Pewnie nie odkryję Ameryki, pisząc, że wszystko jest kwestią odpowiedniego balansu.
A chodzi mi oczywiście o funkcjonowanie w tym nierealnym stanie światowej pandemii, zamknięcia, narodowej kwarantanny, czy jak to sobie jeszcze określimy.
Wprawdzie sama zaczęłam mniej więcej wyczuwać tę kojącą równowagę dopiero ostatnio, niemniej jednak – w końcu czuję się po prostu lepiej. Nie będę więc przynudzać i umoralniać. Zwróćcie po prostu uwagę, choć na pewno sami to dobrze wiecie, że jeżeli udaje się odpowiednio zrównoważyć dzień, staje się on pełniejszy i lepszy. Nawet w tej przymusowej izolacji.
Teraz już można, więc wyjdźcie na spacer! W odludne miejsce, z maseczką, zachowując środki ostrożności, ale trzeba wyjść. Mnie ratują okoliczne łąki, na które uciekam z psem, choć na chwilę. Nikogo tam nigdy nie ma. I ta pustka, o dziwo, koi. Ta przestrzeń, niebo, słońce. Przysiadam na chwilę, zamykam oczy i czuję się dobrze.
Albo zamykam się w innym świecie w moim mini ogródku. Znowuż w tym słońcu, które jeszcze jest takie nieśmiałe, a które niesie tyle energii. Biorę książkę, gazetkę, kawę i po prostu – znikam.
A potem już umiem odpowiednio zrównoważyć dzień. Trochę pracy (cóż no, nie mam jej teraz tyle co zawsze), nauki z córką, codzienne domowe czynności, sprawdzanie ilości stokrotek w trawniku, sianie kwiatów, rozmowy przez telefon z rodzicami i przyjaciółmi, serial, który oglądamy z Różą, serial, który oglądam sama, gotowanie z mężem, planowanie przyszłości i oswajanie zmian. Mniej wiadomości, codziennych raportów o ilości zachorowań, strachu i paniki. To już za mną.
Jakże nierealna jest ta rzeczywistość teraz. Ale ile w niej dobra!
Podświadomie czułam to od zawsze. Uczono mnie tego, powtarzano, przekazywano, donoszono. Wiem na pewno jednak od niedawna. A w zasadzie czuję. I jak nic, szczególnie teraz, korzystam w pełni.
Słońca nam trzeba! Jego kojących, uzdrawiających promieni. Jego wypełniającej energii. Pokładów nadziei, które tylko ono potrafi tak łaskawie zakorzenić w naszej świadomości.
Właśnie teraz, w czasach trudnych, w czasach próby i zmiany, teraz właśnie czuję, że to słońce pomoże mi przetrwać.
Łapię więc tę jego energię codziennie. Zażywam kąpieli słonecznych, aby wypełnić każdy kawałeczek ciała pozytywnym myśleniem. Zalegam na trawce, na macie i kocyku i leczę obolałe ciało i zmęczony umysł. Nic tak dobrze mi nie pomaga na moje problemy z kręgosłupem, na rwę, która mnie w tym stresie dopadła, jak właśnie ten czas spędzony na słońcu. Kwietniowym, łagodnym, jakże kojącym słońcu.
Promienie słoneczne przenoszą nam dobre myśli, ale nie tylko one. To Hania, która stworzyła Synchronię i Green Dragonfly Natural Candles, nauczyła mnie, że tak samo działają drobne światełka, promyczki zaklęte w płomieniach świec, tworzonych z sercem.
Te świece, które koją moją duszę swoim promieniem i naturalnym zapachem, te świece towarzyszą mi od dawna. Mam to ogromne szczęście, że trafiają do mnie właśnie wtedy, kiedy potrzebuję ich najbardziej. Ich płomień przynosi nadzieję, spokój i to przyjemne uczucie radosnego oczekiwania na to, co dopiero się wydarzy. Na wszystkie dobre rzeczy, które nas jeszcze czekają.
Taką moc mają świece Hani!
Na pudełeczku są życzenia „Świetlistych Świąt”. I to chyba najlepsze życzenia, jakie do tej pory słyszałam.
