KategoriePrzepisy na kosmetyki

Rozjaśniające umysł pachnące zawieszki do samochodu

Jak tam stoicie z prezentami? Macie już wszystkie? A może brakuje Wam pomysłów na coś niedużego, ale od serca, dla kogoś bardzo bliskiego? Na coś cudownie praktycznego, a jednocześnie tworzonego z miłością i radością?

Spieszę z ratunkiem!

Mam dla Was pomysł na idealny prezent dla każdego kierowcy! A już na pewno dla takiego, który czasem wybiera się w dalsze trasy!

Wykorzystamy dzisiaj moc olejków eterycznych, moc aromaterapii i stworzymy urocze zawieszki rozjaśniające umysł w czasie jazdy samochodem, wzmagające koncentrację, dodające energii i pobudzające!



Jak to działa?

Ja zrobiłam serduszka i księżyce – jeden wisi od jakiegoś czasu u mnie w samochodzie. Ale kształt zawieszek zależy od Waszej fantazji. Jest to po prostu masa solna, czyli coś naprawdę prostego, ale może pokusicie się o nieco trudniejsze zawieszki gliniane czy ceramiczne? Chodzi o to, że mają one stać się nośnikiem dla olejków eterycznych!

Taką zawieszkę zawieszamy na lusterku w samochodzie. Ma tam się kiwać i się bujać i pięknie wyglądać. A kiedy ruszamy w trasę, sięgamy po tę niebieską buteleczkę i nakładamy dobrych kilka kropelek naszego magicznego olejku na zawieszkę. On w nią wsiąka, ale kiedy tak ta się kiwa i buja, to rozprowadza tenże olejek po całym samochodzie, uwalniając jego moce.

W buteleczce znajduje się mieszanina olejków, które cudownie sprawdzają się w podróży. Poniżej znajdziecie przepis na moją mieszankę, ale możecie także po prostu zakupić olejki osobno, podarować je jako pełne buteleczki i stosować samodzielnie lub mieszać w trakcie nakładania na zawieszkę. Warto znaleźć taką kompozycję, która jednocześnie działa pobudzająco i bardzo nam się podoba!



Sięgnijcie tutaj po następujące olejki:

  • rozmaryn – to ten najważniejszy i najpopularniejszy. Rozjaśnia umysł, stymuluje pracę mózgu i znacząco wzmaga koncentrację. Ma charakterystyczny zapach, który trzeba polubić, ale naprawdę warto! Jest silnym antyseptykiem i wzmaga odporność, działa też przeciwwirusowo (jak wiele innych olejków), co jest niezwykle ważne w tych czasach.
  • miętowy – działa pobudzająco i orzeźwiająco.
  • bazylia – ma podobne działanie do rozmarynu, a jednocześnie działa rozluźniająco i antystresowo.
  • cytrusy – cudownie, niemal magicznie dodają energii i chęci do działania. Pobudzają i zamieniają znużenie w konstruktywne, pozytywne nastawienie. Są silnymi antydepresantami, poprawią nastrój, redukują stres. A co ważne – w zasadzie wszyscy lubią te zapachy, są też bardzo bezpieczne, doskonale więc uzupełnią nasze stymulujące mieszanki. Stawiamy tu zwłaszcza na
    • pomarańczę
    • cytrynę
    • mandarynkę
    • grejpfrut
    • limonkę
  • eukaliptus – olejek o trudnym zapachu, kojarzonym raczej z udrażnianiem górnych dróg oddechowych, ale pomaga także przezwyciężyć zmęczenie psychiczne i naturalne w jego konsekwencji spowolnienie w ruchach i myślach. Pozwala zachować czujność na drodze.


UWAGA Przy używaniu naszej mieszaniny olejków pamiętajcie o kilku ważnych zasadach. Olejek nakładamy na zawieszkę, około 10 kropelek, natomiast nigdy nie na skórę. Ewentualnie można nałożyć go w niewielkich ilościach na inne elementy wnętrza samochodu. Kiedy przestajemy go czuć, można dołożyć kolejne kropelki.

Mieszanki nie stosujemy, jeżeli przewozimy dzieci poniżej 3 roku życia. W przypadku obecności starszych, stosujemy ją z dużym umiarem. Warto także wstrzymać się w obecności kobiet w ciąży.

Jeżeli zapach mieszaniny wydaje Wam się nieprzyjemny, a wręcz rozdrażniający – nie używajcie go. Nie ma co się męczyć, organizm jasno wyraził swój sprzeciw. Polecam wtedy próbować olejków pojedynczo i mieszać te zapachy, które sprawiają Wam przyjemność, a jednocześnie działają stymulująco.

Jeżeli olejek Wam się wyleje w samochodzie, wyjdźcie z niego i pozostawcie otwarte okna. Choć jeszcze długo będzie pachniało 🙂

Niemniej jednak – bardzo polecam!



