Pomyślałam, że wypełnię dzisiaj tę moją Lili kwietniowymi kolorami i pokażę Wam co tam ostatnio u mnie nowego!
No jak to co – wiosna! Cieszy jak chyba nigdy. Choć na zimę nie mogłam narzekać, zła nie była. Ale teraz… och… wszędzie drzewa wybuchają kwiatami. Dom wypełniam nimi także. Nasycam nimi oczy i siebie całą. Córcia moja młodsza zbiera je, gdzie tylko może. I chyba pierwszy raz tak cieszą wycieczki do sklepu ogrodniczego.
A ja… cóż… w planach mam rozkwitać na wiosnę, tak jak te kwiaty. Bo czemu nie!
Ach, jeszcze muszę się pochwalić osłonkami na doniczki z mojego nowego ulubionego sklepu ogrodniczego! 🙂
Ale nie tylko z wiosną do Was dzisiaj przybywam. Chciałabym się bowiem jeszcze pochwalić. Miałam ostatnio trochę szczęścia i wygrałam dwa konkursy! Wierzcie mi – skakałam z radości!
Z tego chyba byłam najbardziej zadowolona! Był to konkurs organizowany przez marki Hagi i Miss Liberte. Zarówno kosmetyki tej pierwszej marki jak i ubrania i bieliznę tej drugiej pokazuję Wam czasem tutaj w Lili. Wygrałam zestaw kosmetyków do pielęgnacji intymnej Hagi i bon do Miss Liberte.
Kosmetyki Hagi troszkę znam, zawsze też zachwycam się opakowaniami. Tej serii jeszcze nie miałam, a już wiem, że ją lubię i bardzo polecam. Delikatne produkty do bardzo wrażliwych miejsc. I oczywiście – z pięknymi etykietami.
Skakałam jednak z radości na myśl o spodniach Miss Liberte z wyjątkowym nadrukiem – kolażem autorstwa Aleksandry Morawiak, którą także od dawna śledzę i podziwiam. Już dawno je widziałam, od razu mi się wtedy spodobały. Zamierzam nosić je cały ciepły sezon! No, czy nie piękne?
Zamówiłam także dwie pary takich ślicznych majtek – też przyznajcie, że urocze! I mega wygodne!
Do teraz skaczę z tej radości!
No bo fajnie tak coś wygrać, nie?
Moje ulubione okoliczne drzewa o tej porze roku! Jako przerywnik, bo….
Bo oto i nagrody z kolejnego konkursu! Tym razem był organizowany przez drogerię Cosibella i markę Everybody London.
Nowa seria produktów do makijażu Everybody London wygląda pięknie, ale niestety zupełnie nie jest naturalna. Nie będę więc tutaj o niej pisać. Bardziej się ucieszyłam z bonu na zakupy do Cosibella!
Wybrałam sobie małe perełki, którymi się już zachwycam (no, jak tu się nie zachwycać?):
Subtelnie brązujący balsam do ciała Marakuja marki Mokosh – troszkę za słabo tę marakuję czuć, ale balsamik bardzo zacny. Pozostawia faktycznie subtelną, ale widoczną opaleniznę, więc polecam porządnie rozsmarowywać. W sam raz na wchodzenie w ciepły sezon i powolne odkrywanie zimowego ciałka!
Pielęgnacyjny krem BB Eeny Meeny – bałam się, że będzie za jasny i za żółty – takie sprawia wrażenie. Ale totalnie wtapia się w skórę i ładnie ją wyrównuje. A przy tym przyjemnie nawilża i pielęgnuje. Krycie ma więc bardzo delikatne, ale o to mi chodziło.
Lekki krem do twarzy i ciała Sun to the people SPF 50 marki Resibo – no dobra, tego jeszcze nie przetestowałam porządnie bo trzymam go na krótki wypad do południowego słońca, na który się niebawem wybieram. Wtedy dam znać jak się sprawdził. Teraz napiszę tylko, że ma idealnie praktyczną wielkość do bagażu podręcznego.
Pozostawiam Was więc z wiosną w kolorze różowym! I przesyłam dużo ciepłego uśmiechu!
Co powiecie na kilka małych wiosennych polecajek i aktualności? Tych polecajek zebrało mi się ostatnio sporo, chyba za rzadko tu z nimi zaglądam. Będzie więc i kolejny post niebawem. Szykujcie się.
A co to się działo lub wpadło w moje ręce?
Wybrałam się a Targi Rzeczy Ładnych, które byłyby świetnym wydarzeniem, gdyby cała masa innych ludzi też nie wpadła na ten sam pomysł wybrania się na nie. Wygląda więc na to, że wyrosłam z tłumów i z targów wszelakich (kilka ostatnich prób skończyło się w ten sam sposób…). Niemniej jednak organizatorzy zabrali naprawdę godną grupę wystawców – mam wrażenie, że z pół mojego instagrama tam było.