Czy Wam też wydaje się, że jakoś połowa ludzi wokół Was wariuje?
Mnie też dopadły ciężkie czasy. Na szczęście, odpukać, nie w ten sposób, którego się wszyscy obawiamy. Niemniej jednak, mój organizm wybitnie udowodnił mi, jak bardzo cała ta sytuacja z koronawirusem, odbiła się na mojej psychice. Otóż, poległam. A dokładniej, moje plecy znowuż poległy i ten post piszę Wam w pozycji leżącej, a dokładniej – z kanapy.
Ja już te moje plecy bowiem dobrze przejrzałam. Znamy się nie od dziś, choć przyznam, że dużo czasu zajęło mi odkrycie pewnej korelacji pomiędzy moimi dolegliwościami, a stanem umysłu. Dopiero całkiem niedawno powiązałam fakty i uświadomiłam sobie, że dopadają mnie, te moje plecy, w sytuacjach mocno obniżonego nastroju. Po prostu wtedy, kiedy jest mi ciężko. Być może dlatego, że wtedy zaniedbuję pracę nad nimi i wykonuję nieprzemyślane ruchy, których wykonywać nie powinnam. Może mam obniżoną odporność. Może stres w jakiś inny sposób oddziaływuje na mięśnie przy kręgosłupie. W każdym razie – ponownie poległam…
Wiem więc, że pomimo pozornego spokoju, boję się bardzo. O moją rodzinę, o siebie, o świat cały. O to, że odwołano mi warsztaty i nie mam pracy. O niepewną przyszłość. Są to lęki całkowicie normalne, słuszne i oparte na oczywistych przesłankach.
Mam jednak wrażenie, o czym wspominałam na początku, że naprawdę sporo z nas, borykających się z tym nieznanym doświadczeniem, jakim jest pandemia koronawirusa i związany z nią kryzys gospodarczy, zwyczajnie wariuje.
I ja nawet te osoby rozumiem. Trochę. I nawet łączę się niekiedy w tym ich strachu. Coraz częściej jednak docierają do mnie obawy innych całkowicie… hmm… odjechane.
I to, doprawdy, staje się dopiero przerażające.
I dlatego, tak niesamowicie ważne jest, abyśmy trzymali się dobrych myśli. Abyśmy byli dobrej myśli. Uwierzyli, że damy radę. Że przetrwamy. Że to szaleństwo się w końcu skończy. Dzieci pójdą do szkoły, my do pracy, w sklepach w końcu znowu będzie papier toaletowy i drożdże. Nadzieja, wiara i ścisłe przestrzeganie zaleceń. Tego musimy się trzymać. I domu. W domu musimy siedzieć. Musimy. I tyle.
Trzymam się więc tych moich dobrych myśli. Nawet leżąc na kanapie w salonie, na środkach przeciwbólowych i z zaległościami do nadrobienia. I wiecie co? To pomaga! I na mój kręgosłup i na to całe szaleństwo!
Jak się tych dobrych myśli trzymać?
Oooo, mam na to kilka sposobów! Wiecie jakich?
Po pierwsze, chwytam się wiosny! Cóż doda nam tak dużo energii, jeśli nie ona? Jeśli nie ciepłe promienie wiosennego słońca na twarzy? Jeśli nie wizja rozkwitłych łąk i szumu wiatru w liściach drzew? Na spacerze z psem zerwałam kilka gałązek z pączkami. Z drzew owocowych i lipy. Chwila niemalże wystarczyła, aby mi to wszystko w domu wybujało. Aby wiosna przyszła szybciej. Leżałam dziś popołudniu na tej mojej kanapie, słońce powoli wędrowało przez pokój, wiatr rozwiewał firankę w drzwiach na taras, które już całe niemal dnie trzymamy otwarte. I wpatrywałam się w te moje gałązki pełne liści i kwiecia. I te dobre myśli same się pojawiały. Ot, chwila pełna spokoju. Tego nam czasem potrzeba. Tego nam brakuje. I to teraz, z przymusu wprawdzie, ale jednak mieć możemy.
