Na ostatnie warsztaty wywiało nas pod Wrocław i muszę przyznać, że była to całkiem przyjemna wyprawa. A i warsztaty bardzo udane – kilka serii krótkich, kameralnych spotkań dla pracowników jednej z dużych firm. Mieli wyjazd integracyjny pełen różnych atrakcji. Ja zaproponowałam im zabawę zapachami.
Tak i każdy uczestnik stworzył między innymi swoje perfumy w kremie. Zwane perfumami w balsamie. Albo z angielska – solid perfume.
A że stworzyłam dla nich bardzo przyjazny, prosty przepis, dzielę się nim i tutaj.
Choć to nie tylko sam przepis sprawił, że to tworzenie było tak piękne i kreatywne…
Tym razem udało mi się bowiem dobrać przeurocze naklejki, którymi można było ozdobić opakowania – słoiczki i buteleczki! Może dla niektórych to drobiazg i nic specjalnego… Ale moja artystyczna, romantyczna dusza aż kwiczała z radości!
No spójrzcie – czy te kwiaty nie są obłędne? Znalazłam je na Allegro – jest tam tego cała masa. Cały naklejkowy świat.
Oczywiście przy próbach i tworzeniu proporcji zrobiłam sobie sama takie perfumy i kocham je z tymi kwiatami miłością szczerą. Mam dwa takie słoiczki – jeden pachnie zaskakująco i hipnotyzująco – dzikim pomidorem, drugi zrobiłam jako zastrzyk energii – połączyłam naturalne olejki z limetki i pomarańczy.
Słoiczki z zapachami trzymamy sobie po prostu pod ręką. Może w torebce, może na biurku, może na toaletce. Kiedy tylko potrzebujemy otulić się zapachem – sięgamy po nasze perfumy, rozsmarowujemy troszkę na nadgarstkach i za uszami i… pachniemy!
Solid perfume czyli perfumy w balsamie
Składniki:
10 g masła shea rafinowanego
5 g wosku pszczelego białego
20-25 kropelek olejku eterycznego lub zapachowego
W kąpieli wodnej rozpuszczamy masło i wosk. Kiedy będą płynne, ściągamy ze źródła ciepła, dolewamy zapach i mieszamy przez dłuższą chwilę, aby wszystko dobrze się połączyło. Odstawiamy do stwardnienia.
Poniżej mały wycinek warsztatowego świata! Zapraszam też na stronę z ofertą warsztatów słodyczy kosmetycznych i kosmetyków naturalnych:
Balsam, a właściwie maska… I za peeling też robi. A tak w ogóle, to sprawia, że usta są po prostu cudowne, mięciutkie, gładkie, piękne i smakowite!
O czym mowa? O naszym dzisiejszym ucieranym balsami do ust!
Słowo ucierane mam zarezerwowane chyba tylko do ciast. Ale tak mi tutaj pasuje, że niniejszym tak właśnie nazwałam ten miodowy balsam. Bo wiecie co w nim jest najlepsze? Jest tak totalnie mega prosty, że zrobicie go w chwil kilka, a potem będziecie sobie tylko dziękować!
Bo zapewnicie swoim spierzchniętym ustom całe dobrodziejstwo miodku i masła shea, które razem działają cuda!
Ucierany miodowy balsam do ust
Składniki:
łyżka miodu – już skrystalizowanego przynajmniej w większości
łyżka masła shea – polecam rafinowane
Oczywiście – im lepszy miód, tym lepiej. Sięgamy po takie prosto z pasieki 🙂
Miód i masło shea przekładamy do zlewki/miseczki i łyżką ucieramy do uzyskania jednolitej konsystencji. Balsam przekładamy do słoiczka.
Ja lubię go używać wieczorem, po umyciu twarzy. Nakładam na usta i delikatnie nim je pocieram. Miód w trakcie krystalizacji posiada drobinki, które zadziałają nam tu jak peeling. Nadmiar można ściągnąć wacikiem. Jeśli nałożymy mniej – pozostawiamy do wchłonięcia. Balsam jest bezpieczny – możemy więc spokojnie smakować swoje usta!
uczennicą/studentką/uczniem/studentem kierunków z zakresu kosmetologii?
a może planujesz gdzieś głęboko w sercu założenie własnej naturalnej manufaktury?
albo uwielbiasz spacery po polach i łąkach w poszukiwaniu naturalnych remediów na doczesne problemy?
może jeszcze nie zaczęłaś tworzyć własnych kosmetyków, ale masz taki zamiar?
a może już jesteś w tym świetna?
a być może masz po prostu otwartą głowę i chętnie dowiadujesz się czegoś nowego?
