KategorieNaturalna pielęgnacja

W roli głównej: Intensywny krem na noc La Fare 1789

Poszukujecie czegoś naprawdę dobrego na cały zimny okres? Czegoś, co ochroni i wzmocni Waszą skórę zimą?

Mam coś dla Was!

Dzisiaj w roli głównej wystąpi Intensywny krem na noc znanej nam już marki La Fare 1789!

 

Całkiem niedawno pisałam Wam o Mgiełce intensywnie rozświetlającej La Fare 1789 – dokładnie w TYM poście. Zajrzyjcie tam koniecznie, zawarłam tam bowiem wstęp na temat marki. Dodam tylko, że wciąż bardzo podoba mi się ta całkowicie francuska identyfikacja wizualna. Ile się tu dzieje! Zobaczcie chociażby na powyższe zdjęcie z opakowaniem samego kremu. Chaos i totalne przeciwieństwo minimalizmu. A jednak… w całym tym chaosie tkwi metoda. Przekornie wręcz mogę stwierdzić, że chaos jest uporządkowany, że ma swoje uzasadnienie, że to on wytwarza tę szczególną francuską atmosferę. Pasuje idealnie do charakteru marki i jej tradycji.

Sam koncept tak oryginalnego opakowania dla kremu bardzo przypadł mi do gustu. Kartonik – spięty na górze, z wyciętym otworem na wieczko kremu, różni się całkowicie od znanych nam opakowań i wyróżnia markę. Jestem pewna, że to właśnie na nią pierwszą zwróciłabym uwagę w drogerii. Prowansalski klimat i od razu rzucające się w oczy certyfikaty ekologiczne zachęcają do pochwycenia produktu i przejrzenia mu się z bliska.

Sam słoiczek także po prostu – uroczy. Niby wszystko standardowe – mamy szkło, aluminiową nakrętkę, w sumie prostą naklejkę na wieczku zamiast standardowej bocznej etykiety. Ale jakże to wszystko przy tym inne! I znowuż, tak samo jak w przypadku mgiełki, muszę napisać, że kosmetyki marki najzwyczajniej w świecie ozdabiają łazienkę! Jeśli więc do czegoś tutaj miałabym się przyczepić to do pojemności kremu – te 30 ml zawsze za szybko się kończą…

A sam krem…

 

Po pierwsze – przepięknie pachnie! Bardzo delikatnie, ale wyczuwalnie. Nienachalnie, ale dzięki niemu nakładanie kremu staje się przyjemne. Skład wskazuje nam, że oprócz tajemnej substancji zapachowej mamy tu też naturalne olejki z cedru, cytryny i palmarosa, które sama bardzo lubię także, za ich działanie na skórę.

Do samej nazwy “intensywny” dodałabym jeszcze określenie “ochronny”. Mamy tu bowiem krem z rodzaju tych nieco cięższych, ale zarazem nie za ciężki. Krem, który osobiście bardzo polecam, jak już wspominałam, na te chłodniejsze okresy, kiedy to skóra narażona jest przesuszenie, podrażnienie, kiedy jest poszarzała i brakuje jej energii. Mamy więc krem, który zadba o odpowiednie jej nawilżenie nocą, a jednocześnie ją zregeneruje i ukoi. Zabezpieczy ją przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi i stworzy barierę dla zanieczyszczeń zawieszonych w powietrzu.

 

 

Krem jest więc dosyć tłusty, ale nie jest to typowy, gęsty, masłowy tłuścioch. Przy całej swej tłustości wchłania się całkiem szybko i pozostawia skórę od razu i widocznie miękką i przyjemną w dotyku. Producent zapewnia, że zawarto w nim 99,3 %  składników pochodzenia naturalnego i 32,6 % z upraw organicznych. Faktycznie – skład jest bogaty w naturalne oleje i ekstrakty roślinne. Muszę jednak zaznaczyć osobom, zwracającym na to uwagę, że są i składniki uważane za komedogenne, których przeznaczeniem jest pozostawienie ochronnego filmu na skórze i zabezpieczenie jej w ten sposób, odpowiednie nawilżenie czy zapewnienie konsystencji. Niemniej jednak w moim przypadku krem nie wywołał żadnych niechcianych sytuacji, a wręcz przeciwnie – sprawia, że buzia rano jest promienna i wypoczęta.

W kremie znajdziemy tak lubiany przeze mnie olejek jojoba, ale jest też makadamia, oliwa z oliwek, olej ze słodkich migdałów i sezamowy. Zacytuję tu opis kosmetyku: ” Krem zawiera ponadto szereg innych starannie dobranych składników pochodzenia organicznego takich jak: hibiskus, szarotka alpejska, aloes, zielona herbata czy liść oliwny, które odżywiają skórę nocą i wspierają proces odbudowy komórek, zapewniając głębokie nawilżenie i regenerację. Krem działa na skórę jak koktajl witaminowy (naturalna mezoterapia) i stosowany codziennie zapewnia widoczne rezultaty takie jak poprawa ogólnego wyglądu estetycznego skóry, wzrost nawilżenia czy też wzmocnienie bariery ochronnej.”

Polecam ten nocny krem – jako kojący plaster, jako zimową ochronę, jako intensywną regenerację podrażnionej skóry. Polecam właścicielom cery suchej, normalnej, dojrzałej lub z pierwszymi oznakami starzenia. Polecam jako kosmetyk ochronny i przeciwstarzeniowy. Jako wzmocnienie skóry i sposób na jej dobre nawilżenie.

Po więcej szczegółów zajrzyjcie na Facebooka La Fare 1789 – TUTAJ.

Kosmetyki marki dostępne są od niedawna w aptekach ZIKO oraz w drogeriach internetowych (choćby Skarbiec Natury).

 

 

 

 

Austriacka przygoda z CULUMNATURA

Czy wiecie, że są takie kosmetyki, które przed opuszczeniem magazynu, słuchają nocami śpiewu ptaków?

Czy wiecie, że istnieje taki pensjonat, w którym nie ma wi-fi (tak, trudno sobie to wyobrazić, wiem…:), aby zminimalizować otaczający nas elektrosmog i po prostu – dobrze się wyspać?

Czy wiecie, że istnieją tacy fryzjerzy, którzy czeszą od dołu do góry?

Ale od początku!

 

 

Zaproszono mnie do Austrii, abym mogła poznać markę CULUMNATURA. Zdecydowałam się na wyjazd z ambitnym planem zwiedzenia przy okazji… no… przynajmniej liźnięcia – Wiednia. Jakaż była moja radość, kiedy zgadałyśmy się z Olą – Arsenic, że i ona wybiera się tam z narzeczonym! Pojechaliśmy więc razem! Ahoj, przygodo!

