NapisałaAdriana Sadkiewicz

Nasze miejsce czyli kupujemy mieszkanie!

JUPI! Nie umiem lepiej wyrazić swojej radości! Bowiem po wielu, doprawdy zbyt wielu latach wynajmowania, kupujemy w końcu własne mieszkanie!

Rozglądaliśmy się za czymś ciekawym od dłuższego czasu. Jako że decyzja dosyć ważna, a mąż mój co chwilę znika na kilka miesięcy, rozciągnęło się to w czasie dosyć mocno. Celowaliśmy w południowo-wschodnie okolice Krakowa, jeździliśmy, oglądaliśmy, liczyliśmy. Aż w końcu pojawiło się bardzo interesujące ogłoszenie. Któregoś więc dnia podjechaliśmy w to miejsce i od razu, oboje poczuliśmy chemię. Tak, to było to!

Niewielkie osiedle w podkrakowskiej wsi, dosłownie 6 minut jazdy od miejsca, w którym teraz mieszkamy. Cisza, spokój… Blisko szkoła, do której Róża pójdzie za rok. Obok niej sklep, przystanek, apteka. I nasze mieszkanko!

Nic doprawdy wielkiego, na dom się jeszcze nie porywamy. Ot, nasze 72 metry w niewielkiej, szeregowej, dwu-piętrowej zabudowie. I do tego z ogródkiem! Takim, w którym się zmieści i mała szopka na narzędzia, i huśtawka, i leżaczki i nawet trochę roślin, których postaram się nie uśmiercić. Nasze miejsce!

A najśmieszniejsze jest to, że Róża zamieszka na ulicy Różanej i na Różanym Osiedlu! Nikt jej nie będzie wierzył… 🙂

Osiedle dopiero się buduje. Będzie gotowe na Nowy Rok. Wiosną będziemy je wykańczać. Sporo więc mamy czasu, aby wszystko dobrze zaplanować. No… może nie aż tak sporo, bo już wczoraj musiałam elektrykowi pokazać wszystkie gniazdka i lampy, które się tam znajdą! Plan ogólny już więc musiał powstać.

W związku z tak dużym wydarzeniem i z faktem, że godzinami ślęczę teraz w internecie, poszukując inspiracji wnętrzarskich i przeglądając sklepy z meblami, będzie się pojawiało sporo postów, które postanowiłam zamknąć w serii „Projekt Nasze Miejsce”. Będą to przykłady zaczerpnięte z sieci i moje pomysły na zagospodarowanie tych naszych metrów kwadratowych. Ich zwieńczeniem, mam nadzieję, będzie wpis ze zdjęciami gotowego mieszkania, do którego się w końcu wprowadzimy!

Być może i Wam się te moje znaleziska i inspiracje przydadzą?

Będzie mi szalenie miło, jeśli będziecie uczestniczyć w urządzaniu mieszkania razem z nami!

Tymczasem – oto jak wygląda nasze nowe miejsce teraz…

 

Zapisz

W roli głównej: błotne maski Rapan Beauty

Powiedziała mi o nich koleżanka. Że dobrze robią jej buzi, żebym koniecznie spróbowała. Skusiłam się więc, bo jej ufam. Ale nie było łatwo…. od śluzu ślimaka, jak dobrze by o nim nie pisano, trzymałam się do tej pory z daleka. Bardzo daleka. A tu nie tylko śluz ślimaka mamy, ale i smoczą krew! I błoto z syberyjskiego jeziora… I równie dziwny owoc yuzu…

Spróbowalibyście?

Tak więc – spróbowałam. I dzisiaj w roli głównej mamy maski błotne maleńkiej polskiej marki Rapan Beauty z serii Power of Nature. Poznajcie je bliżej, bo warto!

Jak już wspominałam marka Rapan Beauty dopiero raczkuje. Napisała do mnie jej właścicielka, że sami sprowadzają glinki syberyjskie, błoto iłowo-siarczkowe oraz sól jeziorową prosto z syberyjskiego Jeziora Ostrovnoye, a potem tworzą z tego niezwykle w sumie egzotyczne kosmetyki, które powoli wprowadzają na rynek. Linia Power of Nature jest tą najbardziej skomplikowaną, bo każda maska ma w składzie „aż” po kilka różnych składników. W pozostałych możecie zakupić glinki, błoto i sól jako samodzielne produkty lub maski z jedynie olejem ze słodkich migdałów, jako dodatkiem. Osobiście cieszę się trafiły do mnie trzy mieszaniny – maseczka Rapan beauty Power of Nature Niebieska glinka + Smocza krew, maseczka Rapan beauty Intensive Care Power of Nature oraz maseczka Rapan beauty Power of Nature Żółta Glinka + Śluz ślimaka.