Mam coś dla Ciebie!
Zaproszono mnie bowiem ponownie do współpracy i poproszono o zaprezentowanie niezwykle wartościowej książki Modern Cosmetics Ingredients of natural origin scientific view, pod opieką edytorską Dr. Niny Kočevar Glavač i Dr. Damjana Janeš.
Ponownie, bo pisałam już o tej pozycji w 2018 roku – zajrzyjcie do TEGO wpisu. Kto pamięta? A może lepiej – kto wtedy ją zakupił?
No dobra… Czemu ponownie zachęcam Was do przejrzenia się się doprawdy wielkiej i ciężkiej książce?
Trochę czasu minęło, a o tym, co wartościowe dobrze przypominać. W mojej biblioteczce książka znalazła swoje stałe miejsce. Sięgam po nią czasem, kiedy potrzebuję się dokształcić przed warsztatami lub kiedy jakiś nowy ciekawy składnik mnie zaintryguje. Czasami na te warsztaty ją nawet zabieram, aby uczestnicy mieli lepszy wgląd w omawiany temat.
Ale od początku – czym ta książka jest?
To obszerne dzieło, rodzaj encyklopedii lub podręcznika omawiającego szereg współcześnie używanych składników kosmetycznych naturalnego pochodzenia. Są one przedstawione w bardzo czytelny sposób – każdorazowo mamy podane łacińskie nazwy, rodzinę, wykorzystywaną część rośliny i jej powszechnie używaną nazwę w składzie produktu. Mamy opis, zawartość istotnych elementów, są wzory strukturalne, mechanizmy stosowania czy ciekawostki. Jestem przekonana, że są to informacje, które zainteresują i profesjonalistę przygotowującego recepturę kosmetyczną i osobę po prostu zainteresowaną światem naturalnej pielęgnacji.
Mamy więc ponad 480 stron wypełnionych 26 rozdziałami – zajrzyjcie na powyższe zdjęcia, aby dowiedzieć się o zawartości troszkę więcej. To, co uważam za cenne i przydatne – zwłaszcza jeśli planujecie pisać różnego typu prace naukowe w tej dziedzinie, to fakt, że każdy rozdział kończy szeroka bibliografia.
Pewnie już zauważyliście, że całość napisana jest w języku angielskim. Być może dla części będzie to przeszkoda, osobiście uważam to jednak za zaletę. Dlaczego? Od razu napiszę, że treść nie jest bardzo skomplikowana językowo. Wręcz jest bardzo dobrze przyswajalna i przystępna. Jest to jednak genialna szkoła słownictwa branżowego. I to takiego obowiązkowego, jeżeli interesują nas tematy pielęgnacyjne. Spotykam się sama z tym słownictwem przeglądając internet w poszukiwaniu wiedzy dla mnie istotnej. Gorąco więc polecam uczniom i studentom, którzy pragną rozwijać się i wiedzowo i językowo.
Dla mnie, jako osoby zainteresowanej grafiką, bardzo ważny jest także wzgląd estetyczny. A książka jest wydana pięknie i przejrzyście. Treści podane są w taki sposób, że nie czujemy przytłoczenia. Całość jest intuicyjna, łatwa w odbiorze, wypełniona ilustracjami, które wspierają proces poznawczy i pamięciowy.
Tak, wiem, że era encyklopedii się skończyła. Ale podręczniki nadal są potrzebne, a i coraz częściej sięgamy po… albumy. Ta pozycja może być i jednym i drugim. Namacalny druk pozwala na o wiele lepsze przyswajanie wydrukowanych zagadnień. Ale zachęcam także do trzymania książki po prostu pod ręką i zaglądania przy okazji spokojniejszej kawki. Ileż to pięknych nowych rzeczy można się tak od niechcenia dowiedzieć!