Pierwszą atrakcją okazał się sam pociąg na trasie Kraków – Wiedeń. Zdecydowaliśmy się bowiem pojechać w przedziałach z kuszetkami. Uznałam, że to już najwyższa pora, aby choć razu w życiu  przejechać się polskimi kuszetkami, a że realia PKP są nam wszystkim dobrze znane – zabrałam maleńki śpiworek. Ale nic z tych rzeczy! Okazało się, że pociąg do Wiednia jest jednak cywilizowany i bardzo go Wam polecam – jest i pościel, świeża, jest jedzonko, kawa, herbata, takie rzeczy. Mniejsza z tym, że jedzie się niczym ta sardynka w puszce…

W końcu jednak dojechaliśmy i od razu wybraliśmy się na penetrowanie miasta (z drobnym postojem na pozostawienie bagaży). I wiecie co? Przeszliśmy na piechotę ponad 17 km! Krążąc tymi uroczymi, niezwykłymi uliczkami, placami i ogrodami! Nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że wszystko tu takie… krakowskie. Choć oczywiście znacznie większe i stanowczo bardziej zadbane. Poddaliśmy się urokowi miasta, daliśmy się ponieść tłumom. I było to naprawdę dobre. Na spokojnie, ale z otwartym umysłem. Bez spiny, ale chcąc zobaczyć ile się da. Popijając kawę przy okazji, zajadając torcik Sachera i prażone kasztany  i wylegując się na ławkach w jakimś uroczym zakątku. Kupiliśmy pamiątki dla bliskich (w tym tęczową, pastelową, puchata lamę dla Róży… uwielbia ją teraz!) i ruszyliśmy na miejsce wcześniej zarządzonej zbiórki.

Wrzucam Wam tu kilka wiedeńskich migawek i niebawem ruszamy do pewnego niezwykłego miasteczka!

 

 

Tym niezwykłym miasteczkiem, położonym około godzinę drogi od Wiednia, jest Ernstbrunn. To właśnie tu, pośród pól i czystej natury, niedaleko parku, w którym hoduje się wilki, znajduje się siedziba CULUMNATURA. I nie tylko sama siedziba, bo także przynależący do niej pensjonat – Ökologisches GÄSTEHAUS LUGER, który zrobił na nas niemałe wrażenie. Okazało się, że jest to miejsce, w którym ogromną wagę przywiązuje się do ekologii. Jak już wspomniałam powyżej – zadbano o to, aby zminimalizować elektrosmog, lnianą pościel pierze się jedynie w orzechach piorących i nawet ściany, pozbawione kątów prostych, wykonano z ekologicznego tworzywa. Każdy pokój jest inny, każdy ma inne znaczenie. Zachwyceni byliśmy kamienną i drewnianą umywalką w kamiennym i drewnianym pokoju. Ścianą zrobioną ze szklanych butelek i wyjątkową łazienką, do której schodzi się jakby do piwniczki, wprost pod ziemię! Zachwyciły nas ręczniki z frotte lnu i bardzo kolorowa, aromatyczna roślinna kuchnia, która codziennie zaskakiwała czymś oryginalnym.

Zobaczcie choćby, jakie ładne były tam śniadania!

 

 

Przy pensjonacie, czyli także przy siedzibie CULUMNATURA, znajduje się niewielki, ale piękny ogród, wypełniony roślinami, które wykorzystywane są w kosmetykach marki. Tylko symbolicznie, ale muszę przyznać, że jest to świetny sposób ich prezentacji. Przy okazji powstało miejsce ukojenia i chwili oddechu – i dla gości i dla pracowników. W ogrodzie znajduje się także ścieżka Kneippa, czyli niedługi szlak wyłożony przeróżną nawierzchnią, po którym powinno się chadzać na bosaka i pobudzać siły witalne organizmu. Niestety, jako że był to wyjątkowo chłodny weekend, odważyliśmy się tylko przejść po trawie, choć ponoć specjalna niecka z wodą kusiła kilku panów…

Powyżej – Astrid Luger – współwłaścicielka CULUMNATURA – żona założyciela Williego Lugera, którego niestety nie udało nam się poznać.

 

Był to bardzo intensywny weekend, w trakcie którego ja i inni zaproszeni blogerzy, mogliśmy poznać funkcjonowanie austriackiej manufaktury kosmetycznej. Muszę przyznać, że ujęła mnie organizacja firmy i filozofia, która przyświeca jej działalności. I nawet te odgłosy ptaków, które puszczane są kosmetykom w magazynie, idealnie tu pasują i autentycznie – wychodzi się z takiego magazynu z przeświadczeniem, że wszystko tam tchnie dobrą energią (dźwięki oraz działania energetyczki mają właśnie energetyzować produkty). Marce bardzo zależy na tym, aby być firmą społecznie odpowiedzialną i możliwie ekologiczną, Od ponad dwudziestu lat funkcjonuje na rynku austriackim, niemieckim, szwajcarskim etc., dbając przy tym o lokalną społeczność, organizując wiele inicjatyw i przedsięwzięć aktywizujących.

Nasze polskie przewodniczki, dwie szalenie miłe Anie, opowiadały z zaangażowaniem o dążeniu do maksymalnej ekologiczności m.in. poprzez odpowiednią gospodarkę odpadami. Dowiedzieliśmy się, że długie poszukiwania najlepszych opakowań zaowocowały wyborem tych właśnie, które widzicie na zdjęciach. Że składniki kosmetyków są staranie selekcjonowane i pozyskiwane z całego świata. Że jakość ma tu ogromne znaczenie. Że “mniej znaczy więcej”. Jedyną wątpliwość budził alkohol w składach – marka tłumaczy jego obecność faktem, że jest to jedyny stosowany konserwant, że jest to bio alkohol, a jego negatywne działanie neutralizowane jest przez inne składniki.

 

 

Niestety kosmetyki CULUMNATURA nie są łatwo dostępne. Sprzedawane są jedynie przez wyszkolonych fryzjerów i kosmetyczki naturalne we współpracujących salonach. Ma to swoje wady i zalety. Wadą jest fakt, że takich salonów w Polsce jest jeszcze bardzo mało (sprawdzicie je TUTAJ). Za niepodważalną zaletę uważam to, że kosmetyki dobierze nam osoba, która coś o nich faktycznie wie. Która będzie umiała doradzić, wytłumaczyć, a przy okazji od razu je zastosuje.

