KategorieNaturalna pielęgnacja

10 wakacyjnych trików kosmetycznych

Mam dla Was 10 małych, malutkich trików wakacyjnych, które z pewnością Wam się przydadzą! Nic skomplikowanego, nic drogiego czy pracochłonnego, a poprawią i samopoczucie i wygląd!

Zabłyśnij tego lata! Dosłownie! Tuż po tym, jak weźmiesz prysznic, wmasuj w ciało swój ulubiony balsam! Pamiętaj jednak, aby wcześniej na dłoni dosypać do niego szczyptę rozświetlającej miki – pigmentu naturalnego! Całość wymieszaj dokładnie palcem i rozprowadź na ciele. Ważne, aby nie przesadzać z blaskiem, a jedynie delikatnie zabłyszczeć. Miki, które sama używam i polecam, znajdziecie w Kolorowka.com.
Uwielbiasz to, jak wyglądają Twoje włosy zaraz po wyjściu z kąpieli w morzu? Chciałabyś zatrzymać ten efekt na wieczorna randkę? Zrób koniecznie spray z wodą morską do włosów – sea salt spray! Zazwyczaj wystarczy jedynie zmieszać nieco wody z niewielką ilością soli. Polecam jednak podglądnięty niegdyś przepis – tutaj! Trzeba tylko pamiętać, że może on przesuszyć włosy. Należy więc się im potem dokładne mycie i nawilżająca maska.
Jest niezbędna każdego gorącego lata! Lekka mgiełka do ciała i włosów odświeża, chłodzi i koi. Najlepiej sprawdzają się tu wody kwiatowe – hydrolaty. Zazwyczaj cudownie pachną, więc gwarantują lekki efekt perfumujący. Łagodnie pielęgnują, nie wysuszają, tonizują, lekko ściągają i regulują. Są bezpieczne i niezwykle przyjemne. Szczególnie polecam różany, lawendowy, rumiankowy lub oczarowy. Przelejcie sobie nieco do małej buteleczki z atomizerem i zabierajcie do pracy lub na wycieczkę!

Latem nie ma co przesadzać z makijażem! Powinien być lekki i subtelny. Jeśli zależy Wam na subtelnym wyrównaniu kolorytu skóry, stwórzcie sobie własny ekspresowy krem BB! Do codziennej porcji porannego kremu nawilżającego dodajcie na dłoni odrobinę podkładu w płynie. Wymieszajcie palcem i rozsmarujcie na buzi. Podkład idealnie się rozprowadzi i na długo pozostanie na miejscu. A efekt będzie prawie niezauważalny!
Nie znam cudowniejszego letniego zapachu, który do tego jest całkowicie naturalny! Pamiętacie olej monoi? To macerat kwiatów gardeni tahitańskiej – tiare w oleju kokosowym. Pachnie zniewalająco! Cudownie! Idealnie nadaje się na letnie perfumy w kremie, które otulą całe ciało. Oleju (który ma konsystencję miękkiego masła) używaj jak balsamu do ciała. Najlepiej po kąpieli, na wilgotna skórę. Szybko się wchłania, a zapach z Tobą pozostanie! Sama używam tego z Blisko Natury.

Wielu osobom w lecie doskwiera pewna nieprzyjemna dolegliwość… Nasilone pocenie i odsłanianie większych partii ciała sprzyjają podrażnieniom związanym z ocieraniem się skóry o skórę. Zazwyczaj dzieje się tak po wewnętrznej stronie ud czy na przedramieniu. Aby zapewnić skórze matowy poślizg i wysuszyć ją w tych newralgicznych miejscach, sięgnij po… mąkę lub skrobię ziemniaczaną! Podziała jak naturalny delikatny talk. Wystarczy ją wklepać tam, gdzie czujecie dyskomfort, a wieczorem zmyć łagodnym mydełkiem. Przypominam też, że maka ziemniaczana doskonale zastępuje suchy szampon do włosów! Rozprowadzamy ją po włosach pędzelkiem do pudru lub bardzo delikatnie palcami. Włosy przeczesujemy i cieszymy się z efektu!

Mówi się, że masło kakaowe przyspiesza opalanie. Mówi się też, że wcale nie. Jedno jest pewne – skóra, którą pielęgnujemy masłem kakaowym z pewnością będzie odpowiednio nawilżona i odżywiona, a to tego lekko błyszcząca – jak to po natłuszczeniu. Z pewnością też może to opaleniźnie jedynie pomóc! Warto też wiedzieć, że niektóre oleje posiadają naturalne filtry przeciwsłoneczne. I tak – olej z pestek malin –  SPF 28-50, olej z pestek marchewki SPF 38-40, olej z kiełków pszenicy – SPF 20, a olej awokado – SPF 4-15. Wszystkie one doskonale sprawdzą się w codziennej pielęgnacji. Niestety nie polecam zaufać im w pełni. Ich działanie zależne jest od sposobu produkcji i indywidualnej przyswajalności skóry. W duecie z dobrym filtrem mineralnym sprawdzą się idealnie!

