KategorieMotywacja

Pozostaje nam… Enjoy the little things!

Nie, to wcale nie jest tak, że sami decydujemy o swoim życiu. Chcielibyśmy, aby tak było. Ale tak nie jest. Owszem, mamy ogromny wpływ na to kim jesteśmy, co robimy, kto jest wokół nas. Kształtują nas nasze własne wybory. Ale przypadek czy los, jak kto woli, a nawet konsekwencje wspomnianych wyborów z nawet zaprzeszłych czasów, realnie odbijają się na naszym życiu.

No bo jak tu przewidzieć, że kiedy w najlepszym nastroju, w pełni szczęścia, z otwartym sercem i duszą, wybierasz się w piątkowy wieczór na koncert, ktoś inny w tym samym czasie planuje najgorsze zło, które zmieni twoje życie diametralnie. Lub wręcz je zabierze. No jak?

To oczywiście jedna z tych sytuacji ekstremalnych, którą żyjemy teraz wszyscy. Wróćmy jednak do tu i teraz. Do codzienności. Czy znajdujecie się w tym miejscu w swoim życiu, w którym chcieliście być? W którym wymarzyliście sobie, że będziecie? Nawet ciężko pracując, konsekwentnie realizując swoje pomysły, wytrwale wierząc, że dąży się do upragnionego celu, on wciąż bywa bardzo daleko. Wiem coś o tym. Chwile załamania przychodzą często.

Albo inny przykład. Często teraz z Różą jesteśmy same. To nie jest tak, że tego chciałyśmy. W naszej sytuacji najlepszym rozwiązaniem (tak przynajmniej nam się wydaje) jest praca mojego męża daleko. Wyjeżdża więc, raz na krócej, raz na dłużej. I chociaż staram się często z Małą wychodzić, kogoś odwiedzać, coś organizować, to jednak także często spędzamy popołudnia i wieczory same, razem. I aby nie było nam wtedy smutno, celebrujemy je w specjalny sposób.

Bo, moi drodzy, jeśli nie możemy do końca ogarnąć tego wszystkiego, w całości, skupmy się na drobiazgach, które poprawiają humor. Które lubimy, które wywołują uśmiech, podczas których łapiemy oddech i zastrzyk energii. Cieszmy się chwilami. Odkrywajmy dobre strony poszczególnych momentów.

I tak, odkryłam chociażby, że uwielbiam wieczorem, kiedy Róża ogląda dobranocki, a ja skończę ogarniać kuchnię, przysiąść w niej, z herbatą lub kawą (tak pijam wieczorami kawę, zwłaszcza kiedy szykuje mi się jeszcze trochę pracy nocnej), przed oknem, z włączoną głośno muzyką. I albo tak siedzieć i wpatrywać się w przestrzeń, w ludzi, w szumiące drzewa. Albo przeglądać nowe Elle czy biedrnkowe przepisy po kuchni hiszpańskiej. Albo zadzwonić do kogoś bliskiego i przegadać pół godziny o głupotach. Albo wymyślać jakieś nowe przepisy na kąpielowe babeczki. No, uwielbiam te chwile.

Taki mamy czas teraz szary, ponury, listopadowy. Jest to jednak genialny czas na celebrowanie drobnostek. Powoli bowiem zbliżają się Święta. I chociaż wiele z Was uważa, że to jeszcze za wcześnie, że to wszystko marketing, ja doceniam to, że tak powolutku, bardzo niespiesznie, możemy wprawiać się w nastrój, który uwielbiam. Bo najgorzej, to w ostatnim momencie, w całej tej okropnej gorączce latać spoconym po przepełnionych galeriach i kupować co tam wpadnie pod rękę. Jak to się ma do Świąt? Nijak!

Mam zatem dla Was kilka pomysłów. Mam też ogromną nadzieję, że razem spędzimy ten ciepły, wspaniały czas!