A ja dorwałam dwa drobiazgi, którymi pocieszyłam się godnie. Po pierwsze – urocze różane mydełko Bydgoskiej Wytwórni Mydła (TUTAJ je zajdziecie). Pięknie pachnie, jest odpowiednio tłuściutkie, no i zachwycam się opakowaniem. Poza tym udało mi się w końcu zdobyć kubeczek, na który czaiłam się od dawna! No powiedzcie, czyż to nie jest istne chmurkowe cudo? Od Trzask Ceramics. A kto wie, ten wie, że do nich to dopiero trzeba się dopchać!
Chciałam jeszcze dodać, że częścią targów była świetna wystawa prac Karola Śliwki, autorstwa Patryka Hardzieja i Ady Zielińskiej. Jeśli będziecie mieć okazję zobaczyć, a insertujecie się grafiką, to bardzo warto. Na pamiątkę tejże – karteczka.
Pokazywałam Wam jakiś czas temu w social mediach, że wygrałam zestaw kosmetyków Dr.Hauschka. Oto i on – kremik różany, krem do mycia twarzy, tonik i balsam do ust.
Zapewne znacie tę markę, bo to jedna z pierwszych takich naturalnych. Mam wrażanie, że wszystkie te naturalne marki pochodzące z terenów Niemiec czy Austrii, ci pionierzy ekologiczni, mają bardzo specyficzną, podobną filozofię zarówno tak ogólnie, ale także o prostu w opracowaniu składów czy choćby w bardzo znaczącym użyciu alkoholu w formułach. Te kosmetyki też zazwyczaj bardzo charakterystycznie, podobnie pachną. Tak mamy także tutaj. Z pewnością więc z marką polubią się osoby doceniające ten pierwotny ekologiczny niemieckojęzyczny zamysł.
Moim ulubieńcem został ten najmniejszy słoiczek – balsamik do ust. Jest po prostu cudowny. Działa jak tłuściutki opatrunek dla podrażnionych, spierzchniętych, czasem wysuszonych warg. Pachnie łagodnie i smakowicie.
Super jest też ten krem myjący, choć ja nazwałabym go raczej pastą. Nie jest to kosmetyk pieniący się, tylko właśnie treściwa pasta na drobinkach migdałowych, pełna roślinnych ekstraktów. Świetnie oczyszcza, jednocześnie pielęgnując.
O kremie różanym sporo dobrego się nasłuchałam, wiele osób go poleca. Dla mnie jednak do codziennego stosowania jest zbyt tłusty. Bo to taki prawdziwy, równie treściwy tłuścioch. Za to bardzo, bardzo przyjemnie różany. Polubiłam go stosując około dwa razy w tygodniu jako rodzaj całonocnej maski. I wtedy faktycznie działa przyjemnie, mocno odżywczo i regenerująco.
Tonik natomiast to mieszanka wody, ekstraktu z roślinki o nazwie przelot pospolity, alkoholu, oczaru i zapachu z olejków eterycznych. Ma bardzo charakterystyczny ten aromat, który mi nie podszedł, ale już moja córka uważa za piękny. Ja niestety za bardzo czuję tu alkohol. Ale za to doceniam prostotę. Więc chyba same musicie zdecydować.
A co tam u mnie?
Cieszę się każdym, nawet najmniejszym oddechem wiosny! Słońce i kwiaty dodają mi energii, której wciąż bardzo potrzebuję.
Jestem teraz w trakcie takich kuracji, że przez jakiś czas po nich nie mogę stosować mojej zdrowej diety. Nie przyswajam wtedy za bardzo warzyw. Ale potem znowu wraca i ochota i chęci do eksperymentowania roślinnego. I znowuż stwierdzam, że jestem w tym już bardzo dobra. 🙂
Efekty eksperymentów zawsze lądują w relacjach. A jak w końcu uda mi się jakiś przepis dopieścić i spisać, to Wam go tu zaprezentuję!
Na zdjęciach moje ulubione śniadanka czyli hipsta bułeczki lub grzanki z wędzonym tofu, żur grzybowy z kaszą gryczaną, krem z ziemniaczków i gruszki oraz wegańska wersja mojej brokułowej zapiekanki.
Prowadziłam ostatnio wspaniałe warsztaty dla moich pań seniorek w Szaflarach. Już czwarty raz. A były tak udane, że zupełnie zapomniałam porobić jakieś zdjęcia w trakcie i po… Muszę zacząć o nich myśleć, bo wyszły naprawdę piękne rzeczy – dosłownie piękne, bo panie tworzyły między innymi kwiatowe tabliczki zapachowe.
Byłam też na super koncercie Kasi Nosowskiej i Błażeja Króla. A poszłam na niego dla tej poniższej piosenki, która bardzo oddaje moje stany częste w ciągu ostatnich dwóch lat. No, piękna jest.
Inne piosenki też piękne!
