NapisałaAdriana Sadkiewicz

Małe manufaktury: Willow Organics

Rzadko kiedy aż tak podoba mi się pomysł na markę. I to markę, którą została stworzona z marzeń. Malutką markę pewnej przemiłej blogerki (Le Bleuet), która postanowiła zaryzykować i wypuścić w świat trzy, na razie, szczególne kosmetyki. Nazwała tę swoją markę Willow. Czemu? Opowie Wam sama poniżej. A potem pięknie przyzdobiła ją identyfikacją wizualną, która wybitnie porusza moje serce. Uwielbiam tego typu motywy botaniczne! Z pełnym przekonaniem polecam więc Waszej uwadze tę uroczą manufakturę i jej kosmetyczne dzieła.

 

Każdy produkt Willow to nasze małe, spełnione marzenie zamykane w szklanym opakowaniu. Kosmetyki od początku do końca przygotowywane są ręcznie. Z sercem i pasją ich autorki.

 

 

W ofercie Willow znajdziemy Balsam do twarzy i ciała Fruity Mousse, Peeling do ciała Fruity Sugar Scrub oraz Olejek do ciała Yellow Rose Buds. Wszystkie pachną całkowicie i totalnie energetyzująco, a to za sprawą olejku may chang – werbeny egzotycznej. Jest to bardzo charakterystyczny, cytrusowy zapach, w którym łatwo się zakochać. Mi osobiście kojarzy się bardzo pozytywnie, wypełnia umysł dobrą energią i chęcią do działania. Szczególnie więc polecam kosmetyki Willow zimą, zwłaszcza, że wszystkie bazują na masłach i olejach, których zimą skóra wybitnie potrzebuje.

 

Nasze kosmetyki powstają z zamysłem, by wspierać naturalne funkcje ochronne i regeneracyjne skóry. Są czyste i surowe – pozbawione niepotrzebnych substancji syntetycznych.

 

 

Najbardziej do gustu przypadł mi owocowy mus. Ma leciutką, przyjemną konsystencję musu właśnie i słoneczny kolor.  Składa się w głównej mierze z masła mango, shea i olejów z krokosza i moreli. Uwielbiam nabierać go na dłonie i rozsmarowywać na skórze. Koniecznie – po kąpieli lub prysznicu. Chyba, że akurat poczuję, że mam spierzchnięte usta. Albo moje dłonie potrzebują ratunku. Zawsze można po niego sięgnąć. Ze względu na swoją tłustą formuję, jest bardzo wydajny. Przyznaję, że nie używam go twarzy, mam problematyczną cerę, ale jest zawsze w pobliżu i ratuje mnie w potrzebie. Jedyny minus – po pewnym czasie tworzą się w nim drobne grudki, co jest wprawdzie częste w przypadku naturalnych połączeń maseł i olejów o różnej temperaturze topnienia, ale odrobinę utrudnia aplikację. Niemniej jednak ten właśnie mus uważam za jeden z najciekawszych kosmetyków na rynku.

 

Nasze formuły są Self-Preserving. Swoją trwałość zawdzięczają antybakteryjnym właściwościom olejów, maseł i olejków eterycznych. Dzięki temu nie stosujemy konserwantów.

 

 

Z pewnością spodoba Wam się olejek wypełniony prawdziwymi pąkami róż. Olej je konserwuje, więc o nic nie musicie się martwić. Najbardziej spodobało mi się tu nieoczywiste połączenie mniej znanych, ale świetnych i cennych olejków – z nasion bawełny, z krokosza i moreli. Jest to idealny olejek do romantycznego masażu, którego zadaniem jest także poprawić nastrój i pobudzić. Sama używam go także jako olejek do demakijażu, myjąc nim twarz, a następnie zmywając go żelem do mycia twarzy. Pomijając już fakt, że po prostu pięknie się prezentuje w łazience!

Na koniec peeling! Bardzo przyzwoity, dobrze ścierający scrub, którego używanie to czysta przyjemność. Jest to jeden z tych tłustszych peelingów, które pozostawiają na skórze tłuściutką warstwę. Samo w sobie bywa to zbawienne i wiele osób już na tym kończy, ciesząc się ochroną i nawilżeniem. Mi jednak najlepiej tego typu peelingi sprawdzają się, jeśli zmyję je potem naturalnym żelem pod prysznic. Skóra nadal pozostaje odżywiona, ale pozbywamy się tłustości. Sami musicie znaleźć najlepszy sposób dla siebie. Dodam tylko, że piękny zapach pozostaje, a skóra jest oczyszczona i po prostu – odżywa!

