Zauroczona: STILL oraz kolejne losowanie Świątecznego Konkursu

Kochani, Święta co prawda dawno już za nami, ale w Lili pojawi się właśnie jeszcze jeden świąteczny akcent. Pamiętacie nasz Wielki Lili Konkurs? Tak, tak – właśnie TEN. Ten w którym do wygrania były aż 83 cudowne nagrody! Zgodnie z regulaminem, na zgłoszenia się zwycięzców z adresami do wysyłki czekałam do 3 stycznia. Niestety nie wszyscy po swoje nagrody się zgłosili. Poprosiłam więc sponsorów o zdecydowanie o losie tych zestawów, które nie doczekały się ciepłego nowego domku. Część z nich postanowiliśmy wylosować ponownie – wyniki losowania numer 2 poniżej. Nagrody od Orientany, Rosie Green i Pure Fiji przekazane zostały na następne konkursy. Już dzisiaj zapraszam na profil Lili na Facebooku – ruszamy z konkursem, w którym do wygrania będą zestawy marki Orientana!
 Szczęście  tym razem uśmiechnęło się do…

  1. sarinacosmetics
    – Sylveco Zestawów brzozowy Sylveco z balsamem z betuliną 
  2. fabryka pomponika – ItalBioEco
    Zestaw kosmetyków Anthyllis: Płyn pod prysznic z kardamonem i żeń szeniem
    oraz Szampon do częstego mycia włosów
  3. Tajnashii
    eko-świat i nie tylko
    – Bon rabatowy o wartości 70zł do
    wykorzystania w sklepie Kreta24.pl
  4. anies2@
    – Biofficina Toscana Zestaw do pielęgnacji włosów: delikatny szampon +
    aktywna odżywka
  5. pink.grincz
    – Biofficina Toscana Zestaw dla panów: żel do golenia +
    antyoksydacyjny krem po goleniu
  6. Alexzus
    Avebio Zestaw BIO Serum Regeneracyjne + Olejek Awokado 50ml
Proszę o adresy do wysyłki na lilinatura@lilinatura.pl (w przypadku nagrody z ItalBioEco o namiar na najbliższy paczkomat z numerem telefonu, w przypadku Avebio także o numer telefonu dla kuriera, a zwycięzcę bonu do Kreta24 po prostu proszę o e-mail). Na adresy ponownie czekamy 10 dni – do 20 stycznia 2014.
Raz jeszcze zapraszam na Facebooka – dzisiaj ruszamy z konkursem Orientany, na początku tygodnia z Rosie Green.

I oczywiście koniecznie wpadnijcie na aktualny KONKURS ZIMOWY!!

Zmieniając temat… Dawno nie było posta z serii „zauroczona”. Za dużo świątecznie się działo, aby podglądać innych. Wracam jednak z czymś cudownym, co oczywiście zauroczyło mnie całkowicie!
Są to niesamowite zdjęcia Mary Jo Hoffman, która na sowim blogu STILL publikuje jedno dziennie. Przedstawiają one to, co naturalne. To, co akurat znalazła niedaleko swojego domu w Stanach. Zakochałam się w nich całkowicie i wprost marzę, aby kiedyś nauczyć się robić podobne. Zachwyca mnie ich czystość, pomysłowość, kompozycja, przesłanie. Autorka umożliwia wykorzystanie zdjęć do nadruków np. na poduszki czy serwetki. Musicie przyznać, że to jedne z ładniejszych!