Jeszcze kilka słów o twórcach książki – słoweńskim stowarzyszeniu kosmetycznym – Modern CosmEthics. Jest to zrzeszenie „profesjonalistów z dziedziny kosmetologii, którego celem jest budowanie i promowanie kultury produktów naturalnych, etycznych i kosmetycznie aktywnych”.
Oto jak sami o sobie piszą:
My, zespół Modern CosmEthics, wierzymy w podstawowe zasady natury.
Naszą wizją jest to, co nazywamy „powrotem do naturalnej przyszłości” i lubimy żartować, że nasza praca nie będzie ukończona, dopóki ludzie nie będą używać wyłącznie kosmetyków cosmeEthically active / etycznych w swojej codziennej pielęgnacji. Przed nami długa droga, ale odważne połączenie wiedzy, doświadczenia, umiejętności, uporu i miłości wspiera nas w tej podróży.
Naszym celem jest szerzenie wiedzy i związanych z nią wartości tzw. kosmetyków cosmeEthically active, które powstają w oparciu o naturalne potrzeby skóry, fizjologicznie i ekologicznie akceptowalne składniki kosmetyków oraz nowoczesne podejście kosmetologii.
Zachęcam do zajrzenia na stronę stowarzyszenia Modern CosmEthics. Znajdziecie tam także pierwszych 50 stron książki – być może ułatwi Wam to decyzję zakupową!
A gdzie znaleźć książkę?
Na szczęście świat, a przynajmniej Europa stoją otworem i zakupy zagraniczne nie są już problemem. Nie mamy bowiem bezpośredniego dystrybutora książki w Polsce, jednak bez problemu zakupicie ją bezpośrednio na stronie stowarzyszenia – TUTAJ lub na Amazonie – TUTAJ.
Zachęcam także do śledzenia działań stowarzyszenia w social mediach:
Co jak co, ale ostatnie…. już dwa lata…. moich szpitalnych kuracji nauczyły mnie, że jedną z dróg do zdrowia jest spokój. Niwelowanie stresu. Codzienna dawka relaksu. I to nie tylko w trakcie zdrowienia, to jedna z podstawowych zasad profilaktyki wielu cywilizacyjnych chorób. Bo doprawdy, o spokój teraz trudno. A organizm ciągle narażony na stres nie może dobrze funkcjonować, nie ma możliwości regeneracji.
Relaksujmy się zatem!
Przybywam więc do Was dzisiaj razem z marką Cztery Szpaki. Ja, jako osoba w relaksowaniu już mocno doświadczona i marka, która przygotowała coś niecoś, aby nas w tym relaksowaniu wesprzeć. Dbałość o tzw. mindset to jeden z filarów mojego zdrowienia. Sprawdziłam przez ostatnie lata wiele sposobów, trików i hacków i oto co sprawdza się najlepiej!
Są to porady bardzo uniwersalne, które łatwo zastosować w każdym przypadku. Zadbajmy o siebie. Pokochajmy się. Zatroszczmy się o siebie najpierw. Bo dopiero wtedy będziemy mogli w pełni zadbać o innych.
Oto co na co dzień pozwala mi się relaksować i redukuje stres:
Przesłanie dla siebie i afirmacje – nie jest to coś, o czym łatwo pamiętać, ale im częściej mówimy sobie samej dobre i piękne rzeczy, tym bardziej wchodzi nam to w nawyk. I w podświadomość. I zaczynamy nie tylko sami w to wierzyć, ale i całe otoczenie zdaje się to potwierdzać. Zaczynamy już rano, przy myciu zębów. Kiedyś wyczytałam taki sposób, że dobrze jest umyć te zęby tą drugą ręką niż to zawsze robimy, zaburzyć mózgowi rutynę, spojrzeć na siebie w lustrze i powiedzieć kilka razy „kocham cię”. Działa! Kiedy się ubierasz, powiedz sobie, jak pięknie wyglądasz i że czeka cię nowy, niezwykły dzień. Idąc po zakupy powtórz sobie, że jesteś piękna, mądra, wartościowa i kreatywna. Że świat ci sprzyja.
