Za szybko mijają te dni najpiękniejsze rozkwitu bujnego i pełnego. Za szybko maj nam uciekła, a i czerwca zaraz zapewne nie będzie. Jak zatrzymać te beztroskie radości, te kolory naładowane słoneczną energią, te chwile zapomnienia i szczęśliwości?
Można na przykład zakląć je w woski pachnące? I ozdobić je majem!
I choć ja faktycznie w maju wybrałam się na poszukiwania kwiatów, to spokojnie przez całe lato możecie zbierać te najpiękniejsze! A jesienią kolorowe liście. I tak powstanie nam swoisty pamiętnik czasów dobra i ciepła.
Wybieramy się więc na okoliczne łąki i do ogródków, zbieramy po trochę kwiatów i zasuszamy je pomiędzy kartami grubych książek. Na książkach ustawiamy coś ciężkiego, aby rośliny dobrze nam się sprasowały i odstawiamy je w spokojne miejsce na 1-2 tygodni.
Kiedy dobrze się zasuszą, rozpoczynamy tworzenie woskowych obrazów!
Woski pachnące majem malowane
Składniki / 4-6 tabliczek woskowych podobnych do tych na zdjęciach
100 g wosku sojowego (polecam EcoSoya Q210 ze ZróbMydełko)
1 łyżka olejku ylang ylang (mój pięknie pachnący także ze ZróbMydełko)
zasuszone kwiaty
Do stworzenia wosków wykorzystałam specjalne silikonowe foremki, ale spokojnie możecie wykorzystać to, co macie pod ręką – foremki na muffinki lub choćby przycięte kartoniki po serach feta. Jeżeli chcielibyście takie woski potem powiesić, a Wasze foremki nie mają specjalnego otworu/dziurki, to możecie go wykonać samemu, np. wbijając przyciętą papierową rurkę do picia w taki świeżutko stwardniały wosk. Zostawiamy ją w nim, aż nieco bardziej całość stwardnieje i delikatnie wyciągamy.
Do aromatyzowania moich wosków wybrałam olejek ylang ylang o głębokim, mocnym, odurzającym wręcz zapachu egzotycznych kwiatów. Jego działanie określa się mianem euforycznego, jest też znanym afrodyzjakiem. Sama bardzo lubię ten zapach, choć znam osoby, którym nie odpowiada on w ogóle. Polecam go jednak do naszych wosków, bo fantastycznie komponuje się z feerią majowych suszonych kwiatów.
Wosk roztapiamy w szklanej zlewce lub ceramicznej miseczce w kąpieli wodnej. Kiedy będzie płynny, ściągamy go z ognia i dolewamy olejek. Całość mieszamy i przelewamy do foremek. Odczekujemy chwilę, aż wosk lekko stwardnieje – stanie się gęstszy, bielszy, a powierzchnia delikatnie zastygnie. Dopiero wtedy układamy na nim kwiaty według uznania. Nie trzeba się bardzo spieszyć, wosk jeszcze dłuższą chwilę będzie „lepki”, a roślinki można ewentualnie lekko dociskać wykałaczkami.
Ozdobione woski pozostawiamy na kilka godzin, a najlepiej na całą noc i wyciągam z foremek. Wieszamy je w szafach, wkładamy do szuflad lub rozkruszamy i roztapiamy w kominku zapachowym.
Czy Wy też tak lubicie to, jak węgiel działa na skórę? Sama jestem fanką węgla w kosmetykach od dawna! Stworzyłam więc dzisiaj nieco inne węglowe mydełko… A w zasadzie samorodek!
Samorodek złota! Czyli sztabkę mydła, w którym pośród ciemnej węglowej warstwy, znajdziemy także tę złotą! Powstaje więc mydło typu 2w1, bo po pierwsze, świetnie działa na skórę, po drugie – przyjemność mycia jest doprawdy wielka. Wśród czarnej piany odnajdujemy delikatne złote pobłyski! Na zdjęciu ta „złota” warstwa wydaje się po prostu żółtawa. W rzeczywistości składa się ona z mieniącej się złotej miki, która swój blask odzyskuje pod wpływem wody właśnie. Błyszczy się i pięknie uzupełnia tę swoją ciemną stronę.
