Jednym z najlepszych sposobów jest zapewnienie sobie kolorowych i aromatycznych doznań kulinarnych!
Naszym oczom serwujemy dawkę słońca, organizmowi masę witamin, a do tego jeszcze wzmacniamy naszą odporność sporą ilością rozgrzewających przypraw. No i najważniejsze – musi być pysznie!
Mam więc dzisiaj dla Was mój niedawny pomysł, który już skradł mi serce! Pomysł na zielonego kalafiora okraszonego ostro-słono-słodką bułeczką o aromacie garam masala, prażonymi migdałami i odrobiną cebulki dymki. Jeju, jakie to dobre!
Zielone kalafiory to moje tegoroczne odkrycie. Albo dobrze się wcześniej kryły, albo nie były aż tak łatwo dostępne. Teraz bowiem widzę je w prawie każdym warzywniaku. I sięgam chętnie, bo mają łagodniejszy smak niż zwyczajne kalafiory i o ileż piękniejszy kolor! Musiałam też znaleźć na nie swój własny sposób. I oto jest! Najpyszniejszy!
Zielony kalafior z bułeczką garam masala
Składniki:
1 zielony kalafior
do gotowania – sól do smaku, łyżeczka cukru
1/3 kostki masła
pół szklaki bułki tartej
2 łyżeczki przyprawy garam masala
1 łyżeczka czarnuszki
1 łyżeczka miodu
ostra papryka do smaku
sól, pieprz do smaku
3 łyżki płatków migdałów
2 łyżki pokrojonego na drobno szczypioru cebulki dymki
szczypta słodkiej papryki
Kalafiora rozdrabniamy na różyczki i gotujemy w osolonej wodzie z dodatkiem cukru do miękkości. Takiej wiadomo – al dente.
Na patelnię przekładamy masło, garam masalę, czarnuszkę, miód, ostrą paprykę. Podgrzewamy, aż masło w większości się roztopi, dosypujemy bułkę tartą, sól i pieprz do smaku. Mieszamy dokładnie, żeby całość się połączyła i podsmażamy chwilę na małym ogniu, co chwilę mieszając.
Na osobnej patelni prażymy płatki migdałów, aż uzyskają lekko zarumieniony kolor.
Ugotowane różyczki kalafiora przekładamy na talerz, posypujemy bułeczką, migdałami i dymką. Całość oprószamy słodką papryką.
Drodzy, przesyłam Wam nieco złotego ciepła i słońca, które jeszcze niedawno gościło na naszym niebie. Wiem, że wraz z listopadową szarością pojawiają się smutki i zniechęcenie, wiem to dobrze. Mam więc nadzieję, że gdy tylko tutaj zajrzycie, zrobi się Wam cieplej na sercu. A wraz z Waszymi radościami i u mnie ona się pięknie rozwinie i powróci ten pełen chęci i zapału letni nastrój.
Tymczasem i ja walczę z szarością. Z brakiem słońca. I dnia w ogóle. Ledwie bobas zaśnie i rozpocznie swoją drzemkę, ledwie się z niej wybudzi, już się robi ciemno, zimno i ponuro i w zasadzie jakiekolwiek dłuższe spacery już odpadają.
Staram się podchodzić do tej listopadowej aury w sposób…. romantyczny. Postrzegać ją jako sentymentalne, melancholijne i budzące wręcz pewien wewnętrzny niepokój oblicze natury rodem z Wichrowych Wzgórz. Wpatrywać się w sunące chmury, wystawiać twarz do chłodnego północnego wiatru i marzyć o tym, że wystarczy zamknąć oczy i wraz nim polecieć gdzieś na południe, badać ile to jeszcze pozostało liści na okolicznych drzewach, sycić się nową paletą barw – przygaszonych brązów drzew, ciemnych fioletów wyschniętych winogron, wybijającej się czerwieni jagód na pobliskich krzaczkach i tej ferii brązowych szarości na naszej łące. Albo stanąć i nie móc oderwać oczu od samotnej małej brzozy z ostatkiem żółtych liści, pośród masy uschniętych nawłoci. Jak by nie patrzeć – jest to zwyczajnie piękne.
Energii dodają mi kolorowe, mocno aromatyczne eksperymenty w kuchni. Nowa fioletowa pościel, w którą tak cudownie się zawinąć i schować przed światem. Ulubione kokosowe jeżyki jedzone w tajemnicy. Gorące kakao zrobione przez starszą córcię, która robi je naprawdę przepyszne. A już chyba najbardziej to te chwile, tuż po przebudzeniu, kiedy patrzą na mnie wielkie uśmiechnięte oczy mojej młodszej córci (już ma pół roku!) i zachęcają do przytulasków i gilgotek. I to jest właśnie to, co mnie trzyma w pionie w ten nieprzyjemny, zimny czas.