Zdjęcia Mary Jo Hoffman STILL

Podróże Kosmetyczne: Monoï – kwiatowo-kokosowa eksplozja z Tahiti

Podróżujemy ostatnio w Lili dużo! I dobrze. Nawet jeśli palcem po mapie albo z nosem w balsamie do ciała. Wczoraj zabrałam Was na Lazurowe Wybrzeże (TUTAJ), pora więc na wędrówkę dalszą. Na drugi koniec świata! W regiony bliższe naszej niedawnej wycieczce na Fidżi (TUTAJ). Dzisiaj odwiedzimy bowiem Polinezję Francuską, a dokładnie Tahiti! Jeśli nie do końca kojarzycie, to podpowiem, że to na Pacyfiku, w Oceanii. A tam… zakochamy się w oleju monoï!
Nie mogę sobie tej Polinezji z głowy wyrzucić. Już dawno sobie ją upatrzyłam. Już dawno archipelag Tuamotu stał się jednym z podróżniczych marzeń. Tuż koło niego, dawno temu, wyrosła sobie wraz z wulkanem największa wyspa regionu – Tahiti. Imponująca, górzysta, podzielona na dwie części – Wielką i Małą Tahiti. Otoczona rafami koralowymi, z najwyższą kulminacją – wulkanem Mont Orohena.
Porastają ją gęste lasy zwrotnikowe. Co rusz napotyka się na wysokie rześkie wodospady, wąwozy, ostre wzniesienia. Krajobraz doprawdy bajkowy. Ponoć pierwsi osadnicy, rdzenni Polinezyjczycy, dotarli tutaj po raz pierwszy około 300 roku. Pozostali na dobre. Ich spokój zakłócił dopiero w 1606 roku statek hiszpański, który przepłynął niedaleko, ale się nie zatrzymał. Wyobraźcie sobie, jak musieli być zdziwieni! Europejczycy postawili pierwszy krok na Tahiti dopiero w 1767 roku. Byli to Anglicy. Rok później zawitali tam Francuzi, którzy opisali ją jako istny raj, zamieszkały przez przyjaznych, prostych ludzi.
Coraz częstsze wizyty „cywilizowanych” statków przyniosły mieszkańcom zgubę. Po raz pierwszy mieli kontakt z chorobami, w tym wenerycznymi, alkoholem i ludzką podłością. Przez liczne epidemie w ciągu 20 lat ich populacja zmalała z ok. 200 tys. do 16 tys. Raj zmienił swoje oblicze.
Dzisiaj Tahiti jest częścią zamorskich terytoriów francuskich. Rdzenni mieszkańcy stanowią tu cały czas na szczęście większość. Do nich dołączyli Chińczycy i Francuzi. Utrzymują się z rybołówstwa, połowu pereł, uprawy kokosów, bananów, cytrusów i ananasów oraz z turystyki. Bo wyspa przyciąga!
Nie byłam na Tahiti, ale mam jej część tuż koło siebie! Musicie bowiem wiedzieć, że całkowicie i bez pamięci zakochałam się w oleju monoï!  
Długo zastanawiałam się na co go przerobić. Może jakieś babeczki do ciała, może coś do kąpieli? Ale nie! No po prostu – nie! Ten olej jest idealny sam w sobie. Nie potrzebuje żadnych dodatków, zmiany formy czy konsystencji. A już na pewno nie zmiany zapachu.
A pachnie niebiańsko! Sama nie wiem jak Wam to dokładnie opisać. Gdzieś spotkałam się ze stwierdzeniem, że ma zapach kokosa znalezionego rano na plaży. Do niego dodano aromat subtelnych kwiatów gardenii tahitańskiej (Gardenia taitensis lub kwiaty tiaré). Całość ma zapach ciepły, tropikalny, całkowicie uwodzący! Nie jest tak słodki i gęsty jak ylang ylang. Raczej lekko orzeźwiający i bardzo kobiecy. Nuty kokosowe wspaniale mieszają się tu z kwiatowymi. Mogłabym go wąchać całymi dniami!

Olej ten powstał z macerowania pąków gardenii w świeżym oleju kokosowym. Sama nazwa monoï w starożytnym tahitańskim języku oznacza po prostu olejek perfumowany. Jest on od wieków stosowanym kosmetykiem na okolicznych wyspach. Ten prawdziwy, oryginalny produkuje się właśnie na Tahiti, choć doszukuje się jego pochodzenia na Nowej Zelandii. 
Olej monoï Tahitańczycy używają od niemowlęctwa, aż po kremację osób zmarłych. Żeglarzom i rybakom  pomaga zabezpieczać skórę przez silnymi wiatrami i wodą morską. Dzieciom łagodzi suchość i podrażnienia. Kobietom nawilża i pielęgnuje cerę. Pomaga uchronić ciało przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych i koi poparzenia. Stosowany jako odżywka lub maska, doskonale dba o włosy. Zapobiega łupieżowi, regeneruje je i odżywia. Sam olej kokosowy ma działanie antyseptyczne, więc pomaga w walce z problemami skóry. Działa dezodorująco i antybakteryjnie.
Jak to olej kokosowy, ma konsystencję stałą, kiedy przechowywany jest w chłodzie. W temperaturze pokojowej jest miękki niczym balsam do ciała. Podgrzany, zamienia się w olejek. Używam go, kiedy chcę zrobić sobie przyjemność. Wmasowuję w ciało zaraz po kąpieli. Nakładam też odrobinę na twarz, czasami,  pod krem. Jeśli leży akurat blisko, służy mi za krem do rak. Niekiedy dam go trochę na końcówki włosów. Kiedy indziej, około łyżeczki, do kąpieli. Jest w pełni uniwersalny jako kosmetyk pielęgnacyjny.
Największą jednak przyjemność sprawia mi jego zapach. To właśnie on oraz świadomość jego pochodzenia, czynią go tak doskonałym!

