NapisałaAdriana Sadkiewicz

Nasze miejsce: pomysły na przedpokój

Zgodnie z zapowiedzią, ruszamy z projektem „Nasze miejsce”! Dlaczego? Bo kupujemy mieszkanie! Więcej pisałam o nim TUTAJ, zapraszam serdecznie!

Mamy jeszcze sporo czasu… Choć przeleci zapewne migiem! W każdym razie urządzać będziemy się dopiero wiosną. Ale znam siebie dobrze… Wiem, jak szybko potrafią mi się pojawiać nowe pomysły, zmieniać koncepcje, jak lubię odkrywać nowości. Muszę, po prostu muszę, mieć więc wszystko ułożone w głowie, aby wiosnę rozpocząć z gotowym planem. Takim, który pozostanie już z nami na przyszłe lata. Szukam zatem inspiracji już od jakiegoś czasu, a jedną z najlepszych form ich utrwalenia są takie właśnie posty, jak ten dzisiejszy. Posty z pomysłami! Posty z zebranymi inspiracjami! Z pierwszymi wizualizacjami. I w końcu – z internetowymi znaleziskami.

Zapraszam Was więc do mojego świata. Zaczniemy, jakże by inaczej – od przedpokoju! Przestąpcie progi mojego przyszłego mieszkanka!

Dobra, dobra… ale od początku! Zamarzył mi się ciemny przedpokój. Już dawno znalazł miejsce z moim sercu. I nie przekonują mnie wszystkie te dobre rady, że w przedpokoju powinno być jasno, że te ciemne są… ciemne. Wiem przecież, że ciemno nie będzie, dobre lampy istnieją! Będzie za to inaczej! Bo ja naprawdę nie lubię białych przedpokojów!

A wszystko zaczęło się od tego zdjęcia poniżej! To właśnie przedpokój Wiolety Kelly z bloga Interiors.pl (który niestety już nie jest aktualizowany… bardzo, bardzo szkoda!) utkwił we mnie głęboko i wyjść cały czas nie chce! Podziwiam autorkę z odwagę i wyobraźnię. Jestem pod ogromnym wrażeniem! Przyznajcie sami – takiego przedpokoju nie można zapomnieć!

 

 

Mój jednak będzie nieco inny! Zobaczcie na mojej małej wizualizacji poniżej. Po pierwsze, zależy mi na tapecie do połowy jednej ściany. Ma kończyć się na szafie wnękowej. Musi koniecznie być ciemna z dużym wzorem – złotym lub miedzianym. Być może widzieliście już na Facebooku, że moje serce skradły złote ananasy, ale niestety nie udało mi się ich przeforsować u mojego męża. Wciąż więc szukam ideału. A przyznaję, że poszukiwania są doprawdy ciekawe i przyjemne!

Po drugiej stronie będą meble z ciemnego drewna, na tle nieco jaśniejszej farby. Najbardziej podoba mi się zestaw z Ikei z serii Hemnes. Idealnie też wpasowuje mi się w wąską wnękę. Zapewne pozostaniemy przy szafce na buty, ławie i wieszaku.

Tapety: 1 / 2 / 3 / 4 / 5 / 6 / 7 / 8

Lustro / obraz / reszta poniżej

 

No… chyba, że wymyślę coś innego! Bo podoba mi się naprawdę sporo rzeczy! Zebrałam Wam ich nieco poniżej. Z pewnością trzymam się ciemnego drewna, ciemnego odcienia wzorzystej tapety i złotych lub miedzianych dodatków!

 

 

1. Inspiracja / Pinterest

2. Lampa Monte Carlo Tre / Kare

3. Komoda Brooklyn I / Kare

4. Ławka z Lustrem Authentico / Kare

5. Inspiracja / Pinterest

6. Inspiracja / Pinterest

7. Komoda Brooklyn IV / Kare

 

1. Wieszak i półka Hemnes Ikea

2. Ława Hemnes Ikea

3. Szafka na buty Hemnes Ikea

4. Lampa wisząca Monte Carlo Sette / SFmeble.pl

5. Miedziany kosz na parasole / Nuuko

6. Inspiracja / Pinterest

 

1. Wieszak Animal Faces / SFmeble.pl

2. Inspiracja / Pinterest

3. Inspiracja / Pinterest

4. Lustro Window Iron / Kare

5. Pokazana już powyżej tapeta Clark & Clarke Colony Tobago

6. Rzeźbiona skrzynia z drewna mango / Karina Meble Indyjskie

7. Rzeźbiona Indyjska konsola Zaara / Karina Meble Indyjskie

Zapisz

Odkryłam Cosnature!