Sam węgiel ma świetne właściwości antybakteryjne, przeciwwirusowe i przeciwgrzybiczne. Doskonale oczyszcza nam skórę, wyciąga z niej – absorbuje wszelkie zanieczyszczenia. Do tego działa przeciwzapalnie, rozjaśniająco i kojąco. Polecany jest zwłaszcza do skór problematycznych, trądzikowych, tłustych. Dzisiejszego mydełka nie polecam do mycia twarzy, ale sprawdzi się idealnie w codziennej pielęgnacji ciała.
No i te złote pobłyski!
A jeszcze ten cudowny zapach pomarańczowo-tymiankowy! Takie połączenie olejków genialnie poprawia nastrój, a i wzmacnia działanie antybakteryjne i przeciwzapalne węgla.
Zróbcie koniecznie!
Samorodek czy mydło węglowo-złote
Składniki:
Warstwa czarna
300 g białej bazy mydlanej (polecam bazę bez SLES/SLS ze ZróbMydełko)
2 łyżeczki węgla (sproszkowany węgiel drzewny, znajdziecie w internecie lub w aptekach)
40 kropelek olejku pomarańczowego
20 kropelek olejku tymiankowego
Warstwa złota
150 g białej bazy mydlanej
2 łyżeczki złotej miki (polecam Kolorowka.com)
30 kropelek olejku pomarańczowego
Warstwa ziemisto-brokatowa / krem
50 g białej bazy mydlanej
1 łyżeczka karmelowej błyszczącej miki
1 łyżeczka złotego brokatu kosmetycznego
10 kropelek olejku pomarańczowego
Przygotowujemy niewielką formę. Jeżeli nie posiadacie foremki do produkcji mydła, wykorzystajcie keksową lub karton po mleku.
Bazę mydlana na warstwę czarną kroimy w dużą kostkę i przekładamy do zlewki lub ceramicznej miseczki. W kąpieli wodnej lub mikrofali roztapiamy całość, uważając, aby baza za bardzo się nie podgrzała i nie zaczęła wrzeć (w mikrofali trwa to dosłownie chwilę). Do roztopionej bazy przekładamy węgiel i intensywnie mieszamy mieszadełkiem, aby połączył się z mydłem. W między czasie dolewamy olejki. Bazę przelewamy do formy i pozwalamy chwilę ostygnąć.
Roztapiamy mydło do warstwy złotej. Dodajemy mikę i olejek i odczekujemy chwilę, aż i ona lekko ostygnie. Dzięki temu, że obie części nie będą za gorące, uzyskamy efekt złotego samorodka. Na powierzchni warstwy węglowej powinna być już widoczna lekka stwardniała warstwa. Wtedy przelewamy złotą bazę na wierzch i patyczkiem przebijamy całość, aż do spodu formy w kilku miejscach, mieszając nim w formie gdzieniegdzie. Im bardziej fantazyjnie, tym wyjdzie ciekawiej. Całość ponownie odstawiamy na chwilę.
W tym czasie roztapiamy ostatni fragment bazy mydlanej. Dosypujemy mikę karmelową i połowę brokatu, dolewamy olejek i czekamy, aż mydło będzie miało konsystencję mleczka. Bazę rozlewamy powolnym strumieniem tak, aby powstał rodzaj kremu/dekoracji. Jeżeli zacznie za szybko twardnieć w zlewce/misce, wystarczy ponownie lekko ją podgrzać. Gotowe mydełko obsypujemy dodatkowo resztą brokatu.
Formę odstawiamy na noc (min. 2 godziny) do stwardnienia. Po tym czasie delikatnie wyciągamy mydło i kroimy na mniejsze kawałki.
Dobra, kończymy ze smutami! Zabieramy się za coś zgoła bardziej przyjemnego. Bo skoro już i tak siedzimy w domu, czemu nie przyrządzić sobie jakichś naturalnych cudownych specyfików, a potem rozkoszować się domowym SPA i przyjemną w dotyku, odżywioną, nawilżoną skóra?
Bierzemy się więc do pracy!
Nie wiem jak u Was ale po tej zimie skóra na moich nogach była szorstka, podrażniona i sucha. A tu lada moment ściągniemy spodnie i rajstopy i będziemy hasać po łąkach i lasach z gołymi nogami. No, przynajmniej na to liczę!
