KategorieNaturalna pielęgnacja

Sesja produktowa Biolaven

Znacie już kosmetyki Biolaven? Jestem pewna, że przynajmniej je kojarzycie, prawda?

A jeśli jeszcze nie mieliście okazji ich wypróbować, to może teraz się skusicie. Wyobraźcie sobie zapach świeżo zrywanych winogron, takich naszych, wiejskich, prosto z płotu. Tych ciemnofioletowych o cudownie słodkim miąższu i kwaśnej skórce. Tak właśnie pachną te kosmetyki! Cudnie!

Niosą ze sobą moc winogron i lawendy. Dla mnie są więc kosmetykami końca lata, mojej ulubionej pory. Kiedy więc potrzebuję się przenieść w te nasze ukochane sierpnie i wrześnie, sięgam po Biolaven!



Biolaven jest jedną z marek z oferty Sylveco. Oferuje kosmetyki do twarzy i ciała. Wszystkie cechują się tym, że są bardzo łagodne, mają proste naturalne składy, w których króluje olej z pestek winogron i olejek lawendowy i wszystkie pachną winogronami. Zawsze trochę brakuje mi tego lawendowego aromatu, ale i zapach winogron można pokochać.

Cała seria wygląda, jak prowansalskie kosmetyki. Opakowania tworzą taki właśnie klimat w łazience, co osobiście także bardzo lubię.

To co, skusicie się? Znajdziecie wszystkie na stronie SYLVECO!


Dla marki zrobiłam ostatnio kreatywną sesję produktową, której fragmenty Wam tutaj załączam.


I oczywiście, jak zawsze, serdecznie zapraszam do mojego portfolio:

>> LILI CREATIVE <<

A także na mój graficzno-fotograficzny profil na >> Instagramie!


Portfolio: Morskie Historie dla Rosa. Panna Poranna

Mam coś dla tych wszystkich, którym nie dane było w tym roku dotrzeć nad morze! A jeśli spędziliście cudownie czas na którejś z plaż, to mam też sposób, jak to morze zaprosić do własnej łazienki!

Dzisiaj chciałabym bowiem zaprezentować Wam nową serię produktów Rosa. Panna Poranna – Morskie Historię! Serię, która została opatrzona w moją grafikę – począwszy od identyfikacji marki, a skończywszy na tym, co tak pięknie wygląda w łazienkach – na etykietkach!


Więcej moich prac, a także pozostałe grafiki dla Rosy znajdziecie w moim portfolio:

>> LILI CREATIVE <<<

Zajrzyjcie koniecznie!



Przyznam, że te morskie etykietki najbardziej przypadły mi do serca! Znajdziecie na nich rośliny i żyjątka morskie wyciągnięte wprost z dawnych rycin. No, uwielbiam je! Choć nie wiem, czy tak można uwielbiać własne pomysły 😀


Dobra, tymczasem wracamy nad nasze niezwykłe morze!

W serii docelowo będą 4 produkty, na jeden więc musimy jeszcze chwilę zaczekać. Myślę, że bardzo Wam się spodoba – wiem co to będzie, bo grafikę już ma. Pozostawię Was jednak w niepewności!

Dostępne na stronie Rosy są już – olej algowy czyli macerat spiruliny w oleju słonecznikowym, czystą spirulinę i to, co pokochałam od pierwszego spojrzenia – peeling bursztynowy! Bursztyny! Prawdziwy pyłek z bursztynów z naszego morza. No, jakby złoto zamknięte w małym słoiczku!



Zacytuję Wam na początek kilka słów o samych produktach, które pochodzą ze strony Rosy.

Peeling bursztynowy pochodzi z bursztynów z Morza Bałtyckiego wyłowionych na polskich plażach. Jest niezwykle luksusowym surowcem. Nazywany złotem Bałtyku ma wiele dobroczynnych właściwości na ciało i duszę. Litoterapeuci uważają, że bursztyn ma działanie uspokajające i dodające twórczej energii. W kosmetyce naturalnej pomaga w regeneracji naskórka, dodaje energii, poprawia koloryt oraz zdolności immunologiczne, ukrwienie i dotlenienie skóry.

