Po-Weekendowe Cuda no62

Ciekawy, prosty i oryginalny pomysł na dekorację białej ściany (1)! Można stworzyć własne indywidualne kompozycje z kwiatów, liści, gałązek i karteczek wszelakich. Bardzo mi się podoba! (z SMP Living, zdjęcia: Bryce Covey Photography)
Ceramiczne, białe, urocze… deski do krojenia (2)! Poproszę! Z White Loft.
Zimowy pomysł na kwiaty do butonierki (3). Choć jak dla mnie idealnie nadają się te bukieciki do przyozdobienia domu 🙂
W Creature Comforts, w jednym z ostatnich postów, znajdziecie całą cudowną kolekcję geometrycznych papierków do ściągnięcia i wydrukowania (4)! I do użytku wszelakiego! Autorka Ez proponuje, aby wykorzystać je jako np. wkładki do kopert lub na opakowania dla mydełek. Cudne!
Cóż za fantastyczny kalendarz księżycowy (5). Idealnie wyglądałby wpakowany w ramki i powieszony jako obraz!
Coś w sam raz dla mnie! Bo ja zawsze wodziłam palcem mapie, po wyspach dalekich i wyobrażałam sobie jak tam jest! Najnowsza pozycja wydawnictwa Dwie Siostry – Atlas Wysp Odległych,

Judith Schalansky (6), koniecznie kiedyś zagości na mojej półce!

Co się je w styczniu? Free People co miesiąc podpowiada, co sezon nam serwuje (7)! Przegląd styczniowy w linku! A jaki ładny…
Bardzo bardzo bardzo podobają mi się opakowania kosmetyków Library of Flowers (8)! Jestem wręcz całkowicie nimi zauroczona! A ten krem perfumowany bardzo mnie intryguje. Chyba spróbuję coś podobnego zrobić!
Z taką torbą podróżną (9) chciałabym raz jeszcze pojechać na chwilę do Barcelony. A potem na weekend do Paryża, Rzymu, na Majorkę i gdzie tam jeszcze Ryanair lata! Jest idealna! Ładna i praktyczna. Z Decobazaar.
Świece jako stylowa ozdoba domu (10). Najbardziej podoba mi się ta pierwsza, z ptaszkiem. Cudna! Tylko czy ja bym ją zapaliła? Chyba było by mi szkoda… 
PS To oczywiście nie jest prawdziwa skorupa żółwia 🙂

Małe ogłoszenie! Opanowałam trochę chaos postowy w Lili i stworzyłam osobną stronę – Lili Przewodnik po Kosmetyce Naturalnej! Jeszcze ją dopracuję, bo chyba coś
niecoś poumykało… ale już zapraszam – TUTAJ!!

http://www.lilinaturalna.com/p/przewodnik-po-kosmetyce-naturalnej.html
Cudownego tygodnia!!!

Wytrawne różyczki serowe na zimowym chutneyu jagodowym

Mam dzisiaj dla Was prosty, szybki, a oryginalny i zaskakujący pomysł na uroczą i przepyszną przystawkę! W Lili będzie zatem kulinarnie. I smakowicie. Z tak częstym w naszym domu motywem róży! Posiadanie córeczki o takim imieniu zobowiązuje! Dzisiaj zrobimy wytrawne różyczki serowe na zimowym chutneyu jagodowym!
Mój pomysł na serowe różyczki bardzo polecam nie tylko jako ciekawą przystawkę. Jestem pewna, że idealnie sprawdzą się jako romantyczne śniadanko, albo przekąska na przyjęciu. Co ważne, robi się je naprawdę szybko. Do serków chciałam dodać coś, co wzmocni ich smak. Moim pierwszym pomysłem był chutney cebulowy mojego męża. Jest pyszny, ale jak tyko otworzyłam lodówkę, mój wzrok spoczął na dżemie jagodowym. I tak powstała wersja zimowa owocowego sosu! Smakuje bosko!