Oto i odkryłam markę, która ostatnimi czasy tak często pojawia się w poleceniach blogerów i mediów. Dopiero teraz… Markę, o której wprawdzie słyszałam od dawna, ale nie miałam okazji osobiście się z nią zapoznać. Czemu? Doprawdy nie wiem. I żałuję, bo pewnie polubiłybyśmy się już dawno. Spieszę więc niniejszym z moim wielkim odkryciem i gorącym poleceniem – poznajcie Cosnature!

 

 

Jak się okazuje, marka jest dostępna stacjonarnie! Znajdziecie ją w drogeriach Hebe (wyłącznie w tej sieci!). Super, prawda? Właśnie z tej okazji i w mojej łazience wylądowały cztery produkty Cosnature – Naturalna pianka oczyszczająca 3 w 1 z cytryną i melisą, Naturalny nawilżający lekko koloryzujący krem z nagietkiem, Naturalne odżywcze masło do ciała z masłem shea i tonką oraz Naturalna regenerująca maska do włosów z awokado i migdałami. Który z kosmetyków okazał się największym hitem? Po który pójdę niedługo do pobliskiej drogerii Hebe? O tym zaraz!

Zacznijmy bowiem od słowa o samej marce. Opisuje się ona tak: „Cosnature to wysokiej jakości niemieckie kosmetyki naturalne, przyjemnie pachnące owocami, o wysoce innowacyjnych recepturach dla wymagających klientów. Wiele z produktów otrzymało w testach Fundacji Warentest i Öko-Test, znaki „bardzo dobre” i „dobre”. Wszystkie produkty są odpowiednie dla Wegan, posiadają ekologiczny certyfikat Natrue i nie były testowane na zwierzętach.” Czym mnie ujęła marka? Każdy z produktów jest praktycznie i estetycznie opakowany. Etykiety są przejrzyste, ładne i czytelne. No… może nie do końca, bo nie znam języka niemieckiego. Byłoby mi znacznie łatwiej, gdyby to choć angielski był. Dystrybutor zadbał jednak o dobre polskie opisy na naklejkach, nie jest to więc duży problem.

Co jest niezwykle istotne, i na co chciałabym zwrócić szczególną uwagę, to proporcja ceny do jakości. Za produkty o dobrych składach zapłacimy doprawdy niedużo. I to jest ogromna zaleta marki – naprawdę nie ma co przepłacać!

 

 

Ale wracając do meritum – największym hitem okazał się Naturalny nawilżający lekko koloryzujący krem z nagietkiem! Jestem pod jego ogromnym wrażeniem. Jest to coś w rodzaju lżejszego kremu BB. Znacznie jednak lepiej się sprawdził w przypadku mojej cery od wszystkich kremów BB, które do tej pory miałam okazję wypróbować. Jedna z Was pozostawiła nawet niedawno na Facebooku komentarz, że dzięki niemu odstawiła podkłady. I słusznie. Bo krem faktycznie w naturalny sposób wyrównuje koloryt skóry, zupełnie przy tym nie wysuszając, co było istotnym minusem innych podobnych kosmetyków. Odcień okazał się dla mnie idealny. A co najważniejsze – krem świetnie maskuje niedoskonałości, delikatnie je przy tym niwelując! I nie pozostawia widocznych, ani tym bardziej nie wyolbrzymia suchych skórek. Wystarczy odrobinę więcej nanieść go palcem na konkretne miejsce i lekko wklepać. Od razu czuć właściwości regenerujące nagietka!

Krem nakładam więc codziennie rano i czasem w trakcie dnia, kiedy gdzieś wychodzę. Skóra wygląda lepiej i stanowczo naturalniej niż w przypadku podkładów. Jest przy tym miękka i nawilżona. Produkt ma niestety drobne wady – oparto go w głównej mierze na oleju słonecznikowym, który jest łagodny i niedrogi, ale właśnie przez to nie do końca dobrze odbierany, dosyć wysoko w składzie mamy alkohol i nawet odrobinę talku. Znajdziemy w nim jednak także tak lubiany przeze mnie olej ze słodkich migdałów, olej babassu, ekstrakt z nagietka i witaminę E. Całość i efekty, jak dla mnie, naprawdę warte polecenia!

