KategorieNaturalna pielęgnacja

W nowej codzienności – mydła i preparaty dezynfekujące

Nowa codzienność w czasach zarazy wymogła także nowe potrzeby. A dokładniej, potrzeby to może i były zawsze, ale nigdy wcześniej tak intensywnie nie poszukiwaliśmy wszelkiej maści preparatów dezynfekujących, żeli antybakteryjnych i po prostu – mydeł.

Wiemy już chyba wszyscy dobrze, jak ważne jest teraz częste mycie rąk. Że zwykłe mydła świetnie się sprawdzają w zapobieganiu rozprzestrzeniania się koronawirusa. Wiemy, jak ważne jest dezynfekowanie często dotykanych powierzchni. Jak dobrze działają żele antybakteryjne.

Na przeciw tym potrzebom wychodzą producenci kosmetyków. Bo choć część zaprezentowanych tutaj dzisiaj produktów jest już na rynku od dawna, kilka z nich jest odpowiedzią na ostatnie wydarzenia. I dobrze! Bardzo popieram takie ekspresowe reakcje.

Zapraszam Was więc dzisiaj na mój wybór ciekawych produktów do mycia i dezynfekcji!


  1. Pracownia Ondo udowadnia, że mydła moga mieć współczesny, designerski charakter. Mydło Rozodzięki dopracowanej recepturze, w skład której wchodzi oliwa z oliwek, nierafinowane masło shea, olej ze słodkich migdałów oraz awokado, Rozo oczyszcza skórę, jednocześnie jej nie wysuszając / Pracownia Ondo
  2. Nowości marki DLA Kosmetyki – Mydło antybakteryjne do mycia rąk z naturalnymi olejkami antybakteryjnymi i Spray do czyszczenia powierzchni i rąk z naturalnymi olejkami o działaniu antybakteryjnym. Receptura tego pierwszego oparta jest na przedwojennym tradycyjnym mydle potasowym w połączeniu z najsilniejszymi naturalnymi olejkami eterycznymi o działaniu przeciwbakteryjnym / DLA Kosmetyki
  3. Nowość marki Hagi Cosmetics – antybakteryjna pianka myjąca – czyli produkt, który łączy w sobie właściwości mydła i żelu/płynu antybakteryjnego. Ma udokumentowane działanie antybakteryjne i zawiera wiele składników intensywnie nawilżających / wkrótce na stronie Hagi
  4. Swonco Antybakteryjne mydło w płynie Medica zawiera w 100% surowce pochodzenia naturalnego.  Oparte na recepturze dla gabinetów medycznych, posiada właściwości dezynfekcyjne, skuteczne na 99,9% bakterii / Kopalnia-Zdrowia.pl
  5. Antybakteryjna pianka myjąca do twarzy i rąk Nacomizawarty w składzie aloes działa nie tylko antywirusowo, przeciwbakteryjnie, przeciwgrzybicznie, ale i silnie nawilżająco, przez co nawet częsta pielęgnacja nie wysusza skóry. Dodatkowo zawarta w piance lukrecja wpływa na regenerację skóry oraz działa przeciwzapalnie / Namera
  6. Alphanova Sante, Antybakteryjny żel do mycia rąk, bezzapachowy – Żel do mycia rąk – bez wody i ręcznika – nie wysusza skóry. 100% składników pochodzenia naturalnego / Ekodrogeria
  7. Jakie słodkie! Jack N’Jill, Żel do dezynfekcji rąk, Koala – Dwa żele w opakowaniu. Jeden od razu w silikonowym ubranku łatwym do zaczepienia na wózek lub do torebki. Drugi flakonik to uzupełnienie, które można przełożyć do silikonowego wdzianka lub używać osobno / Ekodrogeria
  8. Mydło naturalne KAKAOWE Z MIODEM MALINOWYM I OLEJEM RYŻOWYM – czyż nie wygląda pięknie? Kojące i łagodne, bezzapachowe mydło z dodatkiem oleju ryżowego, miodu i kakao świetnie nadaje się dla osób z cerą suchą oraz często podrażnioną / Miodowa Mydlarnia

  1. Jedno z chyba najbardziej znanych mydeł na rynku – mydło Rozmarynnaturalne, ręcznie wytwarzane w niewielkich partiach, wegańskie mydło z najstarszą na świecie, syberyjską glinką kambryjską i rozmarynowym olejkiem eterycznym / Ministerstwo Dobrego Mydła
  2. Najel Czarne mydło z eukaliptusem – stanowi tajemnicę dla zdrowej i delikatnej skóry oraz ma wyjątkowe i antyseptyczne właściwości dzięki zawartości olejku eukaliptusowego / Ecco Verde
  3. Mydło Lastryko – w klimacie zero waste, bo ze skrawków innych mydeł mydlarni – super pomysł, prawda? Skóra jest po nim wygładzona, miękka i odżywiona. Z kolei olej rycynowy zapewnia mu przyjemny poślizg i gęstą, stabilną pianę. Dodatkowo Lastryko miało szczęście zgarnąć to, co najlepsze z innych szpakowych mydeł: Zimowego, Słonej Lawendy, Pomarańczy z Rozmarynem, Węgla, Wyrwidęba i Waligóry / Mydlarnia Cztery Szpaki
  4. Bentley Organic, Naturalna Antybakteryjna Pianka do Mycia Rąk, Bezzapachowa – skutecznie zabija bakterie, nie wysuszając rąk, działa antyseptycznie / Ekodrogeria
  5. Mydło wegańskie Dziegieć Brzozowynaturalne mydło powstałe na bazie oleju kokosowego, rycynowego, słonecznikowego oraz maseł shea i kakaowego z dodatkiem 4% dziegcia brzozowego o silnym, charakterystycznym zapachu oraz właściwościach przeciwbakteryjnych, przeciwgrzybiczych, przeciwłupieżowych i regeneracyjnych / Stara Mydlarnia
  6. Dziecięca Antybakteryjna Pianka do Mycia Rąk Bentley Organic jej unikalna formuła jest delikatna dla skóry, ale bezlitosna dla szkodliwych bakterii. Testy niezależnej organizacji certyfikujące “Soil Association” wykazały, że zabija około 99,9% bakterii / Ekodrogeria
  7. Odświeżający antybakteryjny żel do oczyszczania rąk – Go CranberryNiezastąpiony gdy brakuje dostępu do wody, podczas podróży, na spacerze, w pracy, w szkole, po wizycie w toalecie / IWOS
  8. Olejek 4 Złodziei według autorskiej receptury Klaudyny Hebdy. O tej legendarnej mieszance pisałam Wam już wczoraj długi wpis – zobaczcie koniecznie TUTAJ. A gotowy olejek znajdziecie u Klaudyny / Klaudyna Hebda

