KategorieMotywacja

What if…

zdjęcie EZ Pudeva / Society6

 

Mam nowe motto życiowe! I dla Was, na weekend, małą inspirację. Słoneczną, wypełniającą energią i potrzebą działania!

 

What if I fall? Oh, but my darling, What if you fly?

Erin Hanson

 

Za często nie podejmujemy działania w obawie przed porażką. Taka nasza cecha narodowa – strach. A co jeśli się uda? Jeśli założone cele wcale nie są tak trudne do osiągnięcia? Jeśli wcale nie są bardzo daleko? A co jeśli się uda? Jeśli sięgniemy tego nieba wyczekanego?

Mam sporo marzeń i dążę do ich osiągnięcia. Powolutku, konsekwentnie, codziennie. Czasem tylko ja w nie wierzę, ale cóż… Kto, jeśli nie ja miałby wierzyć we własne marzenia? No kto?

Więc do dzieła kochani!

I cudownego weekendu!

Jak się ubierać, żeby się dobrze czuć

Nie będę dzisiaj pisała o Dniu Matki, bo za bardzo mnie wzrusza. Wzruszliwa jestem odkąd tą matką zostałam, czasem aż za bardzo…. Zwłaszcza jeśli w przedszkolu dziecię ma występ i dla mam i dla tatusiów (z okazji zbliżającego się Dnia Taty), a tata daleko… No sami rozumiecie.
Dzisiaj więc mam dla Was kilka moich spostrzeżeń o tym, jak się ubierać, żeby czuć się dobrze. Bo musicie wiedzieć, że mam trzydzieści jeden lat, a do niedawna bardzo rzadko mi się to udawało. Ale cóż, człowiek się starzeje, pewne rzeczy mu się układają w głowie, w szafie pojawiają się w końcu bardziej przemyślane rzeczy i świat od razu staje się prostszy.
Spójrzmy prawdzie w oczy. Lekko nigdy nie miałam, do idealnej figury mi daleko, trzeba więc było kombinować. Problem w tym, że to kombinowanie zazwyczaj jednak nie wychodzi na dobre. Jestem pewna, że wiecie, co mam na myśli – czasem trzeba lat, aby się z sobą dotrzeć. Zupełnie jak w związku. Oczywiście zdarzają się osoby, które emanują wrodzonym wyczuciem stylu i elegancją. W większości jednak przypadków, trzeba sobie temat porządnie przemyśleć.
Tak więc – jak sie ubierać, żeby się dobrze czuć?

Studencie, pora pomyśleć o pracy wakacyjnej – czyli moje doświadczenia i porady

 

Wprawdzie studia skończyłam już niestety dłuższy czas temu, jednak temat moich wakacyjnych prac ostatnio wrócił do mnie kilka razy. Pomyślałam więc, że warto podzielić się z Wami moimi doświadczeniami w tym względzie. Mam nadzieję, że zainteresują zwłaszcza studencką brać. Mamy marzec, wakacje zbliżają się wielkimi krokami, najwyższa więc pora pomyśleć o jakiejś ciekawej pracy na lato. Skorzystać warto, bo trzy miesiące wakacji to jednak… aż trzy miesiące wakacji!

Studiowałam dziennie, mieszkałam z rodzicami, nie musiałam więc pracować w trakcie semestrów. Pracowałam regularnie jedynie na piątym roku. W każde lato jednak starałam się robić coś, po pierwsze ciekawego, po drugie – przynoszącego trochę grosza do mojej studenckiej portmonetki. Co roku kończyło się na czymś innym, jednak każdą z tych prac uważam teraz za wspaniałą przygodę. A chyba nie ma lepszego czasu w życiu na takie przygody, niż właśnie okres studiów.