Mój olej pochodzi z BliskoNatury.pl

PS Kiedy czytałam sobie o Tahiti, napotkałam stare zdjęcia tamtejszych kobiet. Pochodzą z końca XIX i początków XX wieku. Nie mogłam się od nich oderwać. Patrzyłam i zastanawiałam się kim były, jak żyły. Pozują bardzo europejsko. Może taka była wtedy moda. Może były żonami lub kochankami Europejczyków. Czy były szczęśliwe?

Może i Was zaintrygują?

Zdjęcia/Photos: Wikipedia Commons / widoczek z lhs204 / mapa z Pictropical via GraphicMaps.com oraz z Wikipedii /  kwiaty z 1 / 2 / 3

Miejsce: Lazurowe wspomnienia

Zebrało mi się wczoraj wieczorem na wspomnienia. Słoneczne, ciepłe… Wróciłam na kilka godzin do 2008 roku. Muszę więc i Was tam na chwilę ściągnąć! Zapraszam na małą podróż w czasie! 
Wspominałam Wam już, że szykują nam się zmiany. Mąż postanowił się przekwalifikować, opuszcza wojsko. W najbliższym czasie czeka go intensywne poszukiwanie nowej pracy. Już pierwsze kroki za nim. Jesteśmy oczywiście dobrej myśli, ale być może i mi przyjdzie porzucić wszelkie moje prace dorywcze i rozglądnąć się za etatem. Wczoraj już rozpoczęłam przeglądanie kilku stron z ofertami. No… szału nie ma. Nikt nie spodziewał się w zasadzie, że będzie. Natknęliśmy się jednak na pewne doprawdy interesujące ogłoszenie. Na pracę, do której nadajemy się oboje idealnie… I choć zapewne będzie milion ciekawszych zgłoszeń… Cały wieczór poświęciliśmy na bujanie w obłokach, nadmorskich obłokach.
Ogłoszenie bowiem dotyczyło opieki nad domem na Lazurowym Wybrzeżu, dla małżeństwa. Ech… Oboje w tym regionie jesteśmy zakochani. Choć może ja bardziej, bo mąż mój to raczej twardo stąpa po ziemi. To on spędził tam niegdyś bardzo dużo czasu, pracując na jachtach i śpiąc na plaży. Dołączyłam do niego wtedy na chwilę, na wakacje. 
Wierzcie mi, naprawdę ekonomiczne. Spaliśmy wraz ze znajomymi tuż nad morzem, pod gołym niebem, wsłuchując się w szum fal. Rano budziły nas natrętne komary, przed którymi chowaliśmy się w śpiworach. I pierwsi plażowicze, którzy przybywali popływać o poranku. Plecaki mogły tam cały dzień pozostawać w jednym ustronnym miejscu. Nikt ich nigdy nie ruszył. Były bezpieczne, choć bez jakiegokolwiek nadzoru. Niesamowite… Korzystaliśmy z bezpłatnych publicznych łazienek w Monako. Choć i na naszej plaży były toalety i umywalki. Wszędzie też na plażach poustawiane były proste prysznice ze słodką wodą, aby spłukać ze skóry morską sól.
Jedzenie kosztowało nas grosze. Kupowaliśmy w supermarketach za dosłownie 1 euro bagietki i camemberty. Albo sałatki z tuńczyka. Do tego nieco świeżych owoców. Sok pomarańczowy lub woda za kilka centów. Potem szło się z tymi cudownościami nad morze, do portu lub do parku z ławeczkami skrytymi w cieniu kwietnych drzew. To były prawdziwe letnie pikniki.
Zwiedzaliśmy miasteczka leżące wzdłuż wybrzeża tamtejszą kolejką. Zatrzymywaliśmy się tam, gdzie akurat mieliśmy ochotę. Wieczorem wracało się po dniu pełnym wrażeń, spacerkiem wzdłuż morza, zazwyczaj z Monako, wąskim chodniczkiem spacerowym, mijając biegających Francuzów, podziwiając zadbane wille i wszechobecne hibiskusy.
Aby tam dotrzeć, łapie się lot do Mediolanu, a potem pociąg do Monako i francuskich nadmorskich miast. W czasach tanich lotów, bardzo polecam takie studenckie wakacje. Może już nie dla nas, bo dołączyła do naszego życia Róża. Teraz raczej zdecydowalibyśmy się na chociażby hostel, który codziennie mijaliśmy w drodze na plażę, w jednej z pastelowo-żółtych willi, tuż nad morzem. Albo któryś w Cannes czy Nicei.
Jest tam zupełnie inna atmosfera niż na włoskim czy hiszpańskim wybrzeżu. Wszystko wydaje się być bardziej zadbane. Wille tchną luksusem. Miasteczka kuszą wąskimi uliczkami i małymi restauracjami. Wśród tego najbardziej błyszcząca perła – Monako z Monte Carlo. Państwo-miasto jak z bajki, ze stłoczonymi apartamentowcami, kasynami, wspaniałym portem i jeszcze wspanialszym pałacem. To jedno z tych miejsc, w których zamieszkałabym na stałe z przyjemnością! Choć nawet boję się pomyśleć ile to może kosztować… 🙂
No dobrze… to czas wrócić do rzeczywistości i wziąć się do pracy! Dzięki temu postowi czuję jednak, jakbym właśnie wróciła z wakacji!