Polecam więc Wam dzisiaj prostą, domową kurację, która przywróci skórze nóg (a i jak ktoś ma ochotę to całemu ciału) blask i energię! Potrzebne nam będą dwa kolorowe eliksiry – różowy ocet i żółciutki niczym cytryny olejek.
Nie są to nawet jakoś specjalnie odkrywcze receptury. Podobne kosmetyki robiłam i tutaj nie raz. Bardzo często wykorzystuję je na moich warsztatach i u siebie w domu. Są bowiem zwyczajnie i po prostu – świetne!
Co my tutaj mamy? Mamy naturalny jabłkowy ekologiczny ocet, który wspomogliśmy pielęgnacyjną mocą ziół. Wybrałam te, które zawsze mam pod ręką i dobrze wiem, że działają wspaniale regenerująco i kojąco na skórę. Zarówno więc w occie, jak i w olejku znalazły się lawenda, nagietek i rumianek. To właśnie dzięki lawendzie ocet przybrał ten różowy kolor. Olejek natomiast wzmocniłam dodatkowo jeszcze czystym olejkiem lawendowym, który, stwierdzam to z pełną stanowczością, zawsze do wszystkiego jest dobry 🙂 A już na pewno do podrażnionej skóry!
Ziołowy ocet zapewni nam miękkość skóry. Wspomoże ją w regeneracji, pobudzi do działania, odświeży, stonizuje. Olejek zadziała jeszcze mocniej regenerująco, zatrzyma wilgoć w skórze, odżywi ją. Załagodzi podrażnienia, ukoi szorstkość, przywróci zdrowy wygląd.
Jak wygląda taka domowa kuracja?
Codziennie wieczorem po kąpieli, kiedy skóra jest jeszcze wilgotna, lekko spryskujemy nogi octem. Zanim całość wyschnie, wmasowujemy niewielką ilość olejku. I tyle. Ważne, aby zadziałać w ten sposób możliwie regularnie, przez 1-2 tygodnie.
Różowy ziołowy ocet
Składniki:
200 ml dobrego jabłkowego octu – najlepiej ekologiczny, taki mętny
łyżka suszonej lawendy
łyżka suszonych nagietków
łyżka koszyczków rumianku
Zioła zalewamy octem w buteleczce lub słoiczku. Odstawiamy na kilka dni, np. na tydzień w ciepłe, suche miejsce. Warto codziennie wstrząsnąć. Po tym czasie ocet przecedzamy i przelewamy do buteleczki ze spryskiwaczem. Do nóg używam takiego czystego octu, jeśli jednak będzie za mocny lub chcielibyście stosować go do włosów lub jako tonik do twarzy, koniecznie go rozcieńczcie najlepiej ulubionym hydrolatem. Proporcje ustalcie według własnych preferencji – jak zauważyłam, każdy woli tutaj inaczej. Najlepiej zacząć od jeden części octu i i czterech części hydrolatu. Ocet na nogi stosujemy jak opisałam powyżej.
Żółciutki olejek-macerat ziołowy
Składniki:
500 ml oleju (użyłam z pestek winogron)
garść suszonej lawendy
garść nagietka
garść rumianków
40 kropelek olejku lawendowego
W słoiku zalewamy kwiaty olejem. Ogólna zasada jest taka, że olej ma przykrywać susz. Całość odstawiamy na najlepiej minimum 2 tygodnie w ciepłe, suche miejsce, co jakiś czas wstrząsając. Szybsza metoda polega na delikatnym podgrzewaniu w kąpieli wodnej takiego olejku przez porządnych kilka godzin. Osobiście polecam jednak odstawienie do porządnego zmacerowania. Po tym czasie przecedzamy olej, przelewamy do butelki i dolewamy do niego olejek lawendowy. Ten ostatni można, zwłaszcza teraz w czasie pandemii, zamienić na olejek 4 złodziei, o którym pisałam Wam ostatnio TUTAJ. Olejek stosujemy, jak opisałam powyżej lub według uznania. Nadaje się idealnie jako olejek do ciała, oliwka dla dzieci, olejek do kąpieli, do masażu lub do przygotowania innych kosmetyków.
