KategorieMotywacja

Za dużo czasu zmarnowałam

Ja dzisiaj z apelem! Z przesłaniem do młodych! Czy mamy tu jakichś młodych? Ale nie takich młodych duchem jak ja, tylko młodych młodych, w szkole średniej lub na początku studiów? Mam nadzieję, że tak i że dojdzie do Was mój apel! Otóż – nie marnujcie czasu! Wiem coś o tym, bo sama stanowczo za dużo go zmarnowałam. I im jestem starsza, tym bardziej do mnie to dociera.
Pamiętam taki moment na trzecim czy czwartym roku, kiedy nie wiedziałam co z sobą zrobić. Nudziło mi się piekielnie. Dobre czasy studenckie zaczęły przechodzić w coś bardziej odpowiedzialnego. Znajomi pracowali czy wyjechali. Pamiętam, że siedziałam w domu i nie miałam pojęcia co zrobić z czasem. Na siłę próbowałam znaleźć sobie jakieś zajęcie. Nawet wyszukałam i poszłam na spotkanie PAH-u, ale jakoś nie pozostałam na dłużej. No… nie mogę przeboleć tamtego uczucia. A tyle mogłam robić…
Wiem też już teraz, że mój wybór studiów był zły. Czemu poszłam na geografię? Z perspektywy czasu myślę, że była to suma braku wiary we własne możliwości, strachu, lenistwa i ogromnej potrzeby do robienia czegoś ciekawego. Do tego doszła całkowita niewiedza tego, co naprawdę mnie interesuje. Cóż… mało kto w wieku osiemnastu lat to wie. Ja natomiast strasznie się wtedy z tej geografii cieszyłam. Ba… całe studia się cieszyłam. Całe studia, które zupełnie nic nie wniosły w moje życie. Aż wstyd jak mało wiedzy z całego tego okresu mi pozostało.
Nie mówię, ze studia były złe same w sobie. Wielu z moich kolegów doskonale się tu odnalazło i świetnie się sprawdzają czy to na uczelni czy w gis-ach, kartografii, hydrologii, planowaniu przestrzennym, itp. Te studia były po prostu źle dobrane do mnie. Dzisiaj, kiedy wydaje mi się, że jestem mądrzejsza, wybrałabym zupełnie coś innego.
Tylko, że dzisiaj już jest za późno. Zbyt wiele czasu zmarnowałam. To, co mnie naprawdę interesuje odkryłam dopiero po studiach. I cały czas odkrywam. I uczę się w większości sama. I jak nigdy – wiedza wchodzi mi do głowy i zostaje tam bez przymusu. Tak właśnie powinna edukacja wyglądać.
Tylko, że dziś nie mam kompletnie czasu. Brakuje mi swobody działania, luzu, wolnych dni. Oczywiście, ile się da wyszarpuję z codzienności. Douczam się chociażby na potrzeby pracy. Staram się, kombinuję, nie dosypiam.  I tylko czasami łapię się za głowę i myślę – czemu ja w tym liceum mądrzejsza nie byłam? Czemu nie miałam motywacji do poszukiwania, większej ambicji do nauki, czemu wybrałam w gruncie rzeczy pójście na łatwiznę?
Teraz jest łatwiej. Internet niesie ogromne możliwości. Wierzcie lub nie, ale za moich szkolnych czasów był jednak wciąż nowością, prawie nie dostępną. Dzisiaj, jak tylko coś mnie zainteresuje, odpalam youtuba i podsycam zainteresowanie oglądając filmiki instruktażowe. Kiedyś sama wizja przekopania biblioteki czy szukania kogoś, kto coś wie, odpychała. A to tylko kilka lat temu było!
Kochani, nie marnujcie czasu. Poszukujcie, odkrywajcie, chciejcie więcej. Nie poddawajcie się na starcie. Próbujcie wielu rzeczy, bo tylko tak odkryjecie to, co naprawdę Was interesuje!