Podsyłam Wam jeszcze pierwsze fiołki, pachnące wiosenną beztroską i włoskimi cukierkami.
I Misię, której ostatnio bardzo dobrze na mięciutkim łóżeczku młodszej mej pociechy.
I mirabelkowego kwiatka, który wyrósł mi przy biurku!
Komu marzy się trochę greckiej sielanki? Ot, wypad dla oddechu i zdystansowania. Mi tak się zamarzyło właśnie… Takie kilka dni tylko z mężem, bez dzieci. Żeby głowa odpoczęła, bo niestety ma się czym stresować. Bez napinki, bez pośpiechu – tak po postu pobyć. Nasiąknąć trochę wyspiarskim klimatem.
Wybrałam więc Korfu! Polecam tym bardziej, że przy Santorini i okolicznych wyspach aktualnie sporo się trzęsie. Korfu więc jawi się jako spokojna, zielona oaza.
No i muszę Wam tu napisać, że tak myślałam, planowałam i szukałam, że w zasadzie wyszło mi to myślenie, planowanie i szukanie wspaniale! Jeśli więc, tak jak my, potrzebujecie takich kilku dni dla siebie, jeśli potrzeba Wam morza i zieleni… Jeśli także nie lubicie wynajmować samochodu, a zależy Wam aby było sprawnie i wygodnie… Jeśli lubicie takie miejscówki, które z jednej strony są spokojne, ale także gwarantują bliskość i pięknej plaży i deptaczka z dobrym jedzeniem i sklepikami… Jeśli lubicie miasteczka które są takie o – w sam raz, nie za duże, ale też nie za małe… No i nie przepełnione turystami! Jeśli na tym wszystkim Wam zależy, to polecam się! A dokładniej ten post, w którym znajdziecie opis takiego właśnie wypadu!
Bilety lotnicze na Korfu można znaleźć w dobrych cenach, trzeba tylko szukać i kombinować z datami. My wybraliśmy się Ryanairem, jesienią, po sezonie, z bagażem tylko podręcznym (najwygodniej).
Dlaczego akurat na Korfu? Marzyło mi się od czasów obejrzenia serialu Durrellowie (jeśli nie widzieliście, to bardzo polecam). I chyba nie tylko mi, bo i całej masie Brytyjczyków także. Jest ich tam naprawdę sporo – mam wrażenie, że najwięcej wśród turystów. A i o samych Durrellach tu pamiętają. Serial bowiem bazuje na autentycznej historii brytyjskiej rodziny, która przeniosła się w te rejony przed wojną. W głównym mieście Korfu, zwanym także Korfu (gr. Kerkyra), znajdziemy ślady tej pamięci, które mają na celu przyciągnięcie turystów.
Korfu słynie z tego, że jest bardzo zieloną wyspą. A ja właśnie takie lubię. Znane są jej krystalicznie czyste wody i pyszne jedzenie. Jak to w Grecji. Choć jest to ponoć najmniej grecka z greckich wysp. Nie ma tu białych domków z niebieskimi dachami, ale są inne, równie urocze. I na pewno ma swój wyjątkowy czar. To on mnie tak zauroczył, że już chętnie bym wróciła!
Tutaj wtrącę taki pro tip – jak źle zawieje, to Wasze telefony mogą złapać sieć z pobliskiej Albani i naliczyć Wam masę kasy za transfer danych. Wystarczy przełączyć szukanie sieci na ręczne, zamiast automatycznego, i wybrać sieć grecką. I już można korzystać z internetu swobodnie.
Korfu jest na tyle wygodne, że lotnisko znajduje się w zasadzie w samym mieście Korfu. A że nie jest to duże miasto, to wszędzie można dojść na piechotę. Oczywiście nie trzeba… No, ale można. Mieliśmy zaplanowany późny lot, z lądowaniem około 22. Zarezerwowałam więc pierwszy nocleg w odległości 20 minutowego spaceru. Nic specjalnego, nic, co jakoś szczególnie mogłabym polecić. Ot, wygodny, tani hotel ze śniadaniem w dobrej lokalizacji, bo i do morza i deptaku dwa kroki (Arion Hotel). Dzięki temu zaraz po zameldowaniu mogliśmy pójść na spokojny spacer brzegiem morza.
Dopiero nazajutrz, po greckim śniadaniu udaliśmy się do tego miasteczka, o który pisałam powyżej. Co to miało być idealnie nie za małe, nie za duże, z knajpkami i piękną plażą, ale bez szalonego natłoku turystów i hoteli molochów. Miasteczko, które wybrałam do Kassiopi. Mieści się ono na cyplu, jakieś 1,5 godziny drogi na północ od Korfu. Turyści objazdowi wpadają tam zobaczyć zatoczkę i ruiny zamku. Ja jednak uważam, że stanowczo trzeba tam zostać na dłużej.