Nie wiem czy wiecie, ale jedną z największych zalet moich warsztatów kosmetyków naturalnych jest to, że w dużej części przepisów uczestnicy sami mogą skomponować zapachy swoich kosmetyków. I cieszą się zawsze jak dzieci, bo całe stoły mam zastawione wszelkiej maści pachnącymi olejkami. Są wśród nich sztuczne kompozycje zapachowe przystosowane do produkcji kosmetyków, które pachną np. jak lody wiśniowe czy biała herbata (wspaniale!), ale to, co najcenniejsze, o czym zawsze mówię najwięcej – to naturalne olejki eteryczne.
Te czyste esencje roślinne, te wysoce skomplikowane i skoncentrowane substancje chemiczne, która mają ogromny wpływ na funkcjonowanie naszego organizmu. Tym wpływem zajmuje się nauka zwana aromaterapią. Liznęłam ją ledwo, bo choć interesuje mnie od dawna, dobrze wiem, że wciąż jeszcze wiem mało, oj mało. Wgłębiam się w nią od wielu lat, choć daleko mi do ekspertki. Umiem jednak zastosować podstawowe olejki w codziennym życiu. Ba, po prostu je stosuję. Ja i moja rodzina. I bardzo je sobie cenię.
Sięgnęłam więc po moje wielkie pudło ze wszystkimi warsztatowymi olejkami i wybrałam z nich te, których zapas może nam się przydać w najbliższym czasie. Czasie, jak wiadomo, złym i niepewnym. W czasie panującej epidemii koronawirusa.
Spośród całej armii olejków, które rozłożyłam sobie na stole, wybrałam kilka i stworzyłam z nich własną wersję olejku 4 złodziei.
Słyszeliście już może o tej mieszance olejkowej? Coraz więcej osób teraz do niej powraca, coraz częściej można o niej usłyszeć. Ja sama usłyszałam jej historię już dosyć dawno temu, teraz jednak postanowiłam zgłębić ją dokładniej.
A zaczęło się od legendy… Ciężko stwierdzić ile w niej prawdy, choć z pewnością jest ona prawdopodobna. Ma też bardzo wiele wersji. Gdzie bym nie czytała, zawsze coś je od siebie rożni. Nawet ilość samych złodziei bywa różna – raz jest ich czterech, raz pięciu, czasem siedmiu. Udało mi się jednak wyłuskać z nich pewien ogólny obraz.
Działo się to jakoś w połowie XIV wieku, kiedy do Europy, wraz z genuańskimi galerami powracającymiz Morza Czarnegotrafiła dżuma, zwana także czarną śmiercią. Przebyła wcześniej, wraz z wędrującymi kupcami jedwabny szlak. Dotarła więc do nas z Azji i bardzo szybko przetoczyła się po całym kontynencie, zbierając ze sobą ogromne żniwo.
Tak jak i teraz stosuje się możliwe środki zaradcze, tak i wtedy wstrzymano wszelki handel morski. Pozostawiono tym samym wielu ludzi bez środków do życia. Wcześniejsi handlarze różnej maści ziołami i wonnościami, zmuszeni zostali zająć się znacznie mniej wartościowym zajęciem – stali się złodziejami i okradali chorych i umierających. Wśród nich szczególną sławą zasłynęli ci właśnie złodzieje, o których dzisiaj mówimy. Pomimo bardzo częstego kontaktu z zarażonymi dżumą, oni sami pozostali zdrowi.
Kiedy w końcu ich złapano, zaintrygowany sędzia dał im taki wybór – jeśli wyjawią swój sekret, jeśli powiedzą, jakim cudem nie zarazili się dżumą, oszczędzi im przewidzianej wtedy za takie zbrodnie kary, czyli spalenia żywcem. Złodzieje przystali na takie ultimatum i opowiedzieli o specjalnej miksturze, którą nacierali ręce, stopy, okolice ust, uszy czy skronie, a która to właśnie miała zapobiegać zarażeniu. Zadowolony sędzia ponoć dotrzymał słowa. Faktycznie nie spalił ich żywcem, a…. powiesił.