Do wykonania wytrawnych różyczek serowych (7-8 sztuk) na zimowym chutneyu jagodowym przygotujcie:

Różyczki serowe:

  • 3 kostki białego półtłustego twarogu (3x250g)
  • 3 jajka
  • sól i pieprz do smaku
  • łyżeczkę czarnuszki
  • łyżeczkę suszonej bazylii
  • foremkę silikonową różyczkową

Zimowy chutney jagodowy:

  • pół szklanki dżemu jagodowego
  • pół niewielkiej cebuli
  • 3 łyżki octu balsamicznego
  • 4 łyżki wody
  • pół łyżeczki gałki muszkatołowej
  • pół łyżeczki cynamonu
  • szczyptę soli i pieprzu

Zaczynamy od przygotowania serków. W dużej misce miksujemy biały ser z jajkami i przyprawami, do uzyskania jednolitej konsystencji. Masę przekładamy do foremek. Przy każdej różyczce zaczynamy od przełożenia łyżeczki masy i dokładnego wypełnienia kwiatowych zagłębień. Następnie dopełniamy je serem. Na koniec wygładzamy z wierzchu szpatułką. Serki wkładamy do piekarnika nagrzanego na 180 stopni na 20 minut. Następnie obniżamy temperaturę do 100 stopni i pozostawiamy jeszcze na 10 minut. Po tym czasie wyciągamy je i odkładamy na kwadrans do wystygnięcia. Serki wyjmujemy delikatnie, najpierw odginając ścianki foremki, a następnie przekładając ją na drugą stronę i lekko naciskając czubek różyczek. Serki powinny jeszcze postać kilka minut do wyschnięcia. Zjadamy je od razu 🙂
W między czasie zabieramy się za chutney. Cebulę kroimy na kosteczkę. W niewielkim garnku na małym ogniu gotujemy wszystkie składniki, często mieszając, przez ok. 20-25 minut. Sosik powinien zgęstnieć. Uwaga, może przypalić, dlatego pamiętamy o mieszaniu i ewentualnie dolewamy odrobinkę wody. Chutney przekładamy do miseczki i podajemy z serkami.
Smacznego!

W roli głównej: Make Me BIO Krem Anti-aging night

Dzisiaj zaprezentuje się Wam gwiazda dopiero wschodząca. Rokująca dobrze, jak cała malutka jeszcze marka. Ale za to już jasno błyszcząca! Przed Wami w roli głównej Krem Anti-aging night Make Me BIO.