 

 

Warto więc, oj warto wypróbować Willow!

Na deser mam jeszcze dla Was kila słów od Mariki – twórczyni marki:

Wiedziałam, że w pewnym momencie będę chciała zacząć własny biznes. Marzyła mi się produkcja kosmetyków, ale nie sądziłam, że dam radę przebrnąć przez wszystkie regulacje, więc postrzegałam to raczej w kategoriach bardzo odległych. Pierwszorzędnym planem było założenie salonu groomerskiego, z miłości do futrzaków. W ostatnim momencie stwierdziłam jednak, że wolę przedrzeć się przez stosy zapisów prawnych, niż ogarnąć swoją panikę wobec perspektywy nieumyślnego uszkodzenia jakiegoś piesa 😀 Poza tym pomyślałam, że jak nie teraz to pewnie nigdy! Tak oto powstało Willow!

Dlaczego Willow (ang.wierzba)? Bo od początku mojej fascynacji pielęgnacją naturalną wpadłam po uszy w ziółka i roślinki. Od tego się zaczęło, więc chciałam, żeby i nazwa marki jakoś nawiązywała do tego etapu, żeby było roślinnie.  A wierzba, prócz tego, że można ją wykorzystywać w pielęgnacji, dodatkowo kojarzyła mi się przemiło – nie wiem czy widzieliście kiedyś film Willow? 😀 Zresztą miałam takie swoje przyjemne miejsce, pod wierzbą właśnie, w rodzinnym mieście… No i pięknie brzmi po angielsku!

Moje wytwarzanie kosmetyków rozpoczęło się od balsamu. To jedyna rzecz, która pomogła mojej wiecznie przesuszonej skórze na tyle, że obecnie nie miewam z tym już kłopotów! Uznałam więc, że skoro mi pomógł, to być może i dla kogoś innego będzie pomocą! Podobnie było z peelingiem i olejkiem – to wyniki mojego zmęczenia codziennym balsamowaniem ciała. Powstały dla urozmaicenia codziennej pielęgnacji i zwiększenia jej skuteczności. Wszystko z olejkiem May Chang, który dodatkowo nastraja pozytywnie 😀 Zakochałam się w nim od pierwszego spotkania! Więc.. tak. Wszystko to tworzyłam na potrzeby swojej dość wymagającej skóry, ale na rynek wprowadzałam już z myślą o osobach w podobnej sytuacji i wszystkich tych, którzy cenią sobie prostotę i pełną naturalność składów. I choć nie jest to największa grupa odbiorców.. ten drugi aspekt pozostanie regułą!

Zapraszamy na stronę Willow Organics.

 

 

Czym kierowaliśmy się, wybierając mieszkanie

Nasz przyszły domek, nasze nowe mieszkanko, rośnie jak na drożdżach. No… w zasadzie to jest już prawie gotowe, prawie w stanie, za który zapłaciliśmy. Kończy się jednak jeszcze budowa pozostałych mieszkań na naszym nowym kameralnym osiedlu. Czekamy też na otoczenie – na wyrównanie, na drogi, kostki brukowe, ogrodzenia i w końcu – na trawę.

Mam tu dla Was kilka zdjęć, pokazujących, jak wszystko się zmienia, jak pięknieje, jak staje się coraz przypominające te domy, które widnieją na wizualizacji. Cieszy mnie to bardzo, ale jednocześnie zaczyna przerażać, bo wielkimi krokami zbliża się czas, w którym rozpoczniemy prace wykończeniowe. Nie będzie lekko, ale chyba ogarniemy…

 

 

 

Czym kierowaliśmy się, wybierając właśnie to miejsce, właśnie to nasze małe osiedle? Jestem pewna, że bardzo wiele z Was staje właśnie przed podobnym wyborem. Albo czeka Was podejmowanie tak trudnych decyzji w przyszłości. Bo nie da się ukryć, że jest to jedna z największych i najtrudniejszych decyzji w życiu. Zależy od niej tak wiele! To, czy będzie nam się dobrze żyło? Czy tak, jak sobie to wymarzyliśmy?