Kiedy kończyłam pierwszy rok, akurat otwierały się dla nas zachodnie rynki pracy. To był ten pierwszy boom na wyspy, jeszcze nie było tam aż tak dużo Polaków jak rok – dwa lata później. Warto więc było spróbować. Wybrałyśmy z koleżanką Irlandię – bo to takie romantyczne miejsce, legendarne wręcz, w sam raz dla studentek geografii. No, a poza tym koleżanka, z którą jechałam, miała jakichś znajomych znajomych siostry w miasteczku o nazwie, której nie umiałyśmy wypowiedzieć, u których mogłyśmy się chwilę zatrzymać na początek. Wyjechałyśmy więc całkowicie podekscytowane z walizkami warzącymi tonę, bo wypełnionymi konserwami, kupionymi przez rodziców w ilościach hurtowych (całe wakacje je jadłam…). Szczęście uśmiechnęło się do nas po tygodniu poszukiwań pracy, całkowicie przypadkowo. Wypełniałyśmy jakieś aplikacje o pracę w centrum handlowym i podeszła do nas pewna pani, która przedstawiła się jako żona właściciela supermarketu w miasteczku oddalonym o 20 km. Szukał on podobno właśnie nowych osób do pracy. Pani poleciła, abyśmy przyjechały tam następnego dnia na rozmowę. No to pojechałyśmy. Było wprawdzie trochę zamieszania, bo pani zapomniała poinformować kierownictwo marketu, ale się udało. Dostałyśmy pracę w supermarkecie wraz z możliwością zamieszkania w domu pracowniczym na przeciwko z dwoma Litwinkami i Portugalczykiem. To były wspaniałe wakacje, w magicznym miejscu na wybrzeżu Irlandii, pośród wspaniałej przyrody, w naprawdę fajnym towarzystwie.

Rok później, z dwojgiem innych znajomych wybraliśmy się również w ciemno w inną część wyspy. Po tygodniu jednak zdecydowaliśmy wyruszyć do znajomych do Anglii, którzy dosyć szybko znaleźli pracę. Ruszyliśmy więc autostopem (i promem oczywiście) i wylądowaliśmy z całkiem sporą grupą przyjaciół na polu campingowym, w sadzie, pod namiotami. Mieliśmy na te kilka osób do dyspozycji jedną małą przyczepkę z czajnikiem i tosterem 🙂 To akurat była fajna sprawa. Gorzej, że ostatecznie skończyliśmy pracując w fabryce mrożonego indyjskiego jedzenia dla Tesco, po 12 godzin, od 4 rano. I to było już okropne, choć, nie powiem, całkiem w sumie zabawne. Niestety te wakacje zniszczyły mi kręgosłup, który szwankuje do tej pory…

O przekleństwie potrzeby robienia czegoś fajnego i prezentacja Lili

Dosyć często dopada mnie myśl, że to rodzaj przekleństwa. Jestem pewna, ze wiele z Was wie o co mi chodzi – o ogromną potrzebę robienia w życiu czegoś fajnego. Macie tak? Na pewno mają tak wszystkie z Was, która prowadzą swoje firmy, młode mamy, które rozpoczęły działalność, blogerki, dziewczyny, które łączą pasję z pracą zawodową. Wierzę też, że istnieje bardzo liczna grupa, która taka potrzebę ma, ale gdzieś tam ją w sobie tłumi i racjonalniej podchodzi do codzienności. Bo chyba każdy, choć trochę, chciałby coś ciekawego w życiu robić. Nie każdy jednak tak całkowicie nie nadaje się do normalnej pracy jak ja.

Sama tego do końca nie rozumiem. Zupełnie nie są w stanie zrozumieć tego moi rodzice. Mąż na szczęście w pewnym stopniu (choć też nie do końca) zaakceptował. Przez długi czas myślałam, że coś jednak nie jest ze mną w porządku, dopóki kiedyś, na jednym ze szkoleń, w którym uczestniczyły dziewczyny prowadzące własne biznesy, usłyszałam od trenerki, że… no… niektórzy po prostu do zwyczajnej pracy się nie nadają.