Konkurs Zimowy!

Wprawdzie zima jakoś przyjść nie chce, a echa Wielkiego Świątecznego Lili Konkursu jeszcze pobrzmiewają, ale ruszamy pełną parą z nowym wspaniałym konkursem! Zimowym Konkursem z lekkim odcieniem retro, który przygotowaliśmy wspólnie ze sklepem Emi-Natural.pl! O umilaniu sobie czasu!

Mamy dla Was cudowne, oczywiście naturalne nagrody. Wygra aż 5 osób, więc szanse macie spore. Ciekawi, co konretnie dla Was przyszykowaliśmy? Oto nagrody!
1 miejsce
2 miejsce
i dwa miejsca trzecie – aby wszyscy byli na podium!
3a miejsce
3b miejsce
oraz….
NAGRODA NIESPODZIANKA
którą to sami możecie sobie wybrać spośród całej oferty sklepu Emi-Natural.pl

Aby wziąć udział w konkursie należy
  • w komentarzu pod tym postem napisać w jaki sposób poprawiacie sobie nastrój zimą?
  • polubić fan page sklepu Emi-Natural.pl na Facebooku (TUTAJ) – jeśli polubiliście jako ktoś inny niż wynika to z komentarza, dajcie nam znać!
  • udostępnić informację o konkursie
    • albo poprzez zamieszczenie na Waszym blogu podlinkowanego konkursowego banerka, 
    • albo poprzez udostępnienie publiczne na Facebooku zdjęcia konkursowego (np. TEGO),
    • (w komentarzu zaznaczcie którą z opcji wybraliście)
  • Jeśli chcecie wziąć udział w losowaniu nagrody niespodzianki, wpiszcie w komentarzu także pełną nazwę kosmetyku z oferty Emi-Natural.pl, który chcielibyście wygrać!
Nie bądźcie anonimami – musimy wiedzieć, kogo wybieramy!
Na Wasze zgłoszenia czekamy do piątku 17 stycznia 2014r. do północy. Spośród wszystkich poprawnych zgłoszeń wybierzemy najciekawsze odpowiedzi, którym przyznamy odpowiednio 1, 2, 3a i 3b miejsce. Spośród pozostałych zgłoszeń wylosujemy osobę, do której powędruje nagroda niespodzianka, czyli kosmetyk wybrany przez zwycięzcę.

Zapraszamy!!!!

Słówko regulaminowe:
  • Organizatorem konkursu jest Lili Naturalna.com i Emi-Natural.pl;
  • Konkurs trwa od 7.01.2014 do 17.01 .2014 do północy;
  • W konkursie biorą udział osoby, które spełnią konkursowe zadania, wymienione powyżej;
  • W konkursie można wziąć udział tylko raz;
  • Wyniki konkursu zostaną ogłoszone na blogu do 21 stycznia 2013;
  • Na zgłoszenia zwycięzców z adresami do wysyłki nagród czekamy do 31.01.2014.
  • Za wysyłkę nagród odpowiedzialny jest sklep Emi-Natural.pl
  • Wysyłka jedynie na terenie Polski;
  • Zastrzegam sobie prawo do zmiany treści posta konkursowego, jednakże nie wpływając tym samym na przebieg i sedno konkursu. 