Poszukiwania naszego mieszkania rozpoczęliśmy już dawno, choć tak na poważnie zajęliśmy się tym wczesnym latem zeszłego roku. Wcześniej raczej z ciekawości przeglądaliśmy oferty w internecie i podpytywaliśmy znajomych. Od czerwca jednak zaczęliśmy jeżdżenie po budowach.

Jakie były nasze założenia?

Po pierwsze, chcieliśmy zamieszkać pod Krakowem, a nie w mieście. Z kilku względów. Począwszy od tego, że oboje lubimy bardziej klimaty wiejsko-podmiejskie, niż życie w zakorkowanym mieście, poprzez fakt, że razem z mężem mamy w tym momencie prace, do których nie musimy dojeżdżać – ja pracuję w domu, mąż wyjeżdża na kontrakty w świat. Poza tym, co chyba równie istotne – mieszkania pod Krakowem, są o niebo tańsze niż te w Krakowie.

Mimo wszystko, zależało mi na dosyć łatwym dojeździe do miasta i pozostaniu w tych regionach, które znamy, w których oboje żyjemy od zawsze. Chciałam mieć bliski dostęp do autobusu podmiejskiego i proste połączenie drogowe do centrum. Spośród więc wszystkich podkrakowskich gmin, zdecydowaliśmy się wybrać te południowo-wschodnie, które akurat przeżywają boom budowlany, a ceny mieszkań są bardzo korzystne. Poza tym kilkoro naszych znajomych par zdecydowało się na zakup domów czy działek właśnie w tej okolicy, co jest sporym, dodatkowym atutem (jeśli się uda, to nawet Róża będzie chodziła do szkoły z synkiem naszych przyjaciół z liceum).

 

 

Wiele osób namawiało nas na inwestycję w dom. Rozważaliśmy to, ale zdecydowaliśmy jednak, ze nie chcemy brać tak dużego kredytu, którego z resztą nie wiadomo czy byśmy dostali. Poza tym, zważywszy na fakt, że mojego męża sporo czasu nie ma, musiałabym sama ten dom ogarniać i czuć się w nim pewnie i bezpiecznie, a chyba jeszcze nie jestem na to gotowa. Cóż, całe życie mieszkałam w blokach. Dom więc poczeka. Tymczasem opcja szeregówki z niewielkim ogródkiem wydała nam się tą najlepszą!

Mamy sześcioletnią córeczkę, ogromnie więc istotne było, aby w pobliżu była szkoła. Zależało mi też na spokojnym dostępie do porządnego sklepu – maksymalnie dłuższym spacerem. No i ten przystanek autobusu podmiejskiego! Idealnie by było, aby nasze mieszkanie położone też było w bliskiej odległości od stacji kolejki podmiejskiej, która w Krakowie działa coraz sprawniej i jest mega praktycznym sposobem na dojazd do centrum miasta. Po rozeznaniu w temacie, zdecydowaliśmy się szukać mieszkania na parterze szeregówki z dostępem do ogródka, z trzema pokojami.

I zaczęło się jeżdżenie… Objechaliśmy kilka budów, przeszukiwaliśmy także rynek wtórny. Chodziliśmy na spacery i objeżdżaliśmy okolice, poznając przy okazji trochę nowych miejsc. Zazwyczaj z góry wiedzieliśmy, że to nie to. Nie podobała nam się lokalizacja, same mieszkania lub ich natłok w jednym miejscu, przy wąziutkiej drodze wyjazdowej. Zauroczyło nas jedno miejsce, tuż pod lasem, z pięknymi wizualizacjami. Trochę droższe niż planowaliśmy, ale nawet można by to rozważyć… gdyby nie fakt, że akurat wszystkie te parterowe mieszkania niedawno sprzedano…

I wtedy znalazłam nowe ogłoszenie. Bardzo ciekawe ogłoszenie. Pojechaliśmy tam w któryś weekend, nikogo nie było na budowie. Weszliśmy do naszego (już teraz) mieszkania i od razu, oboje poczuliśmy, że to jest to! I do teraz to uczucie we mnie trwa!