W tym roku więc:

  • Przygotuj koniecznie kalendarz adwentowy. Czy to dla dzieci, czy dla innych bliskich osób. To jest dopiero synonim radosnego oczekiwania i cieszenia się każdą chwilą, w której odkrywa się codziennie nową niespodziankę.
  • Przy najbliższej okazji, będąc w sklepie, zakup pachnące przyprawy – laski cynamonu, goździki, gwiazdki anyżku, kardamon czy laski wanilii. Dodawaj je do kaw, herbat i czekolady na gorąco. Nic tak nie wprawia w dobry nastrój i jednocześnie rozgrzewa od samego środka!
  • KONIECZNIE upiecz pierniczki. Zwłaszcza z dziećmi. I KONIECZNIE urządź wspólne ozdabianie ich. Jeśli nie z dziećmi, to zaproś przyjaciółki!
  • W tym roku ubierz choinkę wcześniej. No, nie już teraz. Ale też nie w samą Wigilię! Wierz mi – przed Świętami, kiedy ich oczekujemy, choinka i jej ciepłe światełka, cieszą bardziej.
  • Wybierz się na świąteczny kiermasz. Ale na spokojnie. Nie przejmuj się tłumami. Spaceruj wzdłuż straganów i sklepików, wypij grzane wino, zjedz oscypka z grilla. Kup sobie nową bombkę w dziwnym kształcie, np. żaby 😀 A co!
  • Spraw, aby kupowanie prezentów dla bliskich było przyjemnością, a nie obowiązkiem. Nie rób tego na ostatni moment. Zastanów się lub poproś o napisanie listu do Mikołaja. Obdarowywanie to naprawdę mocno energetyzująca sprawa, jeśli tylko nie podchodzi się do tematu na siłę. A czasu mamy jeszcze sporo.
  • Zaopatrz się w olejki eteryczne o świątecznych zapachach – pomarańczowy, cynamonowy, goździkowy i aromatyzuj nimi dom. Wieczorem zapal świece.
  • Już z początkiem grudnia umieść w domu świąteczne akcenty. Nic na siłę, ale odrobina jemioły, gałązki świerku, figurka uśmiechniętego renifera zrobią robotę!
  • Inspiruj się świątecznie! Przeglądaj internet, blogi, zaglądaj do Lili! No, obowiązkowo!

Ale jeśli nie chcesz, to nie rób nic z powyższej listy. Ważne, żeby to co robisz, cieszyło Ciebie!

Enjoy the little things!

Przeżywam bardziej

Mam wrażenie, że przeżywam bardziej. Bardziej niż inni. Wszystkie niepowodzenia, radości, drobnostki. Wszystkie złe słowa. Może się mylę. Może wiele z Was tak ma. Może też wolicie czasem ukryć to swoje przeżywanie i nie widać tego na co dzień. A może za bardzo jestem rozchwianą emocjonalnie kobietą? No… po prostu kobietą. A może stoję na krawędzi choroby psychicznej? Oby nie!

W każdym razie potrafię po kilku złych słowach wpaść w czarną otchłań rozpaczy, gdzie nic nie ma sensu. Potrafię też tak bardzo ekscytować się nowymi, pięknymi rzeczami, że świat staje się w jednej chwili lepszy. Śmieją się, że mnie, że co chwilę mam coś “naj” w życiu. Najpiękniejszy widok, najlepszą pizzę, najlepszy pomysł :):):) Może dlatego tak często czuję się czymś zauroczona i zaraz pędzę i Wam to pokazać. Może dlatego potrafię słuchać tej samej piosenki w kółko przez kilka godzin. Albo stać w kuchni i gapić się przez okno przez pół godziny. Jak wszyscy starsi ludzie na naszym osiedlu…

Problem w tym, że jak już mi źle, to bardzo. I nie siedzi to tylko w głowie, ale obejmuje cały organizm. Ściska mnie w żołądku, boli głowa, nie mogę się skupić, mogłabym tylko spać i płakać. Dwa słowa krytyki, często nawet niesłusznej, niszczą mi cały dzień. Niemiła Pani kasjerka sprawia, że w około robi się szaro. A co dopiero jakieś większe kłótnie…

Nauczyłam się nie okazywać za bardzo tego mojego przeżywania. Tego negatywnego. I inni tego nie lubią i ja nie reaguję wtedy racjonalnie. Lepiej wszystko przeczekać. Aż emocje opadną. Aż szarość zacznie nabierać kolorów. Zawsze w końcu nabiera. I dopiero wtedy łatwiej mówić, a i mówienie wydaje się rozsądne, rozwiązanie bliższe i łatwiejsze.