Po-Weekendowe Cuda no60

Edycja poświąteczna (po Bożym Narodzeniu, Nowym Roku i już prawie po Trzech Królach – sezon świętowania się zrobił długaśny) i znowuż niepełna, bo bez specjalnych poleceń na końcu. W przyszłym tygodniu się poprawię!

Na początek przepiękny pomysł na zdjęcie ogłaszające nadejście nowego roku Justiny Blakeney (1). Jestem nim zachwycona!
Znudziły Wam się zwyczajne czapki? Może czas na małe ich ulepszenie? Z odrobiną błysku! Świetne DIY z Fall For DIY (2).
Lampa sznurowana (3)? Oryginalna! Do białego wnętrza z tchnieniem morskim idealna. Ja ją widzę na małym biało-drewniano-granatowym poddaszu. Zaprojektowana przez Lindsey Adelman dla Roll & Hill.
Jedno z przecudnych zdjęć promocyjnych wina (4)! Klimatyczne i po prostu piękne. Dla barringwood vineyard, art direction mash, zdjęcia john laurie.
Wybuchowo i roślinnie? Co powiecie na taki oryginalny pistolet? Wystrzeli? (5) Zdjęcia Albert Comper.
Jak zapewne wiecie, obchodzimy dzisiaj święto Trzech Króli. Z tej okazji wybraliśmy się na Rynek nasz krakowski zobaczyć paradujący orszak. Tłumy były takie, że nie zobaczyliśmy nic… Szkoda, ale przynajmniej świąteczny spacerek mamy zaliczony. W iście wiosennej aurze. Tymczasem w Hiszpanii święto to ponoć ma szczególne znaczenie. Dzieci dostają prezenty, a tradycyjnym smakołykiem jest taki oto chlebek Trzech Króli – tutaj według La Receta De La Felicidad (6). Wyczytałam, ze wkłada się do niego małą figurkę np. z porcelany i suchą fasolkę. Ten kto natknie się na tą pierwszą będzie miał szczęście i zostaje królem imprezy. Odkrywca fasolki musi zapłacić za swój chlebek. Fajna tradycja 🙂
Genialne wazony pływające (7) – jakby roślinka unosiła się na wodzie i pozostawiała jedynie wodne kręgi! Z oodesign.
Czasami daję się porwać modzie na makaroniki! W sumie to odkąd pamiętam moimi ulubionymi ciasteczkami były kokosanki i makaroniki właśnie, choć w naszej polskiej, nie tak urozmaiconej wersji. Marzy mi się odwiedzenie takiej makaronikowej kawiarni (8)! Zdjęcie Bryce Covey.
Te dwa przecudowne, idealne zeszyciki-dzienniki (9) znalazłam wczoraj w Sinsay. Zauroczyły mnie całkowicie, a że akurat podobnych poszukiwałam, z przyjemnością wydałem to całe 3,99zł/sztuka! Zamierzam spisywać w nich urocze i zabawne powiedzonka Róży, które zapewne śmieszą jedynie mnie, męża mojego i ewentualnie dziadków i ciocię… a których swoją droga jest coraz więcej! Po latach będę się nimi sama rozkoszować z łezką w oku! Już mnie to wzrusza :):):)
 Coś jest w tych pracach takiego, że nie mogłam oderwać od nich wzroku…. (10). Autorstwa ricardogarcia.
 Na koniec… kolejne zauroczenie i marzenie zarazem. RPA! Jakież piękne! Oczami Diany Moss (11).

Miłego tygodnia!!