Stany obniżonego nastroju

Ładnie to to określają… Stany obniżonego nastroju. Czasami każdego dopadają. Mnie dopadły dzisiaj. I to ze wzmożoną mocą. Z różnych powodów, które nawarstwiają się, zalegają, obciążają codzienność. Do tego doszło dzisiejsze załamanie pogody, deszcz od samego rana, szaruga, zimno (śnieg w Tatrach). Zbliżająca się zima. Zmęczenie. I to i tamto. Wymieniać można by długo, ale nie o narzekanie dzisiaj chodzi. Dzisiaj stany te bowiem postanowiłam zwalczyć!
I to zwalczyć skutecznie, zanim wrzucą mnie pod kołdrę z pierwszym lepszym serialem. Spójrzmy prawdzie w oczy – nawet chętnie stanom tym bym się poddała, ale zwyczajnie nie mam czasu. Wyjęłam więc już z rana całe oręże i walczę dzielnie. Kilka bitew zwyciężonych, do końca wojny jednak daleko. Nie poddaję się, a ten post traktuję jak część mojej walki (miało być dzisiaj o czymś innym)!
Oto więc moje sposoby na zwalczanie stanów obniżonego nastroju (lub jak kto zwał – doła…)
  • Ład! A dokładniej ład i porządek! Charakter przestrzeni, w której przebywamy, jej estetyka i uporządkowanie mają kluczowy wpływ na nasze samopoczucie. Zadbajmy więc o porządek w miejscu, w którym spędzamy najwięcej czasu. Sama pracuję w domu i chociaż mam wieczne poczucie, że nie jest wystarczająco posprzątany, zanim zasiądę do komputera, ogarniam wszystko wokół. Zapewnia to tak zwaną higienę umysłu. W chaosie bowiem źle się czujemy.
  • Ziółka – mają moc wielką! Sięgam więc po ziołową herbatkę – najprostszą melisę, ale z pomarańczą, dla smaku. Może nie zamiast kawy, bo kawa to chyba nawet bardziej mi potrzebna, ale zaraz po niej. Warto też pomyśleć o dostępnych w aptekach suplementach opartych na ziołach, które łagodzą skutki stresu, przemęczenia i właśnie – stanów obniżonego nastroju.
  • Aromaterapia – moc równie wielka jak ziół, a bardzo niedoceniana. Chwytam oczywiście te olejki, które dodają najwięcej energii, są antydepresantami i mobilizują do działania, czyli olejki cytrusowe. Wśród nich te o najmocniejsze – bergamotka i pomarańcza. Koło komputera mam ustawiony kamień aromaterapeutyczny i polewam go od czasu do czasu kilkoma kroplami olejków. Robię sobie cytrusową bombę – mieszam różne! I wdycham, wdycham, wdycham… Możecie tu spokojnie wykorzystać kominki, świece lub nanieść po kropelce na ubranie. Albo, najprościej, zjeść sobie w przerwie sam owoc!
  • Comfort food – czyli jedzenie, które poprawia nam nastrój. Z tym to trzeba uważać, żeby nie przesadzić, a potem nie być na siebie jeszcze bardziej złym. Po co więc sięgam? Dawno odkryłam, jak cudowna jest tu moc… zupki pomidorowej! Mamy dzisiaj cały świeżutki gar. Zwykłej, domowej. Jest lekka, bo na bulionie warzywnym i z jogurtem greckim. Mocno pieprzna. Jem od rana! Bardzo pomaga!
  • A w pracy… na ile to możliwe, trzeba spróbować odłożyć na później nudne, monotonne zadania i zająć się tymi, które wymagają od nas kreatywności. Trzeba wejść w zadanie, wysilić się i zapomnieć o tym całym “zewnętrzu”.  I tworzyć, tworzyć, tworzyć! Czeka mnie dzisiaj na przykład spotkanie, podczas którego będę tworzyła coś dla Was, na co się bardzo cieszę. Będzie to wydarzenie warsztatowe, które musimy zaplanować, zorganizować, rozpromować. Już samo myślenie o nim, nowe pomysły, możliwości, sprawiają mi przyjemność.
  • Nie dajemy się! Staram się przynajmniej! Kiedy już czuję, że nadchodzi nieco większa, poważniejsza fala tych całych “stanów”, a czuję ją naprawdę fizycznie, w brzuchu i głowie, wstaję, włączam muzykę głośniej, ruszam się, dotleniam, idę po zupkę, przytulam do psa i ciągnę go za uszy, ba… nawet dywan szybko oczyszczę. Pomaga! Bardziej pomógłby większy ruch, z pół godzinki ćwiczeń. Zaraz sobie zacznę!
  • Na koniec szybka rada od mojej szefowej (właśnie skopiowana z Facebooka): “na takie dni najlepiej zaszyć się w kuchni i pogotować albo upiec jakieś ciasteczka”.  To do dzieła!