Słoiczek, jakby z małej spiżarki. Z jutowym sznurkiem. Niewielki, z ciemnego szkła, z uroczą etykietą po której spodziewamy się napisu „dżem jagodowy”. Ale nic z tych rzeczy. Słoiczek ten bowiem skrywa zgoła inną zawartość. Również odżywczą, ale dla naszej skóry. Muszę przyznać duży punkt za opakowanie i estetykę. I za pojemność! Rzadko spotyka się aż 60ml kremu. Starcza więc na znacznie dłużej niż inne mazidełka.
Make Me BIO to jedna z nowych małych naturalnych manufaktur. W iście zachodnim stylu. Lubię śledzić i produkty i pomysły na identyfikację wizualną tych amerykańskich. Ta w niczym im nie ustępuje i już z całych sił trzymam za nią kciuki. I cieszę się, że i w naszym kraju można coraz więcej podobnych perełek wyłowić. W ofercie posiadają jeszcze inne kremiki, szampony, delikatne peelingi do twarzy, coś niecoś dla maluszków, mydła i genialnie opakowane pomadki do ust. Czyli całkiem sporo jak na początek. W cenach nie wygórowanych, jak na tą jakość i skład produktów. Podobają mi się też nazwy niektórych kremów, np. Featherlight, Garden Roses, Beautiful Face czy Orange energy.
Osobiście bardzo polubiłam nocny krem anti-aging. Niech Was jednak nazwa nie myli. Krem ma dużo antyutleniaczy, niwelujących procesy starzenia się skóry, ale doskonale nadaje się także do pielęgnowania cer młodych. Sprawdzi się świetnie w przypadku każdej wymagającej i przesuszonej skóry. Moja, prawie 30-letnia, chłonie go z największą przyjemnością.
Jest dosyć ciężki i gęsty. Co uważam za zaletę. Długo się wchłania. Pozostaje na buzi o kilka chwil dłużej niż inne preparaty. Mam jednak wrażenie, że w ten sposób tworzy swoisty kojący i nawilżający plaster. W okresach jesienno-zimowych, kiedy ogrzewanie w blokach jest intensywne i w powietrzu brakuje wilgoci, moja cera cierpi bardzo. Wysusza się migiem. Krem zapewnia jej ochronę i dużą dawkę nawilżenia. Co ważne, kiedy już się wchłonie, nie pozostawia tłustej warstwy. Skóra jest od razu elastyczna i miękka.
Podoba mi się bardzo zapach kremu. Delikatny, lekko słodki. Bardzo kobiecy. Skład również przyzwoity i naturalny. Osobiście wolę jak w kremach wodę zastępuje się hydrolatami. Tutaj tego nie mamy. A głównym natłuszczaczem jest olej słonecznikowy – bezpieczny, ale służący za pewne wypełnienie… W dalszej kolejności mamy jednak to, co czyni krem „odmładzającym”. Znajdziemy tu bowiem i olej arganowy i ekstrakt z zielonej herbaty, marakui i śliwki, olejek makadamia, oliwę, masło shea, olej awokado, z kiełków pszenicy, kokosowy i z wiesiołka oraz ekstrakt z gotu koli vel Centella asiatica vel wąkroty azjatyckiej (jak kto lubi). Czyli dużo, dużo dobra.
Polecam krem, jako bardzo uniwersalny i poprawiający kondycję przesuszonej skóry nawilżacz. Zwłaszcza teraz, zimą. Zwłaszcza przy centralnym ogrzewaniu i klimatyzacji. Zwłaszcza, jeśli potrzebujecie wybić nieco wolnych rodników 🙂
Kremik z Make Me BIO.

Co robię kiedy nic nie robię

Czasami… Nie za często… Nie za rzadko… Mam taki czas tylko dla siebie. Kiedy postanawiam nie myśleć o niczym ważnym. Kiedy (obowiązkowo) nie ma ani dziecka, ani męża. Ostatecznie pies może pozostać. Kiedy nie sprzątam, bo jest wystarczająco czysto. Kiedy nie załatwiam miliona „ważnych” spraw w internecie. Kiedy nie gotuję, nie wychowuję, nie uczę się, nie planuję, nie myślę ze strachem o przyszłości, nie panikuję, że jakiś idiota pijany zabierze mi rodzinę, nie latam po mieście, nie spotykam się z nikim, nie ćwiczę, nie wysyłam niecierpiących zwłoki maili… Wtedy to mam czas tylko dla siebie. I choć są to zazwyczaj dosłownie dwie godzinki, postanawiam wtedy nie robić nic! A w zasadzie nic z powyższych. Bo robię wtedy same przyjemne rzeczy!

Co zatem robię, kiedy nic nie robię? Oto moja lista czaso-umilaczy!

Najważniejsze – przeobrażam się w potwora domowego! Ubieram wygodną piżamkę, sięgam po ulubione ciepłe kapcie. Grunt to wygoda! Poza tym miękkie i miłe w dotyku materiały pomagają się zrelaksować. Tworzą wizualne i dotykowe ciepło. Wiecie o co chodzi? W moim mieszkaniu jest dużo koców i różnorakich kolorowych jaśków. Pomagają wytworzyć atmosferę przytulności. Specyficzny domowy klimat. W połączeniu z przytłumionym nastrojowym światłem i zapachem gorącej kawy, sprawiają, że człowiek nie ma ochoty nigdzie wychodzić. Zostałby i otulił się kocykiem. I cieszył się spokojem.