CULUMNATURA szczyci się swoimi naturalnymi farbami do włosów, które to właśnie stosowane są przez współpracujących fryzjerów. Niejako osobną gałęzią, którą jednak doskonale można w salonach połączyć z fryzjerstwem, jest linia pielęgnacyjna. Aby móc oferować zarówno farbowanie produktami marki, jak i zabiegi pielęgnacyjne, a także sprzedaż detaliczną produktów, należy ukończyć specjalne szkolenia, organizowane przez CULUMNATURA. Przyznam, że ciekawa jestem bardzo, jak rozwinie się obecność marki w Polsce. Wszyscy bowiem mieliśmy duże wątpliwości co do prostego przyjęcia podobnego systemu sprzedaży w naszym kraju. Cóż, będę śledzić z zaciekawieniem, trzymając przy tym wciąż kciuki.

 

 

Pod koniec spotkania nadeszła pora na najprzyjemniejszą jego część – testowaliśmy zabiegi z pobliskim salonie CULUMNATURA. Niezwykle przyjemnym doznaniem okazał się masaż twarzy markowymi szczoteczkami, po którym nakładaliśmy sobie wzajemnie maski i balsamy. To, co mi spodobało się najbardziej, to czesanie szczotką CULUMNATURA (świetna sprawa – te szczotki mają piękną drewnianą rączkę i mocne włosie dzika) przez fryzjerkę – szkoleniowca marki. I to jakie czesanie – do dołu do góry! Miało pobudzić skórę głowy i rozprowadzić naturalny tłuszcz z włosów na całej ich długości, a przez to zadziałać niczym naturalna odżywka. Potem nastąpiło specjalne mycie włosów, które również okazało się dla mnie nowością. Było to mycie, które rozpoczęło się po prostu w fotelu fryzjerskim, rozprowadzeniem specjalną butelką rozcieńczonego szamponu CULUMNATURA po moich włosach, blisko skóry. Dopiero po chwili przeszłam do standardowego mycia. Całość bardzo ciekawa i inspirująca.

Jaka będzie przyszłość CULUMNATURA w Polsce?

Oj, jestem bardzo ciekawa i, jak już wspominałam, trzymam mocno kciuki. Jeśli więc kiedyś będziecie mijać salon fryzjerski lub kosmetyczny oznaczony logo marki – zajrzyjcie koniecznie. Z ciekawości, z sympatii. Podotykajcie produktów, powąchajcie, popytajcie fryzjerów i kosmetyczki. Wypróbujcie zabiegi i farbowanie.

Zajrzyjcie też na stronę CULUMNATURA!

 

A to my wszyscy, gotowi i zwarci do drogi, do powrotu do domów!

Książka: Modern Cosmetics, Ingredients of natural origin

Jakiś czas temu dostałam mail ze Słowenii… Już sam ten fakt zaciekawił mnie i zaintrygował. Wgłębiłam się zatem w treść i okazało się, że była to propozycja zapoznania się z książką. Ale jak to, jak to? Książką ze Słowenii?

Okazało się, że chodzi o nie lada pozycję, która po prostu całkiem niedawno zyskała swoje angielskie tłumaczenie. Chodzi o Modern Cosmetics, Ingredients of natural origin, a scientific view, pod opieką edytorską Dr. Niny Kočevar Glavač i Dr. Damjana Janeš.

Z chęcią skorzystałam z propozycji i niniejszym dzisiaj i Wam bardzo polecam to dzieło, sporych zaiste rozmiarów.

Ale od początku!

 

 

Książka stanowi rodzaj encyklopedycznego zbioru składników o naturalnym pochodzeniu, które wykorzystuje się współcześnie w produkcji kosmetyków. Jest to dzieło bardzo szerokie, jeśli można to tak określić. Wyczerpujące i dotykające różnych aspektów i problemów obejmujących współczesną kosmetologię. Jest to kompilacja tradycyjnego i nowoczesnego podejścia do pielęgnacji, opatrzona w przejrzyste opisy, tabele, dobrze wyróżnioną i podzieloną treść oraz duże, ładne ilustracje. To tak w skrócie!

 

ZEWNĘTRZNIE

Cała książka, zarówno zewnętrznie jak i w środku, bardzo dobrze wpisuje się w estetykę i przekaz małego słoweńskiego stowarzyszenia kosmetycznego – Modern CosmEthics, którego celem jest promocja produktów naturalnych i etycznych w zakresie kosmetologii. Wizję stowarzyszenia określa bardzo ciekawy kontrast słowny – back-to-the-natural future. Celem stowarzyszenia jest rozpowszechnianie wiedzy i wartości tzw. cosmEthically active cosmetics, które odpowiadają na naturalne potrzeby skóry, a także bazują na ekologicznych składnikach, przy jednoczesnym udziale współczesnej wiedzy i podejścia kosmetologicznego. Przyznam, że bardzo chętnie zapoznałabym się dokładniej z działalnością stowarzyszenia i poznała jego twórców. Szkoda, że dzieli nas tak duży dystans. Cieszę się zatem, że tak ciekawa część działalności tej organizacji trafiła w moje ręce.

Zarówno strona internetowa stowarzyszenia, jak i opracowanie graficzne książki bardzo dobrze ze sobą korelują. Ich przekaz jest czysty, jasny, dopasowany do współczesnych trendów i odpowiadający treści. Muszę zwrócić uwagę na bardzo przemyślaną i dopracowaną wizualnie zawartość. W tak wielkim gąszczu informacji nie trudno o stworzenie wrażenia chaosu. Tutaj jednak zupełnie się tego nie odczuwa. Każdy ze składników, każda z opisywanych substancji jest przedstawiona konkretnie i czytelnie. Duże, ładne fotografie, jasne podziały, tabele, rożne wielkości i nasycenia czcionek odciążają nieco treść, sprawiając wrażenie lekkości – zarówno graficznej, jak i po prostu – dla naszego mózgu. O wiele łatwiej przyjmuje się wiedzę odpowiednio posegregowaną i rozmieszczoną na papierze. Dodam też, że dzięki ilustracjom, książkę przegląda się przyjemnie i z radością. No… chyba, że to jednak takie moje zawodowe wariactwo… bo ja zwyczajnie lubię sobie takie książki czytać!