Moja aromaterapeutyczna mieszanka do samochodu


na buteleczkę 10 ml

  • 3 ml olejku rozmarynowego
  • 2 ml olejku pomarańczowego
  • 2 ml olejku grejpfrutowego
  • 2 ml olejku limonkowego
  • 1 ml olejku bazyliowego

Olejki przelewamy do buteleczki, lekko nią zakręcamy, aby się wszystko połączyło. Buteleczkę przechowujemy w ciemnym, nie gorącym miejscu.


Zawieszki z masy solnej

  • pół szklanki mąki
  • pół szklanki soli
  • nieduża ilość wody
  • polecam towarzystwo dziecka, które chętnie zajmie się nadmiarem masy

W misce łączymy mąkę i sól i dodajemy po trochu nieduże ilości wody. Ugniatamy ciasto, aż stanie się elastyczne. Ciasto rozwałkowujemy na grubość około 3-4 mm i wykrawamy z niego ulubione kształty za pomocą foremek do pierników. Nie zapominamy o dziurkach – moje wykroiłam papierowymi rurkami.

Kształty przekładamy na blachę wyłożona papierem do pieczenia i wkładamy do piekarnika nagrzanego na 50-60 stopni. Dobrze, aby posiedziały w nim dobrych kilka godzin. Co jakiś czas, warto je obrócić na drugą stronę – zdarza się, choć mi się teraz nie zdarzyło, że zawijają się końce kształtów.

Gotowe zawieszki możemy delikatnie udekorować np. pisakiem lub farbkami, pozostawiając wolną dolną połowę na aplikacje olejku.

Wybrane zawieszki z olejkiem lub olejkami pakujemy jak najpiękniejszy zestaw prezentowy.


Kremowe ciasteczka kąpielowe

Co powiecie na pachnącą kąpiel, która zadziała jak łagodzący plaster na naszą zimową,wymagającą, szorstką i poszarzałą skórę? Jednocześnie ukoi zmysły i ciało. Bajka? Nie! Zrobimy dzisiaj bowiem świąteczne kremowe ciasteczka do kąpieli!

Przyznajcie, że wyglądają apetycznie! Bo nie tylko pierniczki można teraz tworzyć i dekorować! Takie kąpielowe ciasteczka tym bardziej!



Co to jest dokładnie? Po angielsku nazywają to bath melts czyli dodatki kąpielowe składające się z odżywczych masełek, które roztapiają się pod wpływem ciepła wody zamieniając kąpiel w prawdziwie odżywczy i aromaterapeutyczny zabieg! Są nośnikami olejków eterycznych oraz prawdziwą bombą nawilżająco-pielęgnacyjną.

Warto tylko uważać, aby nie dodawać do kąpieli za dużo takich dodatków, bo woda stanie się po prostu zbyt tłusta. Masełka w dużej ilości będą się osadzać na skórze i wannie, co nie jest przyjemne i ciężko potem siebie i tęże wannę domyć. Dodajemy więc naszych ciasteczek naprawdę nie dużo – na jedną kąpiel 1/4-1/3 takich krążków i cieszymy się kąpielą!



Ciasteczka są dwukolorowe, dzięki naturalnym składnikom, które same w sobie mają silne właściwości pielęgnacyjne. I tak – odżywczą kąpiel morską zapewni nam dodatek zielonej spiruliny! Tutaj wykorzystałam spirulinę Rosa. Panna Poranna, o której pisze twórczyni markie: Spirulina Platensis to szmaragdowozielona mikroalga, posiadająca wspaniałe właściwości. Jest najbardziej niezwykłą rośliną odżywczą, jaka została odkryta przez człowieka. Bogata w wiele cennych składników była ceniona już przez Rzymian. Obecnie nazywana jest „mlekiem Matki Ziemi” ze względu na bardzo duże stężenie kwasu  gamma-linolenowego (GLA). Jest także bogatym źródłem witamin z grupy B oraz witamin, A, E i minerałów potas, wapń, magnez, cynk, selen, fosfor.



Natomiast do tych pierniczkowo-ciemniejszych ciasteczek wykorzystałam czerwoną glinkę z Ecoflores, o której tak wyczytamy na stronie: swój kolor zawdzięcza dużej zawartości tlenku żelaza. Jest doskonałą propozycją dla osób borykających się  z pękającymi naczynkami krwionośnymi, trądzikiem różowatym czy wrażliwością skóry objawiającą się zaczerwieniem i rozszerzeniem naczynek.  Glinka czerwona ma właściwości oczyszczające, łagodzące i pielęgnacyjne. Doskonale usuwa ze skóry zanieczyszczenia i nadmiar sebum. Jest polecana osobom o cerze wrażliwej ale również skłonnej do zanieczyszczeń. Sprawia, że skóra staje się gładka, oczyszczona i odświeżona.

Oczywiście w kąpieli nie będą to znaczące ilości pielęgnacyjne, ale zawsze warto o ten dodatkowy aspekt zadbać!