No tak… bez czegoś dobrego się nie obejdzie! I obowiązkowo – słodkiego! Jak umilamy sobie czas to na całego! Wybieram się wtedy do pobliskiej osiedlowej piekarni po, na przykład, makaroniki. Kiedy wolę coś zdrowszego sięgam po daktyle. Mało co potrafi tak mocno i szybko zasłodzić! Niekiedy sama coś upiekę. Choć wtedy istnieje prawdopodobieństwo, ze za dużo i za szybko to spałaszuję… Aby więc zaspokoić głód słodyczy najlepiej chwycić dosłownie dwa daktyle i po sprawie!
A moje kąpielowe serniczki z wczoraj (TUTAJ) są tu po to, aby zaznaczyć, że jeśli czas dla siebie mam wieczorkiem – biorę wtedy słodką kąpiel!

Do tego dobra kawka… Przyznam bez bicia, że najbardziej smakuje mi taka zwykła, rozpuszczalna. I koniecznie w ładnym kubku. Kawa pita z brzydkiego to już nie ta sama kawa. A jeśli nie kawa, to herbata z sokiem malinowym. A jeśli nie taka, to zielona, ale aromatyzowana np. pomarańczą. A jeśli znowuż nie taka, to owocowa. Szkoda, że skończyły mi się moje własne mieszanki herbaciane… Pamiętacie jeszcze X-mas Tea (TUTAJ). Te stanowczo były najlepsze!

Jak się rozpieszczamy to dokładnie! Czyli ciałko też. Jest to odpowiednia chwila dla wszelkiej maści balsamów i maseczek. W domu w różnych miejscach mam porozstawiane kremy do rąk, po które sięgam kilka razy na dzień. W tym momencie królują te z Olivaloe i Naturligtvis. Zanim się położę pod kocykiem nasmaruję nogi i brzuszek balsamami Sylveco lub Pure Fiji. Chwytam moje ulubione narzędzie tortur – wałek wieloigłowy dr Lyapko i czytając coś, przejeżdżam nim lekko po twarzy i szyi. Trochę ujędrnienia od niechcenia nie zaszkodzi!

Podczas relaksowania się bardzo ważny jest dla mnie zapach. Pomaga on ukoić zmysły, uspokaja lub przeciwnie – dodaje pozytywnej energii. Poza tym ładne aromaty zawsze wyzwalają na mojej twarzy uśmiech! Cenię sobie aromaterapię za jej wpływ na nasze organizmy. Za niemal magiczną moc. Często sama sobie komponuję zapachy. Niedawno jednak w moje ręce wpadły te tutaj kompozycje naturalnych olejków Taoasis, w których się całkowicie zakochałam. Już je Wam pokazywałam – wanilia i grejpfrut z pomarańczą w śnieżynkach mydlanych (TUTAJ), a kakao, z wanilią i mandarynką w musujących babeczkach Winter Wonderland (TUTAJ). Najlepiej stosować je w kominkach zapachowych. Wtedy pięknie pachnie w całym pomieszczeniu. Ja jednak daję sobie kropelkę na bluzkę, blisko dekoltu. Dzięki temu zapach mnie otula i nastraja optymistycznie.

Czy jest coś bardziej kobiecego i jednocześnie relaksującego od malowania paznokci! Lakierów mam całą masę. Kilka ulubionych, reszta jako chwilowe zachcianki. Poważnie zastanawiam się nad przemyśleniem tematu lakierowej koloroterapii! Bo co sprawia, że w ten akurat dzień, mamy ochotę na akurat ten kolor? I nie chodzi mi tu o milion odcieni czerwieni, ale całą tęczę barw. Stanowczo muszę to zgłębić!

