NapisałaAdriana Sadkiewicz

Nasze miejsce: pomysły na sypialnię

Cóż, zwyczajnie uwielbiam spać! Sypialnia, co oczywiste, jest więc niezwykle istotnym pomieszczeniem. A przynajmniej stanie się takim w naszym nowym mieszkaniu!

Pamiętacie ostatni post z pomysłami na przedpokój (TUTAJ)? Przyszła kolej na moją wizję sypialni!

Powiem szczerze, że ogromnie mnie ciekawi czy moje aktualne pomysły wytrzymają próbę czasu do wiosny, kiedy to będziemy się urządzać. Może ewoluują w coś zupełnie innego? Jak dobrze, że można wszystko na spokojnie przemyśleć!

Tymczasem, zamarzyła mi się sypialnia granatowa! Będziemy mieli tam dwa duże okna, będzie więc naprawdę jasno. Granat dla wyciszenia pasuje mi tu idealnie!

Do tego dodam jeszcze sporo drewna i duuużo miękkiej przytulności z tekstyliów! Całość okraszę czymś złotym lub miedzianym – nie mogę się zdecydować.

Chciałabym bardzo mieć łóżko z pojemnikiem na pościel, ale przyznam, że jeszcze nie widziałam w internecie żadnego, które by mi się spodobało. Na razie zwyciężają te drewniane, dosyć proste. Może pokombinuję z jakąś dodatkową, wsuwaną szufladą? Zobaczymy!

W naszej sypialni stanie także biurko mojego męża, muszę więc uwzględniać i je w mojej głowie. Już widzę, jak kończy przy nim swoją książkę!

Nie daję tu za to żadnej szafy – będziemy mieli po prostu wnękową. Ewentualnie może się zmieści niewielka bieliźniarko-komódka i na pewno sporo półek!

A oto, co spodobało mi się ostatnimi czasy najbardziej!

 

 

1.Kinkiet złoty Hubsch / Scandinavian Living

2. Inspiracja / Pinterest

3. Łóżko Brooklyn / KARE

4. Inspiracja / Pinterest

5. Lampa Podłogowa Triangle Marple II / KARE

6. SINNERLIG Lampa wisząca / Ikea

7. Komoda z szufladami „Metro” / Karina Meble Indyjskie

8. Inspiracja / Pinterest

 

1.Inspiracja / Pinterest

2. Regał Attento Multitask 190 / SFmeble.pl

3. Fotel Bujany Malmo / SFmeble.pl

4. Dywan KELIM ferm Living / Scandinavian Living

5. Szafka NATURE LINE AKACJA light walnut / Karina Meble Indyjskie

6. Kinkiet COCO 106873 Markslojd / mlamp

7. Kinkiet LARRY 106970 Markslojd / mlamp

8. Łóżko CASTRES / Beliani

 

1.Inspiracja / Pinterest

2. Inspiracja / Pinterest

3. Industrialne biurko z szufladami Loft Orzech / Internum

4. PALISANDER BIURKO DANISH DESIGN RETRO VINTAGE / Przetwory

5. EGLO Lampa stołowa Borgillio miedź / Vidaxl.pl

6. Taki modny kilim / Kilim All – Pakamera

7. Inspiracja / Pinterest

7. Łóżko Puro / KARE

Zapisz

Nowości i ciekawostki ze świata kosmetyki naturalnej 05

Być może już słyszeliście, że zostałam patronem medialnym krakowskich Targów Kosmetyków Naturalnych EKOtyki. Jest to dla mnie ogromna przyjemność i wyróżnienie. Z wielką radością wybiorę się 30 września do Forum Przestrzenie odwiedzić tak wielu wspaniałych wystawców. Część z nich znam już dobrze osobiście, część jedynie mailowo. O kilku markach tylko słyszałam lub są dla mnie całkowitą nowością. Dzisiejszy więc post nowinkowy skupiam wokół EKOtykowych wystawców!