Ćwiczenia oddechowe – wszędzie chyba można już przeczytać, jak wielką moc ma dobre oddychanie. A jednak nie docierało to do mnie, dopóki nie doświadczyłam sama wielkich stresów. I teraz to ze mnie prawdziwa fanka oddychania! Technik wszelakich jest sporo. To, co mi pomaga w kilka chwil się uspokoić , nawet wśród ludzi, w komunikacji miejskiej czy w kolejce do lekarza, to zatrzymanie się na chwilę i kilka spokojnych wdechów i wydechów. Z tym, że przy wdechu liczymy do czterech i powietrze wdychamy powoli przez nos, ale za to mocno, do przepony, do brzucha. Poczujmy jak brzuch się podnosi. I wtedy, licząc do sześciu, równie spokojnie – wydychamy powietrze ustami. Skupiamy się na tym oddechu, na niczym więcej.
Kiedy natomiast umysł jest w gonitwie i nie mogę go zatrzymać, biorę głęboki oddech, znowuż tak, aby brzuch się podniósł i zatrzymuję go tam na kilkanaście sekund. Po tym czasie bardzo powoli wypuszczam powietrze. W czasie tych kilkunastu sekund czuję, jak ciało się uspokaja, mięśnie rozluźniają, a umysł spowalnia. Polecam Waszej uwadze także metodę oddechową Wima Hofa – bardzo mi niegdyś pomogła.
Ukochanie siebie – wiem, wiem, to tak ładnie brzmi, ale jak to zrobić? Ja to nazywam okazywaniem sobie samej czułości. I pomimo tego, jak to trudne, to jednak bardzo warto. Doceńmy nasze ciałko, jakie jest dzielne, ile dla nas robi, ile przeszło. Moje to już w ogóle – weteran… A jednak nadal jest moim domkiem. Nadal pozwala cieszyć się światem. Okazuję mu więc czułość, delikatnie masuję każdą bliznę, każdą krągłość, każde zagłębienie. Jeśli dodamy do tego orzeźwiającą moc werbeny, to każdy taki czuły dotyk będzie ogromną przyjemnością dla zmysłów. Poleca się więc tutaj nowość marki Cztery Szpaki – Olejek do masażu twarzy i ciała Truskawka i Werbena. Połączenie subtelnego aromatu wanilii i tej mocnej werbeny wprowadza w stan lekkości i swobody. I to jest kwintesencja ukochania siebie.
Bliskość – chyba nic tak nie odstresowuje, jak prawdziwe, intymne doświadczenie bliskości tej najważniejszej osoby. Kiedyś wyczytałam, że świetnym sposobem na znaczące i szybkie obniżenie poziomu stresu jest całowanie się przez minimum 6 sekund. Czyli nie „buziak na do widzenia”, a przynajmniej 6 sekund na dobry dzień. Praktykuję, polecam.
Tak samo działa przytulanie. Dopiero, kiedy ktoś nas tak mocno ściśnie, na chwilę zamknie w ramionach, wtedy ciało odpuszcza, luzuje się, mięśnie się rozluźniają, umysł przestaje atakować myślami – odpływamy. Podobno do prawidłowego funkcjonowania i rozwoju musimy się przytulać jakieś 2-3 razy dziennie. I nie trzeba do małżonka – przytulamy dzieci, psy i koty, a w sytuacjach bardziej indywidualnych – mocno oplatamy ramionami samych siebie i mówimy sobie, jak bardzo się kochamy. Też działa.
A jak już jesteśmy przy bliskości, tej damsko-męskiej, to oczywiście sięgamy po dotyk, po muskanie, po rysowanie po skórze. I chyba nie ma do tego lepszej serii kosmetyków, niż Miłość z Mydlarni Cztery Szpaki. Mamy tu i olejek do masażu, i balsam, który delikatnie roztapia się na skórze i świecę, która otuli tę bliską osobę ciepłym, kojącym olejkiem. Mamy głęboki, orientalny, przełamany cytrusem aromat, który wprowadza w nieco gęstą, bardzo intymną atmosferę. To połączenie olejków z paczuli, ylang ylang i grejpfruta. Czy tak pachnie miłość? Na pewno tak może pachnieć miłosny, dobry wieczór. Polecam zajrzeć tu do całej zakładki produktów do masażu – domowe SPA.