Olejek 4 złodziei

Nie wiem czy wiecie, ale jedną z największych zalet moich warsztatów kosmetyków naturalnych jest to, że w dużej części przepisów uczestnicy sami mogą skomponować zapachy swoich kosmetyków. I cieszą się zawsze jak dzieci, bo całe stoły mam zastawione wszelkiej maści pachnącymi olejkami. Są wśród nich sztuczne kompozycje zapachowe przystosowane do produkcji kosmetyków, które pachną np. jak lody wiśniowe czy biała herbata (wspaniale!), ale to, co najcenniejsze, o czym zawsze mówię najwięcej – to naturalne olejki eteryczne.

Te czyste esencje roślinne, te wysoce skomplikowane i skoncentrowane substancje chemiczne, która mają ogromny wpływ na funkcjonowanie naszego organizmu. Tym wpływem zajmuje się nauka zwana aromaterapią. Liznęłam ją ledwo, bo choć interesuje mnie od dawna, dobrze wiem, że wciąż jeszcze wiem mało, oj mało. Wgłębiam się w nią od wielu lat, choć daleko mi do ekspertki. Umiem jednak zastosować podstawowe olejki w codziennym życiu. Ba, po prostu je stosuję. Ja i moja rodzina. I bardzo je sobie cenię.

Sięgnęłam więc po moje wielkie pudło ze wszystkimi warsztatowymi olejkami i wybrałam z nich te, których zapas może nam się przydać w najbliższym czasie. Czasie, jak wiadomo, złym i niepewnym. W czasie panującej epidemii koronawirusa.

Spośród całej armii olejków, które rozłożyłam sobie na stole, wybrałam kilka i stworzyłam z nich własną wersję olejku 4 złodziei.



Słyszeliście już może o tej mieszance olejkowej? Coraz więcej osób teraz do niej powraca, coraz częściej można o niej usłyszeć. Ja sama usłyszałam jej historię już dosyć dawno temu, teraz jednak postanowiłam zgłębić ją dokładniej.

A zaczęło się od legendy… Ciężko stwierdzić ile w niej prawdy, choć z pewnością jest ona prawdopodobna. Ma też bardzo wiele wersji. Gdzie bym nie czytała, zawsze coś je od siebie rożni. Nawet ilość samych złodziei bywa różna – raz jest ich czterech, raz pięciu, czasem siedmiu. Udało mi się jednak wyłuskać z nich pewien ogólny obraz.

Działo się to jakoś w połowie XIV wieku, kiedy do Europy, wraz z genuańskimi galerami powracającymi z Morza Czarnego trafiła dżuma, zwana także czarną śmiercią. Przebyła wcześniej, wraz z wędrującymi kupcami jedwabny szlak. Dotarła więc do nas z Azji i bardzo szybko przetoczyła się po całym kontynencie, zbierając ze sobą ogromne żniwo.

Tak jak i teraz stosuje się możliwe środki zaradcze, tak i wtedy wstrzymano wszelki handel morski. Pozostawiono tym samym wielu ludzi bez środków do życia. Wcześniejsi handlarze różnej maści ziołami i wonnościami, zmuszeni zostali zająć się znacznie mniej wartościowym zajęciem – stali się złodziejami i okradali chorych i umierających. Wśród nich szczególną sławą zasłynęli ci właśnie złodzieje, o których dzisiaj mówimy. Pomimo bardzo częstego kontaktu z zarażonymi dżumą, oni sami pozostali zdrowi.

Kiedy w końcu ich złapano, zaintrygowany sędzia dał im taki wybór – jeśli wyjawią swój sekret, jeśli powiedzą, jakim cudem nie zarazili się dżumą, oszczędzi im przewidzianej wtedy za takie zbrodnie kary, czyli spalenia żywcem. Złodzieje przystali na takie ultimatum i opowiedzieli o specjalnej miksturze, którą nacierali ręce, stopy, okolice ust, uszy czy skronie, a która to właśnie miała zapobiegać zarażeniu. Zadowolony sędzia ponoć dotrzymał słowa. Faktycznie nie spalił ich żywcem, a…. powiesił.