Mogłabym też troszkę ponarzekać… Naszej suni, Misi, zerwało się więzadło w kolanie i musi mieć kosztowną operację. Kolejna fala pandemii znowu odbija się na mnie bardzo boleśnie, bo odwołano mi warsztaty w tym i kolejnym miesiącu, a to jest doprawdy spory cios. Szczepcie się więc, bardzo proszę. Bobas dopiero co wyszedł z nieprzyjemnej i groźnej dla niemowląt infekcji, przez którą nie załapaliśmy się na program bezpłatnych szczepień, na który bardzo liczyłam.
I na te smutki także bardzo, bardzo, bardzo staram się patrzeć pozytywnie. Misia dostanie jakąś tytanową czy stalową łapę (no, nie całą, tylko fragment kolana), na której ponoć będzie hulać bez obaw już do końca swych ziemskich dni. Ja mam więcej czasu dla bobaska i łatwiej ogarniać mi inne rzeczy. A Lilcia w końcu tę infekcję przeszła bardzo gładko, obyło się bez szpitali, jest więc silną małą dziewczynką.
A na dodatek – takie pisanie jest chyba samo w sobie formą terapii listopadowej! Bardzo polecam!
No…. przy okazji chciałabym polecić Wam dwie rzeczy, które tego polecenia są doprawdy godne!
Jakiś czas temu dostałam przedpremierowo książki Dagmary Chmurzyńskiej-Rutkowskiej, znanej jako Mama Pediatra – „Jak zadbać o zdrowie swojego dziecka. Radzi Mama Pediatra”, wyd. Muza.
Chętnie zgodziłam się na współpracę, bo zaczęłam odczuwać brak solidnej wiedzy zebranej w jednym konkretnym miejscu. Od czasu gdy Róża była niemowlaczkiem minęło już 10 lat, sporo więc istotnych rzeczy gdzieś mi tam z głowy zdążyło ulecieć.
To, co mnie ujęło w tej książce, a w zasadzie nawet zaskoczyło, to to, że czyta się ją tak niesamowicie lekko i szybko. Jest napisana bardzo prostym i zrozumiałym językiem. Autorka wręcz łopatologicznie tłumaczy czasem trudne zagadnienia, dzięki czemu i mi w głowie poukładały się rzeczy, które do tej pory stanowiły pewien chaos. Istotny wpływ ma tu też zapewne sposób podania poszczególnych zagadnień – przejrzystość tematów i ich poukładanie sprawiają, że nie trzeba od razu czytać wszystkiego i cierpieć potem na ból głowy z powodu natłoku faktów. Treści przeglądasz, zatrzymujesz się na tych, które cię akurat interesują, a o kolejnych zapisujesz sobie w głowie, żeby sięgnąć w razie potrzeby.
Książka jest więc bardzo czytelnym poradnikiem, który możesz mieć zawsze pod ręką i wracać do niego wraz z rozwojem dziecka lub w trudniejszych sytuacjach.
Mi osobiście bardzo spodobał się na przykład sposób wyjaśnienia różnic pomiędzy pierwszymi obowiązkowymi szczepionkami. Zdecydowaliśmy się wprawdzie na jedną, ale w zasadzie na chybił trafił. Dopiero teraz mam takie źródło, które pozwala podjąć świadomą decyzję, bo dokładnie wyjaśnia czym różnią się szczepionki płatne od tych refundowanych.
W książce jest tez jeden niezwykle istotny rozdział – Pierwsza pomoc w pigułce. Jest to naprawdę niewiele stron z szalenie istotna wiedzą, która powinien mieć każdy rodzić. Ten rozdział należy przeczytać koniecznie, na spokojnie, przeanalizować i mieć już na zawsze w głowie.
Polecam też rozdział, który opisuje kiedy leczyć w domu, a kiedy udać się do lekarza. Są to zagadnienia bardzo problematyczne, zwłaszcza dla młodych rodziców. Mamy więc podane najczęstsze dolegliwości wieku dziecięcego, takie jak gorączka, biegunka, kaszel itp. oraz najważniejsze informacje dotyczące tego, jakie mogą być przyczyny i jak reagować na objawy. Jestem pewna, ze tych kilka stron rozwieje bardzo dużo wątpliwości i pomoże podjąć decyzję o konieczności wizyty lekarskiej.