Jeśli tak jak my, nie lubicie wynajmować samochodu lub chcecie, aby wycieczka była nieco bardziej ekonomiczna – wybierzcie autobus. Jest to naprawdę wygodny środek transportu, zwłaszcza, że drogi są tu wąskie, kręte i nieraz prowadzą nad przepaściami. Nie jest też łatwo o parking.
Udaliśmy się więc znowuż pieszo spacerem na dworzec autobusowy – Green Bus Terminal. Google Was tam zaprowadzi. Jeśli ruszacie z okolic starego miasta, to autobusy zatrzymują się także tam – dopytajcie o przystanek w hotelu. Autobusy do Kassiopi odjeżdżają dosyć często, jakoś co godzinę. Jest to miejsce docelowe tej linii, więc na pewno nie przegapicie. Tymi zielonymi autobusami możecie poruszać się po całej wyspie. Bilety kupicie na dworcu w kasie, po kilka euro, lub bezpośrednio w autobusie (zawsze jest ktoś z kierowcą, kto chodzi i zbiera pieniądze). Do Kassiopi autobusem jedzie się około 1,5 godziny (bo są przystanki po drodze) i jest to przepiękna, widokowa trasa. Końcowy przystanek mieści się przy uroczym placyku w centrum miasteczka.
Zanim powrócę z kilkoma zdaniami do samego Kassiopi, muszę polecić hotel. Bo i samo miasteczko i ten hotel udało mi się wybrać dokładnie w punkt! Kassiopi Bay, bo tak się nazywa, mieści się u podnóża zamku, na cypelku wokół którego prowadzi wąska droga (idealna na spacery). Od miasteczka dzieli go właśnie krótki spacer ową drogą, z drugiej strony, dosłownie dwie minutki mamy do jeszcze mniejszego cypelka z cudownymi plażami. Hotel wychodzi naprawdę dobrze cenowo (przynajmniej po sezonie), jest kameralny, nowy, a pokoje są bardzo wygodne. Nie ma śniadań, jest za to aneks kuchenny i tarasik (lub balkon), na którym można jadać spokojne własnoręcznie zrobione śniadania z widokiem na Albanię.
No i jest tu jeszcze czadowy basen z jeszcze bardziej niesamowitym widokiem, bo jest powyżej hotelu. Z leżakami pod drzewkami oliwnymi, przy zamkowym murze.
Ja się w tym miejscu zakochałam. Polecam i dla par i dla rodzin z dziećmi.
Trafiliśmy na pogodę… mieszaną. Mieliśmy pecha, bo i wcześniej i później było pełne słonce. Udało się jednak i skorzystać z kąpieli w morzu i basenie i spokojnie powłóczyć po okolicznych ścieżkach i szlakach. Mąż wybiegł na pobliską górę z klasztorem, ja delektowałam się spokojem, audiobookiem i niesamowitym spektaklem, jaki tworzyły chmury na niebie. Raz w deszczu przebiegaliśmy do restauracji, raz wygrzewaliśmy się na gorących kamyczkach. Były pioruny i była tęcza wchodząca do wody. Wszystko ma swój urok.
Tu zamieniłam się na chwilę w grecką boginkę 🙂
Samo Kassiopi okazało się być takim miasteczkiem, jak sobie wymarzyłam. Rano w kafejkach turyści, głównie brytyjscy, zajadają śniadanie i długo piją kawę. Potem zaczyna się ruch, bo dojeżdżają autobusy i turyści wpadający tylko przejazdem. Wciąż jest jednak w miarę spokojnie. W porcie można przysiąść na ławeczkach, uliczkami przemykają greckie babcie do supermarketu na zakupy. Jest trochę sklepów z pamiątkami, trochę z pięknymi ciuchami i biżuterią, no a najważniejsze – jest pysze jedzonko! Ja na wyjazdach przechodzę bardziej na kuchnię wegetariańską, aby móc się nacieszyć lokalnymi smakami. Uwielbiam takie smakowanie podróży!
Okolice są niezwykle malownicze!
Ach, jaka to była pyszna tarta cytrynowa! Z widokiem na ruiny zamku.
Widok na Kassiopi z zamku. (Sam zamek nie specjalnie wart uwagi)
Grecki grillowany ser z konfiturą pomidorową i jedno z pysznych śniadanek z widokiem na Albanię.
Och, to było pyszne – sałatka dakos – pomidory, feta i oliwa na czerstwej bułce. Niby nic, a niebo w gębie.
Ostatni dzień poświęciliśmy na zwiedzenie samego miasta Korfu. Lot mieliśmy dopiero wieczorem, zebraliśmy się więc rano na autobus i udaliśmy się zobaczyć co tam ciekawego. Pamiętajcie, że nie musicie autobusem dojeżdżać do dworca, bo zatrzymuje się on wcześniej w centrum.