Do dzisiaj nie mamy pewności, co to dokładnie była za mikstura. Wiele źródeł podaje, że był to ocet, w którym moczono różne zioła, jak piołun, szałwię, rozmaryn czy rutę. Słyszałam też o rodzaju nalewki czy właśnie – olejku z wonnościami. Ponoć od tego czasu lekarze francuscy odwiedzający chorych na dżumę zaczęli ubierać specjalne, charakterystyczne maski z długim jakby dziobem. W nim bowiem umieszczali skrawki materiału nasączone olejkami i wyciągami z ziół, które raz, że pozwalały zminimalizować odór rozkładających się ciał, a dwa – pomagały zapobiegać zarażeniu. Choć czytałam także, że zdarzało się, że w tych właśnie maskach wynoszone przeróżne drogocenne niewielkie przedmioty z domów umierających.



W tamtych czasach kierowano się głównie instynktem i ludowymi podaniami. Kiedy jednak w XX wieku rozpoczęto przeprowadzanie badań esencji roślinnych, okazało się, że wiele z nich faktycznie ma silne właściwości bakterio- i wirusobójcze. Okazało się, że w legendzie może być sporo prawdy.

Przepisów na olejek 4 złodziei jest niemal tyle ile wersji samej legendy o tychże. Przejrzałam naprawdę sporo stron, w tym wiele angielskojęzycznych i prawie zawsze różniły się one nie tylko proporcjami, ale także składem. Zanim jednak przejdziemy do szczegółów, kilka ważnych słów tytułem wstępu.

Pamiętajcie – żaden olejek, czy mieszanka olejków, ani żaden ziołowy specyfik nie zapewnią Wam gwarancji ochrony przed koronawirusem. Możemy stosować je jedynie WSPOMAGAJĄCO. Zawsze, ale to zawsze stosujemy się do wytycznych lekarzy i odpowiednich służb. Siedzimy więc W DOMU, ograniczamy kontakty, unikamy zgromadzeń, MYJEMY RĘCE, nie dotykamy palcami powierzchni często dotykanych, nie przykładamy palców do twarzy, szczególnie dbamy o higienę i zgłaszamy się do służb w przypadku wystąpienia objawów choroby.

Pamiętajcie – pomimo faktu, że olejki eteryczne, które występują w takich jak ta nasza dzisiejsza mieszankach, mają udowodnione działanie przeciwwirusowe np. na wirusa grypy, nie zapewnią w pełni skutecznej bariery przed wirusami. Aby faktycznie mogły zadziałać w ten sposób, musiałyby mieć znacznie większe stężenie.

Mogą natomiast, jak już pisałam, zadziałać wspomagająco, tworzyć tak zwany filtr biologiczny zapachowy (np. kiedy stosujemy je tak, jak ja to zazwyczaj robię – dając kropelkę lub dwie na bluzkę, sweter, czy szalik, aby unosiły się wokół nas), ale, co tutaj równie istotne – takie mieszanki olejków, które razem działają lepiej niż każde z osobna, tj. działają synergicznie, znacząco wspomagają naszą odporność. Dzisiejszy olejek 4 złodziei ma też inna ogromną zaletę, którą szczególnie docenimy w tej sytuacji – działa kojąco na psychikę! Taka mieszanina dodaje energii, wprawia w dobry nastrój, stymuluje pracę mózgu, wzmaga koncentrację, rozjaśnia umysł, zwiększa też poczucie bezpieczeństwa. Przyznajcie, jest to nam teraz bardzo potrzebne.

Zaznaczę także, że musimy przestrzegać kilku zasad bezpiecznego stosowania olejków – mieszanki nie nakładamy bezpośrednio na skórę, jedynie zmieszaną z olejem bazowym (łyżeczka oleju bazowego + 3 kropelki olejków eterycznych) lub np. balsamem do ciała. Jeżeli macie obawy o możliwe uczulenia, zróbcie najpierw próbę uczuleniową. Olejkiem możemy wspierać także dzieci, ale od 3 roku życia, w bardzo niewielkich ilościach, kierując się zdrowym rozsądkiem i jeżeli nie ma przeciw temu żadnych przeciwwskazań zdrowotnych. Kobiety w ciąży i karmiące piersią kierują się tutaj jedynie wytycznymi swoich lekarzy. Mieszanki NIE stosujemy doustnie.



Wracając do meritum, różne strony podają doprawdy różne składniki olejków 4 złodziei. Te, które powtarzają się najczęściej to:

  • Olejek eukaliptusowy – silne działanie przeciwwirusowe, także antybakteryjne i przeciwgrzybicze, wspomagające układ odpornościowy, udrażniające górne drogi oddechowe
  • Olejek pomarańczowy – działanie przeciwzapalne i przeciwgrzybicze, znany jako aromaterapeutyczny antydepresant, dodaje energii
  • Olejek cytrynowy – podobne działanie do pomarańczowego, także odświeżające, dezodorujące. Uwaga – olejki cytrusowe na skórze wystawionej na działanie promieni słonecznych mogą spowodować przebarwienia
  • Olejek cynamonowy z liści – działanie przeciwwirusowe, antybakteryjne
  • Olejek cynamonowy z kory – znany z właściwości rozgrzewających, ściągających, przeciwbakteryjnych i przeciwzapalnych
  • Olejek goździkowy – o działaniu przeciwwirusowym i bakteriobójczym, ale także kojącym umysł i nerwy
  • Olejek rozmarynowy – jeden z silniejszych antyseptyków, stymuluje prace mózgu, wzmaga koncentrację

Dla ciekawych, zacytuję tu jeszcze fragment cyklu o olejkach przeciwwirusowych u Herbiness:

Obiektem badań laboratoryjnych jest bardzo często wirus grypy, czyli Influenza. Płynne preparaty zawierające następujące olejki eteryczne w stężeniu do 0,3% wykazały bardzo wysoką skuteczność w dezaktywowaniu wirusa grypy: kora cynamonu, bergamotka, trawa cytrynowa, tymianek ct. tymol. Podobny rezultat uzyskano stosując wyższe stężenia olejków takich jak: lawenda, geranium, eukaliptus gałkowy, goździk. Powyższe olejki zostały wymienione na podstawie publikacji Vimalanathan / Hudson 2014.
To zestawienie olejków o działaniu przeciwwirusowym warto uzupełnić o olejki skuteczne w przypadku wirusa grypy wg publikacji Price / Price 2012: liść cynamonu, cytryna, limonka, eukaliptus: smithii i promienisty, kocanki piaskowe, palmaroza, hyzop, melisa, korzennik, pieprz czarny, ravensara, szałwia, goździk oraz tymianek ct. tymol.
(więcej na FB Herbiness).