Spirulina Platensis to szmaragdowozielona mikroalga, posiadająca wspaniałe właściwości. Jest najbardziej niezwykłą rośliną odżywczą, jaka została odkryta przez człowieka. Bogata w wiele cennych składników była ceniona już przez Rzymian. Obecnie nazywana jest “mlekiem Matki Ziemi” ze względu na bardzo duże stężenie kwasu  gamma-linolenowego (GLA).

Jest także bogatym źródłem protein, witamin z grupy B oraz witamin, A, E, aminokwasów, kwasów tłuszczowych: kwas gamma-linolenowy (GLA), minerałów (potas, wapń, magnez, cynk, selen, fosfor), kompleksów cukrowych i enzymów.

Spirulina ma właściwości regeneracyjne, nawilżające, wzmacniające naczynia krwionośne i zmniejszające rumień, łagodzące stany zapalne, poprawiające koloryt skóry, wspomagające gojenie.


Olej algowy powstaje poprzez macerowanie alg spirulina platensis w tłoczonym na zimno delikatnym oleju z nasion słonecznika. Algi są bardzo dobrym surowcem do modelowanie sylwetki. Rozbiją tkankę tłuszczową, poprawiają krążenie krwi i limfy. Działają napinająco i ujędrniająco na naskórek. Mają działanie przeciwzmarszczkowe i odżywcze. Olej algowy stosuje się do masażu skóry mało elastycznej, z cellulitem, słabo nawilżonej.



Kochani, z tych właśnie trzech cudownych składników możemy sobie wyczarować prawdziwie luksusową morską pielęgnację!

Monika, twórczyni Rosy, motywuje nas do pewnej zabawy pielęgnacyjnej. Do tego, abyśmy same komponowały spoje kosmetyki i rytuały według aktualnych potrzeb i ochoty. Tak dobiera swoje produkty, żeby one mogły się wzajemnie uzupełniać. Siebie wzajemnie lub inne, tradycyjne kosmetyki! I tak pyłek bursztynowy możemy wymieszać z odrobiną oleju algowego, ale równie dobrze sprawdzi się, jeśli dodamy go do codziennej porcji żelu do mycia twarzy lub odżywczej maseczki. Spirulinę możemy mieszać doprawdy z mnóstwem rzeczy – z olejami, z jogurtem, z miodem, z glinkami czy właśnie także – z gotowymi maskami czy kremami, które posiadamy. Trzeba po prostu uruchomić wyobraźnię!



Ja sama proponuję Wam mój pomysł na morski zabieg odżywczy! Jest to autorski cudowny rytuał, który bardzo polecam! A do tego oczywiście – jakże prosty!

KROK I – złoty peeling bursztynowy! W zagłębieniu dłoni mieszamy mniej więcej płaską łyżeczkę bursztynowego pyłku i tyle samo oleju algowego. Powstaje coś wspaniałego! Bursztynowo pomarańczowa mikstura, jakby faktycznie płynne złoto, które niesie ze sobą echo morskich historii! Tęże miksturą masujemy oczyszczoną, wilgotną buzię przez dobrych kilka minut. Spokojnie, łagodnymi ruchami. Niech ten masaż przyniesie nam ukojenie, a bursztyn uruchomi swe bursztynowe moce! Całość można pozostawić na buzi na kolejne 3 minutki, a potem spłukujemy skórę chłodną wodą.



KROK II – potwór z morskich głębin! A dokładniej – zielona algowa maseczka! Postanowiłam połączyć czystą spirulinę z gotową morską maseczką – kolagenową maską Cafe Mimi z ekstraktami z alg – morszczynu i listownicy (dokładnie ). Mieszam w dłoni płaską łyżeczkę spiruliny ze standardową ilością maski, aż powstaje zielona papka, którą rozsmarowuję na twarzy. Pozostawiam ją na 15-20 minut i zmywam. Spryskuję jeszcze twarz hydrolatem jabłkowym i nakładam krem lekko koloryzujący Cosnature (taki typu BB). I jest, oj jest, to uczucie “och-ach”, kiedy to nie możesz przestać dotykać skóry, taka jest miękka i przyjemna!

Jestem pewna, że w miarę poznawania produktów Rosy, sami odkryjecie swoje na nie sposoby. Stworzycie własne rytuały. Będzie odkrywać każdy z tych jakże prostych kosmetyków wciąż na nowo.

I to jest super!

Wszystkie produkty Rosy znajdziecie na stronie PannaPoranna.pl


Letni olejek uspokajający czyli ogrodowy balsam dla duszy

Oto i kolejny sposób na zatrzymanie lata!