A może podsuniecie mi jakieś Wasze sposoby? Coś takiego, co można w codzienność dosyć prosto wprowadzić?

Patronat: Progressteron Warszawa – wygraj zaproszenia na konferencję Przewodnik Kobiety Dorosłej!

Lubię wspierać dobre inicjatywy! Lubię też bardzo festiwal Progressteron! Znacie? Uczestniczyłyście? Zazwyczaj podczas festiwalu w różnych miastach kraju odbywa się cała masa inspirujących, rozwojowych warsztatów! Tym razem warszawska edycja to coś zgoła innego, ale równie mocno godnego uwagi – Konferencja „Przewodnik Kobiety Dorosłej. 6 kroków do szczęścia i spełnienia”, która odbędzie się w sobotę 18 października!
Więcej szczegółów znajdziecie poniżej. Muszę jednak najpierw donieść, że choć nie będzie mnie na konferencji osobiście, bardzo się cieszę, że Lili tam się mimo wszystko pojawi! Będziecie bowiem mieli okazję wygrać cudowne bransoletki Lili in the Garden!!! I jeszcze inne nagrody! Już więc choć dlatego warto o konferencji pomyśleć!
Mam też do przekazania w Wasze ręce aż 10 zaproszeń na tę konferencję, o wartości 154zł każde! Będziecie więc w tym czasie w Warszawie? Mam nadzieję, że tak! Szczegóły na końcu!

Marzy Ci się lepsze życie, pełne radości i satysfakcji z tego, co robisz? Interesujesz się rozwojem i szukasz inspiracji dla siebie?

Dojrzewalnia Róż zaprasza na

Wyjątkową Konferencję „Przewodnik Kobiety Dorosłej. 6 kroków do szczęścia i spełnienia” 18.10.2014, Warszawa

6 inspirujących wykładów wybitnych specjalistów od rozwoju o tym, jak być szczęśliwą i spełnioną na różnych etapach życia i w najważniejszych dla siebie sferach. Dodający motywacji do zmiany warsztat coachingowy. Panel dyskusyjny. Zdrowie śniadanie. Energia do działania i mnóstwo niezwykłych kobiet!

– Co zrobić, by wreszcie uwierzyć w siebie i swoją moc?

– Jak mądrze troszczyć się o własne ciało, zdrowie, seksualność?

– Jak budować pełne ciepła i bliskości relacje – z partnerem, dziećmi?

– Jak pracować z satysfakcją?

– Jak odnaleźć sens w codziennym życiu i swoje znaczenie w świecie?

Na te pytania odpowiedzą Goście Konferencji. Wydarzenie łączy w sobie unikalny i przemyślany program:

– Kompleksowo opowiemy o rozwoju w najważniejszych dla kobiety obszarach życia – dzięki czemu wyjdziesz z przydatną w praktyce wiedzą, motywacją i inspiracją do zmiany tam, gdzie jej najbardziej potrzebujesz

-Wystąpienia wybitnych specjalistów od rozwoju, praktyków, którzy od wielu lat z zaangażowaniem wspierają Polki, m.in. Grażyna Dobroń, Maria Rotkiel, dr Preeti Agrawal, Małgorzata Żukowska, Małgorzata Liszyk-Kozłowska i oraz zaproszeni Goście.

– Dla każdej Uczestniczki narzędzia rozwojowe do coachingu w domu

Zapisy, szczegółowy program, sylwetki prelegentów kliknij tu:
http://www.dojrzewalnia.pl/dojrzewalnia_roz/progressteron/warszawa/konferencja.html
Zapraszamy! Ilość miejsc ograniczona! 

A teraz konkurs!!

Aby wygrać jedno z 10 zaproszeń na konferencję, wystarczy, że prześlecie mi na lilinatura@lilinatura.pl maila z chęcią uczestnictwa i swoim imieniem i nazwiskiem.

Na maile będę czekała do niedzieli 12.10.2014, do północy. Spośród maili wylosuję 10 osób, które będą mogły wziąć udział w konferencji. Poinformuje je o zwycięstwie mailowo, na początku tygodnia. ZAPRASZAM!