Olejek 4 złodziei

Receptura autorska – w oparciu o zgromadzoną wiedzę skomponowałam własny olejek, do którego celowo dodałam większą niż w innych ilość olejków cytrusowych (cytryny i pomarańczy), aby miał lżejszy, bardziej odświeżający zapach, który łatwiej zaakceptuje moja rodzina. Dodałam do niego także nieco olejku tymiankowego, który stosuję od lat.


Składniki:

  • 40 kropelek olejku goździkowego
  • 30 kropelek olejku cytrynowego
  • 30 kropelek olejku pomarańczowego
  • 20 kropelek olejku cynamonowego z kory
  • 15 kropelek olejku eukaliptusowego
  • 15 kropelek olejku rozmarynowego
  • 15 kropelek olejku tymiankowego

Wszystkie olejki przelewamy od osobnej buteleczki i lekko ją obracamy, aby się połączyły. Mój olejek ma cudowny, faktycznie kojący zapach. Córka mówi, że pachnie pierniczkami i trzeba przyznać, że jest to przyjemna dominująca nuta.

Przygotowałam sobie dwie wersje użytkowe olejku. Po pierwsze – czysta aromaterapeutyczna mieszanina, której/którą:

  • Nakładam dwie kropelki na ubranie przed wyjściem z domu, tworząc w ten sposób tzw. zapachowy filtr biologiczny (wg Herbiness). Taką ładną nazwę wyczytałam ostatnio, choć olejki stosuję właśnie w ten sposób od wielu lat. Z taką kropelką po domu chodzi także moja córka, wymiennie z czystą lawendą.
  • Dodaję kilka kropelek do środków czyszczących różne powierzchnie w domu – głównie kuchnię i łazienkę (używam Zielko), dzięki czemu nabierają siły dezynfekującej.
  • Dodaję odrobinę do maceratu z nagietka, który wmasowuję w skórę po kąpieli (o tym będzie niedługo osobny post).
  • Olejek można dodać także do preparatów antybakteryjnych do rąk, do mydeł w płynie, do balsamu do ciała, do soli lub olejku do kąpieli, do płynu do prania. Ważne, aby zachować umiar i przestrzegać zasad bezpieczeństwa.
  • Oczywiście możemy także stosować olejek w dyfuzorze lub kominku do aromaterapii.

Zrobiłam także bardzo praktyczny spray na bazie spirytusu, który rozpylam czasem w domu w niewielkich ilościach, a czasami robię nieco większe rozpylenie, odczekują chwilę, a następnie porządnie wietrzę cały dom.

Taki spray warto także trzymać w samochodzie i co jakiś czas i tam nim spryskać wnętrze.

Spray na bazie spirytusu salicylowego:

  • 4 części spirytusu
  • 1 część olejku 4 złodziei

Ze względu na specyfikę spirytusu salicylowego (takiego z apteki) olejek będzie się rozwarstwiał i należy całość za każdym razem wstrząsnąć. Jeśli macie do dyspozycji spirytus 95%, nie powinno być takiej potrzeby.



Jeżeli macie jakiekolwiek obawy względem stosowania tej lub podobnej mieszaniny, polecam Wam dzisiaj dwa miejsca, w których zasięgniecie rzetelnej porady. Jak już wspominałam, sama nie jestem ekspertem w dziedzinie aromaterapii, znam jednak dwie wspaniałe dziewczyny, które śledzę od dawna i jestem pewna, że możecie im zaufać.


Klaudyna Hebda

Klaudyna jest aromaterapeutką kliniczną i prawdziwą znawczynią świata aromaterapii i zielarstwa. Nawet niedawno prowadziła bardzo ciekawy webinar o olejku złodziei oraz stworzyła e-book o tym, jak ten olejek stosować. Wszystkie informacje z pewnością otrzymacie po zapisaniu się do Biblioteczki Alchemiczki – TUTAJ. Poza tym, jeżeli nie macie dostępu do olejków lub nie ufacie sobie, mnie lub innym internetowym źródłom, w sklepie Klaudyny znajdziecie 4 wersje jej autorskiej mieszanki złodziei, skomponowanej w oparciu o wysokiej klasy olejki (Klaudyna o to bardzo dba). Znajdzie je TUTAJ.

Herbiness

Inez jest dyplomowaną fitoterapeutką, specjalizującą się w ziołach aromatycznych i olejkach eterycznych. Podziwiam ogrom jej wiedzy i ofertę jej własnego sklepu z olejkami i surowcami kosmetycznymi – TUTAJ. Sklep niestety chwilowo nie działa, aby nie nieść niebezpieczeństwa zarażenia koronawirusem podczas dostarczania paczek. Polecam Wam jednak coś wspaniałego – cykl o olejkach przeciwwirusowych, który Herbiness prowadzi na swoim Facebooku. Każda zawarta tam informacja jest szalenie ciekawa i warta zapamiętania. Prześledźcie koniecznie! Znajdziecie go TUTAJ.