A żeby nie było – zwyczajne prace miałam, mają je moi przyjaciele i znajomi, ma je moja rodzina. Pracują od godziny, do godziny, mają swój zakres obowiązków i doskonale się w tym znajdują. I chwała im za to. I zazdroszczę im nieraz tego. Ja w swym życiu zawodowym natomiast miotam się od początku, poszukując czegoś w czym poczuję się dobrze. Pracowałam w administracji w korporacji – nie wytrzymałam długo… po pół roku odeszłam… Potem w małej kreatywnej firmie, która i owszem, bardzo dużo mi dała, ogromnie dużo się nauczyłam, ale po roku uciekałam gdzie pieprz rośnie przed szefostwem… Następnie w dużym hotelu z warszawskimi właścicielami, którzy wywierali ogromną presję i do którego jadąc – płakałam. Dosłownie… Miałam też prace studenckie, wakacyjne i dorywcze. To akurat było fajne, bo krótko i na luzie. Ale to już zupełnie inna historia…

O magii

O magii… Nie, nie tej świątecznej, ale nie mogłam oprzeć się temu iglaczkowi….

Jestem osobą bardzo emocjonalną. Potrafię w jednej chwili wspinać się na szczyty radosnej euforii, aby za chwilę wpaść w otchłań rozpaczy. Jedno złe słowo może zniszczyć cały mój dzień. Bardzo często dopada mnie rezygnacja, brak wiary w siebie, zwątpienie i czarna rozpacz. Bo tak bardzo by się chciało, a tak trudno to osiągnąć. A innym dobrze idzie, lepiej, zawsze lepiej.  Bo porównując się, wychodzę blado. We wszystkich aspektach życiowych.

Zwłaszcza teraz, kiedy tak zimno i szaro. A ja nie cierpię zimy (chyba że na gwiazdkę i w górach). Zwłaszcza, kiedy moje pomysły nie wychodzą, trzeba z czegoś rezygnować lub czemuś nie można podołać. Zwłaszcza jak się uświadomi, że tak wiele się nie umie.

Zawsze byłam z siebie dumna, że potrafiłam dostrzec i cieszyć się drobiazgami, które daje nam natura – kwiatami na drzewach, spadającymi liśćmi czy kolorami chmur przy zachodzącym słońcu. Jakoś w liceum jeszcze będąc, pamiętam, że obiecywałam sobie nawet nigdy nie przestać zauważać tych drobiazgów. Bo one strasznie szybko przemijają i zanim człowiek się nie obejrzy – drzewa przekwitną, liście spadną a słońce zajdzie.

No i gdzieś to czmychnęło… Bo tak zimno i szaro. A ja nie cierpię zimy… Bo tak bardzo by się chciało, a tak trudno to osiągnąć, etc., etc.

I wyszłam wczoraj rano z psem na spacer. I nagle wiatr zawiał tak jakoś inaczej, mocniej. I ptak przeleciał. I kolejny podmuch zwiał z pobliskiej choinki chmurę delikatnego śniegu i mnie tym śniegiem otulił. A potem taka biała cała patrzyłam jak te śnieżynki tańczą. Nie opadają, nie uciekają. Tylko tańczą w powietrzu, w górę, w dół, wokół siebie. I uderzyła mnie w głowę jak obuchem znowu ta magia.

I tak, wiem, zabrzmi to banalnie, ale dodała mi siły i wiary we własne możliwości. I śmiać mi się zachciało. I dobrze mi było.

Macie tak? Zaskakuje Was czasem ta niezwykła magia? Kiedy wszystko staje się takie oczywiste, normalne i na swoim miejscu. Kiedy wszechświat Wam mówi: uśmiechnij się głupia babo?