Miasteczko jest stare i piękne. Można błądzić wąskimi uliczkami i nasycić się południowym klimatem, ale… No niestety jest „ale”. Samo centrum było tak przepełnione turystami, że ledwo się dało przejść. A byliśmy po sezonie. Nie wiem doprawdy jak to funkcjonuje w szczycie ruchu turystycznego. Wypiliśmy więc kawę, przekąsiliśmy coś i uciekliśmy ku morzu. Tutaj bardzo polecam wejście na imponującą cytadelę zbudowaną przez Wenecjan, a używaną choćby przez Anglików, którzy niegdyś objęli wyspę swym protektoratem. Jeśli wdrapiecie się na najwyższy tu punkt, na dosyć sporą górkę, zachwyci Was wspaniały widok na miasto.
Widok z cytadeli.
Widok na cytadelę 🙂
I znowuż uciekliśmy przed tłumami i jakże dobrze zrobiliśmy! Wybraliśmy się deptakiem wzdłuż morza, w okolice miejsca, gdzie spędziliśmy pierwszą noc. Jest tam piękny młyn, uroczy park i miejsce, gdzie można wskoczyć do wody (co też uczyniliśmy, bo wróciły upały).
Ale jest też tu coś lepszego! W parku wzdłuż deptaku jest masa knajpek – ot, stolików wśród zieleni. W każdej podają przysmaki kuchni greckiej (w rozsądnych cenach) i chyba dobrze to robią, bo większość jedzących to byli właśnie Grecy. Turystów malutko, niewielu tu dociera. Tam też była przepyszna musaka, a dla mnie – faszerowane warzywa. Pycha! Drzewa nad nami, słonce prześwitujące przez liście, widok na morze, Grecy dookoła, szum wiatru, woda morska we włosach. Bajka.
No, a stąd, to już spacer tylko na lotnisko i do domu…
Pojedziecie?
Daję też znać, że sporo ofert wakacji na Korfu znajdziecie na stronie ITAKI.
Wpis powstał dzięki miłej współpracy sponsorskiej.
Bo czasem trzeba zacząć od początku. Tak jakby… A zwłaszcza wtedy, jak przychodzi pora zrobić sobie w miarę aktualne zdjęcia, bo loczki się zrobiły 🙂 I kiedy na nowo trzeba rozruszać się zawodowo…
Tak i zrobiłam na Facebooku i Instagramie takie nowe początkowe posty, które można przypiąć i do których można zapraszać świeżo przybyłych obserwatorów i klientów.
A jak już zrobiłam te posty tam, jak już tych kilka zdjęć sobie cyknęłam, to i tu wrzucam.
Jeśli więc jeszcze mnie nie znacie – oto kilka słów O MNIE!
Po pierwsze – witaj w moim świecie!
Co takiego u mnie znajdziesz?
Niestety, ale pomimo wszystkich mądrości speców od sociali, nie umiem zamknąć się w jednej niszy. Za dużo rzeczy mnie cieszy i inspiruje. Choć i tak udało mi się rozdzielić jedną z nich i moje wytwory graficzne znajdziesz na drugim profilu instagramowym @lilicreative.pl (główny to @lilinatura)
Czym się zatem zajmuję?
Odnajdywaniem piękna i magii w codzienności!
Tworzeniem przepisów na słodycze kosmetyczne i kosmetyki naturalne (wiele z nich zawarłam w mojej książce Cukiernia kosmetyczna);
Naturalną pielęgnacją i alchemią natury;
Prowadzeniem najfajniejszych (zdaniem uczestników!) warsztatów tworzenia słodyczy kosmetycznych i kosmetyków naturalnych (więcej znajdziesz na LiliGarden.pl);
Kuchnią roślinną antyrakową – czyli tym co pyszne, a przy tym wspomaga profilaktykę i leczenie;
Fotografią produktową – moją specjalnością są marki stawiające na naturę;
Inspirowaniem – moje zachwyty, piękne znaleziska i przepisy publikuję na blogu LiliNatura.pl;
Tworzę grafiki, identyfikacje wizualne, ilustracje i kolaże – zapraszam do portfolio LiliCreative.pl
Poza tym ulegam zauroczeniom, śnię na jawie, a nocami wgapiam się w gwiazdy i księżyc!
Kocham czereśnie, Włochy, zachody słońca, przytulanie, wiatr we włosach, zapach bzów, wieczorne seansy Przyjaciół z mężem i pływanie w ciepłym morzu;
A najmocniej kocham moje dwa kwiatuszki – jestem mamą Róży i Lilii I psią mamą psiej staruszki Misi!
Zapraszam do mojego świata!
I jeszcze słowo o moich warsztatach słodyczy kosmetycznych i kosmetyków naturalnych
Czym są?
To moje autorskie warsztaty, które prowadzę już od 15 lat. Specjalizuję się w słodyczach kosmetycznych czyli kosmetykach, które wyglądają jak słodycze lub składają się ze słodkich składników. Mam też liczne programy skupiające się na naturalnej pielęgnacji oraz proponuję warsztaty tematyczne np. świąteczne, afrodyzujące czy oparte na piwie.