 

 

Pozostało wszystko sprawdzić. Wszystko! I zdecydować się na wybór mieszkania na osiedlu.

Każde z mieszkań kosztowało tyle samo, a cena wpisywała się idealnie w zaplanowany budżet.  Te parterowe, na których nam zależało, mają 72 , czyli w sumie więcej niż zakładaliśmy. Każde ma jedno miejsce parkingowe przypisane i jedno rotacyjne. Różniły się powierzchnią ogródka i położeniem względem stron świata. I sąsiadów. Wybraliśmy stronę zachodnią, żeby było słonecznie popołudniami. I koniecznie musiało to być mieszkanie narożne. Przy takich założeniach okazało się, że zostało tylko jedno wolne i to dokładnie to, które zwiedziliśmy na początku. Ze znacznie większym ogródkiem, niż w innych szeregówkach, które oglądaliśmy (mamy narożny, w kształcie litery L).

Poza tym – szkoła jest praktycznie tuż obok. Tak samo jak ewentualne na kiedyś – przedszkole. Obok nich dom kultury z różnymi zajęciami i biblioteką oraz boiska do wszelakiej aktywności. Troszkę dalej jest duży sklep ze wszystkim, apteka i przystanek autobusu podmiejskiego. Od naszego obecnego miejsca zamieszkania jedzie się tam jakieś 7-10 minut. Do kolejki podmiejskiej mamy 2 kilometry – niestety więc bez szału, ale zawsze można podjechać. Okolica jest spokojna, pełna zadbanych domów jednorodzinnych. Sprawdziliśmy też, na ile się dało inne istotne rzeczy – plany zabudowy, tereny zalewowe czy samego dewelopera.

 

 

Są też wady… Brakuje mi choćby bliskiego dostępu do większych terenów zielonych czy parku. Droga dojazdowa czeka na zrobienie przez gminę i bardzo się już o to prosi. Ów wspomniany autobus podmiejski jeździ raz na godzinę. Troszkę tego jest, ale idealnie to chyba nigdy nie będzie. Trzeba po prostu wybrać opcję, która w danym momencie wydaje się tą najlepszą.

W końcu więc podjęliśmy decyzję! Dosyć w sumie szybko, w lipcu ubiegłego roku, ale zdążyliśmy się na tyle zorientować w rynku, że wiedzieliśmy, że jeżeli już coś jest fajne, to może szybko zejść. Z resztą pozostałe mieszkania na osiedlu także dosyć szybko się posprzedawały.

Jak nam się tam będzie mieszkać? Nie wiem. Ale nie mogę się już tego doczekać. I cieszę się tym, jak dziecko! Czy wybór faktycznie był trafny okaże się po zamieszkaniu. Albo pięć lat później.

Jestem jednak dobrej myśli!

 

(wizualizacje dewelopera)

 

Zapraszam na inne wpisy z serii Nasze Miejsce – moje pomysły na aranżację wnętrz!

>>> NASZE MIEJSCE <<<

 

Śnieżne bałwanki do kąpieli lawendowo-tymiankowe

Do Krakowa właśnie przyszła zima. Temperatura oscyluje wokół zera i śnieży! Oj, śnieg sypie jak szalony. Nie pociesza mnie to, bo mieszkamy w starym mieszkaniu z równie starymi oknami, przez które wiatr hula jak mu się podoba. A wczoraj właśnie padła mi moja farelka, bez której nie wyobrażam sobie zimy…

Cóż, trzeba się rozgrzewać! Najlepiej gorącymi kąpielami! A jeszcze lepiej w towarzystwie uroczych śnieżnych bałwanków!

A nasze dzisiejsze bałwanki to same cuda! Wypełnione są naturalnymi olejkami – lawendowym i tymiankowym, mają więc silne działanie antyprzeziębieniowe, antybakteryjne i wzmacniające odporność. Ułatwiają oddychanie i pomagają się zrelaksować.

Ale to nie wszystko! W bałwankach ukryłam jeszcze masę odżywczego mleka i masła shea, które doskonale pielęgnują skórę podczas kąpieli. Taki bałwanek, wrzucony do wanny z wodą lekko musuje, rozpuszczając przy okazji masełko i mleko i uwalniając olejki eteryczne. No, czysta przyjemność! I gwarantowana zabawa dla każdego dziecka. Bardzo polecam!