Kosmiczne babeczki do kąpieli

A gdyby tak i do kąpieli dodać trochę kosmicznej magii? Hmmm? To by dopiero było! Połączenie mocy lawendy i kosmosu. Co powiecie?

Bo ja mówię TAK!

Zachęcam Was dzisiaj do kreatywnej, jakże odstresowującej (sprawdziłam dobrze na sobie) zabawy w malowanie błyszczącego kosmosu na kąpielowych babeczkach! A potem zamykamy się w łazience i chłoniemy tę energię dobrą i kojącą.

I doprawdy, jest to bardzo proste!



Kosmiczne babeczki do kąpieli


Składniki (na 6/7 babeczek)

  • 10 dużych łyżek sody oczyszczonej
  • 6 dużych łyżek kwasku cytrynowego
  • 5 dużych łyżek skrobi ziemniaczanej
  • ok. 40 kropelek olejku lawendowego
  • pół szklanki ulubionego oleju (użyłam ryżowego)
  • woda w spryskiwaczu
  • barwniki spożywcze – złoty, miedziany i rubinowy (Allegro)
  • odrobina spirytusu salicylowego
  • akcesoria: foremki do muffinek i pędzelki

W dużej misce mieszamy sodę, kwasek i skrobię. Dolewamy olej i olejek lawendowy i rozpoczynamy wyrabianie naszego babeczkowego “ciasta” ręką. Co jakiś czas spryskujemy je lekko wodą. Jeśli zacznie musować, gasimy to musowanie mieszając. Ciasto wyrabiamy do takiej konsystencji, że jak ściśniemy je w dłoni i ją otworzymy, pozostanie na niej zwarty kształt.

Ciasto przekładamy do foremek na muffinki, dokładnie je dociskając i wygładzając palcami. Odstawiamy je na noc do wyschnięcia. Nazajutrz wyciągamy z foremek nasze lawendowe babeczki i zabieramy się za dekorowanie

Każdy z barwników spożywczych, które mają postać proszku, musimy zamienić w farbkę. Aby to uczynić mieszamy w małej miseczce odrobinę proszku z równie niewielką ilością spirytusu. Ma powstać farbka, którą łatwo się będzie malowało. Najlepiej dodawać po kilka kropel spirytusu, mieszać całość pędzelkiem i w ten sposób kontrolować konsystencję. Spirytus będzie na bieżąco wysychał, trzeba więc trzymać go w pobliżu i co jakiś czas dodawać kilka kropel.

Gotowymi farbami malujemy po wierzchu babeczek według uznania.

Jak tylko farbki wyschną, są dosyć trwałe. Oczywiście przy mocniejszym dotyku będą schodzić, ale spokojnie można je zabezpieczyć i przechowywać.



Na koniec pokombinowałam z nieco inną formą – takiego kąpielowego krążka. Też fajnie wyszło, prawda?

Jak wygląda moja praca – czyli wyjazd warsztatowy

Wiecie już zapewne, że na co dzień robię bardzo różne rzeczy. Nazywają to ładnie dywersyfikacją przychodów. 🙂 A jeśli jeszcze nie wiecie to, z tych najważniejszych:

>>> tu zajrzyjcie na stronę mojego portfolio >> LILI CREATIVE

>>> tu zapraszam na stronę warsztatów >> LILI GARDEN



I właśnie o tych moich warsztatach dzisiaj! O moich warsztatach kosmetyków naturalnych i słodyczy kosmetycznych, bo to doprawdy spora część mojej codzienności. Pokazuję ją Wam i na Facebooku i na Instagramie, ale pomyślałam, że opiszę Wam nieco bliżej, jak wygląda taki warsztatowy wyjazd! Jak wygląda moja praca!

W ostatnich tygodniach zjeździłam z tymi moimi warsztatami kawał Polski! Byliśmy w Kołobrzegu, Karpaczu, Warszawie, Olsztynie, Władysławowie i Rzeszowie. Są to warsztaty dla firm, w takich się specjalizuję. Zapewniam kreatywną rozrywkę podczas różnego typu eventów, czy to dla pracowników, czy dla klientów, czy podczas spotkań networkingowych, czy pokazów prasowych. Jeździmy na pikniki miejskie i pracownicze, na kameralne spotkania i imprezy dla tysiąca osób, na bardzo prestiżowe wydarzenia dla warszawskich dziennikarzy i celebrytów i do wiejskich domów kultury z przemiłymi paniami z kółek gospodyń. Każdy wyjazd jest inny. Każdy jest nową przygodą. Każdy jest okazją do poznania czegoś nowego – ludzi, miejsc, smaków.

Zawsze się staram, aby taki wyjazd warsztatowy był nie tylko pracą, ale zapewniał jeszcze nieco przyjemnych przeżyć. Szukam ciekawych noclegów, dobrych restauracji, pobliskich miejsc, które przy okazji można zobaczyć. Dzięki temu tak bardzo lubię te wyjazdy!

Ale wracając do tematu… Opiszę Wam dzisiaj jeden z ostatnich wyjazdów. Taki, który szczególnie przypadł mi do serca, ale był też niezwykle wyczerpujący i intensywny. Czy był to typowy wyjazd? I tak i nie. Bo w tej branży ciężko nazwać jakiekolwiek wydarzenie typowym, choć z perspektywy tych moich już prawie 10 lat doświadczenia, trzeba przyznać, że część warsztatów zlewa się w całość i tworzy pewien standardowy obraz.

Dzisiaj pojedziecie ze mną na wyjazd łączony – na warsztaty w Olsztynie i we Władysławowie, dzień po dniu, impreza po imprezie. Ruszamy zatem w drogę!