Nieco mniej dokładnie zgłębiłam rozdziały dotyczące ciąży, porodu i noworodków, bo to już za nami. Mogę jednak z czystym sumieniem polecić je każdej przyszłej mamie, zawierają bowiem całą masę niezwykle praktycznych informacji, które pomogą Wam przejść przez ten niesamowity okres.
Choć sama nie jestem zwolennikiem wgłębiania się w różnej maści poradniki dotyczące wychowywania maluszków, tę akurat książkę powinni przeczytać i mieć pod ręką wszyscy młodzi rodzice. O ileż wtedy będą spokojniejsi!
To masełko pokazywałam Wam już w Lili kilkukrotnie, przy okazji zdjęć produktowych, które wykonywałam dla marki Rosa. Panna Poranna. Nigdy jednak nie opisałam Wam go dokładniej… I jest to doprawdy niedopatrzenie, bo…
Bo jest to Masło różane z miodem wręcz genialne!
Zacznę jednak od małego przypomnienia – masełko jest mi szczególnie miłe, bo stworzyłam mu taką pszczelo-różaną oprawę graficzną!
Ale do rzeczy… Pachnie kusząco słodko, jak połączenie róży i miodu właśnie. Jest mięciutkie i łatwo się rozsmarowuje. A najważniejsze – przynosi natychmiastowe ukojenie! Taką ulgę dla przesuszonej jesienią skóry. Usta stają się od razu mięciutkie. Polecam na noc pod oczy – wspaniale odżywia. Polecam na zmarznięte buzie dzieci i mężów biegających wieczorami po lasach. Polecam na przesuszoną skórę łokci i pięt. Polecam na spracowane dłonie – kiedy już skończycie wieczorne ogarnianie świata, umyjcie je dokładnie, potem nasmarujcie hojnie masłem i odpocznijcie chwilę.
Masełko dostępne jest w dwóch pojemnościach. Mały słoiczek 15 ml z poprawiającym nastrój napisem „Jesteś piękna!” trzymam zawsze w torebce. Przydaje się wtedy doraźnie – do ust czy a buzię dziecka. A to większe – 60 ml – jest do codziennego stosowania. Jest niezwykle uniwersalne, nadaje się praktycznie dla wszystkich no i…. uzależnia 🙂
Mój jesienny umilacz, który przywodzi na myśl pełnię lata!
Całkiem niedawno marka Biolaven wypuściła serię nowości. Miałam przyjemność wykonać zdjęcia nowym produktom, a potem równie radośnie zabrałam się do próbowania.
I co? Hmm?
I już wiem!
Tych kilka kosmetyków wygląda całkiem niepozornie. Ba, trochę nawet giną zapewne w kosmetycznym tłumie. Mają bowiem zupełnie niepozorne opakowania reprezentujące całą serię. Nie wyróżniają się. A szkoda…
Każdy bowiem z tych kosmetyków jest naprawdę ciekawy. A nawet wyjątkowy!
Każdy jest oryginalny, przemyślany i wpisujący się we współczesne potrzeby i trendy. Naprawdę szkoda, że tak trochę giną w całej serii. Sądzę bowiem, że marka idzie w świetnym kierunku i stawia na bardzo nowoczesne, a jednocześnie tradycyjne podejście do produktów.
Najbardziej do serca przypadły mi oba kolorowe słoiczki. Jeden różowiutki z maską całonocną, drugi brązowy – z peelingiem enzymatycznym. Oba uwielbiam!
Maseczka rozjaśniająco-wygładzająca do zaawansowanej pielęgnacji każdego typu cery. Zawiera wyjątkowy ekstrakt zsycylijskich białych winogron, zawierający mieszaninę kwasów organicznych (AHA). W połączeniu z resweratrolem, kompleksem ceramidów, kwasem hialuronowym działa dwufunkcyjnie: rozjaśnia i rozświetla dzięki złuszczającym właściwościom kwasów oraz spłyca istniejące zmarszczki, silnie nawilża i znacznie uelastycznia skórę twarzy, szyi i dekoltu.
Maska świetnie zastępuje nocny krem. Jest treściwa, ale mimo to lekka. I ten kolor! Mam wrażenie, jakbym nakładała na twarz lawendowe wino. Może to te sycylijskie winogrona tak do mnie przemawiają… Spróbujcie – rano buzia jest bardzo wdzięczna!
Kiedy natomiast masuję cerę peelingiem enzymatycznym, wydaje mi się znowuż, jakbym nakładała na nią słodkie ciasteczko! Tak przyjemnie bowiem on pachnie. Masuję i masuję, zostawiam na chwilę, z potem dotykam i dotykam taką miękką, gładką skórę. Czysta przyjemność!