Przyjrzyjmy się składnikom, bo to one nadają im niezwykły charakter wyjątkowości. O śluzie ślimaka z pewnością już słyszeliście. Jego zadaniem jest zmiękczanie, zwiększanie elastyczności, wspomaganie regeneracji i usuwania blizn. Co to jest jednak ta cała smocza krew? To „ekstrakt z żywicy drzewa Croton Lechleri. Bogate źródło fenoli, fitosteroli i alkaloidów. Chroni włókna elastyny i kolagenu. Dzięki obecności taspiny działa przeciwzapalnie oraz przyspiesza procesy gojenia. Stymuluje odnowę naskórka i odmładza skórę.” W maskach znajdziemy także olejek z chińskiej cytryny yuzu („jest bogaty w ceramidy, będące naturalnymi odpowiednikami ceramidów II i IV tworzących strukturę warstwy rogowej naskórka, zapewnia odbudowę barierową zniszczonej i łuszczącej się skóry) oraz ekstrakt z owoców acai – („palmy występującej tylko w dzikich lasach deszczowych Amazonii – to bogate źródło polifenoli, kwasów Omega 6 i 9, witamin (głównie z grupy B) oraz mikroelementów. Wykazuje silne właściwości antyoksydacyjne”). Każdej masce odpowiednią konsystencję pasty nadaje olejek ze słodkich migdałów – bardzo łagodny olej, który od dawna sobie cenię.

Istotą jednak masek jest ziemia. A dokładniej syberyjskie glinki – niebieska i żółta oraz błoto iłowo-siarczkowe. Cerze tłustej i mieszanej poleca się glinkę  żółtą, suchej i mieszanej – niebieską. Mnie najbardziej urzekła natomiast maska różowa – do każdego rodzaju skóry. W niej to zmieszano mix peloidów z „syberyjskiego Morza Martwego”, czyli wszystko to, co wymieniłam. Muszę też zacytować producenta w kwestii samego błota – „niezależne badania potwierdziły, że zawiera 5 razy więcej przeciwutleniaczy niż błoto z arabskiego Morza Martwego. Pomaga w głębokim oczyszczaniu skóry, minimalizuje pojawianie się zmarszczek, kompleksowo rewitalizuje i przywraca skórze blask.”

I choć ta różowa najbardziej spodobała się mojej skórze, polecam Wam wszystkie maski. I wierzcie mi – jest to mocne polecenie, bo jakoś ostatnio z glinkami miałam na pieńku i od dawna ich nie używałam. Tutaj bardzo spodobało mi się to, że maska na twarzy długo pozostaje wilgotna – nie zamienia się w skorupę tak szybko jak inne maski, nie trzeba zwilżać jej dodatkowo wodą (chyba, że się człowiek zapomni i nieco za długo przytrzyma…). Do tego – maski przy okazji działają jak delikatny peeling, wystarczy lekko masować nimi skórę. Kiedy je zmyjemy, co nie jest łatwe, jak w przypadku wszystkich masek glinkowych, buzia jakby nagle mogła oddychać. Ja jeszcze ją tonizuję i nakładam odrobinę kremu nawilżającego. Cera staje się przyjemna w dotyku, chłonie ten krem chętnie, jest miękka i elastyczna. Maski doskonale pomagają oczyścić się z całodziennych zabrudzeń. Uwielbiam też to lekkie poczucie zmatowienia na mojej zbyt szybko przetłuszczającej się skórze.

No i faktycznie w składzie mamy jedynie kilka rzeczy – glinki i błota, olejek migdałowy i tych kilka ekstraktów. I koniec. Tyle. Cóż więcej trzeba?