Obejrzyj filmy, które lubisz, do których chętnie wracasz. Takie, które wypełniają dobrą energią i pozostawiają uśmiech. Ja tak chętnie wracam zawsze do angielskich komedii – Był sobie chłopiec, Notting Hill czy Cztery wesela i pogrzeb i do klasyki – zawsze, ale to zawsze do Dumy i uprzedzenia czy Perswazji. Z mężem znowuż oglądamy Przyjaciół. Po raz kolejny. Co wieczór. Codziennie wybuchamy śmiechem. Razem.
Zrób z dzieckiem spaghetti lub upiecz babeczki. Takie to proste, a jakież niesie wielkie pokłady radości! Posprzątaj sobie szafkę, na którą nigdy nie masz czasu. Och, ile to dopiero tej radości przyniesie! I ulgi! Usiądź na chwilę w ogródku (na balkonie, w oknie chociaż) i wystaw twarz do słońca. Zamknij oczy i odpłyń. Dzisiaj tak zrobiłam. Uśmiech sam się pojawił i zejść nie mógł. Przytul się do psa i poddaj się psiej czułości. Jakże mnie to zawsze uspokaja! Wyciągnij z szafy ozdoby wielkanocne i porozkładaj je po domu. Jest znowu na co czekać! Sięgnij po książkę, którą zaczęłaś rok temu i sama już nie pamiętasz, dlaczego ją odłożyłaś nieskończoną. Po czym obudź się po dwóch godzinach i przypomnij sobie, że faktycznie – zawsze po jednej stronie zasypiałaś. Ale kurcze, ale to była dobra drzemka! Wkręć się z córką w serial na Netflixie dla dzieciaków i tłumaczcie za każdym razem mężowi/tacie kto jest kim, co robi i dlaczego. I śmiejcie się wspólnie, że ten znowu nic nie rozumie.
A wieczorem, wyjdź na chwilę na zewnątrz. Sama. I wgap się w księżyc. Koniecznie. I poczekaj, aż on podeśle ci tę ważną, jedną dobrą myśl.
A dokładniej całą branżę eventową. I wiele innych. I światową gospodarkę. I wszystkich nas w mniejszym lub większym stopniu dopadnie. Koronawirus już skutecznie przeobraził codzienność wielu osób i sparaliżował funkcjonowanie mnóstwa firm. Nie tylko w Chinach, czy we Włoszech. Coraz większe środki prewencyjne podejmowane są też u nas. I to dobrze oczywiście, najważniejsze to zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa. Niemniej jednak kryzys zajrzał wielu przedsiębiorcom głęboko w oczy.
W tym niestety i mi.
Jestem jedynie malutkim trybikiem w wielkiej machinie eventowej, a już odczuwam kryzys bardzo. Odwołano mi bowiem najbliższe zlecenia czyli moje warsztaty kosmetyków naturalnych i słodyczy kosmetycznych, które prowadzę dla firm i instytucji, podczas spotkań pracowniczych, wyjazdów integracyjnych czy wielkich pikników rodzinnych (>> LiliGarden.pl).
A jako, że jest to jedno z głównych źródeł mojego dochodu, zapowiadają się lata, a przynajmniej miesiące, mocno… chude. I dzisiaj właśnie to zrozumiałam. Dzisiaj to do mnie dotarło, a w zasadzie uderzyło w twarz jakby obuchem. Dzisiaj dostałam nie tylko maile z anulacjami, ale także okazało się, że i w zawieszeniu są płatności za wykonane już zlecenia. No jedna wielka… Wiadomo co…
Cały dzień zamartwiałam się okrutnie. Aż w końcu rzuciłam wszystko w kąt (czy tam w cholerę) i otworzyłam sezon kijkowy. Szłam sobie znowu uśmiechnięta, w promieniach zachodzącego słońca przez pobliskie wsie i w końcu zrozumiałam, że nie ma co się zamartwiać. W końcu kto jak kto, ale to ja właśnie od lat staram się robić na co dzień najróżniejsze rzeczy, żeby nie być uzależnioną jedynie od jednej z nich.