Przez te kilka lat pokazywałam Wam już podobne olejki. Maceraty tworzę sobie od dawna, na różne potrzeby. Tym razem jednak zainspirował mnie mój własny ogród i postanowiłam stworzyć taką letnią wersję kojącego balsamu dla duszy!

Powstał olejek o cudownym zapachu. Lekko lawendowym, ale ze świeżą ziołową nutą. I doprawdy mam wrażenie, jakby wtopiło się w niego lato! Już samo to powinno podziałać na Was kojąco, kiedy nadejdą jesienie i zimy.



Niemniej jednak w głównej mierze chodzi tutaj o kojące i uspokajające działanie olejków eterycznych – tych, które do olejku dodałam i tych, które on sam sobie wyciągnął z roślin. Olejek pomaga wyłączyć się ze stresujących sytuacji, łagodzi zmęczony umysł, pozwala uspokoić się i zasnąć, jednocześnie dodając witalnej energii. Po prostu – balsam dla duszy!

Do tego zapach ma tak uniwersalny, że z pewnością polubią go i panowie i panie. Jeżeli więc tęsknicie za spokojnymi wieczorami i spokojnym snem, zróbcie go koniecznie. W wersji dla najmniejszych maluszków polecam pozostać jedynie przy lawendzie. Starszym dzieciom możemy już nasz olejek aplikować w czasie trudniejszych dni czy niespokojnych nocy.

Idealnym pojemniczkiem na olejek jest szklana butelka z roll-onem. Nie stosujemy go bowiem dużo. Jest bardzo intensywny i wydajny. Wystarczy wmasować kilka kropel (lub takie roll-onowe maźnięcie) w nadgarstki lub odrobinę za uszy – jak perfumy. Zapach i zawarte w nim olejki eteryczne będą się wokół nas unosić i rozpoczną swoją kojącą magię.



Letni olejek uspokajający czy ogrodowy balsam dla duszy


Mój olejek zrobiłam od razu w buteleczce z roll-onem – po pierwsze dlatego, że ładnie prezentuje się wtedy na zdjęciach, po drugie – można wtedy stosować olejek już podczas macerowania, co przydało mi się kilak razy. Polecam jednak wybrać po prostu słoik – jest znacznie praktyczniejszy. Zwłaszcza, że olejek tak czy siak, trzeba po dwóch tygodniach zlać, przecedzić i wlać do finalnej buteleczki. Dzięki temu nie zepsuje się za szybko i spokojnie wykorzystamy go w zimowe trudne wieczory.

W przypadku naszego olejku proporcje oleju do świeżych roślin, które tu wykorzystujemy powinny być 1:1. Rośliny muszą swobodnie pływać w oleju i być dokładnie nim zakryte. Pamiętamy też, że taką buteleczką lub słojem codziennie wstrząsamy, aby mieć pewność, że olej obleka każdą z roślin i nie narażamy jej na zepsucie.

Do mojego olejku zebrałam kwiaty lawendy, gałązki tymianku, kwiaty macierzanki i zwieńczyłam całość kwiatem czarnuszki. Możecie mieszać te roślinki w dowolny sposób. Warto też dodać igły rozmarynu, który świetnie rozjaśnia umysł i wzmaga koncentrację.

Jako bazę olejową wybrałam tym razem frakcjonowany olej kokosowy, ze względu na to, że praktycznie od razu się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy – jest to tzw. olejek suchy. Z łatwiej dostępnych olejów najlepiej sięgnąć po olej słonecznikowy lub z pestek winogron.



Suche rośliny zalewamy podgrzanym do około 40 stopni olejem – jak wspominałam powyżej w proporcji 1:1 . Dzięki temu mamy większą pewność, że rośliny nam się w trakcie macerowania nie zepsują, zachowując jednocześnie ich olejki eteryczne, które ulatniają się w wysokiej temperaturze. Olejek odstawiamy na dwa tygodnie, codziennie nim wstrząsając. Po tym czasie przecedzamy go przez gazę lub ręcznik papierowy i przelewamy do buteleczki z roll-onem.