Wiecie jaki jeszcze mam sposób na gorsze dni?

Mam takich znajomych. Jednych z tych najlepszych. Z którymi spędziłam niegdyś masę czasu, gdzieś w okolicach liceum. Każde wakacje, weekendy, większość piątków. Jeździliśmy na obozy, rajdy, w lecie na żagle, w zimie do schroniska. To wtedy można było się najmocniej wygłupiać, najdziwniejsze rzeczy robić, najbardziej wariować. Mam wrażenie, że wtedy tak bardzo się nie osądzało.

Spotykamy się rzadko, raz na kilka miesięcy. Albo dostaję, albo sama piszę wtedy smsy czy wiadomości. Na moje “piwo, piątek, 20:00” otrzymuję odpowiedź “jasne Aduś”. I się resetuję. Totalnie. I nie mamy po trzydzieści lat, tylko naście. I znowu jesteśmy na Mazurach, śmiejemy się pełną piersią, wspominamy. I jest lekko. I swobodnie.

Najlepsze lekarstwo na jesienna chandrę ever!

Też tak macie? A może macie jakieś swoje sprawdzone sposoby na zbyt intensywne przeżywanie?

Na koniec zostawiam Was z Lucią! No a wieczorkiem… :D:D:D

Sok sardynkowy i tapety z ptaszynami do ściągnięcia

Dziecko mam chore. Szkarlatyna ją dopadła. Dziwne – choroba ta kojarzyła mi się do tej pory jedynie z czasami zaprzeszłymi. A tu jednak jest nadal. Czekają więc nas wspólne dni, we dwójkę. I już dzisiaj zaczęłyśmy wariować, choć w większości były to wariactwa pełne śmiechu. Cóż zrobić…

W całym tym chorobowym szaleństwie przyśnił mi się dziwny sen. Był to sen, w którym świat niby był normalny, ale… ale wszystko było inne. Na półkach w sklepach stał sok sardynkowy, w lodówkach znalazłam lody cebulowe, sery miały posmak ylang ylang, a w kremach do twarzy znowuż znalazłam ekstrakt z camemberta.

I obudziłam się. Na szczęście.

I pomyślałam, jak to dobrze, że jest normalnie.

Po prostu normalnie.

Zawsze jest czym się cieszyć, prawda?

Macie może ochotę na zmiany na pulpicie! Mam dla Was ptaszyny! Nie do końca normalne, ale za to przenoszą w krainy pełne słońca!

tap10

Ptaszyny nr 1 –> tap1.jpg (294 pobrania)

tap11

Ptaszyny nr 2 –> tap2.jpg (295 pobrań)

tap12

Ptaszyny nr 3 –> tap3.jpg (268 pobrań)

tap13

Ptaszyny nr 4 –> tap41.jpg (282 pobrania)

Ptaszynki z Oiseaux brillans du Brésil.Descourtilz, J. T. (Jean Théodore). Paris,1834

Teoria chaosu czyli nie żałuj

Zapytałam wczoraj męża, tuż przed zaśnięciem, co zmieniłby w swoim życiu, gdyby mógł cofnąć czas. Co zrobiłby innego lub czego nie zrobiłby w ogóle. Bo ja, tak sobie dumałam, pojechałabym na Erazmusa, a w ogóle na inne studia bym poszła. No i jeszcze pewnie kilka rzeczy. A on mi na to, że nie zmieniłby nic. Zdziwiło mnie to bardzo, bo wydawałoby się, że każdy jakieś tam błędy, mniejsze czy większe, w życiu popełnił. No, spójrzmy prawdzie w oczy, on także. Zapytałam więc – czemu?