Nazywają to ładnie – dywersyfikacją przychodów.
I choć często zastanawiałam się czy to dobrze tak łapać kilka srok za ogon, jak zwykła mawiać moja wychowawczyni w podstawówce, to właśnie dzisiaj okazało się, że to naprawdę dobre rozwiązanie. Zwłaszcza w przypadku tak małych, jednoosobowych działalności, które po prostu muszą być elastyczne. Bo inaczej czy to przy pierwszym drobnym potknięciu czy przy światowej epidemii – zatonę.
Skupiam się zatem w najbliższych tygodniach między innymi na mojej LiliCreative.pl. Może to właśnie będzie ten czas, kiedy uda się nadrobić zaległości tutaj, na blogu? Przejść kursy i tutoriale, które wciąż i wciąż czekają w internetowych zakładkach. I tym samym – przeczekać światowy kryzys. Aż skończy się to szaleństwo. Aż zwalczymy wirusa i świat wróci do tego, co nazywamy normalnością.
A może wszystkie odwołane imprezy wydarzą się jesienią i będzie ich tyle, że z przepracowania wszyscy padniemy? Oj, nie zdziwiłabym się…
Ale damy radę! Byle kryzys przetrwać. Byle to wszystko szybko się skończyło. Byle wszyscy zarażeni wrócili szczęśliwie do swoich domów.
PS Przy okazji podsyłam dwa ostatnie projekty. Nie maja wprawdzie nic wspólnego z tematem, ale polubiłam się z nimi bardzo!
Wiecie już zapewne, że na co dzień robię bardzo różne rzeczy. Nazywają to ładnie dywersyfikacją przychodów. 🙂 A jeśli jeszcze nie wiecie to, z tych najważniejszych:
>>> tu zajrzyjcie na stronę mojego portfolio >> LILI CREATIVE
>>> tu zapraszam na stronę warsztatów >> LILI GARDEN
I właśnie o tych moich warsztatach dzisiaj! O moich warsztatach kosmetyków naturalnych i słodyczy kosmetycznych, bo to doprawdy spora część mojej codzienności. Pokazuję ją Wam i na Facebooku i na Instagramie, ale pomyślałam, że opiszę Wam nieco bliżej, jak wygląda taki warsztatowy wyjazd! Jak wygląda moja praca!
W ostatnich tygodniach zjeździłam z tymi moimi warsztatami kawał Polski! Byliśmy w Kołobrzegu, Karpaczu, Warszawie, Olsztynie, Władysławowie i Rzeszowie. Są to warsztaty dla firm, w takich się specjalizuję. Zapewniam kreatywną rozrywkę podczas różnego typu eventów, czy to dla pracowników, czy dla klientów, czy podczas spotkań networkingowych, czy pokazów prasowych. Jeździmy na pikniki miejskie i pracownicze, na kameralne spotkania i imprezy dla tysiąca osób, na bardzo prestiżowe wydarzenia dla warszawskich dziennikarzy i celebrytów i do wiejskich domów kultury z przemiłymi paniami z kółek gospodyń. Każdy wyjazd jest inny. Każdy jest nową przygodą. Każdy jest okazją do poznania czegoś nowego – ludzi, miejsc, smaków.
Zawsze się staram, aby taki wyjazd warsztatowy był nie tylko pracą, ale zapewniał jeszcze nieco przyjemnych przeżyć. Szukam ciekawych noclegów, dobrych restauracji, pobliskich miejsc, które przy okazji można zobaczyć. Dzięki temu tak bardzo lubię te wyjazdy!
Ale wracając do tematu… Opiszę Wam dzisiaj jeden z ostatnich wyjazdów. Taki, który szczególnie przypadł mi do serca, ale był też niezwykle wyczerpujący i intensywny. Czy był to typowy wyjazd? I tak i nie. Bo w tej branży ciężko nazwać jakiekolwiek wydarzenie typowym, choć z perspektywy tych moich już prawie 10 lat doświadczenia, trzeba przyznać, że część warsztatów zlewa się w całość i tworzy pewien standardowy obraz.