 

 

TREŚĆ

Jak już wspomniałam, jest to bardzo obszerna, wyczerpująca i dobrze przemyślana pozycja, obejmująca 482 strony, 26 rozdziałów i ponad 500 samych składników kosmetycznych. Bardzo spodobał mi się spory wstęp dotyczący kosmetyki naturalnej ogólnie, regulacji prawnych, rozróżnienia na naturalne i organiczne kosmetyki, czy chociażby symboli i certyfikatów obecnych w świecie ekokosmetyków. Nie brakuje tutaj także rozważań na temat bezpieczeństwa, czy też zasadności stosowania i używania niektórych ze składników – wspomniano na przykład kontrowersje wokół stosowania tlenku cynku i dwutlenku tytanu w produktach przeciwsłonecznych.

Następnie przechodzimy do rozdziału dotyczącego skóry – jej funkcjonowania i budowy. Rozlegle opisano poszczególny typy skóry, co pozwala lepiej zrozumieć jej potrzeby i pielęgnację. Nie mogło też zabraknąć specjalnego rozdziału o typach samych kosmetyków i sposobach “transportu” substancji czynnych wgłąb skóry. Przyznaję, że sporo tu wiedzy, tej bardziej chemicznej, nieco trudniejszej, ale wciąż – mocno ciekawej.

 

 

W końcu jednak przechodzimy do tej encyklopedycznej części, którą otwiera to, z czym naturalna kosmetyka kojarzy się najczęściej – masła i oleje roślinne. A dokładniej – całe bogactwo maseł i olejów! To najdłuższy rodział w książce i cóż – trudno się dziwić. Jest to rodzaj praktycznego poradnika dla każdego. Nie wiesz, po jaki sięgnąć olej? Nie wiesz, czym charakteryzuje się ten, który już kupiłaś? Zaglądasz do książki! Każdy z wyszczególnionych tutaj roślinnych tłuszczów ma konkretnie przygotowany opis, na który składa się nazwa łacińska, rodzina, część, z której się go pozyskuje, nazwa z INCI, opis, skład i charakterystyka, porcja ciekawostek oraz polecenie do codziennej pielęgnacji. W moim odczuciu jest to bardzo, bardzo praktyczne i czytelne.

Potem następują kolejne rozdziały, kolejne składniki. Oj, sporo rozdziałów i sporo składników. Spójrzcie na powyższe zdjęcie – myślę, że będzie to najlepszy wgląd w treść książki. Jest tu ogrom wiedzy, bo każdy z rozdziałów poprzedzony jest wstępem, który ma wyjaśniać poszczególne zagadnienia i który bardzo ułatwia poznawanie nowych substancji. Część ze składników znałam, o części słyszałam, inne z kolei były dla mnie całkowitą nowością. O części doczytywałam z dużym zaciekawieniem. Część, przyznaję, jedynie omiotłam wzrokiem – nie jest to bowiem wiedza, którą można przyswoić szybko i łatwo. Jest to jednak ogromne ułatwienie w penetrowaniu gąszczu kosmetycznych składników, o których nie mamy wiedzy, a które chcielibyśmy poznać lub choćby dowiedzieć się, czy nie są dla nas szkodliwe. Albo odwrotnie – jeśli poszukujemy składników, które miałyby nam pomóc zwalczyć konkretne przypadłości dermatologiczne.

Podoba mi się to, że o części z opisywanych składników, które mają pochodzenie naturalne, pisze się tu po prostu, że nie są używane we współczesnej naturalnej kosmetyce, choć przyznam, że byłabym bardziej usatysfakcjonowana, gdyby dobrze wyjaśniono – dlaczego. Jak już wspominałam, nie pomija się także kontrowersyjnych składników, pisząc wprost o tychże kontrowersjach.

Jeśli miałabym mieć zastrzeżenia, to do faktu, że dane składniki figurują pod ich konkretnym jednym zastosowaniem, podczas gdy w rzeczywistości mają bardzo rozlegle oddziaływanie na skórę. Niemniej jednak zapewne ciężko byłoby inaczej całość uszeregować i przekazać w sposób możliwie przejrzysty. Składniki jednak, przyznaję, mają każdorazowo opisane swoje inne działanie od tego głównego, zgodnego z tytułem rozdziału.

Ach, brakuje mi także całego bogactwa substancji zapachowych, całej magii olejków eterycznych, mocy aromaterapii. Domyślam się jednak, że tak rozległa dziedzina znajdzie się w kolejnym tomie autorstwa stowarzyszenia.

Dodam jeszcze, że każdy z rozdziałów zakończony jest szeroką bibliografią, co może być bardzo przydatne dla osób, które są w trakcie pisania prac dyplomowych lub po prostu – chciałyby dokładniej zgłębić temat.

Przyznam, że ciężko mi oceniać książkę pod kątem naukowym – nie mam odpowiedniego wykształcenia i aż tak rozległego doświadczenia. Z chęcią jednak zaufam całej rzeszy specjalistów, którzy są autorami i recenzentami tej pozycji. Więcej o nich przeczytacie TUTAJ.

 

 

DLA KOGO

Dla każdego! Jest to książka, którą po prostu warto mieć w domu. Książka dla wszystkich tych, którzy wierzą w świadomą pielęgnację, którzy dążą ku naturze, ale chcą mieć także porządne naukowe podstawy. Dla tych, którzy uczą się czytać składy kosmetyków. Którzy odkrywają ogromne bogactwo i moc roślinnych składników. Którzy eksperymentują i doświadczają. Którzy chcą wiedzieć, co stoi na półkach ich łazienki. Po co sięgać? Kiedy sięgać? Co warte jest swojej ceny?

Z drugiej jednak strony jest to także świetny pomocnik naukowy dla osób mocniej zaangażowanych w temat naturalnej kosmetyki. Dla studentów i profesjonalistów. Jest to bowiem rozbudowane kompendium wiedzy, przejrzysty podręcznik ułatwiający poruszanie się w świecie ekokosmetologii.

Myślę, że każdy może wyciągnąć z niego to, czego potrzebuje. Mniej lub więcej wiedzy. Może zgłębiać te praktyczne, codzienne porady lub wchodzić w te bardziej naukowe aspekty.

Sama, myślę, sięgnę do tej książki nie raz. Ba… sięgnę na pewno bardzo, bardzo wiele razy. Nie tylko dlatego, że akurat będę potrzebowała dowiedzieć się czegoś konkretnego o którymś z wyszczególnionych składników. Sięgnę po nią po prosu, aby po raz kolejny, na spokojnie ją przejrzeć. Powoli wczytać się w kolejną porcje wiedzy. Rozważyć ją sobie, przetrawić. Nie jest to bowiem coś, co służy jedynie szybkiemu przeglądnięciu.