Warto być miłym – o współpracy i o tym, że karma powraca!

Warto być miłym. I nie chodzi mi tu o spokój Waszej duszy i atmosferę pełnej szczęśliwości. To się Wam może po prostu opłacić! Czysto biznesowo, całkowicie wymiernie. Czemu więc ludzie tak prostej zasady nie rozumieją?
Taka sytuacja… Jest firma (nazwijmy ją – firma), do której straciłam cierpliwość. Zaczęłam z nią współpracę, jako z dystrybutorem produktów naturalnych, na samym początku mojej biznesowej przygody, kiedy otwierałam sklep z kosmetykami. I było to moje pierwsze zetknięcie się z brutalną rzeczywistością. Na samym początku mojego zatowarowania otrzymałam pakę z produktami w zgniecionych pudełkach, bez polskich nalepek (a to jest nielegalne) i z kosmetykami (jak się później okazało) zjełczałymi. Kosztowało mnie to dużo stresu i było nauczką na przyszłość. Ale dobrze, było minęło. Firma po dwóch latach zaczęła pisać znowu, kajać się, obiecywać, że mają już wysokie standardy. Pomyślałam, że to dobrze o niej świadczy, ale akurat sklep już zamykałam. 
Został blog. Zapraszałam co jakiś czas do współpracy, i w ogóle do jego odwiedzenia, moich dawnych “partnerów biznesowych”. Znałam ich w końcu, a oni mnie. Odezwałam się więc i do firmy. W odpowiedzi otrzymałam jedno zdanie o treści mniej więcej: “nie rozumiem? to ma pani sklep dalej czy nie?”. Po moim grzecznym wyjaśnieniu odzewu brak. Noooo dobrze….
Co jakiś czas mam przyjemność napisać coś niecoś do magazynów kobiecych. Często polecam tam też naturalne kosmetyki. Raz się zdarzyło, że bardzo pasował mi produkt z oferty tej firmy (jak też kilkanaście innych). Potrzebowałam tylko dobrych zdjęć, więc powysyłałam o nie prośby. Dla producentów i dystrybutorów była to po prostu bezpłatna promocja, wszyscy więc odpisali chętnie i sympatycznie. Poza tą firma, która odesłała mi maila ze zdjęciem bez ani jednego słowa treści. Ani “proszę”, ani “dziękuję”. Wtedy straciłam do firmy cierpliwość.
Od tamtej pory kilka razy doradzałam różnym sklepom w temacie wyboru asortymentu. Firmę zawsze odradzałam. Szkoda po prostu nerwów. Bardzo jednak często polecam marki i firmy, które wywarły na mnie dobre wrażenie. 
Zazwyczaj też nie polecam produktów firmy w Lili (z nielicznymi wyjątkami, kiedy dostanę je od współpracujących sklepów), nie linkuję, nie kupuję, nie wgłębiam się w ogóle w ofertę. Po prostu – nie mam nawet na to ochoty.
Powiedzcie mi więc, czy nie byłoby znacznie lepiej, gdyby ktoś z tej całej firmy był po prostu miły? Gdyby współpraca opierała się na miłych profesjonalnych stosunkach? Jestem pewna, że nawet nie przyszło firmie do głowy, że ja (teraz uważana zapewne za zwykłą blogerkę) mogę mieć realny wpływ na ich przyszłe przychody.
Bo nawet odmówić można w miły sposób. Tak, aby ktoś Was zamknął w głowie w szufladce “cóż, nie wyszło, ale ta firma/osoba jest naprawdę profesjonalna i warto o niej pamiętać, jak już będę a/sławna b/bogata c/wpływowa d/zwyczajnie będziemy mieli okazję do wspólnego biznesu”.
Dziewczyny drogie, powyższy wywód dotyczy także blogerek. Przyznam się od razu, że sama nie zawsze bywam na tyle miła, żeby odpisać blogerkom piszącym do mnie z zapytaniem o współpracę, pomimo faktu, że mojego sklepu nie ma od ponad dwóch lat. Owszem strona jeszcze wisi, ale to na prawdę nie trudno zauważyć, że sklep nie działa. A jak już piszą to niegramatycznie, bez podpisu, itp. Odsyłam tutaj do TEGO posta!
Odpisuję jednak często. Nie tylko w swoim imieniu, ale także w imieniu firm, dla których pracuję. Czasami zapraszam do kontaktu za kilka miesięcy. I nawet tutaj zdarzają się takie kwiatki jak dziewczyna, która postanowiła mnie opieprzyć, że obiecałam jej współpracę kilka miesięcy temu, a ona nadal nie ma u siebie żadnej przesyłki… Żeby nie było – nic nie obiecywałam, a dziewczynie już raczej nie zaufam.
Mam też na koncie nieco przykładów współprac, które nie zostały zrealizowane z najróżniejszych powodów. Bardzo często firmy nie mają pojęcia na temat współpracy z blogerami. Ja też mam swoje własne zasady. Zdarzają się niegrzeczne sugestie na temat mojej osoby i tego co powinnam, a czego nie. Zawsze w takich przypadkach mam ochotę odpisać w bardzo ostrym tonie.
Ale powstrzymuję się. Pozostawiam takie maile na kilka godzin lub na noc. I dopiero nazajutrz, kiedy emocje opadną, a w głowie pojawi się odpowiednia odpowiedź, odpisuję. Grzecznie i miło. Życzę powodzenia. Przesyłam pozdrowienia. Nie chcę być zapamiętana źle. Pomimo wszystko!
Pamiętajcie, że nigdy nie wiadomo co się kiedyś wydarzy. Kto będzie na jakim stanowisku, w jakiej firmie. Jakie będzie miał możliwości i zadania. Jakie doświadczenia, czego się gdzieś po drodze nauczy. Karma powraca. Jeżeli zapamiętają Was w dobry sposób, powrócą do Was z być może nową propozycją. Może Was polecą. Może Wasza życiowa szansa, jedna na milion, będzie zależała od tego kogoś. Jeśli jednak zapamięta Was źle, wierzcie mi, już nie wróci i już nie poleci. Ba… odradzi…