Produkt więc mamy dobry. Bałam się, że te dziwne hasła typu śluz ślimaka, smocza krew i owoc yuzu, mają za zadanie jedynie przyciągnąć uwagę. Cóż, pewnie mają, ale teraz też wiem, że także dobrze działają. Problem widzę jednak gdzie indziej. Myślę, że ciężko będzie wypromować nawet dobry produkt, ale z całkowicie chybioną otoczką. Nie sięgnęłabym po żaden ze słoiczków w sklepie, etykiety są chaotyczne, niespójne, nieczytelne i zwyczajnie – nieładne. A je i kupuje się oczami. Mimo wszystko. Język angielski w niejasny sposób miesza się tu z polskim, a logo w żaden sposób nie budzi zaufania. Wręcz, niestety, przeciwnie. Zwyczajnie bałabym się sięgnąć po którąkolwiek z masek.

Niemniej jednak – same maski cud miód 🙂 Polecam!

Dostępne są w sklepie Cobest.

Noc spadających gwiazd

Fascynuje mnie zbliżająca się noc spadających gwiazd. Jest coś szalenie magicznego w wypatrywaniu perseidów, w całej tej niezwykłej, ciepłej, pachnącej, letniej nocy. W długich chwilach z głową uniesioną ku niebu.

Najbliższą sobotnią noc spędzę więc z przyjaciółmi, na wsi, tam, gdzie niebo nocą jest najciemniejsze. Licząc na łaskawą pogodę i moc wzruszeń.

Tego też Wam życzę z całego serca!

Jak się przygotować na deszcz perseidów? Ano tak, jak poniżej! Musi być roślinnie, wakacyjnie, ale też nieco tajemniczo, magicznie, ezoterycznie, trochę jakby z innego świata. Ze świata wyrwanego ze Snu nocy letniej! No… z dawką praktyczności! Oto więc, co dla Was znalazłam!

 

 

1. Biżuteryjne insekty – idealnie wpasują się w perseidową stylistykę! Przyciągają, co dziwne, zamiast odpychać! / Orska

2. Księżycowe kolczyki z nutą mistycznej tajemniczości / Parfois

3. Kupiłam tę kurtkę wiosną i jestem z niej szalenie zadowolona! Idealna, kolorowa, w sam raz ciepła na chłodniejsze już noce, kwiatowa parka. Bardzo polecam! / F&F

4. W taką noc labradoryty wydają się najlepszymi kamieniami. No, może jeszcze kamienie księżycowe, ale w nich jest za dużo jasności. Labradoryty migocą za to całkowicie niesamowitym, błękitnym blaskiem. Jakby wyciągniętym z wnętrza kosmosu. Jak ma być magia, to ma być magia! / Linni Lavrova

5. Kupiłam sobie te dwie pary butów na początku sezonu i jestem z nich ogromnie zadowolona! Nic tak nie pasuje do letnich nocy jak proste espadryle i takie to brudno-różowe tenisówko-trapki! / Renee

6. Na policzki dodajemy odrobinę połyskującego pudru rozświetlającego Star Dust od Lily Lolo! / Costasy

7. Jak tu nie lubić prostych, letnich sukienek? / Promod

8. „Świetlisty, zielony i dojrzały. Petales jest zarówno nostalgicznym hasaniem przez bogaty owocowy orient jak i kompozycją naturalną, nowoczesną, kwiatową.” / Lu Lua

9. Keep it real! No może trochę unreal też… / Stradivarius

10. Moon Flower – tonujący fluid Madara, idealny na lato / Matique

11. Prosto z letniego pola – Rumiankowa esencja micelarna Polny Warkocz / BliskoNatury.pl

12. Dream of Beauty… Wyciszająca nocna maska-krem – łagodzi podrażnienia, wygładza i regeneruje skórę / Alkemie

13. Standardowo – para dobrych dżinsów zawsze się przyda! / H&M

14. A może nieco bardziej klimatyczne spodnie będą lepsze? / H&M

15. Wieczorem, dla nastroju, zapalamy świecę Upalne lato / Hagi

16. A wszystko, co potrzebne, chowamy tu! / Miss Selfridge

Nowa pasja

No i wsiąknęłam całkowicie!

No bo jak tu nie wsiąknąć?

Moja nowa zabawa to tzw. line art. Zapewne nawet ma to to polską nazwę, ale, cóż, mniejsza z tym. Bawię się bowiem w Illustratorze świetnie, uczę się przy tym naprawdę dużo, próbuję nowe triki i umiejętności, podchwycone w gąszczu filmików na Youtubie. I ileż to satysfakcji przynosi!