Do buteleczki, która ma 60 ml dolewamy 30 kropelek olejku lawendowego i 10 kropelek olejku neroli – z kwiatów gorzkiej pomarańczy i ponownie odstawiamy całość na jeden, a najlepiej na kilka dni. Jeżeli Wasze buteleczki będą miały inna pojemność, najlepiej zapamiętać, że na każde 5 ml oleju dodajemy około 3 kropelki olejku eterycznego. Olejek lawendowy jest łatwo dostępny, jeżeli macie trudności ze znalezieniem olejkiem neroli, możecie pozostać przy samej lawendzie lub dodać do niej olejek geranium lub bergamotkowy.

Po więcej informacji na temat tworzenia maceratów odsyłam Was na blog Ziołowej Wyspy – znajdziecie tam masę ciekawych i praktycznych porad.

Olejek stosujemy, jak opisywałam powyżej tj. kilka kropel lub maźnięcie roll-onem na nadgarstki lub za uszy. Według potrzeby – kiedy czujemy się znużeni, zestresowani, niespokojni. Kiedy nie możemy zasnąć lub mamy niespokojny sen. Kiedy potrzeba nam lata.

Olejek przechowujemy w suchym i ciemnym miejscu, ale wciąż pod ręką. Byłoby idealnie aby roll-on był z ciemnego szkła.

Ach, może jeszcze dodam na wszelki wypadek, że te kwiaty i roślinki wyglądają tak ładnie i kolorowo w olejku tylko na początku. Potem tracą barwę, ale wypełniają olejek swoimi właściwościami!


Nowe w portfolio: Rosa. Panna Poranna

Cieszę się bardzo, bo w końcu mogę Wam zaprezentować projekt, nad którym pracowałam ostatnie kilka miesięcy. Poznajcie nową markę – Rosa. Panna Poranna.

Markę Moniki, którą być może znacie z bloga Wielki Kufer. Markę, która, choć nie moja, jest mi już tak bliska i trzymam mocno kciuki za jej wspaniały rozwój!



Zacznę jednak od tego, że zapraszam serdecznie do całego mojego portfolio na:

>>> LILI CREATIVE <<<


Dla Rosy stworzyłam identyfikację wizualną, prowadziłam też szeroki konsulting przy tworzeniu marki. Stworzyłam etykiety i kolaże produktowe dla wszystkich kosmetyków w ofercie – tych, które już są dostępne i zupełnie nowej serii, która swoją premierę będzie miała już w sierpniu. Będą to naprawdę świetne produkty, które pokażę Wam później!

Tymczasem w ofercie marki znajdziecie pełne wiosenno-letniej energii oleje i hydrolaty z zaskakujących owoców i kwiatów. Są też glinki, sok z aloesu, peelingi z pestek i kwas hialuronowy. Czyli składniki do stworzenia w pełni naturalnej, tak zwanej – prostej pielęgnacji. Albo do jej codziennego uzupełnienia.

Monika tak opisała swoją Rosę:

Rosa to boginka piękna, która uwielbia otaczać się tym co naturalne. To Panna Poranna, która spaceruje skoro świt wśród sadów, łąk i lasów w poszukiwaniu naturalnych składników do pielęgnacji twarzy i ciała. Uwielbia prostotę i nie uznaje kompromisów. Dlatego jej produkty są wysokiej jakości i wytworzone z naturalnych składników.

Zajrzyjcie więc koniecznie na stronę marki na PannaPoranna.pl!



Tak i powstała nam panna poranna – delikatna boginka stąpająca po rosie i wchodząca w poranek z nową energią. Uzupełniają ją rysunki roślin i owadów z dawnych rycin. Całość ma lekko tajemniczy wydźwięk, przepełniony subtelnym mistycyzmem i dawną ludową mądrością. W logo pojawia się wymiennie sama boginka lub graficzny kwiat skomponowany z kropel rosy, który wykorzystujemy także we wzorze widocznym na wszystkich etykietach produktowych.



Sama ostatnio stosuję kilka produktów Rosy i już Wam mogę zaręczyć, że są świetne!

Mam dwa cudownie letnie hydrolaty – z pomidora i jabłkowy, olejek także z jabłka i peeling a pestek czarnej porzeczki.