Kobiety inspirują: Anita Demianowicz

Anitę poznałam na wyjeździe z Cosmo. Jest barwną postacią, i od środka i na zewnątrz, przyciąga więc uwagę. Mnie jednak zauroczyła jej otwartość, chęć do dzielenia się swoją pasją, ogromne zamiłowanie do podróży i opowiadanie o nich w taki sposób, że chciałoby się siedzieć i słuchać. Jest przy tym nieustawicznie uśmiechnięta i ma w sobie coś, co przyciąga.
Anita Demianowicz jest autorką bloga podróżniczego  B*Anita. Zajrzyjcie tam koniecznie. W jej tekstach podróż rowerem na wschód Polski staje się równie ekscytująca i ciekawa, jak zwiedzanie wulkanów Ameryki Południowej. W niesamowity sposób opowiada o ludziach, spotkania z nimi w drodze, o dobru, które w nich drzemie.
Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednej całkowicie fantastycznej sprawie! Anita otrzymała pracę marzeń! Przez cały wrzesień będzie zwiedzać Pomorze Zachodnie, a czekają na nią: “windsurfing, kitesurfing, golf, nurkowanie, wyprawa na
połów dorsza, relaks w SPA, obserwacje astronomiczne, jazda konno czy
narty wodne”! I oczywiście ma opisywać podróż na blogu projektu. Cudownie, prawda!?

Zapytałam Anitę o kilka rzeczy! Zapraszam do lektury! 

Kim jesteś?
Jestem. Tak po prostu. A
poza tym podróżuję i piszę o tym. Trudno mi zaklasyfikować się
gdzieś. Zresztą raczej próbuję unikać „szufladek”, w które
można byłoby mnie wcisnąć. Unikam nazewnictwa, choć wciąż
spotykam się z tym, że określa się mnie mianem blogerki,
podróżniczki, dziennikarki albo redaktorki. Staram się być po
prostu sobą. Czasem szalona, czasem odpowiedzialna, zawsze
pracowita, bywa że wybuchowa.

Jak i kiedy
odkryłaś, co chcesz tak naprawdę w życiu robić? 