 

Śnieżne bałwanki do kąpieli lawendowo-tymiankowe

Składniki / 4 bałwanki:

  • 50 g mleka w proszku
  • 40 g sody oczyszczonej
  • 20 g kwasku cytrynowego
  • 50 g masła shea rafinowanego
  • 30 g wiórków kokosowych + duża garść do obtaczania
  • 30 kropelek olejku lawendowego
  • 10 kropelek olejku tyminakowego
  • 4 wykałaczki
  • ziarna pieprzu na oczy i gałązki tymianku na miotełki

 

Masło shea roztapiamy w kąpieli wodnej. W misce mieszamy mleko, sodę, kwasek i wiórki, dolewamy masło shea i wyrabiamy ręką lub łyżką do uzyskania jednolitej konsystencji. W między czasie dolewamy olejki eteryczne. Do osobnej miseczki przekładamy pozostałą garść wiórków kokosowych. Z naszego ciasta wyrabiamy 4 większe kuleczki i 4 mniejsze. Każdą obtaczamy sowicie w wiórkach kokosowych i odkładamy na chwilę. Jeśli masa będzie za miękka, kuleczki mogą opadać i zmieniać kształt. Wtedy po chwili ponownie trzeba je uformować w dłoniach. Wykałaczki ucinamy mniej więcej do 2/3 ich długości. Kiedy kuleczki zaczną twardnieć i przestaną się odkształcać wbijamy wykałaczkę ostrą stroną do góry w większą kulkę i nabijamy na nią mniejszą – w ten sposób powstaje nam bałwanek. W boki bałwanków wbijamy gałązki tymianku. W głowie bałwanka pozostałymi końcówkami wykałaczek tworzymy małe otwory na oczy i wbijamy w nie ziarenka pieprzu. Na koniec delikatnie wbijamy końcówkę wykałaczki, która tworzy nam coś, na podobieństwo marchewki. Wszystkie te czynności należy wykonywać dosyć sprawnie, bo bałwanki twardnieją.

Bałwanka wrzucamy do wanny z ciepłą wodą. Działa jak powyżej opisałam. UWAGA! Przed lub po roztopieniu bałwanka należy usunąć z wody wykałaczki!

 

Blue Monday

Mój własny, osobisty blue monday nie zaskoczył mnie dzisiaj. Żadne przekonywania w radio czyi telewizji, że to teraz mamy najbardziej depresyjny dzień w roku mnie nie ruszają. Mój blue monday postanowił napaść mnie bowiem okrutnie w zeszły poniedziałek. I stwierdzam z całą pewnością, że był to jeden z najgorszych poniedziałków w moim życiu.

Byłam po całym tygodniu bardzo nieprzyjemnej choroby. Ewidentnie jeszcze mi nie przeszło, byłam słaba i ciągle kaszlałam. Wstałam jednak rano z wizją nadrabiania poświątecznych zaległości i planowania nowego roku. Wstałam, choć było to bardzo trudne. By to poranek, jak i z resztą cały dzień, tak szary, że bardziej szary to już być nie mógł. Szarość oblepiała, wchodziła przez nasze stare, nieszczelne okna, dostawała się do głowy i już wyjść z niej nie chciała. Wilgoć i chłód przeszywały od samego spojrzenia na owy szary obraz smutnego blokowiska.

Jaka to jest możliwe, że wszystko potrafi być szare?

Odprawiłam dziecko do przedszkola, psa na spacer. Męża już od kilku tygodni nie ma i jeszcze długo nie będzie. Pomyślałam więc, że uprzyjemnię sobie ten dzień, wstępując do Buczka (stanowczo najlepsze piekarnie, nie wiem czy są poza Krakowem?) i kupując sobie nieco moich ulubionych ciasteczek grylażowych. Kiedy ekspedientka sięgała po nie gdzieś na zaplecze zamiast wybrać z lady, pomyślałam nawet, że przynajmniej będą świeże. Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy otwierając torebkę w domu, uświadomiłam sobie, że dostałam zupełnie inne ciastka… I to takie, za którymi nie przepadam…

Ta to tak… dzień się zaczął… bez ciastek grylażowych…

I trwał ten dzień tak smętnie. I nic nie byłam w stanie konstruktywnego zrobić. I zaczął mnie ten nowy rok przerażać. I dopadła bezsilność i brak sensu. A do tego jeszcze wirusy na stronie i trochę nieprzyjemnych spraw do pozałatwiania. Z tego wszystkiego, jedyne co potrafiłam zrobić to… napisałam CV. Nie wiem sama czy było to silne postanowienie zmian czy akt desperacji. Nie wiem czy szarość postanowiła urządzić w mojej głowie bunt i przewartościować całą moją dotychczasową pracę. CV w każdym razie powstało. I nawet się w jedno miejsce wysłało.