Do dzisiaj nie mamy pewności, co to dokładnie była za mikstura. Wiele źródeł podaje, że był to ocet, w którym moczono różne zioła, jak piołun, szałwię, rozmaryn czy rutę. Słyszałam też o rodzaju nalewki czy właśnie – olejku z wonnościami. Ponoć od tego czasu lekarze francuscy odwiedzający chorych na dżumę zaczęli ubierać specjalne, charakterystyczne maski z długim jakby dziobem. W nim bowiem umieszczali skrawki materiału nasączone olejkami i wyciągami z ziół, które raz, że pozwalały zminimalizować odór rozkładających się ciał, a dwa – pomagały zapobiegać zarażeniu. Choć czytałam także, że zdarzało się, że w tych właśnie maskach wynoszone przeróżne drogocenne niewielkie przedmioty z domów umierających.
W tamtych czasach kierowano się głównie instynktem i ludowymi podaniami. Kiedy jednak w XX wieku rozpoczęto przeprowadzanie badań esencji roślinnych, okazało się, że wiele z nich faktycznie ma silne właściwości bakterio- i wirusobójcze. Okazało się, że w legendzie może być sporo prawdy.
Przepisów na olejek 4 złodziei jest niemal tyle ile wersji samej legendy o tychże. Przejrzałam naprawdę sporo stron, w tym wiele angielskojęzycznych i prawie zawsze różniły się one nie tylko proporcjami, ale także składem. Zanim jednak przejdziemy do szczegółów, kilka ważnych słów tytułem wstępu.
Pamiętajcie – żaden olejek, czy mieszanka olejków, ani żaden ziołowy specyfik nie zapewnią Wam gwarancji ochrony przed koronawirusem. Możemy stosować je jedynie WSPOMAGAJĄCO. Zawsze, ale to zawsze stosujemy się do wytycznych lekarzy i odpowiednich służb. Siedzimy więc W DOMU, ograniczamy kontakty, unikamy zgromadzeń, MYJEMY RĘCE, nie dotykamy palcami powierzchni często dotykanych, nie przykładamy palców do twarzy, szczególnie dbamy o higienę i zgłaszamy się do służb w przypadku wystąpienia objawów choroby.
Pamiętajcie – pomimo faktu, że olejki eteryczne, które występują w takich jak ta nasza dzisiejsza mieszankach, mają udowodnione działanie przeciwwirusowe np. na wirusa grypy, nie zapewnią w pełni skutecznej bariery przed wirusami. Aby faktycznie mogły zadziałać w ten sposób, musiałyby mieć znacznie większe stężenie.
Mogą natomiast, jak już pisałam, zadziałać wspomagająco, tworzyć tak zwany filtr biologiczny zapachowy (np. kiedy stosujemy je tak, jak ja to zazwyczaj robię – dając kropelkę lub dwie na bluzkę, sweter, czy szalik, aby unosiły się wokół nas), ale, co tutaj równie istotne – takie mieszanki olejków, które razem działają lepiej niż każde z osobna, tj. działają synergicznie, znacząco wspomagają naszą odporność. Dzisiejszy olejek 4 złodziei ma też inna ogromną zaletę, którą szczególnie docenimy w tej sytuacji – działa kojąco na psychikę! Taka mieszanina dodaje energii, wprawia w dobry nastrój, stymuluje pracę mózgu, wzmaga koncentrację, rozjaśnia umysł, zwiększa też poczucie bezpieczeństwa. Przyznajcie, jest to nam teraz bardzo potrzebne.
Zaznaczę także, że musimy przestrzegać kilku zasad bezpiecznego stosowania olejków – mieszanki nie nakładamy bezpośrednio na skórę, jedynie zmieszaną z olejem bazowym (łyżeczka oleju bazowego + 3 kropelki olejków eterycznych) lub np. balsamem do ciała. Jeżeli macie obawy o możliwe uczulenia, zróbcie najpierw próbę uczuleniową. Olejkiem możemy wspierać także dzieci, ale od 3 roku życia, w bardzo niewielkich ilościach, kierując się zdrowym rozsądkiem i jeżeli nie ma przeciw temu żadnych przeciwwskazań zdrowotnych. Kobiety w ciąży i karmiące piersią kierują się tutaj jedynie wytycznymi swoich lekarzy. Mieszanki NIE stosujemy doustnie.