Zostawiam Was więc z małym przykładem moich ostatnich eksperymentów i jednocześnie przypominam, jeśli nie pamiętacie, że zbliża się noc spadających gwiazd! Coś nie do przegapienie! Najwięcej perseidów ma się pokazać w nocy z soboty na niedzielę – 12/13.08.2017. Będziecie oglądać?

 

Najlepszy letni peeling Epsom

Moja skóra latem nie znosi olejów. W tej ich czystej postaci. Na całym ciele. Potrzebuje sporo ukojenia i lekkiego nawilżenia. Niezwykle istotne jest także odpowiednie jej oczyszczanie, zwłaszcza po całym dniu upałów, kurzu, potu itp. Serwuję jej więc najwspanialsze letnie peelingi!

No dobra, zdradzę Wam pewien sekret. Na co dzień mam przy wannie ustawiony spory pojemnik z dużą ilością soli Epsom. Wystarcza, że wezmę jej garść do ręki, lekko zwilżę wodą i mam genialny peeling! Masuję nim skórę przez dłuższy czas i spłukuję pod prysznicem. Genialnie oczyszcza, zupełnie nie zapycha żadnymi sztucznymi i olejowymi dodatkami. I jakież to praktyczne! I żadne bakterie mi się w niej nie lęgną! I jak dobrze robi mojej skórze!

Bo nie wiem czy wiecie czym jest sól Epsom? Już o niej pisałam, ale przypomnę szybko, że to w zasadzie nie sól, choć nazywana bywa właśnie solą gorzką. To siarczan magnezu o szczególnych właściwościach leczniczych, na wszelkie problemy skórne (słyszeliście o kąpielach siarkowych?). A przy okazji dostarcza nam dobroczynnego magnezu! Bardzo polecam poczytać więcej o tym cudownym specyfiku, na przykład tutaj.

Kiedy jednak mam nieco więcej czasu… dosłownie odrobinkę więcej… robię sobie najlepszy letni peeling!

Wierzcie mi – najlepszy!

Lekki, świeży, orzeźwiający, dodający energii i chęci do działania. Taki, po którym skóra czuje się wspaniale! Jest oczyszczona, miękka i gładka.

A peeling ma tylko trzy składniki!

 

Najlepszy letni peeling Epsom

Składniki (robimy według uznania na oko, iście wakacyjnie!):

  • garść soli Epsom
  • 1 limonka
  • kilka liści świeżej mięty

Sól przesypujemy do miseczki. Ścieramy do niej skórkę z oczyszczonej limonki, na najmniejszych oczkach tarki. Limonkę przekrawamy i dodajemy do soli około łyżkę świeżo wyciśniętego z niej soku. Liście  mięty rozdrabniamy na mniejsze i dokładamy do peelingu. Całość mieszamy.

Peelingiem masujemy skórę pod prysznicem. Zmywamy letnią wodą.

I cieszymy się piękną skórą!

Mały biznes 06: praca zdalna + wyniki konkursu

Sporo osób, ostatnimi czasy, pytało mnie o możliwości pracy zdalnej, jak to wygląda, jak taką pracę znaleźć. Pomyślałam więc, że jest to świetny temat na kolejny post z serii „mały biznes”, choć z własnym biznesem może mieć, całkiem spokojnie, nieco mniej wspólnego – pracować można oczywiście nie mając działalności, a jej podstawą może być umowa, np. o dzieło. Opowiem Wam więc dzisiaj jak wygląda moja praca zdalna dla BliskoNatury.pl. Może ta krótka historia Was zainspiruje, a może uda mi się podpowiedzieć kilka rzeczy? Cóż, mam taką nadzieję. Osobiście bowiem bardzo sobie cenię możliwość pracowania w zaciszu własnego domu.

Zacznę jednak od tego, że ten typ pracy nie jest dla każdego. Większość moich znajomych dziwi się, jak tak można cały dzień „siedzieć” w domu. Naprawdę mało kto, zupełnie nie rozumiem czemu, wierzy, że ja w tym domu w ogóle jestem w stanie coś zrobić. Jeśli więc potrzebujecie ciągłej obecności ludzi, tego, żeby się coś działo, żeby codziennie gdzieś wychodzić, żeby dom był tylko domem, to praca zdalna nie jest opcją dla Was. Jeżeli natomiast cenicie sobie spokój, dopasowywanie godzin pracy do potrzeb, jedzenie przed komputerem w „domowym” stroju, jeśli macie małe dzieci, którym chcecie poświęcić więcej czasu – polecam bardzo takie domowe pracowanie.