 

 

Kolejnym moim ulubieńcem jest Naturalna pianka oczyszczająca 3 w 1 z cytryną i melisą. I znowuż – kosmetyk, jakby stworzony dla mnie! Choć czasem uzupełniam proces oczyszczania twarzy jeszcze o umycie jej czymś tłustszym – mleczkiem lub emulsją. Pianka pachnie przepięknie! Takę ożywczą, energetyzującą cytrynką. Jest bardzo wydajna i tak przyjemnie lekka. A przy tym dobrze zmywa buzię. Masuję nią skórę rano i wieczorem i bardzo lubię ten pielęgnacyjny rytuał. Zapewne dzięki zapachowi! W składzie znajdziemy łagodne substancje myjące oraz ekstrakt z cytryny i melisy. To właśnie one mają działanie rozjaśniające, kojące, uspokajające podrażnioną skórę i odświeżające. Co bardzo istotne, po myciu pianką nie mam uczucia ściągnięcia i przesuszenia skóry. Jest po prostu bardzo dobry, codzienny kosmetyk.

 

 

Wszystkim wielbicielom masełek do ciała z pewnością spodoba się Naturalne odżywcze masło do ciała z masłem shea i tonką! Jakże ono pachnie! Jak smakowity deser. Po jego użyciu przykładam dłonie do nosa i wdycham ten zapach! Naprawdę! To ponoć zasługa tej tajemniczej tonki. Cytuję: „ekstrakt z fasoli tonka nadaje skórze ciepłą woń wanilii i karmelu z lekką nutą zapachu goździków, gorzkich migdałów i cynamonu”. Masło ma bardzo dobrą konsystencję, wchłania się dosyć szybko jak na masło. A od razu po wchłonięciu mamy to przyjemne uczucie odżywionej skóry, która jakby powracała do życia. Którą chce się dotykać. Muszę też dodać, że w składzie odnajdujemy masło shea, olej ze słodkich migdałów i masło kakaowe. Wszystkie lubię!

 

 

Na koniec pozostawiłam sobie Naturalną regenerującą maskę do włosów z awokado i migdałami. Może wywarła na mnie najmniejsze wrażenie, jest jednak kolejnym po prostu dobrym kosmetykiem w dobrej cenie. Maska „wzmacnia strukturę włosów, zmniejsza ich podatność na łamanie się i odbudowuje odwodnione i zniszczone włosy”. Znajdziemy w niej olej z awokado, arganowy i ze słodkich migdałów, hydrolizowane proteiny pszenicy, hydrolizowane proteiny słodkich migdałów i nawet trochę oliwy z oliwek. Jest to kolejny kosmetyk o całkowicie obłędnym zapachu, co sprawia, że faktycznie chce się ją te 3 minutki trzymać na włosach. Te z kolei chętnie ją przyjmują i odbierają jak dobrej jakości odżywkę.

Jak już wspominałam, przy kolejnej wizycie w Hebe odwiedzam obowiązkowo półkę z Cosnature. Biorę na pewno krem, który zaraz mi się skończy i jeszcze coś nowego, do wypróbowania. I Wam bardzo polecam!

Polecam też zajrzeć na stronę Hebe!

 

Wpis powstał we współpracy z siecią drogerii Hebe. Wszystkie opinie są moimi własnymi.

Dzikie dziecko

Chciałabym mieć dzikie dziecko.

Aby włóczyło się ze mną po lesie.

Aby leżało na łące, w trawie i wgapiało się w płynące chmury.

Aby wskakiwało w sandałach do strumieni.

Aby przeskakiwało największe na świecie kałuże.

Aby czasem w nie wpadało i śmiało się z tego z całych sił.

Aby biegało za równie dzikiem psem.

Chciałabym, aby potrafiło przystanąć o zachodzie słońca, zapatrzeć się w nie i powiedzieć, że to najpiękniejszy zachód, jaki widziało.

Aby zbierało kwiaty na wianek i bukiet dla mamy.

Aby turlało się z górki na pazurku.

Aby znajdowało ślady tych najdzikszych i tych mniej dzikich zwierząt. A czasem nawet leśnych wróżek…

Chciałabym, aby moje dziecko czuło, że może wszystko (w granicach rozsądku oczywiście, mamusiowego).

 

Chciałabym, żeby było szczęśliwe. To moje dziecko kochane…

 

Kosmetyki (i nie tylko) dziwne…

Natykam się ostatnimi czasy na  prawdziwe kosmetyczne… hmmm… rzeczy dziwne. Są tak doprawdy fascynujące, że zebrałam kilka z nich i niniejszym i Wam pokazuję. Nadziwcie się ze mną. I powiedzcie, ale tak serio serio – używalibyście?