Dodam jeszcze, że moje ciasteczka mają relaksująco-energetyczny zapach, co oznacza, że po kąpieli z nimi wyjdziecie cudownie odświeżeni z przepełnionym radością umysłem! Znajduje się w nich bowiem olejek lawendowy i pomarańczowy! Pachną cudownie!



Kremowe ciasteczka kąpielowe


Składniki / na 12 sztuk (6 zielonych, 6 brązowych):

Warstwa brązowa z glinką

  • 50 g masła shea rafinowanego
  • 15 g wosku pszczelego bielonego
  • 1 łyżeczka czerwonej glinki / ok. 4 g (Ecoflores)
  • 1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej / ok. 5 g
  • 30 kropelek olejku pomarańczowego

Warstwa zielona ze spiruliną

  • 50 g masła shea rafinowanego
  • 15 g wosku pszczelego bielonego
  • 1 łyżeczka spiruliny/ ok. 2 g (Rosa. Panna Poranna)
  • 1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej / ok. 5 g
  • 30 kropelek olejku pomarańczowego

Warstwa biała

  • 150 g masła shea rafinowanego
  • 45 g wosku pszczelego bielonego
  • 2 łyżeczki skrobi ziemniaczanej / ok. 10 g
  • 30 kropelek olejku pomarańczowego
  • 60 kropelek olejku lawendowego

Opcjonalnie – cukrowe posypki do dekoracji. Moje Sprinkles Holly Mix i Gingerbread Boy marki Wilton.

Foremki silikonowe na muffinki.



Rozkładamy 12 foremek silikonowych. W zlewce lub ceramicznym kubeczku roztapiamy masło shea i wosk na warstwę brązową (w kąpieli wodnej lub mikrofali). Kiedy będą płynne, dosypujemy skrobię i glinkę, dolewamy olejek eteryczny i dokładnie mieszamy tak, aby nie było grudek. Przelewamy po równo do 6 foremek.

Tak samo robimy z warstwą zieloną – tylko zamiast glinki dodajemy spirulinę i rozlewamy do pozostałych foremek. Odkładamy je na 20 minut, aż lekko zastygną.

W między czasie roztapiamy masło shea i wosk na warstwę białą, dodajemy olejki eteryczne i skrobię, mieszamy i odkładamy do lodówki – musi lekko ostygnąć, aby nie rozpuścić kolorowych warstw. Będzie gotowe, kiedy od spodu zacznie lekko mętnieć, czyli zastygać. Można też leciutko je dotknąć – powinno mieć temperaturę pokojową.

Kiedy warstwy kolorowe lekko stwardnieją, nożykiem lub patyczkiem drewnianym rysujemy delikatnie na ich powierzchni kilka poziomych i pionowych linii. Dzięki temu dobrze połączą nam się z warstwą białą. Tę ostatnią wylewamy po równo do foremek i odstawiamy na godzinę do stwardnienia. Przed wyciągnięciem z foremek warto włożyć je na chwilę do lodówki.

Gotowe ciasteczka możemy ozdobić posypkami cukrowymi. Aby to zrobić podgrzewamy leciutko zapalniczką miejsce, które chcemy udekorować, aż masełka się roztopią, tworząc swoisty klej. Przykładamy w to miejsce posypkę i dociskamy. Po chwili będzie się dobrze trzymać.

Ciasteczka najlepiej podarować i przechowywać w szczelnym słoiku – dbamy o to, aby nie dostała się do nich w łazience wilgoć.

Do wanny z ciepłą wodą wrzucamy 1/3-1/4 takiego ciasteczka.



Na koniec same nasze tegoroczne pierniczki!


Czekoladowo-pomarańczowe mleczko do kąpieli

To jedne z tych pomysłów z cyklu o-jeju-jakie-to-proste, a jednocześnie o- -jeju-jakie-to-super! To jeden z tych pomysłów, które zrobicie sami w chwilkę, abo z dziećmi podczas zabawy, albo nawet dzieci mogą zrobić same dla swoich przyjaciół.

A jak już zrobicie to… znowuż – o jeju! Jaka to przyjemna czekoladowo-mleczna kąpiel o energetyzującym zapachu pomarańczy!

Takie bowiem połączenie mleka i kakao wraz z olejkiem morelowym ma cudowne właściwości pielęgnacyjne dla skóry. Odżywia ją, koi i regeneruje. Różowa sól himalajska, która tutaj wygląda jak małe landrynki, cudownie sprawdza się jako sól do kąpieli, a olejek pomarańczowy orzeźwia, koi nerwy i dodaje energii.