Przed warsztatami


Przygotowania do warsztatów rozpoczynają się dużo wcześniej. W zależności od eventu i organizatora, pierwsze ustalenia mogą się pojawić nawet rok wcześniej, bywa też, że mamy pilną imprezę, która nam “wpadnie” na dwa tygodnie przed jej terminem. Niemniej jednak te 10-14 dni przed warsztatem muszę już mieć etap ustaleń zakończony, wysłaną pierwszą kosztową fakturę i oszacowaną ilość uczestników warsztatów. Zabieram się bowiem wtedy za zakupy, których większą część robię przez Internet. Jest to zawsze wielka niewiadoma – czy zamówienia zdążą na pewno dojść na czas. Mam kilku sprawdzonych dostawców, którym ufam i przesyłki od nich odbieram nawet następnego dnia od zamówienia. Po części jednak bywa problematycznie i zdarza się, że poziom stresu mocno wzrasta, a opóźnione przesyłki odbieram wieczorem przed warsztatami, zagubione gdzieś na poczcie.

Dzień przed warsztatowym wyjazdem wybieram się też zawsze na wielkie zakupy, po składniki dostępne w marketach. Potem urządzam równie wielkie pakowanie, przepakowywanie, liczenie, sprawdzanie, organizowanie, dokręcanie buteleczek i słoiczków, drukowanie materiałów, 5-krotne przeliczanie czy na pewno mam wszystkiego pod dostatkiem, a wręcz ze sporą nadwyżką, bo to różnie bywa. Cały dom mamy wtedy zawalony pudłami, pudełkami, siatami, koszykami itp. W końcu jednak wszystko ląduje w przedpokoju i czeka na spakowanie do samochodu.


DZIEŃ I – dojechać


Ruszamy w drogę do Olsztyna! A dokładniej – ruszymy, jak się ogarniemy. Tym razem towarzyszy mi mój mąż. Kiedy jego nie ma lub nie może, zabieram zawsze asystentkę. Muszę kogoś mieć, sama nie dałabym rady. Po pierwsze, potrzebuję kierowcy na tak długie trasy, po drugie – kogoś, kto pomoże ogarnąć te wszystkie składniki i półprodukty. Pomóc je wyłożyć, a potem posprzątać.

W każdym razie rano musimy jeszcze odwieźć dziecko i psa do dziadków. Na szczęście tym razem są ferie, więc nie ma problemu ze szkołą. Kiedy mąż z resztą jadą w swoją drogę, ja kończę pakowanie. Sporo, oj sporo tego mamy tym razem… Czekają nas dwa warsztaty – dla 40 i 36 osób i każdemu trzeba zapewnić materiały na 4 kosmetyki. Wynoszę więc wszystko przed dom, a kiedy koło południa powraca mąż, łapie się za głowę. Ja jednak optymistycznie postanawiam wziąć pakowanie jakimś umyślnym sposobem, rozłożyć to na spokojnie i na szczęście się udaje.


Pensjonat U Jacka w Olsztynie

Gotowi? To ruszamy! Przyznam się Wam, że boję się zawsze takich długich tras, ale jednocześnie mają one w sobie coś kuszącego, coś przyciągającego, jak film drogi. Czeka nas ponad 7 godzin jazdy – z Krakowa do Olsztyna. Przez Warszawę, niestety. Zatrzymujemy się chwilę przed nią, aby przeczekać największe korki i zjeść serbski obiad w najlepszej restauracji na tej trasie – Karczmie Guca.

Na miejsce dojeżdżamy jakoś po 22. Po raz pierwszy zarezerwowałam pensjonat, w którym już kiedyś nocowałam, bo i warsztaty będziemy mieli w Hotelu Przystań, w którym także już raz je prowadziłam. Pamiętam, że urzekł mnie wtedy poranny widok na jezioro… I co? Tym razem mamy widok na parking… Cóż, trudno… Czekam z niecierpliwością na widok morza we Władysławowie, bo tylko ze względu na to zdecydowałam się tam na noclegi w porcie. Zanim padniemy, idziemy jeszcze na chwilę nad jezioro. Mąż złapał bakcyla morsowania i postanawia wleźć do wody. Ja patrzę, jak zwykle, pilnuję i cieszę się nocnym widokiem jeziora.


DZIEŃ II – warsztaty w Olsztynie


Obudził nas deszcz. Jest szaro i ponuro. Schodzimy jednak na śniadanie i zajadamy je, wpatrując się w tę deszczową taflę jeziora za wielkimi oknami pensjonatowej restauracji. Śniadania to chyba najbardziej lubię w tych wyjazdach. Zawsze poszukuję takich miejsc do spania, w których można zjeść dobre śniadanie. I jemy je potem sobie razem, popijając kawą i ciesząc się chwilą spokoju.

Na miejsce warsztatów, do Hotelu Przystań docieramy nieco wcześniej niż potrzeba. Deszcz leje, z pensjonatu się wymeldowaliśmy, nie ma co robić. Możemy zatem niespiesznie się przygotować. Najpierw jednak dzwonimy po dziewczyny z firmy eventowej i sprawdzamy salę. I znowu mały smuteczek – poprzednim razem miałam tu salę z pięknym, ogromnym widokiem na jezioro i łódki, a teraz – typową salę konferencyjną bez okien. Nie lubię takich, ale cóż, działamy!