Chwila tylko dla siebie – to coś niezwykle ważnego, zwłaszcza kiedy w domu na co dzień panuje mały chaos. Wszyscy się krzątają, dzieci coś chcą co chwile, pies drepta w kółko, mąż sam jest w stresie. Wtedy właśnie bierzemy siebie samą gdzieś. Nie mówię, że tak nagle i bez zapowiedzi. Spokojnie, mając pewność, że wszyscy są zaopiekowanie – wychodzimy. W wersji mnie luksusowej – na samotne zakupy. W wersji nieco lepszej – na kijki, na coś dobrego, na kawę w kawiarni, na spacer po lesie. Niechaj głowa się ukoi, uspokoi, niechaj własne myśli się przebiją i zaczną płynąć spokojnym strumieniem.
Wytańczenie, wyśpiewanie – co ważne – jedno i drugie można robić i samemu i z kim tam chcemy. Ja lubię sama bardzo, ale także chętnie tańczę z córkami. Puszczam muzykę na tyle głośno, żeby sąsiedzi mnie nie wyklęli i szalejemy. Taki taniec to najlepszy sport, najlepsza rehabilitacja, ćwiczenia oddechowe, doświadczenie bliskości i zastrzyk energii w jednym. Uśmiech na twarzy pozostaje na długo. A kiedy na zewnątrz smog, a ja nie mogę wyjść na na kilki – zapodaję sobie taki taneczny trening. Od razu lepiej!
Prysznic – od lat wiadomo, że woda leczy. W końcu tak rozpoczęła się cała filozofia SPA (sanus per aquam). I o ile od jakiegoś czasu nie czuję kąpieli, to mało co tak potrafi od razu poprawić nastrój jak intensywny strumień wody spływający na zmęczone ciałko. I także tutaj z pomocą spieszy Mydlarnia Cztery Szpaki, która postanowiła te wodne doświadczania wynieść ponownie na wyższy aromaterapeutyczny poziom. Ich – Konopne mydło Savon Noir Eukaliptus i Szałwia pachnie połączeniem olejków z właśnie eukaliptusa, szałwii i rozmarynu. I jest to połączenie, które w trakcie takiego prysznica w jednej chwili odblokowuje umysł, orzeźwia, pozwala nagle zacząć myśleć jasno i klarownie. Takie bowiem mają działanie te olejki. Wspomagają koncentrację i pozwalają oddychać pełną piersią. Można tego doświadczyć dopiero jak się samemu poczuje – polecam. Ach, dodam też że mydło savon noir jest także stworzone do przyjemnego rytualnego masowania na przykład w kąpieli (jak w rytuale hammam). Spróbujcie!
Aromaterapia – skoro już kilka razy zahaczyliśmy o ten temat, to dodam tu jeszcze dwa zdania o relaksującej mocy olejków. Po pierwsze – sięgamy po królową aromaterapii czyli lawendę. To ona pomaga nam ukoić zmysły po trudnym dniu, pozwala zasnąć wieczorem, uspokaja maluszki, które płaczą i płaczą. Kropelkę lawendy dajemy na piżamkę, na poduszkę, do kominka czy dyfuzora. Trzy kropelki lawendy mieszamy z łyżeczką oleju i dodajemy do kąpieli. Woreczek z kwiatami wkładamy pod poduszkę lub spryskujemy pościel sprayem lawendowym. I zasypiamy pięknym snem.
Nieco odwrotnie działają cytrusy. Olejki z pomarańczy, bergamoty, mandarynki, limonki, cytryny czy grejpfruta to aromaterapeutyczne antydepresanty. Dodają energii, chęci do działania. U mnie wywołują od razu uśmiech i dobre wspomnienia.