W wakacje daj odpocząć swoim rzęsom! Zamiast codziennie rano malować je tuszem, wetrzyj delikatnie opuszkami palców ulubiony olej. Polecam tu jojoba lub makadamia. Olejek je odżywi i sprawi, że będą silne i błyszczące. I równie mocno zalotne, jak po użyciu mascary!

Zajadasz się w wakacje sałatkami? Uwielbiasz owoce i warzywa? Nie zmarnuj żadnej szansy, aby mogły one odżywić i nawilżyć również Twoja skórę! Kiedy przygotowujesz sałatkę, czy to warzywną (np. z ogórków) czy owocową (zwłaszcza z owoców leśnych i ogrodowych), zrób z niej od razu maseczkę na twarz! Przetrzyj buzię świeżym ogórkiem lub w osobnej miseczce zmieszaj owoce z jogurtem i nałóż na twarz. Ciesz się darami lata w dwojaki sposób 🙂

Pora na herbatkę? Zwłaszcza, kiedy doskwierają Ci bolesne poparzenia słoneczne! Poza znanymi dobrze sposobami w postaci okładu z jogurtu lub żelu aloesowego, doskonale sprawdza się herbata! Teina w niej zawarta łagodzi poparzenia. Weź więc kąpiel, do której wlejesz kilka szklanek zaparzonej herbaty lub wsyp kilka łyżek suszu do wody. Do poparzonych miejsc możesz tez przykładać wystudzone namoczone torebki z herbatą.

Przydadzą się moje triki? A może macie własne? Podzielicie się?

W roli głównej: Odżywczy krem ultranawilżający Italchile

Dzisiaj przedstawiam Wam mało znaną gwiazdkę, ale jaśniejącą nam coraz mocniej. Znacie włoskie kosmetyki naturalne? Ja miałam już kilka i za każdym razem się sprawdzały. Dzisiaj przed Wami więc Odżywczy krem ultranawilżający Italchile.

Smukły, wysoki, w mocnych kolorach. Opakowanie może nie zachwyca, ale jest całkiem przyzwoite. I praktyczne, bo z pompką. A różową nakrętkę z pewnością łatwo znaleźć w łazienkowym kosmetycznym gąszczu.
Kłóciłabym się jednak z jego nazwą – nie pasuje mi tutaj słowo ultranawilżający. Osobiście uważam go za bardzo dobry, niezwykle lekki i typowo letni krem, który nawilża, a i owszem. Ale nie w jakiś zatrważająco szczególny sposób. Ot, po prostu, jak dobrej jakości mazidełko.  Ale i tak bardzo lubię skórę po jego zastosowaniu. Jest miękka i gładka, a tego jej trzeba.
Kosmetyk posiada certyfikat ekologiczny, jest bezpieczny i łagodny. Szybko się wchłania, nie pozostawia żadnego uczucia dyskomfortu. Jego trzon stanowią: olej z dzikiej róży, jojoba, awokado, masło shea i olej sezamowy. Do tego dołożono ekstrakty z malwy, lilii, oliwy, róży, wodę różaną aloesu, proteiny pszenicy i kwas hialuronowy. Całość wpływa bardzo pozytywnie na stan skóry, sprzyja jej regeneracji, łagodzi podrażnienia. Idealnie nadaje się pod lekki wakacyjny makijaż i na letnie wyjazdy. Mógłby może nieco ładniej pachnieć – nie jest to mój zapach, ale trzeba przyznać, że jest bardzo subtelny.
Krem polecam, wart jest wypróbowania – zwłaszcza, że możecie kupić go teraz w całkiem dobrej cenie, bo… tu przechodzę do złych wiadomości…
W temacie kosmetyków naturalnych, ich producentów, dystrybutorów i sklepów orientuję się dosyć dobrze. Czasem nawiązuję miłe internetowe znajomości – zwłaszcza z właścicielami sklepów, które ze mną współpracują teraz w Lili, lub dawniej, kiedy sama miałam sklep. Od tych kilku lat byłam świadkiem kilku zamknięć – czy to sklepów, czy firm dystrybuujących. Ba… sama przecież sklep zamknęłam. I za każdym razem tak samo szkoda. Szkoda ogromnej pasji właścicieli, chęci, pomysłów i planów. Cóż, różnie w życiu bywa, różne możliwości świat przynosi, a rynek niestety jest nieubłagany. 
Tym razem muszę donieść o zamknięciu sklepu Ecosme z naturalnymi, włoskimi kosmetykami. Trzymam kciuki za nowe projekty, w które zaangażowała się właścicielka i z całego serca życzę powodzenia!
Zostałam też poproszona o przekazanie Wam wiadomości, że w związku z zamknięciem, właścicielka wyprzedaje asortyment w naprawdę dobrych cenach -30%.
Zaglądnijcie więc do Ecosme i zakochajcie się we włoskich kosmetykach ekologicznych!