Rytuał tropikalny z Pure Fiji

Czasem potrzebujemy odpłynąć… Nie ma w tym nic złego, nic zdrożnego. Odrobina przyjemności należy się każdemu. Nieco luksusu, nieco powiewu łagodnej ciepłej bryzy znad oceanu. Ultimate tropical SPA experience – tylko takie wyrażenie rodem z egzotycznych resortów, które niejednokrotnie wirtualnie zwiedzałam, przychodzi mi teraz na myśl. Zapraszam Was na wyjątkową, daleką, słoneczną podróż na Fidżi!
Zastanawiałam się w jaki sposób pokazać Wam kosmetyki marki Pure Fiji. I nie może być inaczej – muszą być potraktowane całościowo. A przynajmniej tych kilka sztuk, które zadomowiły się w mojej łazience. Razem bowiem tworzą uzupełniającą się całość. I dopiero razem potrafią wytworzyć całkowitą atmosferę wyspiarskiego rytuału.
O samej marce już Wam kiedyś pisałam (TUTAJ). Nie będę się więc powtarzać. Powiem tylko, że klimaty wysp pacyficznych są mi szczególnie bliskie i uwielbiam wszystko co jest związane z nimi i ma przełożenie na pielęgnację. Marka zrobiła na mnie duże wrażenie – ze względu na swoją historię, filozofię, pomysł na siebie, całą identyfikację wizualną i oczywiście – same produkty.
Mój rytuał ma zapach passiflory lub, jak kto woli, passion flower. Jest to jeden z tych niesamowicie dziwacznych, a jednocześnie magicznie pięknych tropikalnych kwiatów, które po raz pierwszy zobaczyłam, jak sobie ostatnio ich nazwę wgooglowałam. Jeśli jednak faktycznie pachną tak, jak te kosmetyki, to muszą zniewalać i uwodzić. Zakochałam się w tym zapachu!
W moim skromnym polskim mieszkanku rozgościł się zestaw kosmetyków o tym cudnym zapachu oraz dwa duże produkty – masło do ciała i olejek. Sam zestaw określiłabym raczej jako podróżny. Zawiera niewielkie praktyczne opakowania: szamponu, odżywki, balsamu do ciała, masła, olejku i peelingu. Idealny do zabrania na wakacje lub kiedy pragniemy się dopiero z ofertą marki zapoznać – mamy tutaj cały przekrój! 
Moi dwa najwięksi ulubieńcy to olejek i scrub! W składzie tego pierwszego odnajdziemy jedynie olej kokosowy, olej makadamia, sikeci i dilo, witaminę E i zapach. Niewiele, a całość tworzy cudowną mieszankę. Oleje wchłaniają się bardzo szybko, pozostawiają skórę odżywioną i miękką. To coś dla wielbicieli olejków suchych. 
Tą samą mieszaninę olejową znajdziemy w scrubie zmieszaną z cukrem trzcinowym. To jeden z moich ulubionych peelingów! Tłuściutki, ale nie pozostawia ciężkiej do zmycia warstwy. Bardzo mocny, dobrze ściera, ale skóra nie jest ani podrażniona, ani bolesna. Jest dokładnie w sam raz. Bo te nasze olejki bardzo o nią przy okazji oczyszczania dbają!
  
Nie będę ukrywać, że wśród składników kosmetyków odnalazłam te, które tak do końca w naturalnych produktach znaleźć się nie powinny. Stanowią jednak one całkowitą mniejszość, a stanowczo wygrywa przy nich umieszczana na pierwszych miejscach mieszanina czterech wspomnianych olejów.
Tak jestem nimi zafascynowana, zwłaszcza tymi, o których pierwszy raz słyszałam (dilo i sikeci), że jednak zacytuję Wam coś niecoś o nich! Bo warto wiedzieć!

DZIEWICZY OLEJ KOKOSOWY – KOKOS WŁAŚCIWY 
Olej ten jest uzyskiwany w ciągu kilku godzin od zerwania kokosa, dzięki czemu zachowana zostaje naturalnie wysoka zawartość witamin A, B, C i E oraz przeciwutleniaczy. Olej ma krótki łańcuch molekularny, dzięki czemu jest łatwo przyswajalny i wykorzystywany przez naszą skórę. Olej nie jest tłusty i ma lekką konsystencję.

OLEJ Z ORZECHÓW SIKECI – TUNG MOLUKAŃSKI

Pochodzenie organiczne. Certyfikowany produkt organiczny
Olej przenikający barierę naskórkową, który jest łatwo przyswajalny przez skórę. Szczególnie przydatny w dolegliwościach suchej skóry, łuszczycy i egzemy. Bardzo mocno nawilża i zmiękcza skórę, działa rewitalizujaco i odmładzająco. Bogaty w witaminy A, E i F.