No, a poza tym, przyznajcie – czyż nie są to urocze świąteczne prezenty? A już na pewno – genialne umilacze okresu gwiazdkowych przygotowań 🙂


Czekoladowo-pomarańczowe mleczko do kąpieli


Składniki:

  • 200 g mleka w proszku
  • 30 g dobrego ciemnego kakao
  • 250 g różowej soli himalajskiej
  • 2 łyżki oleju z pestek moreli (lub innego ulubionego)
  • 40 kropelek olejku pomarańczowego

W misce mieszamy mleko w proszku z kakao, tak, aby było jak najmniej grudek. W osobnej miseczce mieszamy sól, olej i olejek pomarańczowy. Do czystego, szklanego pojemniczka (buteleczki, słoika) przekładamy obie mieszaniny – 2/3 pojemniczka mleka i 1/3 pojemnika soli.

Taka ilość wystarczy na 3-4 kąpiele. A także na 3 szklane buteleczki ze zdjęć, które znalazłam w sklepie Tedi. Spokojnie jednak możecie tutaj wykorzystać słoiczki na przykład po konfiturach lub pojemniczki kosmetyczne.

Kosmetyk może stać długo pod warunkiem, że do środka nie dostanie się wilgoć, a przygotowany został w higienicznych warunkach. Niemniej jednak polecam kierować się tutaj datą do spożycia mleka w proszku. Uprzedzam też, że nadmiar olejku z soli może lekko przenikać w mleczko, tworząc ciemniejsze jakby plamki, ale to nic nie szkodzi.

Przed użyciem można wymieszać sól z mleczkiem.


Mydełka agatowe

Kamienie? Plastry agatów? Nie – mydła agatowe!

Czyli zapraszam dzisiaj na kolejny przepis i obrazkową instrukcję na jakże oryginalne mydełka! Nieco wyobraźni, chwila czasu, otwarty umysł i porządna dawka kreatywnej chęci tworzenia – i gotowe! Wyczarujemy kamienie z mydła! Z drobnymi kryształkami, które podczas mycia cudownie pobłyskują i sprawiają, że każda kąpiel staje się magicznym przeżyciem.

To co? Zrobicie ze mną takie mydlane plasterki agatów?



Wierzcie mi, to naprawdę nie jest trudne. A wręcz taka zabawa okrutnie wciąga! I chciałoby się tak lać te warstwy kolejne i lać. Wystarczy tylko wczuć się w technikę, a zaraz odkrywamy, że zaczynamy rozumieć tę mydlaną masę, jej potrzeby i wymagania. I nagle wszystko staje się jasne. Wiemy jaką musi mieć temperaturę, jaką gęstość, aby dobrze się rozlewało. Trzeba tylko zacząć!

Dzisiejsze agaty nie są moim autorskim pomysłem – to jedynie moja jego wersja czy interpretacja. Natknęłam się na nie na Youtubie – tutaj -i od razu wiedziałam, że takie zrobię! Nieco inaczej, po swojemu, ale mają wyjść agaty. Przy pierwszych, tych niebieskich, bardzo się starałam, aby wyszło wszystko równo. I co? I wygląda nienaturalnie! Nie ma więc co się specjalnie starać czy wysilać. Im dziwniejsze kształty, im więcej nierówności i wypukłości, tym efekt prawdziwszy. Natura w końcu idealna nie jest. Albo inaczej – jest idealna w swojej różnorodności.



Mydełka agatowe


Składniki:

Celowo nie podają gramatur – nie mają tutaj najmniejszego sensu. Każde mydełko jest inne, każda warstwa inna – musimy kierować się wyobraźnią i starać się na oko oszacować ilość niezbędnych składników, dopasowując je do naszego zamysłu czy foremki.

  • baza mydlana biała – użyłam Forbury Direct Goat’s Milk/Kozie Mleko
  • baza mydlana przeźroczysta – Forbury Direct Delicate Clear
  • peeling cynamonowy (ewentualnie zmielony cynamon)
  • miki błyszczące i kolorowe
  • zapachy do mydeł (użyłam zapachów Johnny i Amalia o przyjemnym męskim aromacie)
  • można wykorzystać także barwniki do mydeł
  • karton po mleku, taśma klejąca
  • opcjonalnie – alkohol izopropylowy do pozbywania się bąbelków z poszczególnych warstw

Po składniki odsyłam Was do sklepu ZróbMydełko – znajdziecie tam wszystko, czego potrzeba do tworzenia mydeł!



Gotowi? To zabieramy się do pracy! Przygotujcie najpierw pusty karton po mleku, który zamienimy w prostą formę. Wystarczy przeciąć go nożyczkami tak, aby stworzyć prostokątną foremkę o głębokości około 2 centymetrów. Posłuży nam ona do stworzenia kamiennej bazy czyli okrągłej ramy mydełka.



Nasza rama będzie się składała z dwóch warstw – jednej cynamonowej, imitującej skałę, drugiej białej, która ostatecznie stanie się wnętrzem agatowej bazy.