Bezwodny preparat działa złuszczająco dzięki zawartości enzymów papainy i bromelainy, które aktywują się w momencie połączenia z wodą. Delikatna formuła, łatwa w aplikacji sprawia, że peeling może być stosowany nawet przy najbardziej wymagających i wrażliwych cerach. Skutecznie usuwa martwe komórki naskórka, wygładza i wyrównuje koloryt skóry.
Ogromnie zadowolona jestem także z obu kosmetyków do włosów. Należę do tych osób, które męczą tradycyjne odżywki. Często o nich zapominam, nie lubię czekać i spłukiwać włosów po nich. Wybawieniem są tu więc produkty do spryskiwania po myciu! Całkiem niedawno polubiłyśmy z moją córcią dziecięcą odżywkę ułatwiającą rozczesywanie Sylveco Kids, a tu proszę – jest i wersja dorosła. A musicie wiedzieć, że włosów to ja mam sporo i rozczesywanie ich zawsze było udręką. Tymczasem, sięgam sobie po Odżywkę – mgiełkę do włosów i skóry głowy, która pachnie obłędnie lawendowo i od razu mi się te włosy rozczesują, a i jak ładnie przy tym wyglądają!
Na pewno słyszeliście o płukankach octowych, które mają zakwaszać włosy, przez co te stają się miękkie i lśniące. Można sobie takie zrobić w domu, a można też sięgnąć po Tonik do włosów i skóry głowy stworzony na bazie organicznego octu z czerwonych winogron. On z kolei pachnie wspaniale winogronowo. Stosujemy to to dwa razy w tygodniu na umyte lub suche włosy i cieszymy się ich wyglądem. Bardzo polecam jeśli tak jak ja, macie okrutnie twardą wodę w kranach.
Pora na dezodorant! I to jest chyba najlepszy dezodorant z całej oferty Sylveco! A przynajmniej najbardziej go lubię. Używamy razem z córcią, bo jest łagodny i naturalny. Stanowi coś w rodzaju kojącej emulsji na delikatną skórę pod pachami, która przy okazji zapobiega nieprzyjemnemu zapachowi. Bardzo polecam!
Naturalny dezodorant, zawiera kompleks ekstraktów o właściwościach ściągających (kora dębu, liść szałwii lekarskiej i kwiaty lawendy) i wraz ze składnikami absorbującymi pot, niweluje nieprzyjemny zapach. Kombinacja olejków eterycznych z bergamotki i lawendy w połączeniu z aromatyczną kompozycją winogronową pozostawia uczucie pachnącej świeżości i komfortu przez dłuższy czas.
Na koniec dwie pianki! Pierwsza – myjąca do twarzy, druga – do higieny intymnej. Obie szalenie delikatne i przyjemne w użyciu. Bardzo praktyczne i bezpieczne.
Pianka do twarzy zawiera kompleks składników zwiększających nawilżenie warstwy rogowej naskórka. Olej kokosowy, oliwa z oliwek i olej z pestek winogron oraz dodatek kwasu mlekowego gwarantują utrzymanie fizjologicznego pH i równowagi bariery hydrolipidowej. Alantoina i ekstrakt z lawendy wykazują działanie kojące, zmniejszają podrażnienia i zaczerwienienia. Jestem w trakcie drugiego opakowania i polecam z całego serca. Ładnie zmywa całodzienny trud i nie ingeruje w problematyczną skórę.
Pianka do higieny intymnej natomiast – dzięki zawartości ekstraktów z lawendy i szałwii lekarskiej, wykazuje działanie regenerujące, łagodzące i osłonowe. Skwalan i olej z pestek winogron, alantoina, panthenol i mleczan sodu zapewniają odpowiednie nawilżenie i przeciwdziałają podrażnieniom. Optymalne stężenie kwasu mlekowego pozwala utrzymać równowagę naturalnej mikroflory bakteryjnej, zapewniając uczucie czystości i komfortu. Również bardzo polecam do codziennego stosowania.
Wszystkie nowości Biolaven znajdziecie na stronie Sylveco.
A ja pozostawiam Was z częścią zdjęć z sesji produktowej marki!
A dokładniej kod rabatowy do sklepu Edinos.pl o wartości 50 zł – edinos50
Bon jest będzie ważny dla pierwszych 20 osób – warto się więc spieszyć! Po wpisaniu kodu na stronie: https://www.edinos.pl/rabat kwota zakupów zostanie automatycznie pomniejszona o 50 zł. Minimalna wartość zamówienia 499 zł.