Warsztaty to wspaniały, wesoły, kreatywny czas, który pozwala na integrację w swobodnej i twórczej atmosferze. Moje uczestniczki twierdzą, że to najwspanialsze warsztaty, w jakich uczestniczyły. Odnajdą się tu także panowie, którzy zawsze się rozkręcają. Mamy też specjalne propozycje dla rodzin i dzieci.
Każdy warsztat to spora dawka praktycznej wiedzy i ciekawostek ze świata naturalnej pielęgnacji, aromaterapii i ziołolecznictwa. To porady do wykorzystania na co dzień i life hacki, które w naturalny sposób wspierają nasz organizm. To także oczywiście tworzenie własnych kosmetyków, które każdy uczestnik dopasowuje do swoich potrzeb i preferencji. Jest kolorowo, inspirująco i pachnąco!
Jak zorganizować warsztaty?
Dojeżdżamy do Was na terenie całego kraju – tam gdzie organizujecie spotkanie, event, piknik itp.! Dopasowujemy się do potrzeb eventu i wielkości grup. Oferujemy standardowe warsztaty 2-godzinne, ale także na przykład otwarte stoiska warsztatowe czy serie krótkich warsztatów.
Zapraszam na warsztatową stronę LiliGarden.pl oraz do kontaktu mailowego na adres lilinatura@lilinatura.pl. Bardzo proszę o informację w mailu na temat planowanej lokalizacji warsztatów, ilości uczestników i ewentualnych specjalnych wymaganiach. W niedługim czasie odeślę ofertę z dokładnymi kosztami i proponowanymi programami warsztatów. Każda wycena dopasowana jest do konkretnego zapytania i zależy od wielu czynników, jak choćby dojazd, konieczność nocowania czy niezbędna ilość osób do obsługi.
Ach, trochę naszych realizacji znajdziesz w wyróżnionych relacjach na Instagramie – TUTAJ! Zajrzyj!
Chciałabym przywitać Was w tym nowym roku postem pełnym magii.
Bo taki właśnie on ma być! Magiczny! Chcę sprawić, aby przyniósł dobro, nadzieję i przestrzeń do odkrywania ukrytej w nas mocy. Aby pozwolił zbudować pomost pomiędzy tym, co na zewnątrz, co kruche i ulotne, a pełnym miłości naszym wnętrzem. Aby ta siła sprawcza się uwolniła, aby intencje się skrystalizowały, aby światło, które w sobie mamy ogrzało wszystkich wokół i rozjaśniło mroki codzienności.
Niechaj nowy rok przyniesie dar uzdrowienia, spokoju i pewności.
Zaczarujmy go obrazem!
Mój dzisiejszy magiczny nastrój wizualizuje głównie Pinterest. Oto źródła grafik:
Marzyliście może kiedyś, o tym aby zatopić się w takim prawdziwym włoskim klimacie? Odkryć w pełni znaczenie słów dolce vita? Zanurzyć się całkowicie w dolce far niente?
Mi tak się marzyło od dłuższego czasu… Tym bardziej, że, jak wiecie, nie mam ostatnio za lekko. Potrzebowałam włoskiego snu, marzenia, chwili oddechu. I tak znalazłam się na Ischii.
I przepadłam! Zakochałam się! Zauroczyłam w pełni!
Ischia leży w pobliżu Neapolu, są to więc tereny pełne słońca, dobrej kuchni, żywiołowych Włochów i cytryn. W odróżnieniu jednak od tak rozreklamowanych miasteczek wybrzeża amalfiitańskieo czy sorrentyńskieo, tu jest…. jeszcze prawdziwie. Tu jest spokojnie. Uroczo. Ischia jest jakby… bezpretensjonalna. Tu odpoczywają Włosi. Tu spędzają pół roku włoscy emeryci – sama rozmawiałam z taką jedną super babcią. Tutaj znajdziecie takie Włochy, jakie znacie z filmów. Są białe wille oplecione kwiatami, suszącymi się pomidorami, wypełnione tradycyjną ceramiką. Są też proste dawne zabudowania rodzin rybaków, wokół których porozkładane są teraz leżaki i sklepiki. Są niespieszne miasteczka, wąskie uliczki, deptaki, po których chce się spacerować, bo nie uderza cię z każdej strony chińszczyzna. Jest cudowna zieleń. Są dobre restauracyjki. Jest zapach fig i morza.
I wiem o czym mówię, z tą prawdziwością, bo na ostatnią noc wybrałyśmy Sorrento i kontrast był uderzający. Jest to oczywiście piękne miasteczko, w którym często niegdyś bywałam, kiedy byłam tu w okolicach na studenckim stażu. Uwielbiałam je wtedy. Teraz jednak ilość turystów i wszędzie-wszystkiego była przytłaczająca. Dominowali amerykańscy seniorzy i zorganizowane japońskie wycieczki. Brakowało miejsca na oddech i chwili na zatrzymanie i podziwianie.