Sama sięgnęłabym po plasterki w kształcie ogórka. Przyznaję – śmieszne. I dosyć mocno ciekawią mnie mydła w owczej wełnie. Te akurat mocno podziwiam jako świetny pomysł na lokalne rękodzieło.

A reszta? Hmmm?

Najbardziej fascynująca – seria bekonowa (!!!!!):

Seria ogórkowa-piklowa, równie fascynująca…

 

Czy to się sprzedaje?

IN LOVE 12

Oto kilka kolejnych wspaniałości, wokół których nie można przejść obojętnie! Czyli coś do podziwiania, coś do zrobienia samemu, coś do używania i noszenia na co dzień, coś do zaczytania i totalnego wsiąknięcia! Czas na nowy post z serii IN LOVE!

 

 

Zakochałam się w tych kolczykach bez pamięci! W każdej z tych 3 par! Cudne, prawda? / Top Shop w Zalando

 

Czy to nie piękne dekoracje? Powieszone w oknie łapacze promieni słonecznych, z których przebijają piękne prasowane rośliny. A co najważniejsze – do zrobienia samemu! To jak? Zrobicie? / instrukcja na Monsters Circus

 

 

I kolejne zawieszki dekoracyjne do zrobienia samemu, które tak ogromnie mi się spodobały! Zainspirowane stylistyką Bauhausu cudne mobile znajdziecie na The House That Lars Built

 

 

A to coś dla wielbicieli tamborków, motywów roślinnych i tak modnych teraz owadów! Genialna Humayrah Poppins z pięknym profilem na Instagramie, który koniecznie trzeba śledzić!

 

Sporo ostatnio wynajduję pięknych obrazów, rysunków i fotografii na ściany. Szukam już czegoś wyjątkowego do naszego mieszkania! Ostatnio ogromnie spodobała mi się oferta sklepu Minted. Można oglądać i oglądać!

Powyżej Elemental layers – Melanie Severin, Out To Sea – Jess Franks, Seaside – Alexandra Nazari, Gone Coastal – Jess Franks, Mountain Range – Sadie Holden.

 

 

Zauroczył i wciągnął mnie mocno blog Design Crush! Bardzo polecam!

 

 

Na koniec kilka moich ostatnich miłostek w ekspresowym skrócie – część już Wam pokazywałam, o części pisałam, część się dopiero w Lili pojawi. Ciekawi mnie czy je już znacie i też tak lubicie?

Podkład mineralny Lily Lolo – super i na całą buzie i punktowo, jako korektor. Kolor blondie – idealny dla mnie / Costasy

Cosnature – marką, którą właśnie odkrywam! Ten kremik lekko koloryzujący z nagietkiem skradł moje serce! Więcej – już wkrótce w Lili! / drogerie Hebe

Leciutkie, przyjemne, świetnie uzupełniające pielęgnację serum wzmacniające Vianek. Co cery wrażliwej i naczynkowej, ale i u mnie dobrze się sprawdziło. / Sylveco

Żel aloesowy Equilibra stosuję od dawna i cały czas równie mocno kocham! Jako dodatek do innych kosmetyków lub sam – do ciała i na twarz, pod krem. Cudnie koi! / apteki

O ałunie pisałam już kiedyś – zajrzyjcie TUTAJ koniecznie! Uwielbiam po depilacji i na drobne ranki! / BliskoNatury.pl

Na koniec – moja ulubiona mgiełka i łagodzący tonik – hydrolat rumiankowy Okani Beauty! Psikam się kilka razy dziennie! uwielbiam! / Iwos.pl

 

 

Zauroczona: Inès Longevial

Znowu totalnie się zauroczyłam!

Tym razem w pięknych obrazach młodziutkiej paryskiej artystki Inès Longevial! Ma 26 lat, ale maluje i rysuje odkąd pamięta. W jej twórczości mocno odczuwalne są hiszpańskie wpływy – jej mistrzami i wzorami są Pablo Picasso i Pedro Almodovar. Inès w swojej pracy skupia się na połączeniu motywów roślinnych i anatomicznych, wypełnionych mocnymi barwami, które to właśnie tak mnie urzekły.

Każdy z jej obrazów z chęcią powiesiłabym w domu. Ogromnie podobają mi się te intensywne, ale całkowicie spójne pomimo swej różnorodności, połączenia kolorów. To one tworzą tę niezwykłą atmosferę, to one sprawiają, że w każde dzieło można się wpatrywać i wpatrywać. To one zmieniają niby oczywisty obiekt w coś mocno nieoczywistego. Piękne!

Polecam stronę Inès Longevial i sklep Inès.

 

Facebook