Musicie jednak pamiętać, że praca zdalna to nadal praca. Jeśli nie udało się czegoś zrobić za dnia, jeśli zwyciężył serial, ból głowy czy zły dzień, trzeba będzie nadrobić wieczorem. Tutaj także, a może wręcz przede wszystkim, ważna jest samodyscyplina, punktualność i słowność. Terminy obowiązują jak wszędzie, jeśli więc zależy nam na dobrym kontakcie z pracodawcą i na stałej współpracy, musimy narzucić sobie dosyć restrykcyjne zasady. Jeśli jednak już się do nich przyzwyczaimy, docenimy masę zalet, które z takiego typu pracy wynikają.

Ale od początku.

To już tak długo trwa, że straciłam rachubę. Musiałam więc zajrzeć do banku, na historię przelewów, aby przypomnieć sobie, kiedy to w zasadzie się zaczęło. I tak w 2013 roku, jakoś wczesną wiosną, napisała do mnie pani Ewelina, właścicielka sklepu z kosmetykami BliskoNatury.pl, połączonego z niewielką hurtownią Sunniva Med. Sklep ma siedzibę w Wolsztynie, pod Poznaniem, ja mieszkam w Krakowie. Mamy więc do siebie spory kawał drogi.

To, co dokładnie zapamiętałam z tych naszych pierwszych konwersacji z panią Eweliną to zdanie: „nie rozwijam się pani Ado”. Jak mnie znalazła? Przez Lili oczywiście! Już wtedy blogowałam regularnie, już wtedy była to moja ogromna pasja. Spodobało się to, co robiłam, coś w tych naszych początkowych konwersacjach ewidentnie zaskoczyło i tak zaczęła się nowa przygoda.

Muszę zaznaczyć, że miałam wtedy znacznie mniejsze umiejętności niż mam teraz. Ewoluowałam, tak samo jak Blisko Natury. Rozwijamy się ciągle, na szczęście, i ja i sklep. Rozwija się i wciąż także ewoluuje nasza współpraca z panią Eweliną. Zmienia formy, zakresy obowiązków, godziny pracy, dopasowuje do naszych wspólnych potrzeb. Przywiązałam się bardzo do sklepu, traktuję go jako „nasz” sklep, utożsamiam się z nim. Jest takim trochę też moim dzieckiem. Doskonale się już także rozumiemy z panią Eweliną (mam nadzieję :D), mam więc w zasadzie sporą swobodę, co jest dla mnie niezwykle cenne.

Myślę, że ogromne znaczenie ma tu zaufanie. Trzeba sobie na nie zasłużyć. Przez te wszystkie lata robiłam dla sklepu sporo rzeczy. Pamiętam, że na początku rozmawiałyśmy o pełnym etacie. Zdecydowałam się jednak wtedy pozostać przy połowie. Kiedyś były to 4 godziny dziennie pracy dla sklepu. Mniej więcej stałe, choć różnie to bywało. Potem przeszłyśmy na mniejszy zakres obowiązków i mocno elastyczne godziny. I tak to teraz wygląda. Niegdyś zajmowałam się wprowadzaniem nowych produktów, opisami, robieniem zamówień, wpisywaniem promocji, współpracą z drukarniami, tworzeniem etykiet, kontaktem z blogerkami, poszukiwaniem nowych marek i wszystkiego tego, co akurat było potrzebne. Teraz natomiast dbam o wizualną stronę sklepu, tworzę banerki, prowadzą fan page na FB, wysyłam newslettery, przygotowuję grafiki do druku, czasem zdjęcia, czasem coś podpowiem, itp. Przypomnę jeszcze tylko tutaj, że przez cały okres mojej pracy dla sklepu robiłam także zawodowo inne rzeczy, które nieraz wymagały ogromnych nakładów czasu.