Nie wspominając też o cenach. Kiedy poszukiwałam noclegów uderzyły mnie ogromne różnice. Ceny w Amalfi czy Positano mogłyby przyprawić o zawał serca. Nocleg w Sorretno, jeden z najtańszych tu (choć super, potem o nim napiszę), był i tak dwa razy droższy niż nasze pozostałe. Na Ischii natomiast ceny były po prostu do ogarnięcia.
Na nasz włoski tydzień wybrałam się tylko ze starszą córką. Miałyśmy tylko bagaż podręczny – małe plecaczki. I muszę przyznać, że to była wolność, której potrzebowałam. Z 12-letnim dzieckiem można już chodzić, przemieszczać się, eksplorować. Można też się uspokoić, kiedy młode zarządzi spokojny dzień. Ale można także i zmysły postradać, kiedy jedynym legitnym posiłkiem we Włoszech okazuje się pizza margherita… No cóż… Przynajmniej tanio…
No dobra… jak zorganizować taką podróż na Ischię? I jak się w pełni oczarować?
No, trzeba zacząć od Neapolu!
Aby dostać się na Ischię, trzeba przylecieć do Neapolu. Tak też zrobiłyśmy z moją Różą. Miałyśmy późny lot, na miejscu wylądowałyśmy około 23:00. Najprostszym sposobem na przemieszczenie się z lotniska do miasta jest skorzystanie z lotniskowych autobusów Alibus. Zaraz po wyjściu z terminala znajdujemy znaki i strzałki do przystanku tych autobusów – trzeba się po prostu nimi kierować. Bilet kupujemy u kierowcy, kosztuje 5 euro, płacimy kartą lub gotówką. Autobus ma trzy przystanki – na Piazza Garibaldi czyli przy dworcu kolejowym oraz w dwóch portach miasta – Calata Porta di Massa i Molo Beverello. Leżą one stosunkowo blisko siebie i z obu wypływają promy na Ischię.
Trochę trudniej o nocleg w dobrej cenie, a w którym jest możliwość późnego zameldowania. Naszukałam się trochę i często meldunek około północy wiązał się z dodatkową opłatą. Mi zależało także na tym, aby była normalna, całonocna recepcja – zawsze to jakoś bezpieczniej. I żeby było blisko do przystanku Alibusa. Wybrałam bardzo fajnie – hotelik Le Orchidee. Mieści się on na piątym piętrze bardzo dużej i bardzo starej kamiennicy. Dociera się do niego zabytkową windą, a rano z balkonu roztacza się widok na tętniące życiem samo centrum miasta.
W Neapolu spędziłyśmy kilka godzin – prom miałyśmy o 14. Wiecie jak to mówią – albo się to miasto pokocha, albo znienawidzi. Mi się podobało. Choć nie sądzę, abym mogła tu spędzić dużo czasu, zwłaszcza z dzieckiem. Trzeba się bowiem oswoić z wszechobecnym chaosem i niestety – śmieciami.
Muszę też Wam napisać, abyście pamiętali, że te rejony są obecnie bardzo aktywne sejsmicznie. Ogromne połacie magmy przelewają się tam gdzieś pod ziemią i w trakcie naszych wakacji w Neapolu było trzęsienie ziemi. Trzeba to mieć na uwadze…
Jak wspominałam, na Ischię można się dostać różnymi promami z różnych portów. Ja wybrałam prom najtańszy, który płynie najdłużej 😀 Wydało mi się to najlepszym dealem 😀 No, uwielbiam płynąć po tych morzach! Był to prom firmy Medmar, który odpływał z Calata Porta di Massa. Wszystkie opcje, wraz z godzinami i cenami, znajdziecie na stronie Ferryhopper. Bilety najprościej kupić bezpośrednio w porcie, w czerwonym budynku firmy Medmar (oczywiście w przypadku wyboru promu tej marki).
I tak zostawiłyśmy gwarny Neapol za sobą, aby wrócić do niego dopiero tuż przed odlotem.
Płynie się wspaniale! Widoki są piękne! Po drodze mija się uroczą wyspę Procida, którą także pozostawiam Waszej uwadze.
A potem wpływa się do zielonej ostoi włoskiego klimatu. Kontrast z Neapolem jest zdumiewający!
Oto Ischia!
Powyższe zdjęcia zrobiłam podczas naszego półgodzinnego spaceru z portu do hotelu. Było TAK pięknie!
Być może tak bardzo nam się podobał nasz pobyt na wyspie, bo wybrałam dla nas idealne miejsce. Hotel Bagnitiello jest malutkim, ale bardzo gościnnym hotelem. Jest też obiektem prostym i niedrogim, ale ma kilka zalet, które są nie do przecenienia! Przemiłą obsługę, salę jadalnianą z dobrymi śniadaniami i ogromnymi oknami na morze, pokoje z równie olśniewającym widokiem i… i to, co podobało nam się najbardziej! Basen wśród zieleni, na zboczu, z którego także rozpościerał się TEN widok. Mogłyśmy tam siedzieć godzinami!