Wracając do meritum, różne strony podają doprawdy różne składniki olejków 4 złodziei. Te, które powtarzają się najczęściej to:
Olejek eukaliptusowy – silne działanie przeciwwirusowe, także antybakteryjne i przeciwgrzybicze, wspomagające układ odpornościowy, udrażniające górne drogi oddechowe
Olejek pomarańczowy – działanie przeciwzapalne i przeciwgrzybicze, znany jako aromaterapeutyczny antydepresant, dodaje energii
Olejek cytrynowy – podobne działanie do pomarańczowego, także odświeżające, dezodorujące. Uwaga – olejki cytrusowe na skórze wystawionej na działanie promieni słonecznych mogą spowodować przebarwienia
Olejek cynamonowy z liści – działanie przeciwwirusowe, antybakteryjne
Olejek cynamonowy z kory – znany z właściwości rozgrzewających, ściągających, przeciwbakteryjnych i przeciwzapalnych
Olejek goździkowy – o działaniu przeciwwirusowym i bakteriobójczym, ale także kojącym umysł i nerwy
Olejek rozmarynowy – jeden z silniejszych antyseptyków, stymuluje prace mózgu, wzmaga koncentrację
Dla ciekawych, zacytuję tu jeszcze fragment cyklu o olejkach przeciwwirusowych u Herbiness:
Obiektem badań laboratoryjnych jest bardzo często wirus grypy, czyli Influenza. Płynne preparaty zawierające następujące olejki eteryczne w stężeniu do 0,3% wykazały bardzo wysoką skuteczność w dezaktywowaniu wirusa grypy: kora cynamonu, bergamotka, trawa cytrynowa, tymianek ct. tymol. Podobny rezultat uzyskano stosując wyższe stężenia olejków takich jak: lawenda, geranium, eukaliptus gałkowy, goździk. Powyższe olejki zostały wymienione na podstawie publikacji Vimalanathan / Hudson 2014. To zestawienie olejków o działaniu przeciwwirusowym warto uzupełnić o olejki skuteczne w przypadku wirusa grypy wg publikacji Price / Price 2012: liść cynamonu, cytryna, limonka, eukaliptus: smithii i promienisty, kocanki piaskowe, palmaroza, hyzop, melisa, korzennik, pieprz czarny, ravensara, szałwia, goździk oraz tymianek ct. tymol. (więcej na FB Herbiness).
Olejek 4 złodziei
Receptura autorska – w oparciu o zgromadzoną wiedzę skomponowałam własny olejek, do którego celowo dodałam większą niż w innych ilość olejków cytrusowych (cytryny i pomarańczy), aby miał lżejszy, bardziej odświeżający zapach, który łatwiej zaakceptuje moja rodzina. Dodałam do niego także nieco olejku tymiankowego, który stosuję od lat.
Składniki:
40 kropelek olejku goździkowego
30 kropelek olejku cytrynowego
30 kropelek olejku pomarańczowego
20 kropelek olejku cynamonowego z kory
15 kropelek olejku eukaliptusowego
15 kropelek olejku rozmarynowego
15 kropelek olejku tymiankowego
Wszystkie olejki przelewamy od osobnej buteleczki i lekko ją obracamy, aby się połączyły. Mój olejek ma cudowny, faktycznie kojący zapach. Córka mówi, że pachnie pierniczkami i trzeba przyznać, że jest to przyjemna dominująca nuta.
Przygotowałam sobie dwie wersje użytkowe olejku. Po pierwsze – czysta aromaterapeutyczna mieszanina, której/którą:
Nakładam dwie kropelki na ubranie przed wyjściem z domu, tworząc w ten sposób tzw. zapachowy filtr biologiczny (wg Herbiness). Taką ładną nazwę wyczytałam ostatnio, choć olejki stosuję właśnie w ten sposób od wielu lat. Z taką kropelką po domu chodzi także moja córka, wymiennie z czystą lawendą.
Dodaję kilka kropelek do środków czyszczących różne powierzchnie w domu – głównie kuchnię i łazienkę (używam Zielko), dzięki czemu nabierają siły dezynfekującej.
Dodaję odrobinę do maceratu z nagietka, który wmasowuję w skórę po kąpieli (o tym będzie niedługo osobny post).
Olejek można dodać także do preparatów antybakteryjnych do rąk, do mydeł w płynie, do balsamu do ciała, do soli lub olejku do kąpieli, do płynu do prania. Ważne, aby zachować umiar i przestrzegać zasad bezpieczeństwa.