Białą bazę mydlaną kroimy na mniejsze kosteczki i przekładami do zlewki/kubka/ceramicznej miseczki. Ilość ustalamy oczywiście „na oko” – potrzeba nam wypełnić foremkę niezbyt grubą warstwą mydła i jeszcze drugie tyle – posłuży nam ona za klej (o tym później), a i będzie mogła z niej powstać jedna z kolejnych warstw. Kosteczki mydlane roztapiamy w kąpieli wodnej lub mikrofali. Ja zawsze wybieram to drugie rozwiązanie, bo jest ekspresowe. A wręcz trzeba uważać, bo mydełka roztapiają się bardzo szybko, a jak będą w mikrofali za długo, zaczną się gotować, a tego nie chcemy. Baza ma się tylko roztopić.

Płynną bazę wyciągamy z mikrofali, dodajemy do niej według uznania 1-2 łyżeczki peelingu z cynamonu i całość dokładnie mieszamy. Mydło wylewamy na foremkę tak, aby równomiernie ją pokryło. Warstwę możemy lekko spryskać alkoholem izopropylowym, który zapobiega powstawaniu bąbelków.



Teraz czekamy cierpliwie, aż warstwa zastygnie, ale wciąż będzie lekko ciepła (a dzięki temu plastyczna). W między czasie przygotowujemy kolejną, białą warstwę. Znowuż roztapiamy nieco więcej mydła, z myślą o kolejnych warstwach. Do płynnego dodajemy zapach – ilość według uznania (wlejcie nieco, zamieszajcie i sprawdźcie, czy pachnie wystarczająco intensywnie). Kiedy warstwa cynamonowa nieco zastygnie, patyczkiem lub wykałaczką rysujemy na niej trochę rys, które sprawią, że kolejna warstwa lepiej się do niej przyklei.

Sprawdzamy, czy nasze białe roztopione mydło nie jest za gorące, jeśli bowiem takie będzie, rozpuści dolną warstwę i lekko się wymieszają, zamiast stworzyć osobne kolory. Mam tutaj naprawdę dobry sposób – wystarczy sprawdzić na skórze – palcem lub na dłoni. Jeżeli mamy wrażenie, że nas trochę parzy, odczekujemy chwilę. Mydło ma mieć temperaturę ciepłą, ale neutralną dla skóry, pokojową. Może też odrobinę zgęstnieć. Takie mydło wylewamy na poprzednią warstwę – ma ją całą pokryć na około 2-3 mm. I znowuż – czekamy aż całość stwardnieje, ale wciąż będzie leciutko ciepła, a przez to – plastyczna.



Kiedy całość stwardnieje, wyciągamy nasz plaster z foremki i powolnymi ruchami zaokrąglamy go, aż powstanie mydlany rulon. Wcześniej roztopioną bazę mydlaną z cynamonem znowuż delikatnie podgrzewamy, aby stała się płynna i sklejamy nią łączenie rulonu, cały czas lekko dociskając go palcami. Nie żałujemy płynnego mydełka, aby całość dobrze się skleiła. Jego nadmiar możemy potem wyrównać nożem.



Dno naszego mydlanego rulonu zalepiamy taśmą klejącą. Nie musi się trzymać idealnie – zapewne coś niecoś z pierwszej wylanej tam warstwy mydlanej się rozleje, ale jednocześnie zatka nam ewentualne dziury. Na końcu znowuż możemy całość wyrównać nożykiem, aby nic zbędnego nie było widoczne.

Przygotowujemy bazę mydlaną na nasze dalsze warstwy. Do roztopionego mydła dodajemy według uznania barwniki lub miki (sama polecam bardzo kolorowe miki) oraz każdorazowo wybrany zapach. Całość dokładnie mieszamy. Tutaj wybrałam mikę w kolorze róż i złotą. Pozostałe warstwy są takie jak nasz rulon – cynamonowe i białe. Możecie jednak eksperymentować do woli – z kolorami i grubością poszczególnych warstw.



Aby stworzyć warstwy wlewamy do naszego rulony niewielką ilość wybranej roztopionej bazy z kolorem i zapachem (jeśli będzie za mało, zawsze może ją znowu podgrzać i dolać). Jej temperatura znowuż nie może być za gorąca – sprawdzamy na dłoni, jeżeli jest pokojowa, a całość lekko zgęstniała, możemy wlewać do rulonu.

Mamy dwa sposoby tworzenia warstw. Pierwszy polega na powolnym, spokojnym obracaniu rulonu pod niewielkim kątem – dzięki temu mydło powoli rozlewa się po ściankach rulonu. Zawsze trochę się wyleje, kiedy chcemy, aby mydełko objęło cały rulon i doszło do krawędzi, ale to nie szkodzi. I tak, aż wszystko osadzi się na ściankach. Drugi sposób polega na malowaniu pędzelkiem ścian rulonu. Tak samo – wlewamy trochę roztopionej bazy i znowuż powoli kręcąc rulonem, równomiernie rozprowadzamy mydełko pędzelkiem po ściankach. Na koniec zbieramy łyżeczką lub patyczkiem to, co pozostało na dnie, przyklejone do taśmy.