Rozkładanie idzie nam sprawnie, bo to trzeci z kolei taki sam warsztat dla tej samej firmy. Mamy dla niej w sumie 5 eventów, prawie pod rząd. Mąż więc już dobrze wie, co gdzie trzeba położyć i w jakiej ilości, a jak nie pamięta, to tylko słyszę co jakiś czas – co teraz? I tak schodzi nam z tym około 1,5-godziny, ale w końcu wszystko jest na swoim miejscu. Ja zostaję na placu boju, a mąż ma wolne – idzie do hotelowej restauracji napisać artykuł.



A potem po prostu płynę. Przepływam przez wydarzenia. A przynajmniej tak mi się zawsze wydaje. Zamieniam się mojego normalnego ja, w moje profesjonalne ja. I jest ono ze mną podczas ogólnego spotkania ze wszystkimi paniami (potem część idzie na salsę, a część pozostaje ze mną), podczas moich warsztatów i kiedy żegnam się z uczestniczkami, które mi dziękują, cieszą się, tak miło chwalą, a nawet obejmują i całują!

Po warsztacie wraca mąż i sprzątamy razem ten artystyczny rozgardiasz. Zajmuje to około godziny, ale salę trzeba przywrócić do stanu początkowego. Mąż w między czasie zachwala restaurację hotelową, idziemy więc do niej, bo obojgu nam należy się dobry obiad (czy tam już kolacja). Pięknie tu. Klimatycznie i romantycznie. Szczególnie urzekła mnie zupa krem z podwędzanego ziemniaka podawana z krewetką, w słoiku, z którego unosi się wędzalniczy dym. Magia 🙂

Ale to nie koniec wieczoru. Wsiadamy bowiem w samochód i ruszamy w drogę. Do Władysławowa mamy 2,5 godziny jazdy, czas więc na nas.

Docieramy znowuż po 22 i co się okazuje? Zamiast pięknego, wielkiego widoku na port bałtycki mam małe boczne okienko, z którego trochę coś tam widać tego morza. Chyba jakieś wyjazdowe fatum widokowe nas dopadło! Żal mi bardzo, ale nie da się nic zrobić. Padamy…


DZIEŃ III – warsztaty we Władysławowie


Tym razem budzi nas cudowna pogoda! I przynajmniej jedząc śniadanie możemy podziwiać zacumowane w porcie kutry. Bajka! Zaraz potem lecimy na plażę. Mąż wskakuje do morza, ja cieszę się tak intensywnym kolorem nieba, jakiego dawno nie widziałam.



A potem – powtórka z wczoraj. Te same, dobrze już znane organizatorki i bardzo klimatyczna tym razem salka z okrągłymi stołami w hotelu Gwiazda Morza. Rozkładamy się, mąż wraca do pensjonatu z zamiarem pobiegania po plaży, a ja znowu wchodzę w to moje drugie ja. I płynę. Nadmorsko płynę przez ten dzień, który mija ekspresowo. Jak zawsze. Znowu sprzątamy, znowu się składamy i wracamy do naszego portu. Mają ponoć dobrą restaurację, trzeba wypróbować. I faktycznie – jest smacznie, regionalnie i solidnie. Ale to nie koniec dnia. Port tak kusi, że wybieramy się na falochron, na wieczorny spacer do latarni, do pełnego morza. A potem wskakujemy pod kołdrę i puszczamy sobie Przyjaciół. Znowuż padnięci. Idealne zakończenie tego dnia.



DZIEŃ IV – foki


Nie byłam jeszcze na Helu. Skoro więc jesteśmy we Władysławowie, nie możemy ot tak zwyczajnie wrócić na to nasze dalekie południe. Ruszamy w drogę zobaczyć helskie fokarium, które marzy mi się od dawna. Tylko jeszcze skoczę na portowy falochron i popstrykam zdjęcia tej niezwykłej symetrii, która ukazuje się na jakże spokojnym dzisiaj morzu! Sama tym razem, ciesząc się każdą sekundą tej mojej chwili.



O tej porze roku droga wzdłuż Półwyspu Helskiego jest spokojna. Pogoda niczym na wiosnę, niebo bezchmurne. Co chwilę wyłania się woda. Potem las, jakiś wybitnie bajkowy. Słońce prześwituje przez bałtyckie sosny, piasek z wydm wdziera się na drogę, krzaki borówek wyglądają jakby zaraz miały owocować. Docieramy do Helu, w którym urzekają mnie stare, rybackie zabudowania. Zupełnie o nich nie widziałam.



I te foki! Takie kochane! Śmieję się jak dziecko za każdym razem, kiedy któraś z nich obok mnie przepływa!

Nie bawimy tam długo, przed nami długi powrót. Docieramy do domu późnym wieczorem. Czaka na nas tu już moja siostra, która przywiozła dziecko i psa. Można odetchnąć.


Czytałam niedawno takie piękne zdanie. Po angielsku brzmi ładniej, ale przetłumaczę je tak:

opuszczenie domu i bezpieczny do niego powrót to jakże niedoceniane błogosławieństwo.


Kąpiel z sercem czyli miłosna sól kąpielowa

Oto i drugi, obiecany wpis walentynkowy! A w nim prosty, a jakże doskonały pomysł na wyjątkowy dodatek do kąpieli!

Wyjątkowy, bo z sercem! Takim, który na nawet całkiem prosto można zrobić. Wyjątkowy, bo o szczególnym, głębokim, odurzającym, afroduzyjącym aromacie. Aromacie idealnym na walentynkowy wieczór. I każdy inny!

Nasza dzisiejsza sól kąpielowa oparta jest w głównej mierze na soli Epsom, czyli magnezowo-siarkowym, zupełnie nie słonym, a gorzkim remedium na gorsze samopoczucie i problemy skórne. Taka sól w kąpieli fantastycznie regeneruje umysł i ciało, relaksuje, dodaje nam życiowej energii, a przy okazji pomaga ukoić skórę.