Właściwie to od zawsze
chciałam pisać i robiłam to w taki czy inny sposób. A podróżować?
Chyba myśl o podróżach kiełkowała we mnie od dłuższego czasu.
Przyszedł jednak czas studiów, potem dorosłe, rozsądne,
odpowiedzialne, normalne życie, takie z kredytem za mieszkanie,
mężem, pracą od poniedziałku do piątku po osiem godzin dziennie.
I myślałam, właściwie byłam pewna, że tak trzeba już na
zawsze, już do końca życia. Że już tak trzeba umrzeć w tej
szufladce z napisem: „matka, żona, pracownica”. A potem nagle
dorosłam do tego, żeby stwierdzić, że wcale tak nie trzeba, że
można żyć inaczej, wcale nie realizując schematu, w który stara
się nas od dziecka wcisnąć. Postanowiłam zacząć żyć tak, jak
tego zawsze chciałam.

Co Cię motywuje? 

Motywują mnie sukcesy.
Wbrew pozorom nie osiadam wtedy na laurach, ale nabieram nowej
energii i siły do dalszego działania. Pewność, że dobrze robię,
że to, co robię ma sens, że motywuję innych. Jest moim paliwem,
motywatorem do tego, by działać intensywniej i pełniej.
Co Cię inspiruje?
Inspirują mnie przede
wszystkim ludzie. Ci zwykli, których spotykam najczęściej na swoje
drodze, którzy wyciągają do mnie pomocną dłoń od tak, po
prostu, bo chcą pomóc. Ale też inspirują mnie silne, samodzielne
i mądre kobiety, podróżniczki: Monika Witkowska, Marzena
Filipczak, Kasia Tołwińska i wiele innych.
 Co zaprzątało Ci
głowę dzisiaj rano? 
Pewnie praca i obowiązki. Przygotowuję drugą edycję Spotkań Podróżujących Kobiet –
TRAMPKI. To mój autorski program. Druga edycja będzie miała
miejsce już 27 września w Warszawie w Cafe 8 stóp. Dopinam więc
wydarzenie, szukam jeszcze sponsorów, zamykam program. O niczym
innym nie mam więc czasu w tej chwili myśleć. No może jeszcze o
tym, że mam nadzieję, iż te spotkania zainspirują inne kobiety do
podążenia za swoimi marzeniami.

Czym się w życiu
kierujesz?

Tym, by być szczęśliwą,
ale tak naprawdę. Staram się myśleć o tym, że życie jest tylko
jedno, więc warto je przeżyć tak, żeby nigdy nie musieć żałować.
Może to i banalne stwierdzenie, ale jakże prawdziwe. Lubię
powtarzać, że takie banalne stwierdzenia, kreują moje niebanalne
życie i to jest najważniejsze.

Co robisz, kiedy
tracisz zapał i chęci do działania?

Nie
będę przekonywać, że nigdy tak nie jest i że nie przeżywam
kryzysów czy gorszych dni. W końcu jesteśmy tylko ludźmi. Czasami
staram się wypłakać więc jakiś żal, obawy czy ból. Kładę się
do łóżka i nie wychodzę z niego przez cały dzień, ograniczając
harmonogram zajęć w ciągu dnia do czytania książki, do filmu czy
ulubionej muzyki. Staram się odetchnąć, by następnego dnia móc
spojrzeć bardziej zdroworozsądkowo na wszystko. Albo wsiadam na
rower i idę wszystko „wyjeździć”.

Czego nauczyłaś
się ostatnio?

 

Wybrałam się ostatnio w
pojedynkę na dwutygodniowy wyjazd rowerowy, więc musiałam nauczyć
się zmieniać dętkę. W końcu po prawie dwudziestu pięciu latach
jazdy na rowerze, wiem jak to się robi! Nauczyłam się też, że
nie wszyscy ludzie są ci zawsze życzliwi, nawet gdy ty jesteś
wobec nich w porządku i że nie ma ludzi, którzy lubiani są przez
wszystkich. Najwięcej uczą mnie jednak ludzie spotkani w drodze:
bezinteresowności, dobroci, umiejętności wyciągania w stronę
potrzebującego pomocnej dłoni. 
Dziękuję!
Wpadnijcie koniecznie na B*Anita.

Nie planuj!