Tym bardziej, że nie jest po polsku…

 

 

JĘZYK

No właśnie… nie jest po polsku. Jak już zapewne zauważyliście – całość jest w języku angielskim. Mam jednak dobrą wiadomość – jest to naprawdę bardzo dostępna wersja tego języka. Nie jest to bowiem język naukowy, no… stricte naukowy. Całość napisano w taki sposób, że sama odczytuję ją dosyć swobodnie. Czytanie nie sprawia mi zwyczajnie trudności, słowa są znane (w większości), a ich znaczenie jasne. Nie bójcie się więc tego angielskiego! Naprawdę nie ma czego!

A wręcz przeciwnie – myślę, że w przypadku uczniów i studentów może to być dodatkowy ciekawy aspekt studiowania książki – nauka branżowego języka w pakiecie!

 

 

DOSTĘPNOŚĆ

Zbliżają się Święta. Powoli, ale się zbliżają. Osobiście bardzo polecam tę książkę jako wartościowy prezent pod choinkę. Niestety nie należy do tanich, nie jest też bezpośrednio dostępna w Polsce. Niemniej jednak, z pełną stanowczością stwierdzam, że warta jest swojej ceny, a inwestycja może okazać się jedną z lepszych, na jakie się zdecydowaliśmy.

Przy tej okazji, poproszono mnie o przekazanie Wam, że do 15 listopada możecie zakupić książkę w przedsprzedaży, w specjalnej promocji – taniej o 20 euro (z bezpłatną wysyłką, wszędzie!). Czyli o całkiem sporo. Może więc to już najwyższa pora pomyśleć o świątecznych prezentach?

 

Książka Modern Cosmetics, Ingredients of natural origin dostępna jest TUTAJ.

 

Wpis powstał w wyniku bardzo miłej współpracy ze stowarzyszeniem Modern CosmEthics ze Słowenii.

S.O.S. dla Skóry

Mam oto dobrą wiadomość dla wszystkich alergików! Znana mi od dłuższego czasu koleżanka po fachu, autorka bloga Wielki Kufer, dziewczyna pełna pasji, zaangażowania i dobrej energii, zawsze oferująca dobre słowo i uśmiech, ona to, Monika Laskowska, moi drodzy, otworzyła niedawno sklep! Ale jaki! Jest to sklep “dedykowany wymagającej skórze” – S.O.S. DLA SKÓRY!

Jeśli więc borykacie się z problemami skórnymi, z alergią, atopią, egzemą, koniecznie poznajcie bardzo ciekawą ofertę kosmetyków pielęgnacyjnych dostępnych w sklepie Moniki.

Ja tymczasem poprosiłam samą Monikę o  kilka zdań na temat jej nowej działalności. Oto, czego się dowiedziałam!

 

Otworzyłaś wyjątkowy sklep. Opowiesz nam o nim? Co oferujesz, dla kogo.

W czerwcu otworzyłam sklep internetowy S.O.S DLA SKÓRY dedykowany osobom z wrażliwą i wymagającą skórą, która narażona jest na egzemę, AZS, alergie na składy kosmetyków i detergentów.  Takich osób jest coraz więcej, a wiem, że mają duży problem ze znalezieniem delikatnych kosmetyków i środków czystości. Błądzą, testując różne produkty, często narażając po drodze skórę na wysuszenie, świąd i zaczerwienienie. Obsługa w drogeriach stacjonarnych i internetowych często nie ma wiedzy co polecić takiej osobie i odsyłają klienta z kwitkiem lub oferują produkty, które są zbyt drażniące i zamiast pomagać – szkodzą. Sama borykam się z alergią kontaktową na dłoniach i wiem jak ciężko jest znaleźć dobry krem do rąk czy łagodny żel pod prysznic. W asortymencie mojego sklepu znajdują się delikatne kosmetyki do mycia i pielęgnacji  skóry dla dzieci i dorosłych z wrażliwą i wymagającą skórą,  detergenty i akcesoria takie jak gąbki do mycia naczyń, rękawiczki.

Skąd pomysł na taki właśnie asortyment?

Tak jak już wspomniałam wyżej sama od kilku lat cierpię na alergię kontaktową na dłoniach. Wiecznie sucha i piekąca skóra, swędzące czerwone plamy, czasem pękająca skóra lub pęcherzyki wypełnione płynem surowiczym i ogromny dyskomfort to główne cechy egzemy (wyprysku kontaktowego). Wszystko zaczęło się kilka lat temu kiedy to z racji pracy bardzo często myłam ręce, używając kosmetyków o nieciekawym składzie (tanie mydła w płynie). Miałam kilka sytuacji kiedy używałam żrących detergentów bez rękawic ochronnych. Do tego doszedł duży stres i moja skóra na dłoniach zaczęła silnie reagować na wszystko co się pieniło. Wszelkie szampony, mydła w płynie, żele pod prysznic czy płyny do naczyń. Wszystko co wytwarza pianę uczulało mnie potwornie. Oczywiście pierwsze co zrobiłam to wizyta u dermatologa, ale każde spotkanie w gabinecie kończyło się przepisaniem leków ze sterydami. Żaden lekarz nie zwrócił mojej uwagi na składy kosmetyków, nie zalecił zmiany stylu życia i rezygnacji z drażniącej chemii. Wypisywał receptę i twierdził, że tak już musi być. Uważam, że to nie jest wyjście, dlatego zaczęłam na własną rękę doszukiwać się przyczyn alergii. I tak po nitce do kłębka doszłam do wniosku, że głównymi winowajcami są kosmetyki z SLS i SLES czyli te, z drażniącymi środkami spieniającymi. Zaczęłam diametralnie zmieniać swoją pielęgnację. Zmieniłam kosmetyki, proszki do prania, całą chemię domową. Zaczęłam też o tym pisać na blogu i ku mojemu zaskoczeniu zaczęły się do mnie odzywać osoby z podobnym problemem. Okazało się, że takich osób jest znacznie więcej i każda ma mętlik w głowie czym myć naczynia, czego używać do kąpieli i czym smarować dłonie, aby problem z egzemą nie narastał. Do tego dochodził problem gdzie znaleźć delikatne produkty i kosmetyki. Chodzenie po mieście i zaglądanie do każdej drogerii czy apteki nie jest wyjściem. I tak pewnego dnia stwierdziłam, że chcę pójść z tym tematem dalej i otworzyć sklep, gdzie będą tylko delikatne, przeznaczone dla alergików kosmetyki i chemia domowa. Dzięki temu osoby, które borykają się z nadmiernie wysuszoną czy zniszczoną skórą, alergiami czy egzemą będą mieć swoje miejsce. Oszczędzą przy tym czas i pieniądze.