Dobra, idziemy dalej!
Szykuje się nam mały remont… Długo by opowiadać, napiszę tylko, że mamy sporo wilgoci w ścianie i trzeba ją będzie od nowa choćby malować. A ja, jak to ja, już się zastanawiam na jaki kolor!
I tak natknęłam się znowuż na ściany malowane „po swojemu”. Już kiedyś pokazywałam Wam podobne inspiracje, ale ta poniżej, muszę przyznać, skradła moje serce i poważnie rozważam taki zabieg i u nas w domu!
Wiem, że jesień pokazuje nam swe najpiękniejsze oblicze… W moim sercu jednak wciąż tkwi mocno zakorzeniona nostalgia za latem. I doprawdy wciąż nie mogę się odnaleźć w jesieni…
Podsyłam Wam więc kolejną małą dawkę letnich pastelowych obrazków.
Rozmarzmy się wszyscy!
Przenieśmy się na maleńką, króciutką sekundkę do innego świata.
Zmiany! Malutkie, ale jednak – zmiany. Piszę ten tekst zerkając co chwila ku mojej prawej stronie i cieszę się bardzo!
Oj, już dłuższy czas siedziała mi w głowie ta tzw. gallery wall, czy seria obrazków, które wypełniłyby nazbyt białą ścianę. Coraz bardziej też odczuwam w sobie potrzebę koloru. Serce moje zdobywają kolorowe, puchate poduchy na kanapę. Dobrze, aby miały do czego pasować…
I tak z wybawieniem przyszła mi marka Gallerix! Kiedy tylko dostałam propozycję współpracy i wypełnienia mojej białej ściany plakatami marki, niemal od razu zabrałam się za poszukiwanie tych najlepszych.
Nie było to łatwe, bo jest ich tam cała masa naprawdę pięknych. Aby sobie dopomóc, określiłam kilka kryteriów poszukiwań:
kolorystyka – od razu wiedziałam, że musi nawiązywać do delikatnych beży z odrobiną różu, chciałam jednak dodać także kolory i akcenty morskie
tematyka – zależało mi na tym, aby moje plakaty miały kojący, ciepły, lekko magiczny wydźwięk, aby było morze od góry i trochę elementów graficznych
wielkości – tuż przy mojej gallery wall znajduje się duży obraz, postanowiłam więc postawić na dwie mniejsze wielkości plakatów – 21×30 cm i 30×40 cm
koniecznie chciałam, aby choć jeden plakat miał poziome ustawienie
Tak sobie plakaty czekały na powieszenie…
I w końcu na ścianie!
Na początku kopiowałam wszystkie plakaty, które mi choć troszkę się wpasowały w odrębny folder na komputerze. Dzięki temu miałam wszystkie ułożone obok siebie i znacznie łatwiej szło mi odnajdywanie tej mojej wymarzonej harmonii. Potem dałam sobie trochę czasu i po kolei kasowałam poszczególne obrazki, które nie przetrwały próby. I tak ostatecznie została ich szóstka!
Zamówiłam także ramki ze strony Gallerix i je także muszę Wam polecić. Są bowiem leciutkie! A to dlatego, że nie mają prawdziwej szklanej szybki tylko tzw. szkło akrylowe czyli lekkie pleksi, które sprawia, że cały plakat łatwo powiesić, a przy tym pięknie wygląda. Różnica jest spora – jedna z tych ramek, które widzicie jest moja, wyciągnięta z szafy i ma prawdziwe szkło. Jest sporo cięższa i o wiele trudniej się ją obsługuje.
W końcu doczekałam się mojej plakatowej przesyłki. Chwilkę szła, bo plakaty zostały drukowane na moje zamówienie w Szwecji. Ale najważniejsze, że wszystko doszło i wszystko było dokładnie takie, jak miało być. Pozostało mi więc rozrysowanie planu rozmieszczenia plakatów, który podesłałam mojemu drogiemu mężowi. Ten zaopatrzył nas w specjalne rzepy do montowania obrazków bez wiercenia, pożyczył od teścia wielką poziomicę i zabrał się za montowanie.
Tak i mam w końcu moją gallery wall. I jest tak kojąca i magiczna, jak miała być! Może to za sprawą jednorożca… 🙂
I jeszcze coś! Coś miłego! Mam dla Was KOD RABATOWY na 30% zniżki na całą kolekcję plakatów Gallerix – lilinatura30. Korzystajcie i cieszcie się nowa odsłoną pustych dotąd ścian!