Dzisiaj pojedziecie ze mną na wyjazd łączony – na warsztaty w Olsztynie i we Władysławowie, dzień po dniu, impreza po imprezie. Ruszamy zatem w drogę!
Przed warsztatami
Przygotowania do warsztatów rozpoczynają się dużo wcześniej. W zależności od eventu i organizatora, pierwsze ustalenia mogą się pojawić nawet rok wcześniej, bywa też, że mamy pilną imprezę, która nam „wpadnie” na dwa tygodnie przed jej terminem. Niemniej jednak te 10-14 dni przed warsztatem muszę już mieć etap ustaleń zakończony, wysłaną pierwszą kosztową fakturę i oszacowaną ilość uczestników warsztatów. Zabieram się bowiem wtedy za zakupy, których większą część robię przez Internet. Jest to zawsze wielka niewiadoma – czy zamówienia zdążą na pewno dojść na czas. Mam kilku sprawdzonych dostawców, którym ufam i przesyłki od nich odbieram nawet następnego dnia od zamówienia. Po części jednak bywa problematycznie i zdarza się, że poziom stresu mocno wzrasta, a opóźnione przesyłki odbieram wieczorem przed warsztatami, zagubione gdzieś na poczcie.
Dzień przed warsztatowym wyjazdem wybieram się też zawsze na wielkie zakupy, po składniki dostępne w marketach. Potem urządzam równie wielkie pakowanie, przepakowywanie, liczenie, sprawdzanie, organizowanie, dokręcanie buteleczek i słoiczków, drukowanie materiałów, 5-krotne przeliczanie czy na pewno mam wszystkiego pod dostatkiem, a wręcz ze sporą nadwyżką, bo to różnie bywa. Cały dom mamy wtedy zawalony pudłami, pudełkami, siatami, koszykami itp. W końcu jednak wszystko ląduje w przedpokoju i czeka na spakowanie do samochodu.
DZIEŃ I – dojechać
Ruszamy w drogę do Olsztyna! A dokładniej – ruszymy, jak się ogarniemy. Tym razem towarzyszy mi mój mąż. Kiedy jego nie ma lub nie może, zabieram zawsze asystentkę. Muszę kogoś mieć, sama nie dałabym rady. Po pierwsze, potrzebuję kierowcy na tak długie trasy, po drugie – kogoś, kto pomoże ogarnąć te wszystkie składniki i półprodukty. Pomóc je wyłożyć, a potem posprzątać.
W każdym razie rano musimy jeszcze odwieźć dziecko i psa do dziadków. Na szczęście tym razem są ferie, więc nie ma problemu ze szkołą. Kiedy mąż z resztą jadą w swoją drogę, ja kończę pakowanie. Sporo, oj sporo tego mamy tym razem… Czekają nas dwa warsztaty – dla 40 i 36 osób i każdemu trzeba zapewnić materiały na 4 kosmetyki. Wynoszę więc wszystko przed dom, a kiedy koło południa powraca mąż, łapie się za głowę. Ja jednak optymistycznie postanawiam wziąć pakowanie jakimś umyślnym sposobem, rozłożyć to na spokojnie i na szczęście się udaje.
Pensjonat U Jacka w Olsztynie
Gotowi? To ruszamy! Przyznam się Wam, że boję się zawsze takich długich tras, ale jednocześnie mają one w sobie coś kuszącego, coś przyciągającego, jak film drogi. Czeka nas ponad 7 godzin jazdy – z Krakowa do Olsztyna. Przez Warszawę, niestety. Zatrzymujemy się chwilę przed nią, aby przeczekać największe korki i zjeść serbski obiad w najlepszej restauracji na tej trasie – Karczmie Guca.