O książce: Kosmetyki, które zrobisz w domu

Wiedziałam o tej książce od dłuższego czasu. Nawet Wam o tym kiedyś pisałam. Kiedy więc w końcu trafiła w moje ręce, zatopiłam się w lekturze. I wiecie co? Klaudyna Hebda, blogerka, autorka Ziołowego Zakątka, napisała najlepszą znaną mi książkę o kosmetyce naturalnej.
Pierwsze w oczy rzucają się zdjęcia. Ba! Cała oprawa graficzna. W tym ogromnym gąszczu informacji czytelnik nie może się zgubić. Wszystko jest przejrzyste, estetyczne i poukładane. Jest to ogromna zaleta tego typu poradników. Z łatwością odnajdujemy niezbędne szczegóły dotyczące każdego z przepisów, bez potrzeby ponownego wgłębiania się w tekst. Do tego dochodzą kolorowe, soczyste, piękne fotografie, które sprawiają, że lektura staje się czystą przyjemnością.
A jest co czytać! Znam naprawdę sporo różnych książek o kosmetyce naturalnej, ale żadna w tak czysty, prosty i przystępny sposób jej nie przedstawia. Wiedzy jest tu bardzo dużo, ale podana została w taki sposób, że aż chce się douczać, a przy tym nauka nie sprawia żadnych problemów. Osoby, które swoją przygodę z naturalną pielęgnacja dopiero rozpoczynają, zostaną wprowadzone w temat bezboleśnie. Wszystko ułoży się w odpowiednich przegródkach świadomości. Bez zamętu, skołowania czy przesilenia. 
Praktyka miesza się tu z teorią. W książce znajdziemy podstawowe informacje niezbędne do wytwarzania domowych kosmetyków, przeglądy olei, maseł i olejków eterycznych, podstawy perfumerii czy produkcji mydeł. Do tego Klaudyna dołożyła ogromną masę przepisów. Od prostych maceratów i maści, przez kremy, balsamy do ciała, sera do twarzy, masełka, maseczki, peelingi, sposoby na olejowanie twarzy, toniki, kosmetyki do włosów, do depilacji, domowe perfumy, aromatyczne kąpiele, olejki do masażu, kosmetyki do dłoni, stóp i ust, po opalaniu, na komary, aż do mydeł. Uff… Ponad 300 stron inspiracji i pomysłów. W takim wręcz lili-stylu 🙂
Każdy z przepisów składa się z krótkiego opisu, tabelki informacyjnej z czasem przygotowania, poziomem trudności, przeznaczeniem, trwałością i przechowywaniem. Następnie wypunktowane zostały składniki z możliwością skorzystania z różnych opcji. Sposób przygotowania jest jasny i zrozumiały. Najbardziej podoba mi się sekcja w niektórych przepisach “coś poszło nie tak”, z wyjaśnieniem ewentualnych niepowodzeń.
Nie, nie przeczytałam jeszcze książki całej. Można powiedzieć, że raczej gruntownie przejrzałam. Ale wiem, że pochłonę ja od początku, aż do końca. I będę zapewne kilka razy jeszcze do niej wracać. Czemu? Bo sama chcę się czegoś nauczyć! A potem wypróbowywać nowości w Lili! Przyznaję, że mam spore braki w kwestii ziół, a  co jak co, ale Ziołowy Zakątek na ziołach się zna!
I choć sama marzę, aby kiedyś książkę napisać, to mam wrażenie, że nie napisałabym jej lepiej. Może pewne rzeczy potraktowałabym inaczej, z innych stron podeszła do tematów. Ale to drobiazgi. Książkę kupić warto, a jeśli robicie w domu swoje kosmetyki – wręcz trzeba. Stanie się nie tylko źródłem wiedzy, ale także sposobem na przyjemnie spędzony wieczór z lekturą i… ozdobą.