I trzeba już było pójść po dziecko, co oznacza koniec smętów i smutów, bo dziecko wymaga dobrej energii i uśmiechów.

 

 

Powolutku, bardzo powolutku ta dobra energia zaczęła do mnie wracać.

Pojawiły się maile z zapytaniami o współpracę i warsztaty. Wróciły pomysły do głowy. Powróciła chęć, a o chęć tu chyba jest najtrudniej. Bo to naprawdę trzeba chcieć, żeby coś się działo. Dopiero wtedy się dzieje.

Choć powrót z tego okropnego poniedziałku do stanu jako takiej normalności trwał tydzień, to w końcu wyszło słońce! W końcu nastał weekend, uznałam, że już chorować więcej nie mogę. Spotkałam się z przyjaciółmi, wyszłam na powietrze, świeże powietrze, o co wcale nie jest łatwo. Zauważyłam też, ze kolory wróciły na swoje miejsce.

Dzisiejszy więc blue monday wcale nie jest niebieski. Nie jest straszny i depresyjny. Dzisiaj rano zamknęłam oczy i wystawiłam twarz do słońca. I wszystko wróciło na swoje miejsce. I nawet mam więcej sił, żeby stawić czoło tym atakującym ostatnio Lili wirusom i innym nieprzyjemnościom.

Jeśli jednak kogoś Was faktycznie dzisiaj dopadł ten niebieski, przygnębiający nastrój, wierzcie mi – i tak minie. Powiedzcie sobie oj tam oj tam i trochę dziś odpuśćcie!

Wszystko, co dobre, w końcu wróci!

 

(A jutro pojawią się w Lili kąpielowe bałwanki! Na poprawę humoru!)

 

Z miłości do kimona

Uwielbiam kimona! Od dawna darzę je prawdziwą miłością, choć mam tylko kilka sztuk w szafie. Lubię nosić je sama i podpatrywać na tych trochę odważniejszych dziewczynach – te bardziej szalone, wzorzyste, kolorowe. Lubię i kimona do noszenia na co dzień i te w formie kobiecych, uroczych szlafroczków, w których tak wdzięcznie robi się śniadania i pije kawę na tarasie (to mój plan na przyszłe lato!).

Z tej mojej miłości i  z faktu, że tak ich teraz sporo na wyprzedażach, powstał niniejszy post! Zobaczcie jakie perełki okryłam niedawno w internecie (i nie tylko!).

 

1.Kimono w kwiaty / Reserved

2. Kwiatowe kimono z futerkiem / Zara

3. Żakardowe kimono / Zara

4. Lniane kimono Łyko Warsaw / Pakamera

5. Kimono z kreszowanego aksamitu / H&M

6. Szlafroczek Mint&Berry / Zalando

7. Kimono z zielonym futerkiem / Zara

8. Czarne kimono / H&M

9. Kimono Vila / About You

10. Aksamitne kimono z aplikacją / Zara

11. Satynowe kimono w kwiaty / Reserved

12. Kimono Only / About You

13. Kimono YAS / About You

Lili Hity kosmetyczne 2017

Śledzę sobie i podczytuję wiele z moich koleżanek – blogerek i podziwiam ich noworoczne wpisy. Zwłaszcza te z ulubieńcami roku minionego. A że i ja bardzo chciałam pokazać Wam moje kosmetyczne hity 2017, dołączam niniejszym do tak licznych rankingów.

Zobaczcie więc, co zachwyciło mnie w zeszłym roku i co chętnie odkryję w 2018!

A może macie swoje typy? Albo zgadzacie się z moimi wyborami?

Dajcie koniecznie znać!