Kąpiel z sercem czyli miłosna sól kąpielowa

Składniki:

  • 300 g soli Epsom
  • 2 łyżki mleka w proszku
  • ok 4-5 łyżek różowej soli himalajskiej
  • 3 łyżki ulubionego oleju – wykorzystałam z pestek winogron
  • 8 kropelek olejku z drzewa sandałowego
  • 8 kropelek olejku z drzewa różanego
  • 8 kropelek olejku bergamotowego
  • 5 kropelek olejku goździkowego
  • 3 kropelki olejku ylang ylang


Przyda Wam się także patyczek do szaszłyków – z nim znacznie łatwiej zrobić różowe serce.

W misce mieszamy sól Epsom, mleko w proszku, olej i olejki. Na dno pojemniczka (mój o pojemności 300 ml) sypiemy ok. 1-2-centymentrową warstwę mieszaniny. Tuż przy ściance pojemniczka zaczynamy usypywanie serca z soli himalajskiej. Dodajemy jej po trochę w jednym miejscu, dosyć równomiernie, co jakiś czas formując patyczkiem pożądany kształt, czyli dociskając sól do dołu, po środku, u spodu serca. W miedzy czasie dosypujemy białej mieszaniny na pozostałą powierzchnię pojemniczka. Jest z tym trochę zabawy, ale efekty wychodzą bardzo ładne. Sama usypałam kilka takich serc, więc wierzcie mi – odrobinę kombinowania z patyczkiem, powolne dosypywanie soli i serce wychodzi!

A jeśli nie chcecie bawić się w serce, zróbcie po prostu warstwy! Czyli nasypcie nieco białej soli, np. na 2 cm, uklepcie całość i na to wysypcie 0,5-centymetrową warstwę soli himalajskiej. I tak kilka razy. Też będzie pięknie!

Około 1/2-1/3 pojemniczka soli przesypujemy do wanny z ciepłą wodą i cieszymy się kąpielą.

Ach, pamiętajcie, żeby pojemniczkiem nie wstrząsać. Wtedy niestety serce nam zanika… Wiem, zrobiłam to… 🙂


Pełne słońca marchewkowo-rokitnikowe puszyste masełko do ciała

Czy Waszej skórze też tak bardzo, bardzo brakuje tej odrobiny słońca? Czy Wy też potrzebujecie znowu poczuć lekkość lata, energię bijącą z ciepłych, słonecznych promieni?

Mam dzisiaj dla Was pomysł na to, jak zamknąć letnie słońce w puszystym masełku do ciała!

To coś, czego skóra się domaga! Czego pragnie! Czego i Wasze zmysły potrzebują, bo masło ma intensywnie, totalnie, całkowicie pomarańczowy kolor i pomarańczowy zapach. Ma też delikatne, mieniące się złote drobinki, aby nadać skórze dodatkowy słoneczny blask.



Masełko poprawia koloryt skóry, działa mocno odżywczo i silnie regenerująco. Jest prawdziwym kojącym plastrem na naszą polską, zimową, podrażnioną i bladziutką skórę. Ma właściwości przeciwzapalnie i odmładzające. Stanowi bogactwo karotenoidów – witamin z grupy A, które to właśnie nadają kolor olejom, ale także innych cennych witamin. Pomaga z walce z bliznami i rozstępami. Polecam zwłaszcza do skóry problematycznej, przesuszonej, dojrzałej.

Jest też jedno ale… Jak się zapewne domyślacie, masełko, które wprawdzie sprawia tyle radości w użytkowaniu, niestety barwi ubrania. Wystarczy jednak nakładać je regularnie, ale z umiarem i odczekać chwilę do wchłonięcia albo stosować na noc, pod piżamkę, którą trzeba będzie po prostu wyprać. Obiecuję – warto!

Jestem pewna, że dzisiejsze masełko będzie cudownym świątecznym prezentem!



Pełne słońca marchewkowo-rokitnikowe puszyste masełko do ciała


Składniki:

  • 100 g masła shea rafinowanego
  • 25 ml oleju rokitnikowego (ZielonyKlub.pl)
  • 25 ml maceratu marchewkowego w oleju słonecznikowym (ZielonyKlub.pl)
  • 50 kropelek olejku pomarańczowego
  • 1/3 – 1/2 łyżeczki złotej miki (dodałam )


W kąpieli wodnej roztapiamy masło shea. Kiedy będzie już płynne, ściągamy je z ognia i przelewamy do wysokiego naczynia (dzięki temu łatwiej będzie nam je miksować). Dolewamy oleje, olejek pomarańczowy i dosypujemy mikę (jej ilość dopasujcie do własnych preferencji – jeśli lubicie błyszczeć, dosypcie jej nieco więcej). Mieszamy i odstawiamy do lekkiego stwardnienia. Obserwujemy masło – kiedy tylko zacznie gęstnieć, rozpoczynamy miksowanie ręcznym blenderem, co pozwoli uzyskać puszystą jak chmurka konsystencję. Jeśli masło wciąż będzie płynne, ponownie odczekujemy, aż stwardnieje i ponownie miksujemy. Gotowe przekładamy do słoiczka.

Masło stosujemy do ciała po kąpieli, na wilgotną jeszcze skórę. Jest bardzo wydajne, ekspresowo zamienia się w lekki olejek. Wmasowujemy w skórę jego niewielką ilość, dzięki czemu szybko się wchłania i zmniejszymy prawdopodobieństwo zabarwienia ubrań.


Facebook