Przepis na olejek po depilacji – goleniu

To, że skóra po depilacji wymaga szczególnej troski, wiemy wszyscy. Zwłaszcza teraz, w lecie, kiedy narażona jest na częsty kontakt z potem, a nam szczególnie zależy, żeby wyglądała ładnie. Dbajmy więc o nią! A pomoże nam w tym olejek, który dzisiaj zrobimy!

Złagodzi, zabliźni, zregeneruje. Z dodatkiem olejku lawendowego, który działa antyseptycznie i wspomaga skórę w odnowie i gojeniu, a także olejku z drzewa herbacianego, który również zabija bakterie, a dodatkowo działa antygrzybiczo. Lekkość olejku jest zasługą frakcjonowanego oleju kokosowego. Olej aloesowy koi podrażnienia, z kiełków pszenicy pomaga usunąć blizny, a z krokosza barwierskiego zapobiega odrastaniu włosków (tak mówią, choć różne tu opinie słyszałam – na pewno cudownie pielęgnuje!).
Składniki olejku
  • 40ml oleju z krokosza barwierskiego (Blisko Natury)
  • 20ml frakcjonowanego oleju kokosowego (Zielony Klub)
  • 30ml oleju aloesowego (macerat w oleju sojowym) (Blisko Natury)
  • 10 ml oleju z kiełków pszenicy (Zrób Sobie Krem)
  • 20 kropelek olejku lawendowego
  • 10 kropelek olejku z drzewa herbacianego

Wykonanie jest bardzo proste, bo wystarczy wszystkie oleje zmieszać i przelać do czystej, ciemnej buteleczki. Olejek przechowujemy w suchym miejscu przez pół roku.
Jak go używać? Olejek dołączamy do całego rytuału wieczornego! Po pierwsze dbamy o czystość maszynki, która nie może leżeć w wodzie i mieć znamion zbyt długiego używania. Wybieramy maszynkę dobrej jakości i możliwie najostrzejszą. Przed goleniem dezynfekujemy ją np. Octeniseptem lub łagodnym preparatem spirytusowym. Do poślizgu używamy naturalnego mydełka, które od razu dba o łagodzenie ewentualnych podrażnień. Na koniec skórę myjemy letnią wodą. Poleca się także ją delikatnie zdezynfekować, zwłaszcza w okolicach ud i bikini, np. wyżej wymienionymi środkami lub roztworem wody i octu (1:10), dla przywrócenia kwaśnego odczynu skóry.
I właśnie teraz, kiedy skóra jest jeszcze wilgotna, przychodzi czas na nasz olejek. Niewielką jego ilość rozprowadzamy na jej powierzchni. Musimy pamiętać, że w tym przypadku mniej znaczy więcej, czyli nie stosujemy kosmetyku obficie, ale za to regularnie. Skóra pozostanie nawilżona, miękka i piękna!

W roli głównej: Peeling cukrowy z kawą i olejem macadamią Nacomi

Coffee time? Zdecydowanie! Bez kawy nie wyobrażam sobie dnia. A dzisiejsza nasza gwiazda… mmm… To czysta kawowa rozkosz! Poznajcie Peeling cukrowy z kawą i olejem macadamią Nacomi.
Peelingi kawowe to w zasadzie kosmetyczna klasyka. Kiedy pytam podczas warsztatów, czy uczestniczki robią sobie w domu kosmetyki, zawsze pada wtedy jako przykład taki właśnie ścierak. Trudno się temu dziwić – jest prosty w przygotowaniu, skuteczny w ujędrnianiu i wspaniale pachnie. Czemu więc sięgnąć po ten od Nacomi?
Bo sama jeszcze nigdy nie zrobiłam kawowego pellingu, który aż tak bardzo przypadłby mi do gustu i tak intensywnie kawowo pachniał! Zapach… prosto z młynka, świeżo parzony, rozgrzewający, pobudzający i kojący zarazem. Kawa w swej najpiękniejszej postaci. Konsystencja idealna – miękka pasta, którą łatwo rozprowadzić na skórze, a potem spłukać wodą. Kolor? Iście kawowy, mocno brązowy. Cóż, to zasługa samej kawy.
Bo w składzie kawy jest sporo. W zasadzie mamy tutaj jedynie cukier, masło shea, olej makadamia, mieloną kawę, olej kokosowy, witaminę E i nieco zapachu. Żadna filozofia, ale istotne są proporcje. To one sprawiły, że peeling, pomimo dużej zawartości tłuszczy, wcale tłusty się nie wydaje, a jednak pozostawia na skórze warstwę tłuściutkiego nawilżenia.
Peeling spełnia swoje zadanie i bardzo go polecam. To, co mi się w nim nie podoba to opakowanie. Swoją drogą, tak samo, jak w przypadku ostatnio opisywanego masła pomarańczowego. Nie będę więc się powtarzać. Dodam tylko, że osobiście po prostu bardzo lubię, jak opakowanie jest estetyczne, czytelne i ładne…
Jeśli uwielbiacie kawę, sięgnijcie koniecznie!