Jak wygląda nasza współpraca na co dzień? Rozmawiamy z panią Eweliną praktycznie codziennie. Używamy do tego Facebooka i taka forma komunikacji sprawdza się w naszym wypadku naprawdę dobrze. Co ważniejsze materiały czy informacje przesyłam mailem. Wszystkie zadania, które są mi przeznaczone, pani Ewelina wpisuje w googlowy kalendarz. Doprawdy genialny pomysł na zaplanowanie sobie pracy. Zdarzają się oczywiście sprawy, które wyskakują nagle, pilnie. Staram się zawsze załatwiać je w miarę możliwości maksymalnie szybko. Mam dostęp do sklepowego systemu, w którym poruszam się dosyć swobodnie. Poza tym zawsze w tygodniu staram się wrzucać na Facebook około 3 postów dziennie, w weekendy po jednym. Przy okazji odpowiadam na komentarze i wiadomości, organizują konkursy i tworzę materiały do płatnej facebookowej promocji.

Czasami całość zajmuje kilka godzin dziennie, czasami znacznie mniej. Czasem mam wenę i pomysły, czasami wszystko idzie wolniej. Zgrałyśmy się jednak na tyle, że obie, i ja i pani Ewelina, cenimy sobie tę współpracę i dobrze nam z nią. Jak już wspominałam, mam naprawdę sporą swobodę. Mogę się „wyżywać” graficznie, realizować swoje nieraz szalone fantazje banerkowe. Dostaję po prostu temat, który ubieram w obrazy, nie zapominając oczywiście aby ich przekaz by jasny i czytelny.

Zdarzają się, jak w każdej pracy, nieco trudniejsze momenty, które trudno mi jednak nazwać „konfliktowymi”. Czasami bowiem pojawi się jakieś niedomówienie, czasem się nie zrozumiemy, czasem coś źle odczytam, albo po prostu się pomylę. Raz, pamiętam, zawaliłam nieco bardziej, wstyd mi do teraz 🙂 Dałam wtedy zły kod kreskowy na etykietki którychś z ziół i one z tym złym kodem, zdaje się, poszły do druku… Cóż, sami dobrze wiecie – nie da się pracować bez takich chwil. Tutaj jednak, a zdradzę Wam to po cichutku, praca zdalna ma najwięcej zalet. Można ją bowiem przerwać w każdej chwili, odejść od facebookowych wiadomości, udać, że nie ma nikogo przed komputerem, zdystansować się. I nie ma szefa w pokoju obok! Co najwyżej mąż lub pies, a oboje mogą przytulić.

Ale oczywiście, droga pani Ewelino, zaznaczam, że współpraca z Panią to czysta przyjemność!

Bardzo Wam polecam nawiązanie takiej współpracy. Nie wiecie od czego zacząć? Zawsze powtarzałam i powtarzam – zacznijcie od wysłania maila. U mnie było wprawdzie odwrotnie, ale wysłanie maila naprawdę nic nie kosztuje. Co najwyżej odrobinę wysiłku, aby odpowiednio się przedstawić i przekazać, jakie korzyści możemy komuś zaproponować. Bo wierzę, że takie korzyści zawsze się znajdą. Nawet jeśli nie macie zdolności graficznych, możecie znaleźć całą masę innych możliwości. Ot, choćby wprowadzanie produktów do sklepów i edytowanie ich opisów. Znajdźcie pomysł, a potem ubierzcie go w słowa i wyślijcie je w mailu.

Niezwykle mocno polecam też pisanie własnego bloga. Wspominałam o tym nie raz, ale powtórzę, jest to najlepszy sposób, aby najpełniej pokazać się w sieci. Siebie i swoje umiejętności. To właśnie blog może otworzyć drzwi, o których nawet nie myśleliście do tej pory. To przez blog odnajdą Was ludzie, nie tylko z drugiej strony Polski, być może nawet z odległych krańców świata, którzy będą chcieli właśnie z Wami współpracować. Czy to nie piękna wizja? Zatem do dzieła!

Na koniec, muszę jeszcze napisać, że z panią Eweliną widziałam się jeden, jedyny raz – na moich warsztatach w Warszawie. Mimo tego czuję się, jakbyśmy przynajmniej codziennie wypijały choć małą poranna kawę 🙂

 

Wiem, że czekacie na wyniki konkursu organizowanego ze sklepem Iwos.pl. Oto one!

Zestawy naturalnych hydrolatów marki Okani Beauty, otrzymują:

Gratuluję i proszę o dane do wysyłki na adres lilinatura@lilinatura.pl.

 

Facebook