Oto kilka z nich, kilka marek, z którymi jeszcze nie miałam osobistej styczności, a które wydają mi się niezwykle ciekawe!

A może już je znacie? Polecacie?

Więcej o EKOtykach znajdziecie w wydarzeniu na FB!

 

1.Jan Barba

Kosmetyki Jan Barba widziałam już kilkukrotnie i każdorazowo zwracały moją uwagę niezwykłymi graficznymi prostymi etykietami. Słyszałam także są naprawdę dobre. Pewnie trzeba będzie niedługo samemu się przekonać!

Sami o sobie tak piszą:

Jesteśmy małą, niezależną manufakturą kosmetyków naprawdę naturalnych, tworzoną przez parę: Martę i Bartosza. Choć firma działa od niedawna jest efektem wieloletniej pasji. Tworzona od podstaw i studiów, osiągnęła poziom, kiedy uznaliśmy że jesteśmy gotowi zaprezentować efekty naszej pracy. Wszystkie nasze produkty obecne w ofercie były opracowywane przez 2,5 roku usilnych badań, wertowania dawnych źródeł, mówienia stanowczego „NIE” chemicznym zamiennikom, uproszczeniom. Ponieważ nie widzimy nic złego we wstrząśnięciu kremem przed użyciem, jeśli pozwoli to uniknąć syntetycznych emulsyfikatorów, przecież wykonując tak prosty ruch ręką, właśnie odkrywacie najstarszy sposób emulsyfikacji.

Bardzo ładnie! / Jan Barba

 

 

2. Creamy

Kosmetyki to sztuka – zgadzam się w pełni! I podziwiam zaiste godną sztuki identyfikację Creamy! No i koniecznie muszę dodać, że nie jest to standardowa marka. Oj, nie! Tutaj samemu komponuje się własne kremy.

„Historia Creamy rozpoczęła się od spotkania dwóch kobiet pochodzących z dwóch różnych światów. Pierwsza, której rodzina pochodzi z Haiti, podczas jednej z wielu podróży do rodzinnego kraju odkryła niezwykłe właściwości naturalnych, egzotycznych surowców. Poszukując w drogeriach produktów kosmetycznych do codziennej pielęgnacji, doszła do wniosku, że kosmetyki oferowane w sklepach nie spełniają jej oczekiwań, a dostępne w jej rodzinnym Haiti naturalne oleje i olejki przyczyniły się do długotrwałej poprawy wyglądu jej cery.

Druga – farmaceutka z wieloletnim doświadczeniem, od kilku lat tworzyła na potrzeby własne i grona swoich bliskich naturalne kosmetyki pozbawione chemicznych dodatków, wzbogacone o ekstrakty roślinne, oleje i maceraty.”

Dobrze się zaczyna? Po więcej wpadajcie na stronę Creamy!

 

 

3. EZTI candles

Kiedy je pierwszy raz zobaczyłam byłam pewna, że nie są z Polski. A jednak są! Wyglądają bardzo spektakularnie i elegancko, choć równie spektakularnie kosztują…

„Do naszych Świec używamy wosku pszczelego oraz wosku sojowego wzbogaconego stworzonymi przez nas mieszankami olejków eterycznych i kompozycji zapachowych. Świece składają się wyłącznie z dwóch składników: wosku oraz zapachów, ponieważ jesteśmy przekonani, że to w prostocie tkwi sekret naszych Świec. Każda Świeca przygotowywana jest wg opracowanej i sprawdzonej metody. Zabezpieczona dębowymi wieczkami, tworzonymi ręcznie przez stolarzy, na długo zachowuje swój aromat.”