Tu na zdjęciu widać, jak wygląda wnętrze rulonu po rozprowadzeniu złotej warstwy, a po prawej stronie – na sam koniec, kiedy wszystkie warstwy są już gotowe. Zostawiamy bowiem specjalny otwór na nasze małe mydlane kryształki. Pamiętajcie – bawimy się zarówno ilością, jak i grubością czy kolejnością warstw.



Do stworzenia mydlanych kryształków potrzebujemy niedużą ilość przeźroczystej bazy mydlanej, którą kroimy na drobną kosteczkę. Całość przekładamy do miseczki lub woreczka, wsypujemy nieco srebrnej, błyszczącej miki lub brokatu i mieszamy wszystko, aby mika oblepiła kosteczki.

W osobnej zlewce lub kubeczku roztapiamy niewielką ilość przeźroczystej bazy. Do rulonu wsadzamy mydlane kryształki – najpierw mniej więcej do 1/3 wysokości mydła i powoli, łyżeczką zalewamy je płynną bazą w temperaturze pokojowej. Dokładamy kolejne i ponownie je zalewamy. Ostatnią warstwę kryształków zalewamy bazą, aż do górnej krawędzi rulonu.



Mydełko odstawiamy na godzinę do stwardnienia. Po tym czasie odklejamy taśmę, odkrawamy brzegi rulonu dużym nożem i ewentualnie wyrównujemy ścianki nożykiem, ściągając z nich to, co się w miedzy czasie na nie wylało. Tak przygotowany mydło kroimy na mniejsze mydełka. I gotowe!


Letni olejek uspokajający czyli ogrodowy balsam dla duszy

Oto i kolejny sposób na zatrzymanie lata!

Przez te kilka lat pokazywałam Wam już podobne olejki. Maceraty tworzę sobie od dawna, na różne potrzeby. Tym razem jednak zainspirował mnie mój własny ogród i postanowiłam stworzyć taką letnią wersję kojącego balsamu dla duszy!

Powstał olejek o cudownym zapachu. Lekko lawendowym, ale ze świeżą ziołową nutą. I doprawdy mam wrażenie, jakby wtopiło się w niego lato! Już samo to powinno podziałać na Was kojąco, kiedy nadejdą jesienie i zimy.



Niemniej jednak w głównej mierze chodzi tutaj o kojące i uspokajające działanie olejków eterycznych – tych, które do olejku dodałam i tych, które on sam sobie wyciągnął z roślin. Olejek pomaga wyłączyć się ze stresujących sytuacji, łagodzi zmęczony umysł, pozwala uspokoić się i zasnąć, jednocześnie dodając witalnej energii. Po prostu – balsam dla duszy!

Do tego zapach ma tak uniwersalny, że z pewnością polubią go i panowie i panie. Jeżeli więc tęsknicie za spokojnymi wieczorami i spokojnym snem, zróbcie go koniecznie. W wersji dla najmniejszych maluszków polecam pozostać jedynie przy lawendzie. Starszym dzieciom możemy już nasz olejek aplikować w czasie trudniejszych dni czy niespokojnych nocy.

Idealnym pojemniczkiem na olejek jest szklana butelka z roll-onem. Nie stosujemy go bowiem dużo. Jest bardzo intensywny i wydajny. Wystarczy wmasować kilka kropel (lub takie roll-onowe maźnięcie) w nadgarstki lub odrobinę za uszy – jak perfumy. Zapach i zawarte w nim olejki eteryczne będą się wokół nas unosić i rozpoczną swoją kojącą magię.



Letni olejek uspokajający czy ogrodowy balsam dla duszy


Mój olejek zrobiłam od razu w buteleczce z roll-onem – po pierwsze dlatego, że ładnie prezentuje się wtedy na zdjęciach, po drugie – można wtedy stosować olejek już podczas macerowania, co przydało mi się kilak razy. Polecam jednak wybrać po prostu słoik – jest znacznie praktyczniejszy. Zwłaszcza, że olejek tak czy siak, trzeba po dwóch tygodniach zlać, przecedzić i wlać do finalnej buteleczki. Dzięki temu nie zepsuje się za szybko i spokojnie wykorzystamy go w zimowe trudne wieczory.

W przypadku naszego olejku proporcje oleju do świeżych roślin, które tu wykorzystujemy powinny być 1:1. Rośliny muszą swobodnie pływać w oleju i być dokładnie nim zakryte. Pamiętamy też, że taką buteleczką lub słojem codziennie wstrząsamy, aby mieć pewność, że olej obleka każdą z roślin i nie narażamy jej na zepsucie.

Do mojego olejku zebrałam kwiaty lawendy, gałązki tymianku, kwiaty macierzanki i zwieńczyłam całość kwiatem czarnuszki. Możecie mieszać te roślinki w dowolny sposób. Warto też dodać igły rozmarynu, który świetnie rozjaśnia umysł i wzmaga koncentrację.