Hotel niestety nie miał bezpośredniego dostępu do morza, ale dzięki temu basenowi zostało mu to wybaczone. Znajduje się w bardzo spokojnej okolicy, pomiędzy dwoma portami – do tego głównego na wyspie – Ischia Porto mamy około pół godziny spaceru, do uroczego miasteczka Casamiciolla – około 10 minut. Przy hotelu znajduje się przystanek lokalnych autobusów, którymi można dojechać praktycznie wszędzie.
Z tej strony wyspy niestety nie widać olśniewających zachodów. Jest za to zielono, a dzień można przywitać tak… (raz wstałam na wschód!)
I tak, część dnia spędzałyśmy na basenie, a potem udawałyśmy się gdzieś dalej. Autobusami można dojechać do większości atrakcji. Bilety kosztują 1,70 euro – są dostępne w recepcji hotelu, w kioskach i w automatach biletowych. Muszę jednak ostrzec, że bywa różnie z tymi autobusami. Niektóre linie w jedną stronę jadą inną trasą niż w drugą, co nas raz mocno zmyliło. Są też zazwyczaj pełne. No, ale są wygodne i jeżdżą często.
Ogromnie polecam do zobaczenia choćby znane tu Sant’Angelo. Autobusy zatrzymują się w odległości spaceru od niego. Słynie z małej wysepki, do której prowadzi wąski pas plaż (oczywiście plażowałyśmy ochoczo), ze starych zabudowań i żeglarskiej atmosfery. Pyszną restaurację poleciła mi tu włoska babcia – Da Pasquale. Przy okazji, pamiętajcie, że restauracje, takie z obiadami, otwierają się na całej wyspie równo o 19. Przy tej byłyśmy chwilę wcześniej i już sporo osób czekało na otwarcie. Jedzonko – pycha!
Polecam też to nasze spokojne, urocze, portowe miasteczko – Casamiciolla Terme. Tutaj znowuż wstąpcie do restauracji Del Corso – nawet moja córka stwierdziła, że miejsce wyjątkowe, a pizza najlepsza. Mi ogromnie zasmakowały kwiaty cukinii z ricottą (tak, na wakacjach trochę przystopowałam z dietą, dla zdrowia psychicznego).
Wybrałyśmy się też pieszo do Ischia Porto, a potem długim deptakiem aż do słynnego zamku – Castello Aragonese d’Ischia. Tutaj zauroczyła mnie plaża rybaków – z dawnymi zabudowaniami rybackimi.
Na Ischii spędziłyśmy 5 dni. Pięć beztroskich, cudownych dni! Wyspę zachowam w swoim sercu, ale też… na ścianie. Zobaczcie jaką cudowną ceramikę znalazłam (żałuję tylko, że nie było miejsca na więcej takich!)
Ostatni nocleg wybrałam już na lądzie. Na wszelki wypadek. Aby mieć pewność, że morze nie odetnie nam drogi na lotnisko.
Do Sorrento płynie prom z Ischia Porto. Zahacza także o piękną wyspę Capri (też cudna, byłam kiedyś, ale ceny także niestety powalają). Na miejsce dopłynęłyśmy przed południem i od razu udałyśmy się spacerkiem, przez centrum, do hotelu.
Capri
I znowuż muszę stwierdzić, że wybrałam hotelik idealny – Desiree. W odległości spaceru od miasta, ale jaki to spacer! Jakie widoki! Hotel nie najnowszy, ale miał pyszne śniadanie, położony był na zboczu (cały hotel mieści się jakby poniżej recepcji) i miał to, o co bardzo trudno na tym klifowym wybrzeżu – bezpośredni dostęp do małej prywatnej plażyczki! Poszłyśmy tam od razu się wykąpać. I jeszcze rano, przed wyjazdem. To, co zauroczyło mnie najbardziej to niesamowite kamienne schody, które prowadziły w dół, do morza (winda też była). Ale te schody… no, jakby się do bajki przenieść! Zobaczcie!
A tak wyglądała plażyczka!
Z Sorrento do Neapolu dostaniecie się kolejką Circumvesuviana. Bilety kosztowały około 6 euro, jedzie się jakieś 1,5 godziny. Z dworca w Sorrento odjeżdżają też autobusy bezpośrednio na lotnisko w Neapolu. Jeśli wybierzecie kolejkę, to trzeba wysiąść na ostatnim przystanku Porta Nolana – na Piazza Garibaldi. Tuż pod wyjściem z dworca jest przystanek autobusów Alibus na lotnisko (czasem jest kolejka), a niedaleko są dobre knajpki obiadowe i przepyszne cukiernie.