Te pierwsze stosuję wymiennie, jako lekkie mgiełki kiedy tylko mam ochotę i jako tonik, do przemywania twarzy. Moje serce skradł hydrolat jabłkowy. Genialny! Pachnie bowiem bardzo orzeźwiająco świeżym jabłkiem. Woda pomidorowa nie ma niestety zapachu pomidora, świetnie się jednak sprawdza w codziennej pielęgnacji. Odświeża i koi skórę. Oba hydrolaty bardzo dobrze przygotowują ją do chociażby peelingu.

Tutaj najlepiej wziąć odrobinę pestek i wymieszać je z kilkoma kroplami olejku jabłkowego. Ja tak robię! Zwracam tylko uwagę, że pestki z porzeczki są jednak dosyć grubo zmielone i taki peeling nie nada się do wszystkich rodzajów cer. Ja masuję nim twarz bardzo delikatnie i tak sprawdza się naprawdę dobrze. Mimo to wolę stosować go do ciała. Tu jest po prostu genialny! łączę go z naturalnym mydłem lub żelem pod prysznic, czasami z olejkiem. Skóra jest potem mięciutka i świetnie oczyszczona!

Polubiłam się też z samym olejkiem jabłkowym! Ma przyjemny słodki pestkowy zapach. Nie wiem czy wiedzieliście, ale “jest bogatym źródłem siarki, co czyni go skutecznym w leczeniu trądziku, łuszczycy i innych problemów skórnych. Obecność naturalnej siarki poprawia detoksykację skóry i zwiększa produkcję kolagenu.” Wspomagam nim wieczorną pielęgnację, nakładając odrobinę wraz z żelem hiauronowym. Cudo!

Raz jeszcze zachęcam gorąco do zajrzenia na stronę Rosy – Panna.Poranna.pl!



Nie mogę się oprzeć, więc dołączam jeszcze trochę grafik i zdjęć Rosy!

Mam nadzieję, że Wam spodobają się tak bardzo, jak mnie!


Cztery letnie hydrolaty i jedna genialna mgiełka DIY

Jestem ogromną miłośniczką hydrolatów. Wszelkich. Kosmetyków, które podarowała nam natura, a które możemy wykorzystywać na wszelakie sposoby. Wód kwiatowych wysyconych roślinnymi ekstraktami. Tym, co w danej roślinie najlepsze.

Jestem też ogromną miłośniczką lata. Celebruję je w pełni, każdego dnia, doświadczam wszystkimi zmysłami. Chcę się nim nasycić, na ile się da. Aby wystarczyło mi tej letniej energii na całe te lutowo-marcowe szarości.

I tak te moje pasje i zamiłowania łączą się idealnie, bo doprawdy nie ma nic lepszego latem niż dobra roślinna mgiełka!

Cóż nam lepiej i przyjemniej odświeży skórę w każdym momencie, kiedy tylko tego odświeżenia ona wymaga?



Trzymam te moje ulubione letnie hydrolaty i mgiełki zawsze pod ręką. Są i w łazience, i przy biurku, przy którym pracuję, czasem znajdę je także w kuchni, niekiedy zawędrują do salonu lub zakotwiczą w ogrodzie przy hamaku.

Czemu? Jeżeli jeszcze nie mieliście tej przyjemności doświadczania letniej mgiełki, to po prostu – zaufajcie mi. Sprawdźcie sobie nowy hydrolat lub stwórzcie naszą dzisiejszą genialną wodę (poniżej). A potem, kiedy upał zacznie Wam doskwierać, spryskajcie się po prostu taką mgiełką. Całą twarz. Albo i całe ciało. Bo czemu nie?

Wtedy doświadczycie tej magii! Wtedy zrozumiecie!



Spieszę więc z poleceniami moich ulubionych letnich hydrolatów! To OLEIQ – marka córka znanych nam dobrze kosmetyków Sylveco, całkiem niedawno wprowadziła na rynek taki idealnie letni zestaw. Mamy więc rośliny, które są po prostu są synonimem wakacyjnego orzeźwienia i ukojenia – aloes, werbenę, ogórek i miętę. Słoneczny kwartet!

Hydrolaty zamknięto w szklanych kobaltowych buteleczkach, z którymi tak pięknie korespondują etykiety w stylu dawnej apteki, opatrzone pięknymi botanicznymi rysunkami. Wiecie dobrze, jak bardzo takie lubię! Z resztą, pokazywałam Wam już całą ofertę marki, przy okazji sesji produktowej, którą jakiś czas temu dla niej robiłam. A spośród wszystkich tych produktów najchętniej wracam właśnie do hydrolatów. Zwłaszcza latem!