Mi się podoba! Zwłaszcza te dębowe wieczka! Chętni powącham wszystkie na targach! / EZTI candels

 

 

4. Simple as that

Tym razem coś innego – środki czystości! Bardzo ponoć proste, a jednak skuteczne. Mnie osobiście zachwyciły te najzwyklejsze słoiki wypełnione naturalnymi detergentami, proszkami i płynami do czyszczenia. Do tego proste, takie wiecie – apteczne, etykiety i całość staje się najzwyczajniej – modna. Zobaczcie też stronę – dla mnie bomba! / Simple as that

 

5.  Natural Secrets

Na koniec manufaktura Natural Secrets z ręcznie robionymi mydłami, z olejkami, peelingami, masłami, glinkami itp. Moją najwięszką uwagę zwróciły jednak niezwykłe „aktywne” toniki z dodatkiem jedwabiu, maków, bławatków czy zielonej herbaty. Jestem ich bardzo ciekawa.

„Do każdej partii produkcji podchodzimy tak, jakbyśmy robili ją dla siebie i dla osób które najbardziej kochamy. Używamy tylko  czystych olei roślinnych, maseł oraz wyciągów z roślin i kwiatów. Nasze mydła nie zawierają sztucznych utwardzaczy i syntetycznych konserwantów, są bezpieczne w stosowaniu a ich używanie to prawdziwa przyjemność.”

Cóż, trzymam kciuki! / Natural Secrets

Przepis na bombonierę kuleczek-pralinek kąpielowych

Któż z nas nie lubi otwierać pudełeczka z czekoladkami? Hmm? Ja uwielbiam (niestety…)!

Znacie moją szaloną miłość do słodyczy kosmetycznych. Takich bombonier wypełnionych wszelakimi kąpielowymi „słodyczami” zrobiłam już masę! Zamarzyła mi się jednak teraz nieco inna. Prostsza w formie, ale równie kusząca. Uwodząca pięknym zapachem i pastelowymi kolorami bombonierka pełna musujących kuleczek. Elegancka, ale i uroczo słodka.

I tak ją zrobiłam!

Ach, muszę się Wam jeszcze do czegoś przyznać. Bo o ile od dawna wszelkie babeczko-pralinki musujące robię i robić uwielbiam, o tyle od tradycyjnych form kul trzymałam się z daleka. Jejuniu, jak ja ich nie znosiłam! Toż wzbijałam się na wyżyny cierpliwości, żeby skleić te dwie połówki, żeby się trzymało. Ile ja przy tym nerwów zjadłam…

Aż tu przypadkiem całkiem niedawno odkryłam na nie sposób! Tak prosty, że aż genialny. Od teraz mogę lepić kuleczki niemal maszynowo!

Jaki to sposób? Otóż jak już połączycie dwie połówki foremki wypełnionej Waszym „ciastem” troszkę na wyrost, oczyścicie brzegi i mocno ściśniecie przez chwilę, zaczynacie opukiwanie… Czyli kilka razy, z każdej strony kulki, uderzacie nią o blat. Tak jakby delikatnie wymykała Wam się z rąk. Puk, puk, puk tu, i kolejne puki z drugiej strony. Potem ściąganie foremki, nadal delikatne, ale jednak sprawne, idzie już bez problemów! Kulkę odkładacie do wyschnięcia i zabieracie się za kolejną. I kolejną! Takie to proste!

 

Kolorowe kuleczki-pralinki kąpielowe

Składniki / na 15 szt.:

  • 300 g sody oczyszczonej
  • 150 g kwasku cytrynowego
  • 40 g skrobi ziemniaczanej
  • 40 g soli morskiej drobnoziarnistej
  • 100 ml oleju z pestek winogron
  • woda w spryskiwaczu
  • 5 ml olejku zapachowego lub eterycznego (dodałam olejek „lody kokosowe”)
  • mała foremka na kule kąpielowe
  • 2/3 tabliczki białej czekolady
  • kolorowe cukry do dekoracji ciast

 

W misce mieszamy suche składniki. Dolewamy olej i olejek, kilka razy spryskujemy całość delikatnie wodą i wyrabiamy do uzyskania jednolitej konsystencji. Lepimy kule według sposobu, który opisałam powyżej. Każdą gotową odkładamy w spokojne miejsce na tackę i zabieramy się za kolejną. Kule odkładamy na noc do stwardnienia.