Na miejsce dojeżdżamy jakoś po 22. Po raz pierwszy zarezerwowałam pensjonat, w którym już kiedyś nocowałam, bo i warsztaty będziemy mieli w Hotelu Przystań, w którym także już raz je prowadziłam. Pamiętam, że urzekł mnie wtedy poranny widok na jezioro… I co? Tym razem mamy widok na parking… Cóż, trudno… Czekam z niecierpliwością na widok morza we Władysławowie, bo tylko ze względu na to zdecydowałam się tam na noclegi w porcie. Zanim padniemy, idziemy jeszcze na chwilę nad jezioro. Mąż złapał bakcyla morsowania i postanawia wleźć do wody. Ja patrzę, jak zwykle, pilnuję i cieszę się nocnym widokiem jeziora.
DZIEŃ II – warsztaty w Olsztynie
Obudził nas deszcz. Jest szaro i ponuro. Schodzimy jednak na śniadanie i zajadamy je, wpatrując się w tę deszczową taflę jeziora za wielkimi oknami pensjonatowej restauracji. Śniadania to chyba najbardziej lubię w tych wyjazdach. Zawsze poszukuję takich miejsc do spania, w których można zjeść dobre śniadanie. I jemy je potem sobie razem, popijając kawą i ciesząc się chwilą spokoju.
Na miejsce warsztatów, do Hotelu Przystań docieramy nieco wcześniej niż potrzeba. Deszcz leje, z pensjonatu się wymeldowaliśmy, nie ma co robić. Możemy zatem niespiesznie się przygotować. Najpierw jednak dzwonimy po dziewczyny z firmy eventowej i sprawdzamy salę. I znowu mały smuteczek – poprzednim razem miałam tu salę z pięknym, ogromnym widokiem na jezioro i łódki, a teraz – typową salę konferencyjną bez okien. Nie lubię takich, ale cóż, działamy!
Rozkładanie idzie nam sprawnie, bo to trzeci z kolei taki sam warsztat dla tej samej firmy. Mamy dla niej w sumie 5 eventów, prawie pod rząd. Mąż więc już dobrze wie, co gdzie trzeba położyć i w jakiej ilości, a jak nie pamięta, to tylko słyszę co jakiś czas – co teraz? I tak schodzi nam z tym około 1,5-godziny, ale w końcu wszystko jest na swoim miejscu. Ja zostaję na placu boju, a mąż ma wolne – idzie do hotelowej restauracji napisać artykuł.
A potem po prostu płynę. Przepływam przez wydarzenia. A przynajmniej tak mi się zawsze wydaje. Zamieniam się mojego normalnego ja, w moje profesjonalne ja. I jest ono ze mną podczas ogólnego spotkania ze wszystkimi paniami (potem część idzie na salsę, a część pozostaje ze mną), podczas moich warsztatów i kiedy żegnam się z uczestniczkami, które mi dziękują, cieszą się, tak miło chwalą, a nawet obejmują i całują!
Po warsztacie wraca mąż i sprzątamy razem ten artystyczny rozgardiasz. Zajmuje to około godziny, ale salę trzeba przywrócić do stanu początkowego. Mąż w między czasie zachwala restaurację hotelową, idziemy więc do niej, bo obojgu nam należy się dobry obiad (czy tam już kolacja). Pięknie tu. Klimatycznie i romantycznie. Szczególnie urzekła mnie zupa krem z podwędzanego ziemniaka podawana z krewetką, w słoiku, z którego unosi się wędzalniczy dym. Magia 🙂
Ale to nie koniec wieczoru. Wsiadamy bowiem w samochód i ruszamy w drogę. Do Władysławowa mamy 2,5 godziny jazdy, czas więc na nas.
Docieramy znowuż po 22 i co się okazuje? Zamiast pięknego, wielkiego widoku na port bałtycki mam małe boczne okienko, z którego trochę coś tam widać tego morza. Chyba jakieś wyjazdowe fatum widokowe nas dopadło! Żal mi bardzo, ale nie da się nic zrobić. Padamy…
DZIEŃ III – warsztaty we Władysławowie
Tym razem budzi nas cudowna pogoda! I przynajmniej jedząc śniadanie możemy podziwiać zacumowane w porcie kutry. Bajka! Zaraz potem lecimy na plażę. Mąż wskakuje do morza, ja cieszę się tak intensywnym kolorem nieba, jakiego dawno nie widziałam.