Który wybrać na początek? Trudna decyzja… Ale gdybym miała polecić jeden, który na pewno warto mieć przy sobie latem, postawiłabym na aloes! Z oczywistej przyczyny – aloes jest znanym remedium na poparzenia słoneczne. A nawet jeśli skóra nie jest za bardzo zaczerwieniona po wakacyjnych szaleństwach i tak na pewno prosi się o te odrobinę ukojenia. I aloes właśnie ją zapewnia. Łagodzi i regeneruje. Spryskajcie nim całe ciało lub zmieszajcie z jogurtem i taką mieszaninę nałóżcie na chwilę na skórę. Najlepsza kojąca maska!



Aloes znajdziecie także w hydrolacie z ogórka, który stanowi jakby połączenie ekstraktów aloesowych i ogórkowych. A przy tym pachnie jak świeży ogórek! A wiem, że sporo osób uwielbia ten zapach! “Hydrolat zawiera sok z ogórka, który posiada dużą wartość odżywczą oraz działa nawilżająco. Działa przeciwzapalnie, leczy wypryski a skóra po zastosowaniu staje się delikatna i gładka. Delikatni rozjaśnia przebarwienia. Sok z ogórka polecany jest do cery tłustej, szorstkiej i zmęczonej oraz wrażliwej z tendencją do wyprysków.” Mamy więc podwójne ukojenie o jakże ujmującym wakacyjnym zapachu!

Jeżeli natomiast w upalne dni ślęczycie długie godziny nad komputerami, zaopatrzcie się w miętę i werbenę! Na pierwsza pachnie wspaniale – energetycznie miętowo! Mięta ma działanie lekko pobudzające, więc nie tylko odświeży skórę, ale i pobudzi umysł do działania. Tak, że nawet w te gorące dni będzie nam łatwiej pracować. “Hydrolat przywraca równowagę skóry oraz usuwa oznaki zmęczenia. Cera pozostaje odświeżona i rozjaśniona. Doskonale radzi sobie z rozszerzonymi porami oraz reguluje wydzielanie sebum.

Równie orzeźwiające działanie ma werbena, chociaż muszę tutaj uprzedzić, że niestety nie posiada ona tego charakterystycznego werbenowego zapachu. Niestety nie wszystkie hydrolaty pachną tak, jak ich rośliny matki, ale nie zmienia to faktu, że wciąż posiadają wyjątkowe właściwości! “Werbena była ceniona już w starożytnościi. Przypisywano tej roślinie niezliczone własności lecznicze, znana jest również jako “zioło na każde zło”. Działa uspokajająco i uśmierzająco. Posiada własności przeciwzapalne i antybakteryjne oraz doskonale reguluje wydzielanie sebum. Skóra po zastosowaniu pozostaje nawilżona i odświeżona.

To który wybieracie? Wszystkie znajdziecie np. w Hebe lub na stronie Sylveco.

Ach, muszę tylko jeszcze uprzedzić, że hydrolaty zawierają konserwanty – sami już zdecydujcie, czy to Wam odpowiada czy wolicie inne, w pełni czyste.


A jeśli nie macie pod ręką akurat hydrolatu, polecam Wam bardzo, oj jak bardzo, ogrodową, magiczną wręcz mgiełkę, którą z łatwością zrobicie sami! Aby w pełni korzystać z lata i czerpać z natury, która obdarowuje nas swoimi cudownościami w naszych własnych ogródkach lub na okolicznych łąkach!

Przepis na tę mgiełkę wyobrażam sobie tak… W ciepłą letnią noc, kiedy księżyc jest w pełni lub do pełni właśnie wzrasta, kiedy odżywcze soki krążą najmocniej, a ziele wypełnia się kojąca mocą, zerwij kilka listków mięty i kilka kwiatów nagietka. Zalej je wodą z jurajskiego wywierzyska, które od wieków łączy zbłąkane serca kochanków. Miksturę odstaw na noc, aby czerpała z księżycowej energii. Wraz z brzaskiem zlej miętowo-nagietkową wodę do buteleczki i zużywaj wedle uznania w czasie godzin upalnych.

