktyczny
W lizakach – już je Wam kiedyś pokazywałam, ale są tak cudne, że warte powtórzenia
Spring Rolls – czyli sajgonki rodem z rajskiego ogrodu
W kostkach lodu – niezwykle prosty pomysł, który zawsze zadziwi Waszych gości!

A wspaniała kwiatowa czcionka jest autorstwa Anne Lee Designs

Po-Weekendowe Cuda no27

Już widzę siebie, za kilka lat, na werandzie w małym domku, siedzącą z Różą na takiej oto huśtawce (1), opierającą się o takie ważkowe-robalowe poduchy (2) i wysłuchującą zwierzeń o nowym koledze lub teatrzyku w szkole. Ech…
Zauroczył mnie amerykański sklepik Urban Outfitters (3), który wysyła też do Polski – gdyby ktoś był zainteresowany. Szczególnie spodobały mi się szklane pojemniczki na biżuterię, pudełeczka-makaroniki oraz laboratoryjne wazony!
Cudny pomysł na biżuterię dla kobiet i dziewczynek ma nowa (chyba) polska marka PĄPĄ by KIUIK (4). Bardzo Wam polecam te pomponiaste naszyjniki i breloczki!
Piękna melamina ze sklepiku Z potrzeby piękna zawsze przykuwała moje oko. Tym razem urzekły mnie kubeczki i taca w kurki (5).
Pawiany wchodzą na ściany, żyrafy wchodzą do szafy (6)… Proste, zabawne… świetne! Plakaty projektu One Mug a Day.
Pnie brzozy w sypialni (7)? Wyglądają genialnie jako zagłówek łóżka! Odrobina lasu w domu!
Kto miał już zaręczyny ręka do góry? Kto planuje mieć? Polecam pod rozwagę taki oto cudny pomysł na zaręczynową sesję fotograficzną (8)! Ja przepadłam…

Krakowski Kazimierz

Korzystając z wolnego popołudnia i z prawdziwego kwietniowego lata, odwiedziliśmy krakowski Kazimierz. W zamyśle miała to być wycieczka tramwajami… Dla Róży, bo reaguje na nie wręcz euforycznie, a ostatnio miała przyjemność podróżowania komunikacją miejską jakoś rok temu. Skończyło się jednak na miłym spacerze i obiedzie. I wiecie co – czułam się całkowicie wakacyjnie! Przemierzałam wąskie uliczki, w sandałach i okularach przeciwsłonecznych na nosie i robiłam zdjęcia. Posiedzieliśmy wśród obcojęzycznego tłumu, delektując się pysznym obiadem. Wystawialiśmy twarze do słońca i cieszyliśmy się chwilą.
A Kazimierz… Jak zawsze niezwykły. Swoiste połączenie gorzkiej historii, obskurnych kamienic i ciemnych zaułków z kwitnącym centrum turystycznym z całą masą kawiarni i klubów, pięknymi odnowionymi muzeami i hotelami, uroczymi sklepikami i oczywiście – okrąglakiem z najlepszymi na świecie zapiekankami. Bardzo się rozwinął Kazimierz ostatnimi laty. Stanowi teraz obowiązkowy punkt podczas zwiedzania Krakowa. 

A dla mnie? Dla mnie to miejsce, gdzie wychodzi się wieczorem na piwo z przyjaciółmi. Gdzie zawsze znajdzie się jakaś nowa knajpka do odkrycia. Gdzie żydowskie dziedzictwo miesza się z krakowską atmosferą bohemy. Gdzie obskurność bywa zaletą. Gdzie klimat jest tak specyficzny, że nie wierzę, aby jeszcze gdziekolwiek na ziemi mógł się powtórzyć. Choć przyznajmy szczerze – przydałoby się wszystko w końcu porządnie odrestaurować!

 Ulica Szeroka – wizytówka Kazimierza, pełna żydowskich restauracji, napisów i oczywiście – z synagogą.

Obiadek w jednej z bardzo turystycznych knajpek. W ogródku. W cieple. Wśród, o dziwo, uśmiechów i sympatycznie zagadujących ludzi.