Medytacja i wizualizacja – relaksujące klasyki, które pomagają przejść przez najtrudniejsze momenty, ale także wybitnie dodają radości i energii na co dzień. Każdy chyba ma tu swoje sprawdzone sposoby. A jeśli nie macie, to polecam zacząć od znalezienia sobie 15-20 minut czasu, spokojnego miejsca, założenia słuchawek na uszy i włączenia którejś z medytacji prowadzonych, których masa jest na YouTube. Ja lubię łączyć medytację z wizualizacją. Zaczynam od wyciszenia i rozluźnienia ciała, skupiam się na kilku oddechach, w słuchawkach puszczam muzykę medytacyjną (także youtube) i przenoszę się na ciepły piasek, wsłuchuję w fale morza, doświadczam promieni słońca na twarzy, obserwuję rośliny na wietrze, wiem, że jestem zdrowa. Pomaga, polecam!
Praktyka wdzięczności – kiedy dopada nas stres, smutek, zazdrość czy żal, zatrzymajmy się na moment i wypunktujmy sobie w myślach wszystko za co jesteś wdzięczna, a co wydarzyło się w ostatnim czasie. Kiedy mamy trudniejszą chwilę, bo na przykład jesteśmy w trakcie tomografii, oczekiwana na trudną wizytę lekarską czy pod kroplówką z lekarstwem, zamykamy oczy i wyobrażamy sobie twarze najbliższych osób. I jakiś sytuacje z nimi. To mocno uspokaja. I to nie mówię tylko z własnego doświadczania. Ta jest. Sprawdzono to!
Lasoteapia – to już ponoć osobna dziedzina wiedzy. I nie dziwię się. Kąpiele leśne dopiero zaczynają być popularne, ale wszyscy dobrze wiemy, jak relaksujący jest spacer po leśnym pustkowiu. Jak skupiamy się na naturze, na otaczającej nas zieleni, kiedy wdychamy pełną piersią leśne olejki – wtedy to cały nasz organizm doznaje ukojenia.
Herbatki ziołowe – kiedy czuję ten powoli zaciskający się węzeł w brzuchu, kiedy stres planuje przejąć kontrolę, zaparzam sobie herbatkę. W zależności od nastroju jest to zielona herbata lub matcha, rumianek, melisa lub jedna z dostępnych na rynku mieszanek na sen/uspokajających. Już sam fakt zaparzania działa łagodząco na zmysły, a potem dajmy się ponieść kojącej mocy ziół. Nie wspominając o tym, że zielona herbata to prawdziwy arsenał przeciwnowotworowy, a rumianek działa przeciwzapalnie.
Aktywność – już o niej było, bo były i tańce i spacery po lesie. Dodam tylko, że aktywność to kolejny filar i zdrowienia i profilaktyki wielu chorób. Mój ulubiony sposób na nią, to wypady na kijki (nordic walking). Nie słucham wtedy żadnej muzyki, daję się ponieść myślom. Muszę przyznać, że takie wypady bardzo wzmagają kreatywność!
Co jeszcze? Wszystkie te drobne rzeczy, które sprawiają, że czujemy się lepiej! Przytulanie psa, comfort food, ale w wersji zdrowej i jakościowej, u mnie to na przykład ciemna czekolada z pomarańczą, zupa pomidorowa, tost z tofu wędzonym czy gnocchi sorrentina , częste przewietrzanie domu i miejsca pracy, wysypianie się, suplementacja magnezu, świeże kwiaty na stole, wystawianie się na słońce, codzienne zachwyty, dostrzeganie śladów wiosny, obserwowanie sunących chmur, drobne podarunki dla i od bliskich, specjalne prezenty tylko dla siebie. Sporo tego jest! Jest więc w czym wybierać, aby móc się prawdziwie relaksować i cieszyć życiem!
Post powstał w ramach miłej współpracy z marką Cztery Szpaki.
Co powiecie na kilka małych wiosennych polecajek i aktualności? Tych polecajek zebrało mi się ostatnio sporo, chyba za rzadko tu z nimi zaglądam. Będzie więc i kolejny post niebawem. Szykujcie się.
A co to się działo lub wpadło w moje ręce?
Wybrałam się a Targi Rzeczy Ładnych, które byłyby świetnym wydarzeniem, gdyby cała masa innych ludzi też nie wpadła na ten sam pomysł wybrania się na nie. Wygląda więc na to, że wyrosłam z tłumów i z targów wszelakich (kilka ostatnich prób skończyło się w ten sam sposób…). Niemniej jednak organizatorzy zabrali naprawdę godną grupę wystawców – mam wrażenie, że z pół mojego instagrama tam było.