Oczywiście możemy także stosować olejek w dyfuzorze lub kominku do aromaterapii.
Zrobiłam także bardzo praktyczny spray na bazie spirytusu, który rozpylam czasem w domu w niewielkich ilościach, a czasami robię nieco większe rozpylenie, odczekują chwilę, a następnie porządnie wietrzę cały dom.
Taki spray warto także trzymać w samochodzie i co jakiś czas i tam nim spryskać wnętrze.
Spray na bazie spirytusu salicylowego:
4 części spirytusu
1 część olejku 4 złodziei
Ze względu na specyfikę spirytusu salicylowego (takiego z apteki) olejek będzie się rozwarstwiał i należy całość za każdym razem wstrząsnąć. Jeśli macie do dyspozycji spirytus 95%, nie powinno być takiej potrzeby.
Jeżeli macie jakiekolwiek obawy względem stosowania tej lub podobnej mieszaniny, polecam Wam dzisiaj dwa miejsca, w których zasięgniecie rzetelnej porady. Jak już wspominałam, sama nie jestem ekspertem w dziedzinie aromaterapii, znam jednak dwie wspaniałe dziewczyny, które śledzę od dawna i jestem pewna, że możecie im zaufać.
Klaudyna Hebda
Klaudyna jest aromaterapeutką kliniczną i prawdziwą znawczynią świata aromaterapii i zielarstwa. Nawet niedawno prowadziła bardzo ciekawy webinar o olejku złodziei oraz stworzyła e-book o tym, jak ten olejek stosować. Wszystkie informacje z pewnością otrzymacie po zapisaniu się do Biblioteczki Alchemiczki – TUTAJ. Poza tym, jeżeli nie macie dostępu do olejków lub nie ufacie sobie, mnie lub innym internetowym źródłom, w sklepie Klaudyny znajdziecie 4 wersje jej autorskiej mieszanki złodziei, skomponowanej w oparciu o wysokiej klasy olejki (Klaudyna o to bardzo dba). Znajdzie je TUTAJ.
Herbiness
Inez jest dyplomowaną fitoterapeutką, specjalizującą się w ziołach aromatycznych i olejkach eterycznych. Podziwiam ogrom jej wiedzy i ofertę jej własnego sklepu z olejkami i surowcami kosmetycznymi – TUTAJ. Sklep niestety chwilowo nie działa, aby nie nieść niebezpieczeństwa zarażenia koronawirusem podczas dostarczania paczek. Polecam Wam jednak coś wspaniałego – cykl o olejkach przeciwwirusowych, który Herbiness prowadzi na swoim Facebooku. Każda zawarta tam informacja jest szalenie ciekawa i warta zapamiętania. Prześledźcie koniecznie! Znajdziecie go TUTAJ.
A gdyby tak i do kąpieli dodać trochę kosmicznej magii? Hmmm? To by dopiero było! Połączenie mocy lawendy i kosmosu. Co powiecie?
Bo ja mówię TAK!
Zachęcam Was dzisiaj do kreatywnej, jakże odstresowującej (sprawdziłam dobrze na sobie) zabawy w malowanie błyszczącego kosmosu na kąpielowych babeczkach! A potem zamykamy się w łazience i chłoniemy tę energię dobrą i kojącą.
I doprawdy, jest to bardzo proste!
Kosmiczne babeczki do kąpieli
Składniki (na 6/7 babeczek)
10 dużych łyżek sody oczyszczonej
6 dużych łyżek kwasku cytrynowego
5 dużych łyżek skrobi ziemniaczanej
ok. 40 kropelek olejku lawendowego
pół szklanki ulubionego oleju (użyłam ryżowego)
woda w spryskiwaczu
barwniki spożywcze – złoty, miedziany i rubinowy (Allegro)
odrobina spirytusu salicylowego
akcesoria: foremki do muffinek i pędzelki
W dużej misce mieszamy sodę, kwasek i skrobię. Dolewamy olej i olejek lawendowy i rozpoczynamy wyrabianie naszego babeczkowego „ciasta” ręką. Co jakiś czas spryskujemy je lekko wodą. Jeśli zacznie musować, gasimy to musowanie mieszając. Ciasto wyrabiamy do takiej konsystencji, że jak ściśniemy je w dłoni i ją otworzymy, pozostanie na niej zwarty kształt.