Nazajutrz przygotowujemy kolorowe cukry – przesypujemy je do kilku miseczek. Roztapiamy czekoladę w kąpieli wodnej. Każdą kulkę zanurzamy do maksymalnie połowy w czekoladzie, a następnie w kolorowym cukrze. Odkładamy do zastygnięcia – najlepiej każdą do osobnej papilotki papierowej lub silikonowej, żeby spokojnie stała pionowo. Po około 2 godzinach przekładamy do wspólnego pudełeczka.

Jedną – dwie kule wrzucamy do kąpieli – będą musować, uwalniać zapach i przyjemnie pielęgnować skórę.

  

 

Moje flegmatyczne slow

Kiedy chodziłam do liceum, odwiedziła nas w klasie pewna „bardzo mądra” pani psycholog. Albo pan – nie pamiętam już. Nie ważne. W każdym razie ta uczona persona zrobiła nam wtedy równie uczone testy osobowości. Wyszło mi z nich, że jestem… flegmatykiem! Nazwa doprawdy mocno ujmująca i kojarząca się negatywnie, możecie więc sobie wyobrazić, co czułam. Było mi zwyczajnie przykro.

Pamiętam, że tego samego dnia wracałam, jak często się zdarzało, z koleżanką ze szkoły. Szłyśmy na przystanek tramwajowy pod Wawelem (szkołę miałam tuż koło niego). Nie spieszyło nam się, był to taki spokojny spacer po długim dniu. I wtedy ta koleżanka mi powiedziała: „Ada, ty to naprawdę jesteś tym flegmatykiem! Ty zawsze tak powoli idziesz, rozglądasz się, obserwujesz!”.

Tak mi to utkwiło w pamięci. Takie było celne. Teraz, kiedy wracam do tej chwili, myślę sobie, że ja po prostu już wtedy uprawiałam prawdziwy slow life. Ja po prostu cieszyłam się tymi spokojnymi spacerami, kontemplowałam, delektowałam chwilą, czy to samotną czy w miłym towarzystwie.

Mam w swoim najbliższym kręgu osoby, o których można powiedzieć, że mają ciekawe życie. Takie, którego można zazdrościć. Dużo widzą, dużo przeżywają, wiele się wokół nich dzieje. Pędzą jak szalone! Mój własny osobisty mąż, w czasie kiedy ja narzekam na deszczowy wrzesień na osiedlu z wielkiej płyty, odwiedza pół niemal świata. I chociaż wiem, że wcale nie ma lekko, tam daleko, na obczyźnie, zazdroszczę mu tych wszystkich niesamowitych rzeczy, których doświadcza.

A potem siadam z gorącym earl greyem z sokiem sosenkowym i sobie myślę… I daję sobie sama zadanie – wyłapywać chwile, w których doświadczam prawdziwego szczęścia. Dostrzec je tym razem nieco mocniej, bardziej uważnie. Tu i teraz.

A że działo się to już jakiś czas temu, mogę spokojnie napisać, że tych chwil jest doprawdy całkiem sporo. Oto kilka z nich:

  • Wierzcie mi lub nie, ale całkowicie szczęśliwa byłam, jak całkiem niedawno w pewnej małej restauracji rodem z lat 90-tych, pamiętałam, żeby poprosić o rosół bez pietruszki i pierogi bez koperku! Bo ja naprawdę nie cierpię pietruszki i koperku! I wiecznie zapominam o tym w restauracjach, a potem, jak ta wariatka, ściągam to zielsko ze wszystkiego, czym zostało posypane. A tutaj – bajka! Było nam wtedy zimno i pochmurno, a ten rosół i te pierogi przyniosły prawdziwe, przepyszne ukojenie! Taka dumna z siebie byłam…
  • Uwielbiam, naprawdę uwielbiam weekendowe spokojne poranki! Kiedy Róża wchodzi mi do łóżka (przypominam, ze jesteśmy teraz bez mojego męża), ogląda poranne bajki, a ja wtulam się w nią i drzemię. Albo dosypiam jakiś piękny sen. Z drugiej strony zazwyczaj kładzie się pies, przylegając do moich pleców lub kładąc pysk po prostu na mnie. I jest nam dobrze, spokojnie i ciepło. Cudownie!
  • W tygodniu natomiast, kiedy się budzę, kiedy dzwoni budzik (zazwyczaj przez pół godziny co 5 minut…), wskakuje do mnie ów pies, Misia moja. A dokładniej – przechodzi z okolic moich nóg, do okolic mojej twarzy. I przytula się. I liże. I potrzebuje ogromnej dawki porannego uczucia. Najlepszy pod słońcem budzik z mokrym nosem i nie najświeższym oddechem. Uwielbiam to!
  • W weekend byłam z przyjaciółmi w domu dwojga z nich. Spędziliśmy razem prawie całą sobotę, noc i jeszcze niedzielę, do obiadu. I to całe, tak całkowicie w całości, było super!
  • Czuję się świetnie, kiedy biegam. Wieczorem, przed zachodem słońca. Kiedy wpadam w ten niezwykły trans, kiedy wszystko pachnie końcem lata, kiedy czuję ciepły jeszcze wiatr na twarzy. Biegam i patrzę. Zaglądam ludziom w okna i dziwię się, że żyją zupełnie inaczej. Unoszę głowę i przez chwile są tylko korony drzew i chmury. Uwielbiam chmury! Wyciągam rękę i czuję polne kwiaty i wyrośnięte mocno trawy. Wtedy jest mi dobrze.
  • A teraz po babsku – ogromnym szczęściem napawają mnie nowe ciuchy! Czy to faktycznie nowe, czy wyszperane, czekające właśnie na mnie w sh. Ale takie, które czuję, że są całkowicie moje. Albo odwrotnie – które pozwalają mi poczuć się sobą. No, czy to nie jest szczęście?

I wiecie co? To jest naprawdę tylko kilka przykładów momentów, w których czuję się szczęśliwa. Na spokojnie, bez pośpiechu, w tym moim krakowskim grajdołku. Flegamatycznie, a co!

Jest więc chyba całkiem dobrze. Tak stwierdzam!

Zdjęcie/Photo

Papajowa magia Dr.PAWPAW

Już dawno rzuciły mi się w oczy na zagranicznych stronach. Cóż, trzeba przyznać, że zwracają na siebie uwagę. Słyszałam nawet, że na Zachodzie o brytyjskiej marce Dr.PAWPAW mówi się już, że jest kultowa. Co takiego mają w sobie te kosmetyki? Dlaczego i czy w ogóle warto po nie sięgnąć?

Dzisiaj poznamy nową papajową magię!

 

Ale od początku! Marka stosunkowo niedawno weszła na nasz rynek. Kosmetyki Dr.PAWPAW są więc wciąż całkiem gorącą nowością. Co tu istotne, dostaniecie je stacjonarnie w drogeriach Hebe. Jestem wręcz pewna, że ich tam nie przeoczycie. Przykuwają uwagę jak żadne inne! A to zaledwie kilka produktów!

Dzisiaj przedstawiam Wam trzy spośród nich – Original Yellow Balm – uniwersalny balsam, Tinted Peach Pink Balm – uniwersalny balsam koloryzujący oraz jedyny w ofercie marki kosmetyk do włosów – It Does It All 7in1 – multifunkcyjny koktajl do pielęgnacji i stylizacji włosów. Jak myślicie, który z tych kosmetyków stał się moim ulubieńcem?