A ja dorwałam dwa drobiazgi, którymi pocieszyłam się godnie. Po pierwsze – urocze różane mydełko Bydgoskiej Wytwórni Mydła (TUTAJ je zajdziecie). Pięknie pachnie, jest odpowiednio tłuściutkie, no i zachwycam się opakowaniem. Poza tym udało mi się w końcu zdobyć kubeczek, na który czaiłam się od dawna! No powiedzcie, czyż to nie jest istne chmurkowe cudo? Od Trzask Ceramics. A kto wie, ten wie, że do nich to dopiero trzeba się dopchać!
Chciałam jeszcze dodać, że częścią targów była świetna wystawa prac Karola Śliwki, autorstwa Patryka Hardzieja i Ady Zielińskiej. Jeśli będziecie mieć okazję zobaczyć, a insertujecie się grafiką, to bardzo warto. Na pamiątkę tejże – karteczka.
Pokazywałam Wam jakiś czas temu w social mediach, że wygrałam zestaw kosmetyków Dr.Hauschka. Oto i on – kremik różany, krem do mycia twarzy, tonik i balsam do ust.
Zapewne znacie tę markę, bo to jedna z pierwszych takich naturalnych. Mam wrażanie, że wszystkie te naturalne marki pochodzące z terenów Niemiec czy Austrii, ci pionierzy ekologiczni, mają bardzo specyficzną, podobną filozofię zarówno tak ogólnie, ale także o prostu w opracowaniu składów czy choćby w bardzo znaczącym użyciu alkoholu w formułach. Te kosmetyki też zazwyczaj bardzo charakterystycznie, podobnie pachną. Tak mamy także tutaj. Z pewnością więc z marką polubią się osoby doceniające ten pierwotny ekologiczny niemieckojęzyczny zamysł.
Moim ulubieńcem został ten najmniejszy słoiczek – balsamik do ust. Jest po prostu cudowny. Działa jak tłuściutki opatrunek dla podrażnionych, spierzchniętych, czasem wysuszonych warg. Pachnie łagodnie i smakowicie.
Super jest też ten krem myjący, choć ja nazwałabym go raczej pastą. Nie jest to kosmetyk pieniący się, tylko właśnie treściwa pasta na drobinkach migdałowych, pełna roślinnych ekstraktów. Świetnie oczyszcza, jednocześnie pielęgnując.
O kremie różanym sporo dobrego się nasłuchałam, wiele osób go poleca. Dla mnie jednak do codziennego stosowania jest zbyt tłusty. Bo to taki prawdziwy, równie treściwy tłuścioch. Za to bardzo, bardzo przyjemnie różany. Polubiłam go stosując około dwa razy w tygodniu jako rodzaj całonocnej maski. I wtedy faktycznie działa przyjemnie, mocno odżywczo i regenerująco.
Tonik natomiast to mieszanka wody, ekstraktu z roślinki o nazwie przelot pospolity, alkoholu, oczaru i zapachu z olejków eterycznych. Ma bardzo charakterystyczny ten aromat, który mi nie podszedł, ale już moja córka uważa za piękny. Ja niestety za bardzo czuję tu alkohol. Ale za to doceniam prostotę. Więc chyba same musicie zdecydować.
A co tam u mnie?
Cieszę się każdym, nawet najmniejszym oddechem wiosny! Słońce i kwiaty dodają mi energii, której wciąż bardzo potrzebuję.
Jestem teraz w trakcie takich kuracji, że przez jakiś czas po nich nie mogę stosować mojej zdrowej diety. Nie przyswajam wtedy za bardzo warzyw. Ale potem znowu wraca i ochota i chęci do eksperymentowania roślinnego. I znowuż stwierdzam, że jestem w tym już bardzo dobra. 🙂
Efekty eksperymentów zawsze lądują w relacjach. A jak w końcu uda mi się jakiś przepis dopieścić i spisać, to Wam go tu zaprezentuję!
Na zdjęciach moje ulubione śniadanka czyli hipsta bułeczki lub grzanki z wędzonym tofu, żur grzybowy z kaszą gryczaną, krem z ziemniaczków i gruszki oraz wegańska wersja mojej brokułowej zapiekanki.