Uwielbiam oglądać książki kucharskie! Traktuję je jako ogromne skarbnice pomysłów! Bo w kuchni przepisy są dla mnie raczej inspiracją 🙂 Wolę wymyślać własne proporcje i zawsze dodaję coś od siebie. Szczypta zachęty w postaci pięknego wydania takich książek z pewnością nie zaszkodzi. Mój najnowszy skarb to lidlowa książka Pascala i Okrasy. Jedna z piękniejszych jakie widziałam. Można ją oglądać i oglądać w kółko. A i przepisy ciekawe i proste. Macie może?

Ostatnio często sięgam po Elle. Mam wrażenie, że zagłębiam się w zupełnie inny, trochę abstrakcyjny jednak dla mnie świat. Najbardziej lubię historie wielkich projektantów. Jak to dzięki pasji i ciężkiej pracy udało im się zdobyć modowe szczyty.

Przyznaję się. Jestem jedną z tych zwariowanych wariatek beznadziejnie zakochanych w Jane Austen. Dumę i uprzedzenie przeczytałam już tyle razy, że… nie pamiętam ile… Wyznaję też jedyną słuszną wersję ekranizacji – 6-odcinkowy mini serial BBC z Colinem Firthem w roli Pana Darcy’ego. Ech… ideał 🙂 No dobra… mój mąż też coś z Pana Darcy’ego ma! Choć muszę przyznać, że po trzecim oglądnięciu najnowszego filmu z Keirą Knightley powoli zaczynam się do tych nowych czasów przekonywać. Po Dumę i uprzedzenie sięgam i kiedy mi smutno i kiedy mi dobrze. Zawsze się obroni, zawsze zaciekawi i zawsze się zakocham. Jeden odcinek serialu lub jeden rozdział doskonale się sprawdzą podczas tych moich wolych chwil.

A jeśli nie klasyka, to coś kobiecego i lekkiego. Niedawno właścicielka BliskoNatury.pl poleciła mi książki Sarah Jio. Ponieważ w Znaku w promocji kosztują całe 7,50zł, zakupiłam od razu trzy i teraz pochłaniam jedną za drugą. Została mi już ostatnia. Dwie poprzednie popożyczałam po koleżankach i mamach. Nie ma tu nic wielkiego, nic skomplikowanego. Są zawsze dwie kobiety. Jedna teraz, druga niegdyś, na początku zeszłego wieku. Jest tajemnica, miłość i tragedia. A wciągają skubane… Końcówki to się już pożera po prostu 🙂 Polecam!

Czasem też zamykam się w moim własnym światku. Sięgam po moje wielkie pudło ze skarbami, niekiedy po jeszcze większą skrzynię z kolejnymi skarbami, po słoiczki ze wstążkami i taśmami lub po farbki. I tak sobie kombinuję. Coś tam sobie tworzę, coś próbuję. Jak wyjdzie to może na blogu pokażę. Jak nie wyjdzie, to trudno. Jak nie wiem, jak coś wykorzystać, to odkładam to na lepsze czasy. Zawsze w końcu pomysł przyjdzie. Czy to po tygodniu czy po kilku miesiącach. Nie ma to jak ręczne robótki!

Dużo czasu, nawet za dużo, spędzam przy komputerze. Kiedy mam te moje wolne chwile, staram się nawet do niego nie zasiadać. Bo jak już usiądę, jak włączę internet, to nagle dwie godziny mijają w minutę. I nie chodzi mi tu o żadne bardzo ważne sprawy. Buszuję sobie po prostu po amerykańskich (głównie) blogach. Przeskakuję z jednego na drugi. Łapię pomysły i pozytywne podejście do życia niczym powietrze. Z całych sił. Pełną piersią. Inspiruję się, motywuję, uczę. Mam wrażenie, że niektóre blogerki już dobrze znam. Jakbyśmy mieszkały koło siebie. Inne dopiero poznaję. Innymi się zachwycam. A czas biegnie jak szalony.