OLEJ DILO – CALOPHYLLUM INOPHYLLUM 

Pochodzenie organiczne. Zbierane z dziko rosnących roślin. 
Znane jako „drzewo tysiąca cnót”, święte drzewo dilo porasta białe piaski dziewiczych wysp Fiji – pobierając niezbędne składniki bezpośrednio z ciepłych wód Pacyfiku bogatych w wartości odżywcze. Znane jest ze swoich niezwykłych właściwości, które wspomagają naturalne procesy regeneracji skóry, łagodzą ból i podrażnienia oraz sprzyjają utrzymywaniu skóry w zdrowiu. Z tego powodu, olej z orzechów drzewa dilo jest tradycyjnie używany przez mieszkańców wysp Pacyfiku jako środek na różne dolegliwości. Przynosi ukojenie, odżywienie i odmłodzenie skórze, która została narażona na: oparzenia słoneczne, zaczerwienienia spowodowane wiatrem, zapalenia, wysuszenie skóry, wysypki, ukąszenia owadów, trądzik, egzemę, łuszczycę, wysypki po depilacji woskiem i podrażnienia po goleniu.
 
OLEJ Z ORZECHÓW MAKADAMIA – MACADAMIA TERNIFOLIA 
Pochodzenie organiczne. Certyfikowany produkt organiczny
Odpowiedni do wszystkich rodzajów skóry. Zawiera najwyższy poziom kwasu oleopalmitynowego spośród wszystkich olejów roślinnych. Jest on zawarty w sebum człowieka, ale jego poziom drastycznie spada wraz ze starzeniem się skóry. Z tego powodu olej z orzechów makadamia jest idealny dla skóry osób starszych. Tonizuje oraz zmiękcza zniszczoną i suchą skórę. Wspomaga gojenie ran. Olej makadamia bardzo szybko wchłania się w skórę.
Warto zauważyć, że w przypadku szamponu do włosów zastosowano składnik myjący Sodium Laureth Sulfoacetate, który jest łagodniejszą alternatywą nielubianych SLS-ów, pochodzącą z orzechów kokosowych i dopuszczoną przez Ecocert. Dzięki niemu szampon dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy, jest łatwy w użyciu, dobrze się pieni i rozprowadza. W połączeniu z odżywką, która przypomina mi nieco miąższ kokosa, a w której ponownie odnajdziemy bogactwo czterech fidżyjskich orzechów, tworzą zgraną całość.
Wolicie balsamy czy masła do pielęgnacji skóry? Sama nie wiem! I ciężko mi się tutaj zdecydować. Masełko jest gęste, wygląda trochę jak lody kokosowe. Pozostawia na ciele ten cudowny zapach i wspaniałą gładkość. Balsam jest znacznie lżejszy, wchłania się ekspresowo. To dobra opcja, jeśli nam się spieszy. Masłem lepiej delektować się wieczorem, po kąpieli. Kiedy skóra potrzebuje specjalnego wytchnienia po ciężkim dniu i porządnego nawilżenia.
Jak wygląda mój tropikalny rytuał?
  • Zaczynam od dobrego przygotowania – zaopatruję się w sok ze świeżych owoców, zamykam się w łazience, wyciągam świecę, zapalam ją, wchodzę do wanny z ciepłą wodą… 
  • Dolewam do niej łyżkę olejku odżywczego. Dzięki temu zapach zaczyna unosić się w powietrzu…
  • Relaksuję się przez chwilę, zamykam oczy i przenoszę się myślami na rajską plażę….
  • Masuję ciało scrubem prosto z Fidżi, powoli, delikatnie, rozkoszując się aromatem i chwilą tylko dla siebie…
  • Spłukuję pozostałości peelingu, myję głowę i wmasowuję kokosową odżywkę…
  • Wychodzę z wanny, lekko osuszam skórę ręcznikiem i nakładam na nią masło do ciała…
  • Pamiętam jeszcze aby zadbać o codzienną pielęgnację twarzy, zawijam się w najmilsza piżamkę, szlafroczek i mykam cichcem do łóżka!
Wiecie co jest najprzyjemniejsze w tych wszystkich kosmetykach Pure Fiji i moim tropikalnym rytuale? Świadomość, że używam produktów, które właśnie na Fidżi powstały, ze składników, które tam zebrano. Od razu robi się w sercu przyjemniej, a przed oczami pojawia się lazur oceanu kontrastujący z niemalże bielą piasku. Ech… rozmarzyłam się….

Więcej o Pure Fiji na stronie marki.

Facebook