Jako bazę olejową wybrałam tym razem frakcjonowany olej kokosowy, ze względu na to, że praktycznie od razu się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy – jest to tzw. olejek suchy. Z łatwiej dostępnych olejów najlepiej sięgnąć po olej słonecznikowy lub z pestek winogron.



Suche rośliny zalewamy podgrzanym do około 40 stopni olejem – jak wspominałam powyżej w proporcji 1:1 . Dzięki temu mamy większą pewność, że rośliny nam się w trakcie macerowania nie zepsują, zachowując jednocześnie ich olejki eteryczne, które ulatniają się w wysokiej temperaturze. Olejek odstawiamy na dwa tygodnie, codziennie nim wstrząsając. Po tym czasie przecedzamy go przez gazę lub ręcznik papierowy i przelewamy do buteleczki z roll-onem.

Do buteleczki, która ma 60 ml dolewamy 30 kropelek olejku lawendowego i 10 kropelek olejku neroli – z kwiatów gorzkiej pomarańczy i ponownie odstawiamy całość na jeden, a najlepiej na kilka dni. Jeżeli Wasze buteleczki będą miały inna pojemność, najlepiej zapamiętać, że na każde 5 ml oleju dodajemy około 3 kropelki olejku eterycznego. Olejek lawendowy jest łatwo dostępny, jeżeli macie trudności ze znalezieniem olejkiem neroli, możecie pozostać przy samej lawendzie lub dodać do niej olejek geranium lub bergamotkowy.

Po więcej informacji na temat tworzenia maceratów odsyłam Was na blog Ziołowej Wyspy – znajdziecie tam masę ciekawych i praktycznych porad.

Olejek stosujemy, jak opisywałam powyżej tj. kilka kropel lub maźnięcie roll-onem na nadgarstki lub za uszy. Według potrzeby – kiedy czujemy się znużeni, zestresowani, niespokojni. Kiedy nie możemy zasnąć lub mamy niespokojny sen. Kiedy potrzeba nam lata.

Olejek przechowujemy w suchym i ciemnym miejscu, ale wciąż pod ręką. Byłoby idealnie aby roll-on był z ciemnego szkła.

Ach, może jeszcze dodam na wszelki wypadek, że te kwiaty i roślinki wyglądają tak ładnie i kolorowo w olejku tylko na początku. Potem tracą barwę, ale wypełniają olejek swoimi właściwościami!


Cztery letnie hydrolaty i jedna genialna mgiełka DIY

Jestem ogromną miłośniczką hydrolatów. Wszelkich. Kosmetyków, które podarowała nam natura, a które możemy wykorzystywać na wszelakie sposoby. Wód kwiatowych wysyconych roślinnymi ekstraktami. Tym, co w danej roślinie najlepsze.

Jestem też ogromną miłośniczką lata. Celebruję je w pełni, każdego dnia, doświadczam wszystkimi zmysłami. Chcę się nim nasycić, na ile się da. Aby wystarczyło mi tej letniej energii na całe te lutowo-marcowe szarości.

I tak te moje pasje i zamiłowania łączą się idealnie, bo doprawdy nie ma nic lepszego latem niż dobra roślinna mgiełka!

Cóż nam lepiej i przyjemniej odświeży skórę w każdym momencie, kiedy tylko tego odświeżenia ona wymaga?



Trzymam te moje ulubione letnie hydrolaty i mgiełki zawsze pod ręką. Są i w łazience, i przy biurku, przy którym pracuję, czasem znajdę je także w kuchni, niekiedy zawędrują do salonu lub zakotwiczą w ogrodzie przy hamaku.

Czemu? Jeżeli jeszcze nie mieliście tej przyjemności doświadczania letniej mgiełki, to po prostu – zaufajcie mi. Sprawdźcie sobie nowy hydrolat lub stwórzcie naszą dzisiejszą genialną wodę (poniżej). A potem, kiedy upał zacznie Wam doskwierać, spryskajcie się po prostu taką mgiełką. Całą twarz. Albo i całe ciało. Bo czemu nie?

Wtedy doświadczycie tej magii! Wtedy zrozumiecie!



Spieszę więc z poleceniami moich ulubionych letnich hydrolatów! To OLEIQ – marka córka znanych nam dobrze kosmetyków Sylveco, całkiem niedawno wprowadziła na rynek taki idealnie letni zestaw. Mamy więc rośliny, które są po prostu są synonimem wakacyjnego orzeźwienia i ukojenia – aloes, werbenę, ogórek i miętę. Słoneczny kwartet!

Hydrolaty zamknięto w szklanych kobaltowych buteleczkach, z którymi tak pięknie korespondują etykiety w stylu dawnej apteki, opatrzone pięknymi botanicznymi rysunkami. Wiecie dobrze, jak bardzo takie lubię! Z resztą, pokazywałam Wam już całą ofertę marki, przy okazji sesji produktowej, którą jakiś czas temu dla niej robiłam. A spośród wszystkich tych produktów najchętniej wracam właśnie do hydrolatów. Zwłaszcza latem!