A potem – powtórka z wczoraj. Te same, dobrze już znane organizatorki i bardzo klimatyczna tym razem salka z okrągłymi stołami w hotelu Gwiazda Morza. Rozkładamy się, mąż wraca do pensjonatu z zamiarem pobiegania po plaży, a ja znowu wchodzę w to moje drugie ja. I płynę. Nadmorsko płynę przez ten dzień, który mija ekspresowo. Jak zawsze. Znowu sprzątamy, znowu się składamy i wracamy do naszego portu. Mają ponoć dobrą restaurację, trzeba wypróbować. I faktycznie – jest smacznie, regionalnie i solidnie. Ale to nie koniec dnia. Port tak kusi, że wybieramy się na falochron, na wieczorny spacer do latarni, do pełnego morza. A potem wskakujemy pod kołdrę i puszczamy sobie Przyjaciół. Znowuż padnięci. Idealne zakończenie tego dnia.
DZIEŃ IV – foki
Nie byłam jeszcze na Helu. Skoro więc jesteśmy we Władysławowie, nie możemy ot tak zwyczajnie wrócić na to nasze dalekie południe. Ruszamy w drogę zobaczyć helskie fokarium, które marzy mi się od dawna. Tylko jeszcze skoczę na portowy falochron i popstrykam zdjęcia tej niezwykłej symetrii, która ukazuje się na jakże spokojnym dzisiaj morzu! Sama tym razem, ciesząc się każdą sekundą tej mojej chwili.
O tej porze roku droga wzdłuż Półwyspu Helskiego jest spokojna. Pogoda niczym na wiosnę, niebo bezchmurne. Co chwilę wyłania się woda. Potem las, jakiś wybitnie bajkowy. Słońce prześwituje przez bałtyckie sosny, piasek z wydm wdziera się na drogę, krzaki borówek wyglądają jakby zaraz miały owocować. Docieramy do Helu, w którym urzekają mnie stare, rybackie zabudowania. Zupełnie o nich nie widziałam.
I te foki! Takie kochane! Śmieję się jak dziecko za każdym razem, kiedy któraś z nich obok mnie przepływa!
Nie bawimy tam długo, przed nami długi powrót. Docieramy do domu późnym wieczorem. Czaka na nas tu już moja siostra, która przywiozła dziecko i psa. Można odetchnąć.
Czytałam niedawno takie piękne zdanie. Po angielsku brzmi ładniej, ale przetłumaczę je tak:
opuszczenie domu i bezpieczny do niego powrót to jakże niedoceniane błogosławieństwo.
Na ostatnie warsztaty do Karpacza wybrałam się z mężem i córką. Pierwszy raz w takim składzie. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i nieco przedłużyć pobyt w ramach górskich ferii.
Przy okazji zapraszam na stronę moich warsztatów >> Lili Garden
a po więcej na wyróżnione story „Warsztaty” na >> Instagramie
W dniu warsztatowym miałam więc do pomocy niezłą drużynę. Oboje pomogli mi wszystko rozłożyć, a wierzcie mi – sporo mam zawsze wszystkiego! Zwłaszcza, że miałam też dużą, 40-osobowa grupę. Potem tata z córką udali się do parku wodnego i na tor saneczkowy, a ja zajęłam się warsztatami. Wrócili do mnie na wielkie sprzątanie i już – mieliśmy chwilę wakacji!
Pięknie jest w Karpaczu! Pięknie w całych Sudetach. A już najpiękniej na szlaku górskim! Karkonosze mieliśmy na wyciągnięcie ręki! Jeden więc dzień spędziliśmy włócząc się po karkonoskich szlakach. Męża puściłyśmy na wolność i wypruł przodem robiąc wielką pętlę i zahaczając przy tym o Śnieżkę. A my wspinałyśmy się w miarę możliwości mojej Róży.
I chyba nie ma co więcej pisać. Pogoda trafiła nam się bajeczna, widoki zapierały dech i nawet nieco śniegu było!
Wrzucam Wam więc trochę karkonoskiego słońca i górskiej energii!