Naszła mnie ostatnio ochota na mały bunt! Niniejszym więc ogłaszam, że wcale, ale to wcale nie trzeba mieć wszystkiego zaplanowanego!
Coraz częściej dochodzą do mnie porady od, między innymi, moich koleżanek blogerek, aby planować! Zaplanuj sobie posty na blogu na kolejny miesiąc, zaplanuj menu na cały tydzień, zaplanuj dzień, nie rozstawaj się z organizerem, itp. Wiedzcie, że ja te dziewczyny bardzo podziwiam, są mądre, kreatywne i robią wspaniałe rzeczy. I do nich to planowanie idealnie pasuje. Problem w tym, że do mnie zupełnie nie!
Mam wręcz wrażenie, że istnieje w temacie planowania pewna presja. Czytam, że powinnam zaprogramować posty na Facebooku i narasta we mnie wrażenie, że jestem do niczego, bo wrzucam je dosyć luźno, kiedy najdzie mnie ku temu chęć. Problem w tym, że ja po prostu źle się z planowaniem czuję.
I tak jak nie wszyscy nadają się do pracy na etacie, nie każdemu będzie do twarzy w zielonym, nie wszyscy nauczą się trzech obcych języków, tak nie wszyscy muszą mieć wszystko zaplanowane, aby tworzyć i żyć szczęśliwie.
Nie zrozumcie mnie źle. Pomysły na posty krążą mi po głowie i czasem je nawet spiszę. Niekiedy zaplanuję obiad na za dwa dni, zorganizuję dłuższą akcję blogową, umówię się z dużym wyprzedzeniem na kampanię promocyjną. Nie chodzi tu o brak planowania w ogóle! Jest ono wręcz konieczne chociażby w pracy zawodowej i tutaj często robię sobie listę zadań, a potem krok po kroku ją realizuję.
Buntuję się jednak przeciwko zbyt szczegółowemu zaplanowaniu życia, tygodnia, dnia. A już na pewno przeciwko planowaniu postów blogowych na cały miesiąc. Czemu? Bo w moim przypadku zabija to kreatywność i spontaniczność, a regularność sprawia, że mam gorszy nastrój. Nigdy, na przykład, nie lubiłam mieć zajęć dodatkowych w konkretne dni tygodnia o konkretnej porze. Za każdym razem łapałam się jedynie na myśli, że oto kolejny tydzień się skończył. Kiedy więc już kupuję karnet na fitness, biorę ten “open” i uczestniczę w najróżniejszych zajęciach. Bo czasem coś wypadnie, czasem się nie chce. Ale może za godzinkę, kiedy dziecko zaśnie się wybiorę. I idę! Ze świadomością, że nie mam narzuconej konkretnej pory, że nie mam przymusu.
Tak samo z blogowaniem. Nawet kiedyś próbowałam zrobić sobie planer z postami, ale pisanie nie sprawiało mi wtedy przyjemności. Stało się koniecznością – jest napisane, że taki to post ma być w taki dzień, więc ma być i kropka. Tymczasem moje pisanie musi być przyjemne. Posty siedzą mi w głowie, ewoluują, nabierają kształtów. A jak uznają, że już na nie pora, wychodzą. Ot, tak po prostu. Jak nowe przepisy na kosmetyki. Kulinarne. Dekoracyjne. Ale jeśli akurat znajdę coś ciekawszego, co warto pokazać, czekają grzecznie na swoją kolej. 
Nie czujcie się zmuszeni do planowania. Jeśli się w nim odnajdujecie, jeśli czujecie się bardziej komfortowo, to super! Ale Wy wszyscy, którzy do kreatywności potrzebujecie wolności i spontaniczności – nie zmuszajcie się! Bo każdy jest inny.
Ach… muszę dodać, że niechęć do planowania nie usprawiedliwia braku systematyczności, konsekwencji i ciągłego rozwoju. Bez tych rzeczy nie da się iść do przodu. Ale bez skrupulatnego planowania jest to możliwe. Przykład? Nagle odkryjecie, jak fajna jest kaligrafia lub domowy wyrób kosmetyków. Wkręcicie się w temat, zaczniecie pożądać tej wiedzy. Dajcie się temu uczuciu ponieść. Pozostawcie inne rzeczy, zamówcie pizzę na obiad i chłońcie wiedzę! Pasja i potrzeba rozwoju są ważniejsze niż posprzątany dom czy fryzjer na 17:00. Z jednym wyjątkiem – dzieci. Poczekajcie najpierw aż zasną 🙂
Facebook