Który wybrać na początek? Trudna decyzja… Ale gdybym miała polecić jeden, który na pewno warto mieć przy sobie latem, postawiłabym na aloes! Z oczywistej przyczyny – aloes jest znanym remedium na poparzenia słoneczne. A nawet jeśli skóra nie jest za bardzo zaczerwieniona po wakacyjnych szaleństwach i tak na pewno prosi się o te odrobinę ukojenia. I aloes właśnie ją zapewnia. Łagodzi i regeneruje. Spryskajcie nim całe ciało lub zmieszajcie z jogurtem i taką mieszaninę nałóżcie na chwilę na skórę. Najlepsza kojąca maska!



Aloes znajdziecie także w hydrolacie z ogórka, który stanowi jakby połączenie ekstraktów aloesowych i ogórkowych. A przy tym pachnie jak świeży ogórek! A wiem, że sporo osób uwielbia ten zapach! „Hydrolat zawiera sok z ogórka, który posiada dużą wartość odżywczą oraz działa nawilżająco. Działa przeciwzapalnie, leczy wypryski a skóra po zastosowaniu staje się delikatna i gładka. Delikatni rozjaśnia przebarwienia. Sok z ogórka polecany jest do cery tłustej, szorstkiej i zmęczonej oraz wrażliwej z tendencją do wyprysków.” Mamy więc podwójne ukojenie o jakże ujmującym wakacyjnym zapachu!

Jeżeli natomiast w upalne dni ślęczycie długie godziny nad komputerami, zaopatrzcie się w miętę i werbenę! Na pierwsza pachnie wspaniale – energetycznie miętowo! Mięta ma działanie lekko pobudzające, więc nie tylko odświeży skórę, ale i pobudzi umysł do działania. Tak, że nawet w te gorące dni będzie nam łatwiej pracować. „Hydrolat przywraca równowagę skóry oraz usuwa oznaki zmęczenia. Cera pozostaje odświeżona i rozjaśniona. Doskonale radzi sobie z rozszerzonymi porami oraz reguluje wydzielanie sebum.

Równie orzeźwiające działanie ma werbena, chociaż muszę tutaj uprzedzić, że niestety nie posiada ona tego charakterystycznego werbenowego zapachu. Niestety nie wszystkie hydrolaty pachną tak, jak ich rośliny matki, ale nie zmienia to faktu, że wciąż posiadają wyjątkowe właściwości! „Werbena była ceniona już w starożytnościi. Przypisywano tej roślinie niezliczone własności lecznicze, znana jest również jako “zioło na każde zło”. Działa uspokajająco i uśmierzająco. Posiada własności przeciwzapalne i antybakteryjne oraz doskonale reguluje wydzielanie sebum. Skóra po zastosowaniu pozostaje nawilżona i odświeżona.

To który wybieracie? Wszystkie znajdziecie np. w Hebe lub na stronie Sylveco.

Ach, muszę tylko jeszcze uprzedzić, że hydrolaty zawierają konserwanty – sami już zdecydujcie, czy to Wam odpowiada czy wolicie inne, w pełni czyste.


A jeśli nie macie pod ręką akurat hydrolatu, polecam Wam bardzo, oj jak bardzo, ogrodową, magiczną wręcz mgiełkę, którą z łatwością zrobicie sami! Aby w pełni korzystać z lata i czerpać z natury, która obdarowuje nas swoimi cudownościami w naszych własnych ogródkach lub na okolicznych łąkach!

Przepis na tę mgiełkę wyobrażam sobie tak… W ciepłą letnią noc, kiedy księżyc jest w pełni lub do pełni właśnie wzrasta, kiedy odżywcze soki krążą najmocniej, a ziele wypełnia się kojąca mocą, zerwij kilka listków mięty i kilka kwiatów nagietka. Zalej je wodą z jurajskiego wywierzyska, które od wieków łączy zbłąkane serca kochanków. Miksturę odstaw na noc, aby czerpała z księżycowej energii. Wraz z brzaskiem zlej miętowo-nagietkową wodę do buteleczki i zużywaj wedle uznania w czasie godzin upalnych.

A jeśli wyobrażenia moje wydają się nazbyt skomplikowane, nic się nie martwcie! Po prostu wieczorem odwiedźcie ogródek, zerwijcie nieco listków mięty i kwiatów nagietka i faktycznie zalejcie je wodą, po czym odstawcie całość na noc. Nie róbcie takich wód na zapas, jedynie małe ilości, które zużyjecie podczas upalnego dnia. Ewentualnie – woda wytrzyma nieco dłużej, przechowywana oczywiście w lodówce.

Rano wystarczy taki wodny macerat przelać do buteleczki ze spryskiwaczem, a potem… wierzcie mi… będziecie się spryskiwać taką miętowa mgiełką co chwilę. Taka jest przyjemna!


Facebook