Ciasto przekładamy do foremek na muffinki, dokładnie je dociskając i wygładzając palcami. Odstawiamy je na noc do wyschnięcia. Nazajutrz wyciągamy z foremek nasze lawendowe babeczki i zabieramy się za dekorowanie
Każdy z barwników spożywczych, które mają postać proszku, musimy zamienić w farbkę. Aby to uczynić mieszamy w małej miseczce odrobinę proszku z równie niewielką ilością spirytusu. Ma powstać farbka, którą łatwo się będzie malowało. Najlepiej dodawać po kilka kropel spirytusu, mieszać całość pędzelkiem i w ten sposób kontrolować konsystencję. Spirytus będzie na bieżąco wysychał, trzeba więc trzymać go w pobliżu i co jakiś czas dodawać kilka kropel.
Gotowymi farbami malujemy po wierzchu babeczek według uznania.
Jak tylko farbki wyschną, są dosyć trwałe. Oczywiście przy mocniejszym dotyku będą schodzić, ale spokojnie można je zabezpieczyć i przechowywać.
Na koniec pokombinowałam z nieco inną formą – takiego kąpielowego krążka. Też fajnie wyszło, prawda?
Oto i drugi, obiecany wpis walentynkowy! A w nim prosty, a jakże doskonały pomysł na wyjątkowy dodatek do kąpieli!
Wyjątkowy, bo z sercem! Takim, który na nawet całkiem prosto można zrobić. Wyjątkowy, bo o szczególnym, głębokim, odurzającym, afroduzyjącym aromacie. Aromacie idealnym na walentynkowy wieczór. I każdy inny!
Nasza dzisiejsza sól kąpielowa oparta jest w głównej mierze na soli Epsom, czyli magnezowo-siarkowym, zupełnie nie słonym, a gorzkim remedium na gorsze samopoczucie i problemy skórne. Taka sól w kąpieli fantastycznie regeneruje umysł i ciało, relaksuje, dodaje nam życiowej energii, a przy okazji pomaga ukoić skórę.
Kąpiel z sercem czyli miłosna sól kąpielowa
Składniki:
300 g soli Epsom
2 łyżki mleka w proszku
ok 4-5 łyżek różowej soli himalajskiej
3 łyżki ulubionego oleju – wykorzystałam z pestek winogron
8 kropelek olejku z drzewa sandałowego
8 kropelek olejku z drzewa różanego
8 kropelek olejku bergamotowego
5 kropelek olejku goździkowego
3 kropelki olejku ylang ylang
Przyda Wam się także patyczek do szaszłyków – z nim znacznie łatwiej zrobić różowe serce.
W misce mieszamy sól Epsom, mleko w proszku, olej i olejki. Na dno pojemniczka (mój o pojemności 300 ml) sypiemy ok. 1-2-centymentrową warstwę mieszaniny. Tuż przy ściance pojemniczka zaczynamy usypywanie serca z soli himalajskiej. Dodajemy jej po trochę w jednym miejscu, dosyć równomiernie, co jakiś czas formując patyczkiem pożądany kształt, czyli dociskając sól do dołu, po środku, u spodu serca. W miedzy czasie dosypujemy białej mieszaniny na pozostałą powierzchnię pojemniczka. Jest z tym trochę zabawy, ale efekty wychodzą bardzo ładne. Sama usypałam kilka takich serc, więc wierzcie mi – odrobinę kombinowania z patyczkiem, powolne dosypywanie soli i serce wychodzi!
A jeśli nie chcecie bawić się w serce, zróbcie po prostu warstwy! Czyli nasypcie nieco białej soli, np. na 2 cm, uklepcie całość i na to wysypcie 0,5-centymetrową warstwę soli himalajskiej. I tak kilka razy. Też będzie pięknie!
Około 1/2-1/3 pojemniczka soli przesypujemy do wanny z ciepłą wodą i cieszymy się kąpielą.
Ach, pamiętajcie, żeby pojemniczkiem nie wstrząsać. Wtedy niestety serce nam zanika… Wiem, zrobiłam to… 🙂