A potem wraca codzienność. Wraz z dziecięciem i mężem. Wraz ze zlewem pełnym brudnych naczyń i podłogą do poodkurzania. Wraz z mailem do odpisania i kolejną ważną sprawą do załatwienia. Ale to nic! Niedługo znowu sobie te dwie godzinki wygospodaruję!

Jakie są Wasze patenty na nic-nie-robienie? Co lubicie? Może i ja si na coś przerzucę? Co polecacie?

Wykwintne Serniczki Kąpielowe

Dopada Was czasem ochota na coś słodkiego, rozpływającego się w ustach i jednocześnie lekkiego? Mnie ostatnio dopadła. Ale zamiast wyskoczyć do pobliskiej cukierni, wykorzystałam ją nieco bardziej kreatywnie. I stanowczo lepiej dla mojej figury!
Zrobimy tym razem bowiem smakowite Wykwintne Serniczki Kąpielowe
 Idealne! O lekkiej miękkiej konsystencji sernika. Wypełnione po brzegi odżywczym kozim mlekiem, pielęgnacyjnym masełkiem shea i wygładzającym olejem babassu. Pachnące słodkim i kuszącym serniczkiem truskawkowym. A do tego elegancko przyozdobione uroczymi mydełkami – kameami o takim samym zapachu. Dzięki temu, kiedy nasze babeczki rozpuszczą się już w wannie z ciepłą wodą, uwalniając swe dobroczynne składniki, mamy od razu czym się umyć! No i oczywiście nadają one serniczkom delikatności galaretkowej polewy.
Oj, to chyba jeden z najlepszych moich przepisów! I uwaga – zapach naprawdę sprawia, że chciałoby się je zjeść!

Do wykonania Wykwintnych Serniczków Kąpielowych przygotujcie:
Na kamee:

  • bazę mydlaną białą (moja z EcoFlores)
  • bazę mydlaną glicerynową (jak wyżej)
  • barwnik czerwony (z ZielonyKlub)
  • olejek zapachowy kosmetyczny serniczek truskawkowy (ZielonyKlub)
  • foremki silikonowe (Beads)

Na 4 serniczki

  • 1 łyżkę masła shea rafinowanego (BliskoNatury)
  • 1 łyżkę oleju babassu (BliskoNatury)
  • 1/2 łyżki oleju ze słodkich migdałów (BliskoNatury)
  • 1/3 łyżki bielonego wosku pszczelego (BliskoNatury)
  • 5 łyżek koziego mleka w proszku (ZielonyKlub)
  • 20 kropelek olejku zapachowego serniczek truskawkowy (ZielonyKlub)
  • papilotki na pralinki czekoladowe (w hipermarketach)