– Bo nie leżałbym tu teraz pewnie z Tobą. Nie miałabyś tak fajnego dziecka. Nawet psa (też skądinąd fajnego) mogłabyś nie mieć. Słyszałaś o teorii chaosu? Jedna, nawet najdrobniejsza, najbardziej niezauważalna zmiana w Twojej przeszłości, inna decyzja, inny podjęty niegdyś krok, mogłyby sprawić, że bylibyśmy gdzieś zupełnie indziej. Moglibyśmy się już w w ogóle nie spotkać. Dlatego nie warto żałować.

Dodał jeszcze, żebym napisała o tym na blogu 🙂 Niniejszym więc piszę Wam, moi drodzy, że to prawda. Nie ma co żałować. Po pierwsze, i tak czasu nie cofniemy. A gdyby jakimś trafem nam się to udało, czy naprawdę byłoby to tego warte?

Oczywiście istnieje jakieś prawdopodobieństwo, że siedziałabym teraz w swoim domu na Lazurowym Wybrzeżu, wsłuchana w szum fal, z głową wyciągnięta ku słońcu, popijając leniwie szampana… Ale równie dobrze, mogłabym koczować samotnie w ciemnej klitce, w stanie depresji i z myślami samobójczymi.

Tymczasem jestem tu i teraz. Dziecka, psa, ba – nawet męża, nie zamieniłabym na nic innego.

Przeszłość minęła. Decyzje, lepsze czy gorsze, już podjęte. Wybory popełnione. I zamiast żałować przeszłości, lepiej zmieniać przyszłość. Żeby nie było czego żałować za 20 lat. Czyż nie?

O starości i braku przyjaciół… no prawie!

To, że im człowiek starszy, tym mniej ma przyjaciół, to wiem. Pozostają ci najprawdziwsi. Wiem. Ale powiedzcie mi, jak to jest, że im człowiek starszy, tym mniej ma nowych przyjaźni? A wręcz nie samych przyjaźni, bo o to to ciężko i długo trwa, ale zwyczajnie – nowych znajomości. I to mi w tej całej mojej dorosłości przeszkadza.

Sama zrobiłam się bardziej zachowawcza z wiekiem. Potrzebuję czasu, żeby się oswoić. Nie potrafię być taką zwyczajną sobą wśród osób, które dopiero co poznałam. Jest to niestety cecha bardzo upierdliwa, która utrudnia życie. Być może wynika z wszystkich, zebranych do kupy kompleksów. Być może nie chcę, aby ktoś pomyślał, że się specjalnie popisuję, że udaję czy gram kogoś zgoła innego. Siedzę więc cicho lub dopasowuję się do reszty. Więcej słucham niż mówię. A potem szkoda mi zmarnowanego czasu.

Co gorsza, dosyć często wśród tych obcych osób poznaję kogoś, kto wydaje się być dobrym kandydatem na fajnego przyjaciela. Jest miło, sympatycznie, wesoło. Ale gdzieś to w zarodku umiera, bo przecież tyle jest na głowie różnych ważniejszych spraw. Dzieci pochłaniają całą masę czasu. Do tego praca, dom, rodzina dalsza, przyjaciele ci starzy dobrzy. I tak to jakoś przemija.

Otwieram się dopiero przy lepszym poznaniu. I dopiero wtedy po swojemu mówię, i mocniej się śmieję, i wygłupiam. No, ale na to trzeba czasu. Najlepiej czuję się wśród osób, z którymi najwięcej przeżyłam. Z którymi spędziłam tyle czasu, że znają mnie od podszewki. I zupełnie nie zdziwi ich jakieś moje kolejne wariactwo. Widzieli mnie przecież w moich najgorszych momentach. Wtedy dopiero oddycha się pełną piersią.

Co ciekawe, zauważam trend do powrotu do znajomości, które gdzieś tam z biegiem lat zanikły. Mamy jednak na tyle dużo wspólnych wspomnień, że one scalają i sprawiają, że jest po prostu miło. Taka niewidzialna nić, związana na nowo małym węzełkiem.

Tylko czemu z wiekiem nie mamy przyjaciół coraz więcej, co wydawałoby się logiczne, zważywszy na ilość przeżytego czasu? Tylko mniej? Czy nie ma czasu tworzyć nowych więzi? Czy już nam się najzwyczajniej nie chce? Może stajemy się wygodni?