Mydlane lody na patyku – lody, lody dla ochłody!

Sobota minęła wyjątkowo sielankowo i przyjemnie. Już zaczęła się dobrze, bo około 10:30 (dziecko u dziadków)! Ach… spanie do oporu… Człowiek budzi się sam z siebie i…. leży jeszcze chwilę spokojnie… Tak, dzień zaczął się bardzo dobrze. A potem? Zszyłam w końcu dwie pary spodni, co wprawiło mnie w cudowny nastrój samouwielbienia. Ochoczo więc wybraliśmy się do ogrodu! 
A tam maliny, poziomki, truskawki, porzeczki, bita śmietana i… mydlane lody na patyku! 
Zrobimy?

Hmmmm… Jak one pachną! Do złudzenia przypominają prawdziwe lody! Trzeba uważać, żeby ich po kryjomu nie nadgryźć. Róża na szczęście uwierzyła mi na słowo i tylko wąchała. I myła się nimi oczywiście!
Zrobiłam je w trzech smakach – waniliwo-kokosowe – z wiórkami i olejem kokosowym, czekoladowe – z ciemną czekoladą i malinowe – z suszonymi malinkami. Razem wyglądają bardzo smakowicie. Jedyne, co koniecznie zmienię następnym razem to patyczki – stanowczo muszę wyprosić ich nową dostawę w jakimś sklepie. Tymczasem, zdajemy się na stare dobre foremki Ikea.

Do wykonania lodów przygotujcie:

Foremki Ikea lub inne

Lody waniliwowo-kokosowe

  • 6-7 łyżek bazy mydlanej białej
  • 1 łyżkę oleju kokosowego
  • 1 łyżkę wiórków kokosowych
  • 12-15 kropelek olejku o zapachu cukru waniliowego

Lody czekoladowe

  • 6-7 łyżek bazy mydlanej białej
  • 2 kostki czekolady ciemnej
  • 12-15 kropelek olejku o zapachu trufli czekoladowej

Lody malinowe

  • 6-7 łyżek bazy mydlanej białej
  • 2 łyżki zmielonych suszonych malin
  • 4 krople barwnika do mydeł czerwonego
  • 12-15 kropli olejku o zapachu malin

Olejki zapachowe i barwniki znajdziecie w ZielonyKlub.pl; baza mydlana bez SLS niedługo powinna wejść do BliskoNatury.pl – mam prototyp; tam też znajdziecie suszone maliny (lub w sklepach zielarskich).

Zaczynamy!

Bazy mydlane dają ogromne pole do wyobraźni i zabawy. Ważne, aby pamiętać, że mydełka trzeba robić sprawnie i szybko, bo prędko zastygają. Roztapiamy je w kąpieli wodnej lub w mikrofali, przez krótką chwilę, co jakiś czas mieszając. Nie dopuszczamy do wrzenia. Rozpuszczone mydło wyciągamy z ognia lub mikrofali, dodajemy przygotowane wcześniej dodatki i natychmiast przelewamy do foremek. Jeśli za bardzo w między czasie stwardnieje, ponownie przez chwilkę podgrzewamy.
Zaczynamy od lodów waniliowo kokosowych. Bazę rozpuszczamy w miseczce razem z olejem kokosowym. Całość dokładnie mieszamy, dosypujemy wiórki kokosowe, dolewamy olejek waniliowy i ponownie mieszamy. Przelewamy do foremek na lody, po równo.
W kolejnej miseczce rozpuszczamy następną porcje bazy mydlanej z czekoladą. Gdy będą płynne, dolewamy olejek zapachowy, mieszamy i wypełniamy nimi trzy foremki do końca. Od razu wkładamy patyczki.
W ostatniej miseczce rozpuszczamy ostatnią porcję bazy. Do płynnej dodajemy barwnik i dokładnie mieszamy. Dosypujemy zmielone w blenderze suszone maliny i dolewamy olejek zapachowy, ponownie mieszamy. Przelewamy do pozostałych foremek i dociskamy patyczki.

Foremki odkładamy w chłodne miejsce na godzinę. Aby lody wyciągnąć z foremek, najlepiej włożyć je na kwadrans do zamrażalnika, następnie z zewnątrz zalać wrzącą wodą i pociągnąć mocno za patyczek.

Miłego mycia!

Na koniec – lawenda 🙂

Facebook