Zanim jednak przejdziemy do ulubieńca, pora na chwilę szczerości. Prawda bowiem jest taka, że nie są to kosmetyki naturalne. No niestety. Jak już jednak pisałam na Facebooku, ich magia tkwi w tym, że cechują się tym specyficznym, rzemieślniczym czarem, który przywołuje nam myśl początki przemysłu kosmetycznego. A jak zapewne wiecie, mamy teraz mocny trend ku klimatom vintage. Na korzyść marki przemawiają także bardzo proste składy ich flagowych balsamów. Ten „original” czyli pierwszy, najpopularniejszy, multifukcyjny, żółty balsam zawiera jedynie 4 składniki! Oparto go na wazelinie, a do niej dodano oliwę z oliwek, ekstrakt z papai (to od niego pochodzi nazwa i filozofia marki) oraz aloes. Całość, wierzcie mi, naprawdę godna uwagi!

Muszę tutaj wspomnieć o opakowaniach. To one sprawiają, że nie da się koło marki przejść obojętnie. To one nadają jej tę wyjątkową atmosferę. Nie ma w nich jakiejś dużej filozofii, są wręcz bardzo proste. Cały trik polega jednak na ich kolorystyce. Opakowania są jednolicie żółte – w przypadku podstawowych produktów oraz brzoskwiniowe lub czerwone – przy balsamach koloryzujących. Uwagę zwraca niewielki rysunek papai i bardzo proste czcionki. Idealny przykład na to, jak prostota i dobry pomysł, mogą w genialny sposób wyróżnić markę. I jednocześnie uczynić ją tak… fotogeniczną – aż chce się ją pokazywać w social mediach. Brawo!

 

 

Wracając do ulubieńca… Najbardziej spodobał mi się Tinted Peach Pink Balm czyli uniwersalny, multifunkcyjny balsam o przyjemnym kolorze brzoskwiniowego różu. Oj, lubię się z takim kolorem bardzo! Jest to kosmetyk, który wprost prosi się o noszenie codziennie w torebce. Po kilku dniach, torebka bez niego czuje się już pusta… W bardzo praktycznej, uroczej tubce zamknięto kosmetyk, którego nie da się opisać jednym słowem.

Po pierwsze – jest świetnym błyszczykiem do ust. Nadaje im delikatny, ładny kolor, jednocześnie je pielęgnując. Ale to jeszcze nic! Wyobraźcie sobie taką sytuację – musicie za chwileczkę wyjść, czy to z domu czy z pracy, a buzia jest jakby szara, pozbawiona blasku, zwiędnięta taka… Sięgacie po balsam i lecicie do łazienki. Nakładacie nieco kosmetyku na palce i wklepujecie go lekko w kości policzkowe, najlepiej uśmiechając się przy tym ładnie. Następnie odrobinkę balsamu równie leciutko nakładacie na powieki, co sprawia, że oczy w jednej chwili wyglądają świeżo i totalnie dziewczęco. Nie zapominacie także o ustach. Kilka chwil wystarczy, aby nadać twarzy blasku, energii i koloru. I to podoba mi się bardzo! Zwłaszcza patent z powiekami, bo takie wklepywanie różu to już znałam, jak dobrze wiecie.

 

 

Oryginalna wersja mojego ulubionego brzoskwiniowego balsamu to ta żółta tubka. Składowo różnią się jedynie odrobiną barwnika i łagodnym konserwantem w tym pierwszym. Po żółty balsam także sięgam kiedy tylko wychodzę z domu (to znaczy przekładam z torebki do torebki) lub trzymam na komodzie w przedpokoju, pod ręką. Jak już wspominałam – mamy tu 4 składniki, wazelinę, oliwę, papaję i aloes. I choć bałam się tej wazeliny, przyznaję, że jest naprawdę fajnie. Te tubki są genialne, poręczne, praktyczne. Łatwo się po taką sięga, kiedy tylko czuję, że mam suche dłonie i spierzchnięte usta, sprawdza się też do zmiękczania skórek przy paznokciach. I znów mam dwa super triki, w których balsam jest bardzo pomocny. Po pierwsze – do ujarzmiania brwi, kiedy to staje się lekkim woskiem przy ich przeczesaniu i nadawaniu odpowiedniego kształtu. Po drugie, jeśli odrobinę balsamu wklepiemy opuszkami palców nad kośćmi policzkowymi, mamy ekspresowy efekt rozświetlacza. I teraz można czarować, prawda?