 

Jak wybierasz produkty, które oferujesz? Gdzie je wyszukujesz?

Produkty do sklepu wybieram z dużą starannością. Większość z nich sama przetestowałam na sobie lub polecają je inne osoby z podobnymi dolegliwościami. Ufam, że skoro sprawdziły się u dużej grupy osób, inni potrzebujący też będą zadowoleni.

Inspiracji na nowy asortyment szukam na forach internetowych przeznaczonych dla alergików, podczas rozmów z osobami o podobnych problemach, w katalogach z asortymentem firm kosmetycznych.

Staram się wyszukiwać mniej znane firmy, które robią bardzo dobre kosmetyki. Produktów z koncernów farmaceutycznych jest bardzo dużo i są w każdej aptece czy drogerii. Nie chcę tego powielać. Daję szansę małym producentom, którzy podchodzą do produkcji z misją, wkładają serce i ogrom wiedzy. Niestety nie mają tak dużych nakładów finansowych na reklamę.  Mam wiele takich produktów w sklepie, co bardzo mnie cieszy.

Co polecasz najbardziej. Czy masz swoje ulubione produkty?

Na tą chwilę mogę śmiało polecić Krem do pielęgnacji rąk z różnymi stanami zapalnymi skóry z polskiej firmy AVA. Kosmetyk zostawia na dłoniach delikatną powłoczkę niczym niewidzialne rękawiczki. To sprawia, ze skóra jest przez długi czas pod ochroną, nie jest sucha czy spierzchnięta. Nie ma też uczucia lepkości, która często towarzyszy treściwym kremom. No i podoba mi się to, że od razu po rozsmarowaniu można kontynuować pracę. To dla mnie bardzo ważne, bo pracuję w biurze z dokumentami i nie wyobrażam sobie mieć tłustych rąk, które mogłyby zabrudzić dokumenty.

Świetna jest też cała seria Białego Jelenia – Apteka Alergika. Delikatne kosmetyki myjące, bez drażniących SLS i SLES nadają się do pielęgnacji nawet bardzo wymagającej i wrażliwej skóry.

Klientom polecam też krem Paraderm z olejem konopnym, który ma bardzo dobre właściwości dla skóry zniszczonej egzemą, rybią łuską, łuszczycą. Polecany jest też pacjentom z wywiadem atopowym. Ma lekką lejącą się konsystencję, jest bezzapachowy, a w składzie ma olej konopny i miód! Poza tym fosfolipidy, kwas hialuronowy oraz witaminy B,E,F . To naprawdę dobry kosmetyk za nieduże pieniądze (tuba 85 g kosztuje 17,80 zł).

Zachęcam do przejrzenia oferty sklepu, bo naprawdę można znaleźć wiele perełek.

 

 

Opowiedz nam jeszcze o Twojej pozostałej działalności, bo jest tego warta!

Od 2012 prowadzę bloga Wielki Kufer, jest to blog bliski naturze. Oznacza to, że na swojej stronie poruszam tematy związane ze zdrowym stylem życia, zdrowym jedzeniem i obcowaniem w bliskości z naturą. Nie obce są mi tematy zero waste i less waste, bardzo zależy mi na tym, by propagować ekologiczny styl życia – wybieranie szklanych opakowań zamiast plastiku, rezygnowanie z reklamówek i wykorzystywania Eko toreb lub materiałowych woreczków na warzywa i owoce, nie marnowania żywności i dawania jej drugiego życia. Fascynuje mnie też naturalna pielęgnacja – tworzę podobnie jak Ty naturalne kosmetyki i środki czystości. Pasja tworzenia przerodziła się 4 lata temu w organizowanie warsztatów tworzenia naturalnych kosmetyków Eko warsztaty Wielki Kufer. Warsztaty prowadzę nie tylko w Trójmieście, robimy też wyjazdowe spotkania. Na każdym warsztacie tworzymy naturalne kosmetyki  z wysokiej jakości składników, pakujemy je w eleganckie opakowania, ozdabiamy rafią. Po spotkaniu każda uczestniczka zabiera kosmetyki ze sobą do domu. Zapakowane wyglądają jak śliczne, luksusowe prezenty z prawdziwego SPA. Każdy warsztat to także dawka solidnej wiedzy. Uczę jak wykorzystywać to, co dała nam Matka Natura, jak dobierać składniki, jaką pielęgnację stosować. Warsztaty są więc świetnym sposobem na spędzenie czasu w babskim gronie. Bardzo się z tym utożsamiam i jest to część mnie, a to chyba jest bardzo ważne, prawda?

Zapraszamy na S.O.S. DLA SKÓRY!

W roli głównej: Mgiełka Intensywnie Rozświetlająca La Fare 1789

To taki typ marki, która od razu przykuwa uwagę. Którą można zauroczyć się od pierwszego spojrzenia. Która jest tak bardzo francuska, że bardziej chyba być nie może. Tak bardzo prowansalska, że uruchamia najtkliwsze marzenia o własnej, położonej wśród rozległych pól lawendy, ukrytej w kamiennym budynku manufakturze kosmetycznej. A przynajmniej o podróży w te romantyczne zakątki Francji.

Dzisiaj w roli głównej zaprezentuje Wam się marka La Fare 1789 , a dokładniej jej Mgiełka Intensywnie Rozjaśniająca!

 

 

Piękna, prawda… Nie mogę od tego nie zacząć! Taki kosmetyk, a i nie tylko on, bo wszystkie produkty La Fare 1789, to doprawdy ozdobą łazienki! To marka totalna, wyróżniająca się, przemyślana. Nie postawiła na tak popularne opakowania z brązowego szkła, które powiela spora część manufaktur kosmetycznych, ale ściśle do nich nawiązuje. Buteleczki są duże i praktyczne z wyraźnie wytłoczonym logo, a słoiczki kremów ewidentnie stwarzają wrażenie długich kosmetycznych tradycji.

Bo tradycje kosmetyczne są tutaj bardzo istotne. Marka została stworzona przez Laurenta Baussan, syna założyciela tak popularnej i w naszym kraju i jakże podobnej wizerunkowo – L’OCCITANE en Provence. “Nazwa kosmetyków La Fare 1789 pochodzi od niewielkiego wzniesienia położonego w górzystej części Prowansji, gdzie znajduje się rodzinna posesja założycieli firmy. Jego usytuowanie między dwoma skrajnymi klimatami: gorącym śródziemnomorskim i ostrym górskim sprawia, że miejsce to obfituje w bujną, różnorodną i nieskażoną roślinność, której niespotykane właściwości wykorzystywane są w naszych produktach.