A jeśli wyobrażenia moje wydają się nazbyt skomplikowane, nic się nie martwcie! Po prostu wieczorem odwiedźcie ogródek, zerwijcie nieco listków mięty i kwiatów nagietka i faktycznie zalejcie je wodą, po czym odstawcie całość na noc. Nie róbcie takich wód na zapas, jedynie małe ilości, które zużyjecie podczas upalnego dnia. Ewentualnie – woda wytrzyma nieco dłużej, przechowywana oczywiście w lodówce.

Rano wystarczy taki wodny macerat przelać do buteleczki ze spryskiwaczem, a potem… wierzcie mi… będziecie się spryskiwać taką miętowa mgiełką co chwilę. Taka jest przyjemna!


Nowe dla o!figa

Nie spoczywa nam Patrycja na laurach, oj nie! Wciąż tworzy i zaskakuje nowościami w swojej marce o!figa! A mnie cieszy to szczególnie, bo uwielbiam z nią współpracować!

Spieszę więc z małą prezentacją nowości o!figa, a jednocześnie naszej graficznej współpracy. Ponownie bowiem to właśnie moje etykietki pojawiają się na kosmetykach Patrycji.

A dokładniej – projekt etykiet, zdjęcia i kolaże produktowe. Poniżej także znajdziecie mały wgląd w cennik hurtowy marki, który także ostatnio powstał!

Po więcej zapraszam do mojego portfolio:

>>> Lili Creative <<<



Wróćmy do samych nowości. Są to dwa kosmetyki, które już dokładnie wypróbowałam i polecam serdecznie!


Ja, Papaja

To kosmetyk, który możesz stosować jak maseczkę lub jak myjący puder do twarzy. Produkt jest bogaty w proteolityczne enzymy z papai i ananasa, które wspomagają proces rozpuszczania warstwy rogowej naskórka, w następstwie czego skóra jest gładsza, oczyszczona, zmniejszona jest widoczność porów i tendencja do zaskórników. Kosmetyk doskonale sprawdzi się w pielęgnacji cer naczyniowych, delikatnych, trądzikowych.

Jest to więc delikatny biały puderek, który po zmieszaniu z wodą przybiera postać emulsji. Tą emulsją myjemy twarz, masując ją przez dłuższą chwilę. Ja zazwyczaj zostawiam ją na twarzy, dopóki nie wejdę pod prysznic i tam po chwili ją zmywam, czasami jeszcze dodając odrobinę żelu do twarzy. I tak mniej więcej dwa razy w tygodniu.

Jestem wielbicielką tego typu proszków myjących opartych na białej glince od dawna. Uwielbiam je! A tutaj mamy jeszcze dodatek pełnych enzymów papai i ananasa, które dodatkowo peelingują. Połączenie idealne! Buzia jest czysta, miękka i tylko czeka na porcję kremu.

Maskę znajdziecie na stronie o!figa



Silna Trójca


To młodsza siostra Pięknej trójcy. To także trójcząsteczkowy żel hialuronowy, jednak o wyższym stężeniu, bo aż 3%. Każda z cząstek pełni inną funkcję i uzupełnia swoje działanie.

Kwas małocząsteczkowy przenika do naskórka, kwas ultramałocząsteczkowy przenika do głębszych warstw skóry, gdzie wiąże wilgoć, dzięki czemu nawilżenie dłużej się utrzymuje, natomiast kwas wielkocząsteczkowy tworzy warstwę okluzyjną, która chroni naskórek przed utratą wody. Każdej cząsteczki jest w Silnej Trójcy po 1%.

Silna Trójca jest gęstsza od Pięknej Trójcy, czyli różnica jest widoczna gołym okiem. Gdzieś też wyczytałam, że tego typu żel można nakładać już sam na twarz, osobiście jednak bardzo polecam na oczyszczoną buzię nałożyć nieco żelu, a na to przynajmniej odrobinę kremu. Lub olejku – jak wolicie! Ja wolę krem. Wtedy zamyka on żel w skórze i efekt nawilżenia jest najlepszy.

Żel cudownie łagodzi i zmiękcza skórę. Stanowi jakby skumulowaną dawkę nawilżenia i ukojenia. Genialnie uzupełnia każdy krem (lub olejek). Nakładam go także czasami punktowo w inne miejsca na ciele, na drobne ranki, aby się szybciej zagoiły. Pomaga! Bardzo się zatem polubiliśmy!

Żel znajdziecie na stronie o!figa


Facebook