Za hit hitów i mój stanowczo najulubieńszy kosmetyk ostatnich czasów uważam Nawilżający lekko koloryzujący krem z nagietkiem Cosnature! Ma idealny kolor i konsystencję, przyjemnie, delikatnie kryje, a przy tym nawilża i regeneruje skórę. / Hebe

Bardzo polubiłam się w 2017 roku z kosmetykami mineralnymi Lily Lolo! Za stanowczo najfajniejsze uważam: Róż prasowany do policzków Naked Pink, Zestaw do brwi razem z pędzlem Angled Brow, błyszczyk Scandalips oraz Jedwabny sypki puder Flawless Silk. Same perełki! Na co dzień i od święta! / Costasy

Vianek na co dzień gości w mojej łazience w wielu postaciach. Ale i tutaj mam swoich faworytów! Ostatnimi czasy zachwycił mnie lekki, ale treściwy Eliksir do twarzy z witaminą C. Ogromną i czystą wręcz przyjemność gwarantują Żel pod prysznic i Olejek do ciała z czerwonej serii, ujędrniające. Jeju, jak one cudownie, wiśniowo-cynamonowo pachną! To teraz jeden z moich ulubionych zapachów! Nie mogę też nie wspomnieć o kremie z serii fioletowej – Wzmacniającym kremie do twarzy na dzień – o zielonym kolorze, z ekstraktem z borówki, olejem z czarnej porzeczki i tlenkiem cynku. / Sylveco

 

Coś mam ostatnio do figi… Przyciąga mnie! I to ta zwykła i w postaci opuncji figowej! I tak zachwyciły mnie figowe kosmetyki! Bardzo, oj bardzo, więc polecam jeden z moich ulubionych kremów – Wygładzający krem do twarzy Mokosh, genialny i pojemny balsam do rąk i ciała Figa marki YOPE oraz jedno z najlepszych – serum olejkowe Dzika Figa z o!figa pełne samych wyjątkowych składników! Uwielbiam!

 

 

Zachwycam się nie tylko nowymi, pięknymi opakowaniami kosmetyków DLA. Bardzo też polecam, bo i polubiliśmy się niedawno – zestaw Niszcz Pryszcz. Pełen ziołowego dobra, pojemny płyn do mycia twarzy oraz krem, który moja skóra świetnie przyjmuje i bardzo lubi. Krem z ekstraktem z wierzby i krwawnika, z kwasami AHA i pełny naturalnych olejków to flagowy kosmetyk marki. Trudno się dziwić! Polecam! / Kosmetyki DLA

 

Te maski zachwyciły mnie, kiedy jeszcze miały stare opakowania. Bardzo się cieszę, że zmieniły oblicze! Maski Rapan Beauty to glinkowe dobra z najdziwniejszymi, ale działającymi składnikami – śluzem ślimaka, owocami yuzu czy smoczą krwią. Zaintrygowani? Świetne są! / Cobest

Dwie włosowe miłości! Nieco droższa i… bardzo tania! Od niedawna używam kosmetyków z nowej linii Aura Botanica marki Kerastase. Nie tylko przepięknie pachną i wspaniale wyglądają, ale także bardzo dobrze przyjmują je moje włosy. Bardzo też polecam jedną z tak licznych i tak fajnych saszetek Kąpiel Agafii – Ekspresową maskę do włosów – naprawdę ekspresowo zmiękcza, odżywia i wygładza włosy! / Triny / Kerastase

Dwa ulubione mydełka! Nagietkowa nowość marki Kosmetyki DLA oraz węglowe detoksykujące mydło Sylveco!

 

 

 

A oto i nowości na naszym rynku, których jestem ciekawa, a i  bardzo dobrze się zapowiadają! Chętnie więc w 2018 roku wypróbowałabym:

  • Regulującą Esencję z Ekstraktem Wierzby Białej Tonik do Cery Tłustej i Mieszanej marki Polny Warkocz
  • FLOWER BeautyPower Aktywną esencję w lekkiej mgiełce Miya Cosmetics
  • Snow White Wonderful glow Neurokosmetyczne serum rozjaśniające od Alkemie
  • Luksusowy Eliksir do twarzy od Manna Kosmetyki Naturalne

 

To jak? Zgadzacie się z moimi wyborami?

Facebook