Z ważnych informacji dodam jeszcze, że kosmetyki marki posiadają certyfikat ECOCERT i COSMEBIO, a opakowania podlegają recyklingowi.

 

 

Zaprosiłam więc słoneczny powiew Prowansji, w postaci tej uroczej mgiełki, do swojej łazienki. I dobrze mi z nim! I nie tylko dlatego, że wygląda w niej tak pięknie. Choć estetyczna część mojej duszy raduje się bardzo i wiem już na pewno, że buteleczki (tej i kolejnych!) to ja nigdy nie wyrzucę. Jednak sama mgiełka, którą otrzymałam do przetestowania, jest doprawdy warta polecenia.

Co my tu mamy… Masę dobra! Flagowymi składnikami produktu są aloes, liść oliwny, ogórek, zielona herbata, szarotka alpejska i olejek palmarosa. Część niestety w bardzo małych stężeniach. Wspomniałabym tu jeszcze o olejku cedrowym i cytrynowym, bo warte są tego. Najwięcej, poza wodą mamy soku aloesowego, co osobiście bardzo mnie cieszy. Aloes uwielbiam, moja skóra go lubi. Jego kojące i regenerujące działanie znane jest dobrze zapewne wszystkim. Odrobinę bałam się dużej ilości alkoholu, choć wspomniano, że stworzony został na bazie składników organicznych. Obawy moje rozwiały się już po pierwszym użyciu – skóra przyjęła mgiełkę bardzo dobrze, a co ważne  – po jej użyciu miałam wrażenie, że jest już od razu dobrze nawilżona!

Mgiełkę uważam za świetny produkt oczyszczający o niezwykle przyjemnym, subtelnym zapachu. Mamy w niej łagodne składniki myjące, które tworzą leciutką pianę – i w buteleczce i po spryskaniu, na twarzy. One też pozwalają dokładnie, choć wciąż delikatnie oczyścić cerę. Spryskuję więc nią twarz rano i wieczorem. Czasami od razu na wacik, czasami, jak sugeruje producent, bezpośrednio na cerę. Po chwili nadmiar ściągam wacikiem i nakładam krem.

Na opakowaniu napisano, że mgiełka wydobywa ze skóry jej naturalny blask i energię. No coś w tym jest. Bo chociaż spektakularnych właściwości rozświetlających nie stwierdziłam, skóra po prostu czuje się przy niej dobrze i co najważniejsze – świeżo! Lekko i promiennie. Chętnie przyjmuje krem, a ja chętnie się uśmiecham. I chyba o to chodzi!

Przyjrzyjcie się więc dokładniej marce La Fare 1789. Polecam śledzenie nowinek o marce na Facebooku! 

Wybierzcie się też do aptek Ziko, bo od niedawna w wybranych aptekach sieci znajdziecie asortyment La Fare 1789. Kosmetyki marki dostępne są również w coraz większej ilości sklepów z kosmetykami naturalnymi, a także na coraz częstszych targach kosmetycznych.

Polecam!

 

Białe proszki

Dosyć często ostatnio je wykorzystuję. W głównej mierze podczas warsztatów, ale i sama chętnie czerpię z ich mocy. I nie tylko ja, bo i moi bliscy. Poznajcie cztery wyjątkowe białe proszki… Wszystkie legalne, zaręczam!

A może już je znacie? Wszak pisałam już o niektórych, a nawet publikowałam kilka proszkowych przepisów. Jeśli jednak ich nie poznajecie, bardzo polecam zaopatrzyć się w białą glinkę, tlenek cynku, mączkę owsianą i mączkę kokosową!

Jak je wykorzystać? Mam dzisiaj dla Was 4 sprawdzone przepisy na domowe kosmetyki z wykorzystaniem naszych proszkowych gwiazd!

 

BIAŁA GLINKA / KAOLIN

To moja ulubiona z glinek. W zasadzie nie używam innych, chyba, że w gotowych glinkowych maskach. Z nią bowiem tak bardzo się polubiłam, że kupuję ją dosłownie na kilogramy. No dobra… to na warsztaty, ale sporo i dla mnie pozostaje.

To najłagodniejsza z glinek, polecana osobom o nawet bardzo wrażliwej skórze. Jest niedroga i bardzo wydajna. Zawiera wapń, cynk, krzem i magnez. Uwielbiam ją za jej lekkość, zdolność matowienia przetłuszczającej się skóry, za jej właściwości ograniczające rozwój stanów zapalnych i odkażające, podsuszające wypryski i niedoskonałości. Glinka świetnie oczyszcza. W połączeniu z olejami, miodem, hydrolatem lub po prostu – z wodą, zamienia się w lekki, ale naprawdę bardzo skuteczny czyścik do każdego rodzaju cery. Absorbuje zanieczyszczenia, reguluje funkcjonowanie skóry, wygładza i pozostawia przyjemne uczucie lekkości, bez ściągnięcia, za to ze wspomnianym wcześniej – zmatowieniem.

Sama najczęściej robię sobie glinkowe czyściki do twarzy. Nawet teraz ze trzy różne stoją w mojej łazience. Chciałabym jednak zaproponować Wam dzisiaj bardzo przyjemną maseczkę z białą glinką. Będzie to maska kojąca i rozjaśniająca skórę. Polecam teraz – po lecie, ale świetnie też sprawdzi się do przywrócenia blasku skórze zmęczonej zimą.

 

Kojąco-rozjaśniająca maska z ogórkiem i białą glinką

Składniki:

  • 2 małe gruntowe ogórki (ewentualnie 1/3 dużego)
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 2 łyżeczki białej glinki

Ogórki obieramy i miksujemy w blenderze do uzyskania konsystencji jednolitej papki. Dodajemy sok i glinkę, mieszamy. Maskę nakładamy na twarz i/lub ciało, pozostawiamy na 15 minut i zmywamy letnią wodą.

 

 

TLENEK CYNKU

Oj, to stanowczo jeden z moich must have łazienkowych. Przydaje się często i zawsze pomaga. Jest to idealnie biały, lekki proszek – naturalny minerał pigmentowy. Zapewne każdy go zna, bo stosowany jest często w terapiach dermatologicznych, polecany na wszelkiego typu problemy skórne, ale także do pielęgnacji wrażliwej skóry niemowląt – często dodaje się go do posypek i kremów na odparzenia. Zasłynął swymi właściwościami gojącymi i przeciwzapalnymi, ale także jako mineralny filtr przeciwsłoneczny (blokuje całe spektrum UV, odbija i rozprasza światło). Ma działanie antybakteryjne, ściągające, leczy stany zapalne skóry.