Plac Nowy. Największe skupisko klubów i kawiarni. Tutaj zawsze coś się dzieje. Tutaj zawsze gwarno i wesoło. A co najważniejsze – tutaj stoi okrąglak z najlepszymi zapiekankami! Cudownymi zwłaszcza, kiedy się je zjada w środku sobotniej nocy, wracając do domu!

Na Starowiślnej są najsłynniejsze w  Krakowie lody. Kolejka do nich miewa nieraz i ponad 100m! Wracając postanowiliśmy się na nie skusić, a i wydawało się, że czekania nie będzie dużo. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy już prawie przy wejściu do lodziarni okazało się, że lody się skończyły… Ech…

W roli głównej: Phenomé Cukrowa maska i peeling 2w1 MULTI-ACTIVE

Stała sobie i czekała. Spokojnie, bo cierpliwa jest. Na szafeczce w łazience. Bo wiedziała, że jak już się pokaże to z pompą! I oto jest – w roli głównej – Cukrowa maska i peeling 2w1 MULTI-ACTIVE Phenomé!

Z czystym sumieniem, z całego serca i nawet z pełną świadomością, mogę powiedzieć, że uwielbiam to cudo. I że stosowanie maski-peelingu to czysta przyjemność. I jeszcze, że zawsze mam ochotę ją pod prysznicem zjeść. A czemu? Bo pachnie i wygląda jak smakowita masa ciasteczkowa! Ot, taka słodka pasta, która odżywia skórę od zewnątrz.
Stosuję ją dwa razy w tygodniu, pod prysznicem. Zaczynam od peelingu, delikatnie masuję całą buzię. Przy okazji staram się nie zlizywać jej z warg. Potem pozostawiam ją na twarzy na kilka minut, aby zadziałała niczym maska. Takie 2w1! I faktycznie multi-active. A cera po takiej uczcie jest wypoczęta, gładka, miękka w dotyku. I tylko czeka na delikatny krem, który wchłania chętnie i szybko.
Maska-peeling ma dosyć rozbudowany skład. Do ścierania służą tutaj drobinki cukru oraz zmielone pestki oliwek i truskawek. Resztę zacytuję ze strony Phenomé: oleje makadamia, z oliwek – odżywiają, zmiękczają i wygładzają naskórek, olej jojoba – tworzy na skórze cienki, lipidowy film, chroni i odżywia, olej buriti – nawilża, wygładza, koi, działa antyoksydacyjnie, masło babassu – nawilża, pozostawia gładki film ochronny, ekstrakt z lukrecji – działa przeciwzapalnie i antyseptycznie, wyciąg z korzenia prawoślazu lekarskiego – nawilża, łagodzi, działa przeciwutleniająco,  ekstrakt z ananasa – nawilża, zmiękcza, działa przeciwstarzeniowo, pobudza skórę do regeneracji, wyciąg z kwiatów rumianku – łagodzi, działa przeciwzapalnie, ekstrakt z grejpfruta – pobudza, odświeża, tonizuje. Dobrze brzmi, czyż nie?
Warto też wspomnieć tutaj o opakowaniu maski. Zamknięta jest w charakterystycznym dla Phenomé ciemnym słoiczku z nieco apteczną etykietą. Wszystko ma tu swój cel i choć brakuje ozdobników, to przyciąga oko. Dla mnie jednak najistotniejsza jest pojemność, bo peelingu jest naprawdę sporo. Dzięki temu jest naprawdę wydajny, przez co wart swojej ceny.

Same dzisiaj ochy i achy…

Inaczej: Latające domy

Niezwykły pomysł! I wspaniały projekt! Latające domu zauroczyły mnie i przeniosły w inną rzeczywistość. Już mnie ciekawi, kto w nich mieszka, jak żyje, o czym myśli… No i jak wychodzi do pracy? Albo na spacer z psem? 🙂 A tak na poważnie to podziwiam ich twórcę za realizm i ogromną wyobraźnię!.

Latające domy są autorstwa Laurenta Chehere.

Kto chciałby w takim zamieszać?

Zdjącia Laurent Chehere

Facebook