Zaczynamy od przygotowania mydełek. W miseczce rozpuszczamy odrobinkę bazy mydlanej białej – w mikrofali lub w kąpieli wodnej, nie dopuszczając do wrzenia. Potrwa to dosłownie chwileczkę. Do powstałego płynu wlewamy 1-2 kropelki barwniku czerwonego i całość szybko mieszamy. Bazę wylewamy sprawnymi ruchami na dno foremek w kształcie kamei. Ma pokryć jedynie twarze, co pozwoli uzyskać nam ciekawy efekt. Jeśli mydełko w miseczce za szybko zastygnie, podgrzewamy je chwileczkę.
W osobnej miseczce roztapiamy nieco więcej bazy glicerynowej. Tak samo jak powyżej. Do płynnej dodajemy kilka kropelek olejku zapachowego, całość mieszamy i ponownie sprawnym ruchem zalewamy nasze kamee. Ważne, aby postarać się zalać je dokładnie do linii foremki. Jeśli jednak się nieco przeleje, z łatwością możemy je wyrównać nożykiem, jak już mydełka stwardnieją. A twardnieją doprawdy w 5 minut. Gotowe wyciągamy z foremek i odkładamy na chwilę na bok.
Aby przygotować serniczki, roztapiamy w miseczce w kąpieli wodnej lub mikrofali wosk pszczeli, masło shea i olej babassu (który ma stałą formę masła). Co chwile mieszamy. Kiedy staną się płynne, ściągamy je z ognia, dolewamy do nich olej i olejek zapachowy, a następnie wsypujemy kozie mleko, cały czas mieszając. Staramy się to robić na tyle intensywnie, aby nie pozostały nam żadne grudki. Gotową masę przelewamy do podwójnych papilotek. Na wierzch każdej babeczki kładziemy kameę. Serniczki odkładamy w spokojne miejsce na godzinę. W temperaturze pokojowej powinny mieć stałą formę, ale pod naciskiem będziemy wyczuwać, że są delikatnie miękkie. Jak sernik!
Serniczki, jeden lub dwa, wrzucamy do wanny z ciepłą wodą. Po chwili masełka zaczną się topić, a kozie mleko rozpuszczać. W łazience uniesie się słodki serniczkowy zapach. Mydełko wystarczy w sam raz na umycie całego ciała. Po takiej kąpieli nie będziecie już musieli nawilżać skóry balsamem. Będzie cudownie odżywiona i wypoczęta! Mmmm….

http://www.lilinaturalna.com/p/lili-przepisy.html

Po-Weekendowe Cuda no61

Cudowny pomysł na ładniejszą wersję tradycyjnej tablicy korkowe. Przyznam, że poważnie zastanawiam się nad jego wykorzystaniem, bo nad biurkiem wisi mi taka standardowa, prostokątna. Może przyjemniej będzie się takimi chmurkami otoczyć? Z Paper & Stitch (1).
A jak już zrobię tablicę, to zabiorę się za podkładki gwiezdne (2)! Z Almost Makes Perfect.
Za każdym razem podziwiam pomysły twórców Pan Tu Nie Stał za nowe PRL-owskie gadżety. Tym razem uwagę zwróciłam na świetne magnesy (3)! Zabawne i z przesłaniem…
Jedne z najpiękniejszych mobili jakie widziałam! I wcale, ale to wcale nie tylko dla dzieci! Tworzy je Loflov (4). Chyba kiedyś pokuszę się na zrobienie mojej wersji, zupełnie innej. Pomysł już w głowie od dawna kiełkuje!
Kolejne cudo nad cudami, które z pewnością przygarnęłabym sama! Prześliczne myszki z Felting Dreams by Johana Molina (5)! Róża pewnie porwałaby je do zabawy, ale ja umieściłabym sobie jedną nad biurkiem. Tak o… żeby sobie stała!
I znowuż do zrobienia – kuchenne wieszaczki pełniące rolę ozdoby kuchni z DESIGN LOVE FEST (6) oraz ekspresowe kolorowe kamienie z Love From Ginger (7).
Od jakiegoś czasu przymierzam się także do własnego zegara. Mam na razie tylko mechanizm. Brakuje pomysłu, który pasowałby mi do mieszkania. Tymczasem podrzucam Wam dwa genialne – zegar jako pasmo gór z SAY YES TO HOBOKEN (zrobiony przez The Merrythought) (8) oraz zegar jako księżyc z BAMBULA (9).
Na koniec moja najładniejsza weekendowo-wyprzedażowa zdobycz – błyskotkowy naszyjnik za całe 7,50zł (9)! To znaczy zakupiony jako druga rzecz za 50% ceny. No ale 15 zł to też tanio :):):) Z Medicine / stacjonarnie.

Polecam Wam Kochani ciekawy filmik, który niedawno podrzuciła mi siostra. Dokładniej to prezentację Amy Webb, która w zabawny sposób pokazuje, jak złamała kod portali randkowych. Wychodzi na to, że miłość można sobie obliczyć 🙂

Facebook