 

 

Na koniec zostawiłam sobie odżywkę, ale od razu mówię, że jest to jedna z lepszych odżywek, jakie używałam. It does it all – jak to mówi nam marka z opakowania czyli ochrania przed działaniem wysokiej temperatury, zapobiega rozdwajaniu końcówek, ułatwia rozczesywanie, działa jak zabieg pielęgnacyjny, redukuje puszenie, dodaje blasku i pomaga w stylizacji. Podoba mi się ta uniwersalność. Zwłaszcza, kiedy mam mało czasu, kiedy nie zdążę nałożyć maski i czekać z nią nawet kilku minut. Ten multifunkcyjny koktajl do pielęgnacji i stylizacji włosów mogę za to nałożyć na szybko albo na suche, albo na wilgotne włosy. Nie zmywam go. Nie muszę. Szybko się wchłania i przepięknie pachnie. Ach, co ważne – po raz kolejny chcę pochwalić markę za praktyczność opakowania! Odżywka jest w spryskiwaczu, co bardzo ułatwia aplikację. Ma delikatną konsystencję gęstszego żelu lub lżejszego mleczka. I faktycznie – robi sporo. Włosy są miękkie, odżywione, łatwo się rozczesują (mam ich sporo…), ładnie błyszczą i lepiej się układają. Tego mi potrzeba!

Na koniec wspomnę jeszcze o tej słynnej papai (Carica Papaya). Czemu aż tak mamy się z nią polubić? Producent pisze, że jest to „bogaty w składniki odżywcze owoc, pełen antyoksydantów, witamin i minerałów. Zawiera wapno, magnez, potas, żelazo, witaminę A, witaminę C oraz acetogeniny, które przy stosowaniu zewnętrznym wykazują właściwości regenerujące, nawilżające i wygładzające skórę, jednocześnie zwiększając jej elastyczność.” Mi osobiście papaja kojarzy się z enzymem, który zawiera, czyli z papainą. Dzięki niej owoc wykorzystuje się jako peeling enzymatyczny. Czekam więc, aż marka wypuści na rynek właśnie taki kosmetyk. Pasowałby do niej idealnie!

Bo o dobroczynnych właściwościach kojącego aloesu i odżywczej oliwy, to chyba już nie muszę pisać, prawda?

Kosmetyki Dr. PAWPAW znajdziecie w sieci drogerii Hebe. Jakie produkty są dostępne, możecie sprawdzić również na stronie www.hebe.pl

 

Wpis powstał we współpracy z siecią drogerii Hebe. Wszystkie opinie są moimi własnymi.

Z natury x5

Uwielbiam rzeczy, uwielbiam sztukę, przedmioty użytkowe i te, które tylko mają wyglądać… no, uwielbiam wszystko, co inspirowane jest naturą! Dzisiaj w naszym cyklu „x5” mam dla Was kila takich wspaniałości! Oto one!

 

1.Całkowicie niesamowite podstawki i deski do serów z kamieni. Od dawna bardzo mi się podobają, ale w wersji dużej, tej do podawania przystawek, jeszcze nie widziałam! / Anthropologie

2. Patera Baltica Deep blue – totalnie morska bajka! Hipnotyzująca! / Hadaki

3. Zobaczyłam ten płaszyczyk-kimono na autorce bloga Travelicious, na Facebooku, i przepadłam! Zobaczcie TUTAJ. Wygląda przepięknie! / Zara

4. Przepiękny projekt FLOATING LEAVES! Wyobraźcie sobie, że to są fotografie roślin, naniesione na przezroczysty film. Piękne! Wynik współpracy trzech kopenhaskich marek – Moebe x Paper Collective x Norm Architects. / Moebe

5. Wyobrażam sobie, że to ja tam w tym buszu dzikim i gęsty stoję 🙂 Nawet podobna jestem! / Robert Bowers, Escape 2017

Facebook