Mam go więc zawsze pod ręką. Czasami nakładam jego maluteńką ilość na potrzebującą zagojenia skórę, czasami dodaję do łagodzącego pudru (przepis TUTAJ). Zazwyczaj jednak ucieram szybką i mega skuteczną pastę na niedoskonałości. Bywa to pasta z TEGO przepisu, dzisiaj jednak polecam Wam coś, co przygotujecie w kilka sekund, a sprawdzi się o niebo lepiej niż te wszystkie dostępne w aptekach maści cynkowe, pełne zapychających wypełniaczy.

 

Szybka pasta cynkowa na niedoskonałości i otarcia

Składniki:

  • 2 łyżeczki tlenku cynku
  • 3 łyżki żelu ALOESOVE

Chwila moment i lekka, łagodząca, gojąca pasta gotowa. W przepisie z linku, który wkleiłam powyżej użyłam żelu aloesowego 98%. On wymagał dodatku oleju, w przeciwnym wypadku za bardzo ściągałby skórę, a nie o to nam tu chodzi. W żelu ALOESOVE, który ostatnio często i chętnie stosuję, mamy nie tylko aloes, ale i sporo innych kojących i regenerujących składników (zobaczcie na stronie Sylveco), co czyni go idealnym nośnikiem dla naszego tlenku cynku. Oba składniki wystarczy dokładnie wymieszać. Można także na bieżąco produkować sobie taką pastę na dłoni, tuż przed użyciem. Pasta, naniesiona w niewielkiej ilości na potrzebujące partie skóry, szybko goi i regeneruje. Polecam także po depilacji.

 

MĄCZKA OWSIANA

A dokładniej – koloidalna mączka owsiana.

Ja tu może zacytuję po prostu ze strony sklepu ZielonyKlub.pl, bo ładnie tam całość opisali:

Otrzymywana jest z owsa w oparciu o opatentowany proces, który umożliwia zwiększenie biodostępności beta glukanu, co skutkuje silnym działaniem anty-aging i nawilżającym. Zwiększone jest również działanie oczyszczające i kojące.

Zawiera wiele związków bioaktywnych, szczególnie o właściwościach przeciwutleniających. Są to między innymi beta glukan, polifenole, awenantramidy, fitosterole, NNKT, witaminy E, A, D, K, witaminy z grupy B, zwłaszcza tiamina (B1), składniki mineralne (żelazo, mangan, miedź, fosfor, wapń, magnez) i inne.

Jest uniwersalnym i wszechstronnym składnikiem o sprawdzonym działaniu przeciwstarzeniowym. Posiada właściwości kojące, regeneracyjne, ochronne. Łagodzi objawy uczulenia i alergii zmniejszając swędzenie i zaczerwienienie, głównie za sprawą awenantramid, związków, które mają silne właściwości antyalergiczne, antyoksydacyjne i przeciwzapalne.

Ma naturalne działanie oczyszczające, normalizuje wytwarzanie sebum, pochłania nadmiar tłuszczu i bród ze skóry. Przywraca naturalną równowagę pH skóry. Zmniejsza utratę wody przez skórę, również zastosowana preparatach suchych. Promuje wytwarzanie kolagenu w skórze i poprawia skuteczność ochrony przed wolnymi rodnikami. W efekcie skóra jest zdrowsza i młodsza a zmarszczki ulegają wygładzeniu.

Bardzo ją lubię i często wykorzystuję. Dodawałam ją do kremów, ale najczęściej służy mi w moich pastach myjących. Co ciekawe, mączka ma działanie emulgujące. Sprawia, że kosmetyki nabierają takiej przyjemnej jedwabistej, gładkiej konsystencji. A na skórze? Cudnie oczyszcza, zmiękcza, wygładza. Można się tylko zachwycać! No… może nie pachnie najprzyjemniej, ale zawsze można pokusić się o dodatek jakiegoś olejku.

Dzisiaj zaproponowałam Wam dosłownie dwuskładnikową pastę myjącą, która jest zwyczajnie genialna! Połączenie odżywczego, antybakteryjnego, regenerującego miodu z mączką owsianą musi tworzyć wyjątkowy kosmetyk do mycia twarzy. Spróbujcie, zakochacie się! Polecam też inną miodulkę do mycia twarzy – z TEGO przepisu!

 

Miodowo-owsiana delikatna pasta do mycia twarzy

Składniki:

  • 2 łyżki mączki owsianej koloidalnej
  • 4 łyżki płynnego miodu

Oba składniki dokładnie ucieramy, do uzyskania jednolitej konsystencji. Niewielką ilością pasty myjemy wilgotną twarz. Spokojnymi, okrężnymi ruchami wykonujemy przy tym masaż twarzy. Zmywamy letnią wodą.

 

 

MĄCZKA KOKOSOWA

 

Na koniec coś, co umieściłabym w kategorii domowego SPA! Mączka kokosowa nie tylko nadaje się do wszelakich wypieków, polecam wypróbowanie jej w przeróżnej maści delikatnych peelingach, maskach i czyścikach. Jest to po prostu drobniutko zmielony kokos o słodkawym smaku. Mączka jest łagodna na tyle, że można ją wykorzystać jako delikatny mechaniczny peeling do twarzy. Sprawdza się także jako zagęstnik do maseczek z owoców czy jogurtu. Odżywia skórę, wygładza ją i oczyszcza.

Lubię dodawać ją do szybkich kosmetyków do ciała – czegoś na pograniczu maski, scrubu i pasty myjącej. Takie cudo zabieramy po prostu do łazienki, pod prysznic i myjemy nim skórę pod strumieniem orzeźwiającej wody.

Proponuję Wam więc taki właśnie kosmetyk o mocno energetyzującym działaniu. Coś, po czym skóra nabierze blasku i życia. Będzie miękka i doskonale oczyszczona. Chętnie wchłonie Wasz ulubiony balsam. Taki prysznic stanie się cudownie pozytywnym, dodającym wigoru doznanie.

 

Pomarańczowa pasta-maska do ciała

Składniki:

  • pół obranej pomarańczy
  • skóra starta z połowy pomarańczy
  • 3 łyżeczki mączki kokosowej

 

Pomarańczę miksujemy w blenderze na drobną, jednolitą papkę. Dodajemy do niej skórkę i mączkę. Dokładnie mieszamy. Pastę-maskę stosujemy, jak opisałam powyżej. Masujemy nią ciało pod prysznicem, wdychając naturalny olejek pomarańczowy, unoszący się z owocu.

 

 

Facebook