Warto być miłym vol.2 – edycja noworoczna

Zastanawiałam się długo, jak przywitać na blogu ten nasz Nowy Rok. Zupełnie nie miałam ochoty na podsumowania. Wolę ostatnio kierować się ku nowemu i planować. Padło więc na noworoczne przesłanie. Całkiem spontanicznie sponsoruje je literka m – miło jest być miłym. Po raz kolejny muszę o tym napisać. Bo chyba trzeba.
Pamiętacie TEN tekst o tym, że warto być miłym w relacjach biznesowych, że to się opłaca, że karma wraca? Wraca do mnie od czasu do czasu ten tekst. W różnych sytuacjach, które niestety łączy jego niezrozumienie.
Ale zacznę po raz kolejny od przykładu z życia, nie związanego akurat z tamtym materiałem. Wiecie zapewne, że posiadam sklep Lili in the Garden. Nieodłącznym aspektem prowadzenia tego typu działalności z necie są maile i wiadomości fejsbukowe od blogerek organizujących coś lub nawiązujących współpracę (cóż, sama tak działam 😀 ). Tak się jakiś czas temu złożyło, że napisała do mnie pewna blogerka, która planuje większe spotkanie z pytaniem, czy go nie wesprę. Nie zdecydowałam się i grzecznie odmówiłam. Ona odpisała, że się jeszcze przypomni. Wtedy niestety ja całkowicie pomyłkowo przesłałam jej wiadomość skierowaną do klientki, zupełnie nie związaną z tamtą konwersacją, o biżuterii, o tym, że pozostały nam z kolekcji dream ostatnie sztuki, że planujemy dostawę w nowym roku, ale modele będą już inne i że zapraszam. Mój błąd, przyznaję się. Zorientowałam się dopiero, kiedy blogerka napisała do mnie trzy dni temu, czy mogę coś powiedzieć w sprawie spotkania. Ponownie więc odmówiłam, przeprosiłam za moją pomyłkę, życzyłam udanej zabawy. Przykro mi się jednak zrobiło dziewczyny, że ją wprowadziłam w błąd, więc już chciałam jej coś zaproponować, kiedy dostałam następującą odpowiedź: “No to pasuje być slownym a nie pomyłka się zasłaniać. Tragedia kto pracuje na tym FB. Pozdrawiam.”.
I już jej nic nie zaproponowałam. I nie zaproponuję. Raz jeszcze przeprosiłam i raz jeszcze życzyłam udanej zabawy. Tylko powiedzcie mi – po co sobie zamykać drzwi na przyszłość? Gdyby była miła, może bym ją zapamiętała dobrze i kiedy ruszymy z promocją na blogach – odezwała się do niej.
Drodzy moi, wracając do tamtego starszego tekstu – już kilka razy zdarzyło mi się, że ktoś się na niego powoływał, a następnie w bardzo nie miły sposób wypowiadał się o firmie/marce, która względem niego w zachowała się w ten czy inny sposób. I to publicznie, w necie. To tak, jakby przyjąć, że to wszystko ma być jednostronne – firma ma być dla mnie miła, mnie to nie dotyczy. A wcale tak nie jest.
W firmach też pracują ludzie! Też się mylą, też o czymś zapomną. Jak każdy. Mówi się, że kto nie pracuje ten się nie myli. Czasem ktoś ma zły dzień, czasem ewidentnie przesadzi, czasem będzie naprawdę niemiły względem Was i potraktuje Was źle. Cóż… jego strata. Dziękujemy i żegnamy się. Czasem stanowczo piszemy, co nam leży na sercu. Ale wszystko w granicach przyjętych zasad dobrego wychowania. Nawet jeśli nie miło, to grzecznie. Po co sobie niszczyć humor? Po co sobie robić wrogów? Żeby komuś udowodnić, że jest gorszy? Nie – wcale nie jest! 
Bądźmy mili w tym nowym roku! Uśmiechajmy się. W mailach, w wiadomościach i tak po prostu – do ludzi. Tych swoich i tych obcych. Do pani na poczcie (tak… mi też to z trudem przychodzi), do pani w warzywniaku i do pana mechanika, który znowu coś schrzanił. Chociażby tylko po to, żeby nie schrzanił więcej 🙂 Do starszej pani, która kolejny raz się z czymś wtrąca, do innych kierowców stojących w korku i do pracowników firm, z którymi współpracujecie (dawniej lub być może w przyszłości).
To się opłaca. I to nie tylko materialnie – biznesowo, służbowo, zawodowo. Ale zwyczajnie – dzień będzie milszy, słońce wyjdzie, kogoś poznacie. I uśmiechniecie się sami do siebie.
Facebook