Prowadziłam ostatnio wspaniałe warsztaty dla moich pań seniorek w Szaflarach. Już czwarty raz. A były tak udane, że zupełnie zapomniałam porobić jakieś zdjęcia w trakcie i po… Muszę zacząć o nich myśleć, bo wyszły naprawdę piękne rzeczy – dosłownie piękne, bo panie tworzyły między innymi kwiatowe tabliczki zapachowe.
Byłam też na super koncercie Kasi Nosowskiej i Błażeja Króla. A poszłam na niego dla tej poniższej piosenki, która bardzo oddaje moje stany częste w ciągu ostatnich dwóch lat. No, piękna jest.
Inne piosenki też piękne!
Podsyłam Wam jeszcze pierwsze fiołki, pachnące wiosenną beztroską i włoskimi cukierkami.
I Misię, której ostatnio bardzo dobrze na mięciutkim łóżeczku młodszej mej pociechy.
I mirabelkowego kwiatka, który wyrósł mi przy biurku!
Kochani, na początek podrzucam Wam jeden z moich ostatnich kolaży. Na dobre zimowe sny!
Potrzebne nam bowiem takie uskrzydlające senne marzenia!
A po drugie, jako że sama sobie i bliskim naprodukowałam ostatnio olejków 4 złodziei, to postanowiłam i Wam podrzucić moją uproszczoną wersję, które idealnie wchodzi w standardowe buteleczki 10-mililitrowe.
A jeśli jeszcze nie wiecie co to właściwie jest ten złodziejski olejek i do czego służy, jeśli nie słyszeliście jeszcze słynnej legendy, to zachęcam do zajrzenia do TEGO wpisu. Tam już wszystko opisałam i wyjaśniałam w trudny pandemicznym czasie.
Zaznaczam raz jeszcze, że jest to moja autorska wersja. I ta z wpisu z 2020 roku i ta tutaj – nieco inna. Ta dzisiejsza receptura nie tylko ma ułatwić Wam (i mi) domową produkcję – łatwo się bowiem odmierza mililitry do butelki, jest także nieco łagodniejsza w zapachu, bardziej przytulna, cytrusowo-korzenna z lekką nutą ziołową. Dzięki temu jest także chętniej akceptowalna przez dzieci (powyżej 3 roku życia), a na tym mi właśnie zależało.
Olejek czterech złodziei – wersja autorska uproszczona
Składniki / olejek 10 ml
2 ml olejku goździkowego
2 ml olejku cytrynowego
2 ml olejku pomarańczowego
1 ml olejku cynamonowego z kory
1 ml olejku eukaliptusowego
1 ml olejku rozmarynowego
1 ml olejku tymiankowego
Wszystkie olejki przelewamy do buteleczki. Przechowujemy w suchym, chłodnym miejscu.
Jak stosować olejek? Po całość i instrukcje zapraszam raz jeszcze do wpisu z 2020 – TUTAJ.
A tu zacytuję z tamtego wpisu podstawowe sposoby:
Nakładam dwie kropelki na ubranie przed wyjściem z domu, tworząc w ten sposób tzw. zapachowy filtr biologiczny (wg Herbiness). Taką ładną nazwę wyczytałam ostatnio, choć olejki stosuję właśnie w ten sposób od wielu lat. Z taką kropelką po domu chodzi także moja córka, wymiennie z czystą lawendą.
Dodaję kilka kropelek do środków czyszczących różne powierzchnie w domu – głównie kuchnię i łazienkę (używam Zielko), dzięki czemu nabierają siły dezynfekującej.
Dodaję odrobinę do maceratu z nagietka, który wmasowuję w skórę po kąpieli (o tym będzie niedługo osobny post).
Olejek można dodać także do preparatów antybakteryjnych do rąk, do mydeł w płynie, do balsamu do ciała, do soli lub olejku do kąpieli, do płynu do prania. Ważne, aby zachować umiar i przestrzegać zasad bezpieczeństwa.
Oczywiście możemy także stosować olejek w dyfuzorze lub kominku do aromaterapii.