Macie tak? A może udało Wam się znaleźć prawdziwego przyjaciela dopiero po 30-stce lub 40-stce? Hmm?

Jedno jest pewne, najważniejsze to pielęgnować te przyjaźnie, które się ma już od tak dawna!

Nie bądź zołzą!

Lama QUÈ PASA? by Monika Strigel / Society6

To już któreś lato z kolei, kiedy pracuję w domu. Siedzę w tej samej sukience, ulubionej na lato, domowej, wyciągniętej, ale ulubionej, służącej mi jedynie za bardzo lekkie okrycie. Popijam sok, zajadam czereśnie, biorę prysznic 4 razy dziennie, a i tak się roztapiam. I cieszę się, że nie ma mnie właśnie w tramwaju lub autobusie. W przerwach wychodzę na balkon, z psem na siku lub włączam na chwilę gwiazdy tvn-u. I kiedy w końcu w mojej ulubionej, domowej, wyciągniętej, ale jednak ulubionej sukience robi się dziura wielkości arbuza, wpada mi do głowy myśl – Ada, nie bądź zołzą.

6 rano. Buzi mnie pomruk. Nie taki zwykły – męża nie ma… Pomruk groźny, głośny, złowrogi. To niebo mruczy w oddali, zapowiada coś większego, straszniejszego. Potem budzi się wiatr. Drzewa kładą się po ulicach. Ściana deszczu zasłania ten zadziwiający, przerażający obraz. Niebo mruczy dalej, a ja sobie myślę – Ada, nie bądź zołzą!

Zołzy są okropne. Oj tak! Problem polega na tym, że w każdej z nas czasami budzi się zołza. Cóż, spójrzmy prawdzie w oczy. Jak słodkie byśmy nie były na co dzień, przychodzi w końcu ten moment irytacji, zmęczenia, głodu, okresu, szalejących hormonów, ciąży, wrzeszczących dzieci i czarnej otchłani rozpaczy. I jesteśmy zołzami.

Gorzej… są takie, które tymi zołzami są prawie zawsze. A to już pierwszy stopień do przeobrażenia się w starą babę. Czym jest stara baba? Nie mylmy tego pojęcia ze starszą panią. O nie! Stara baba to stan ducha niezależny od wieku, choć trzeba przyznać, że objawiający się najczęściej pośród kobiet, nazwijmy to, dojrzałych. Zwłaszcza tych spacerujących po osiedlu i doczepiających się do wszystkiego do Bogu ducha winnej młodej mamy. Starej baby już nie zmienimy. Możemy jednak wdrożyć w życie działania profilaktyczne póki jeszcze jesteśmy miłe, wesołe i pełne pozytywnego nastawienia do świata. Póki zołza objawia się w nas sporadycznie.

Bywam zołzą dla mojego dziecka, męża, rodziców, psa nawet. Każdorazowo kończy się to wyrzutami sumienia i jeszcze gorszym nastrojem. I moim, i bliskich. Po co więc docinać, wyżywać się, krzyczeć, narzekać, mękolić czy lamentować? No po co?

A no po to, że czasem nie umiem inaczej.

A trzeba by się ugryźć w język. Wyjść na chwilę do innego pokoju. Przeczekać. Docenić. Uzmysłowić sobie, że problem leży w pośpiechu, stresie, hormonach, itd. Wziąć głęboki oddech. Usiąść. Spóźnić się. Włożyć nadgarstki pod zimną wodę. Zauważyć człowieka w człowieku. Zauważyć kogoś, kogo kochamy w drugiej osobie. Nie krytykować. Nie oceniać. Wysłuchać. Zainteresować się. Uśmiechnąć się. Pochwalić. Podziękować. Ukochać.

Trzeba być świadomym tego, ze się jest zołzą i nie chcieć nią być. Może uchroni nas to od przeobrażenia się w stara babę?

I jakże przyjemniej się wtedy zrobi!

Nie bądź zołzą! Kochaj, daj się kochać i czuj się kochana!

(Niebo znowu mruczy. A mi znowu dziwne jakieś myśli do głowy wpadają 🙂

Facebook