NapisałaAdriana Sadkiewicz

W roli głównej Herbs & Hydro

Nie jest to tak zupełnie nieznana marka. Ba… mam wrażenie, że jest o niej coraz głośniej. Wiem też, że wiele z Was miało już przyjemność wypróbować naprawdę ciekawe mydła naszej dzisiejszej gwiazdy – Herbs & Hydro. Uznałam więc, że pora najwyższa, aby zagościły także w Lili.

Czy i mnie zachwyciły?

No… nie wszystkie.

Ale, po kolei…

 

Nasze mydła powstają na podstawie starych, tradycyjnych receptur. Historia niektórych sięga nawet XVII wieku! Nie zawierają konserwantów, chemicznych wybielaczy i wypełniaczy.

 

Mam wrażenie, że zamysłem twórców marki było połączenie tradycji z nowoczesnością. A dokładniej tradycyjnej sztuki wyrabiania naturalnych mydeł z bardzo współczesnym designem i identyfikacją. I to mi się tu zgadza. Mam historię, idącą za marką, zamkniętą nawet w samej nazwie domeny firmowej „tradycyjne mydło” (choć obawiam się, ze może to być pozostałość po wcześniejszym koncepcie), mamy proste, ekologiczne opakowania z brązowego kartonu, ale mamy też mocno osadzone w trendach współczesno-minimalistycznych logo oraz idące za nim etykiety, pełne mieszanki angielsko-polskich słów. Całość wygląda nawet profesjonalnie – co jak co, ale lubimy się w tych angielszczyznach, a może też marka planuje światową ekspansję? Brakuje mi jednak tego słynnego efektu wow. Tego czegoś, co by trafiło w serce i w nim pozostało. Kawałka czyjejś duszy, czegoś osobowego. Nie umiem tego nazwać… ale właśnie tego mi w marce brakuje.

Abstrahując od całej tej opakowaniowej otoczki, muszę donieść, że wewnątrz znajdują się całkiem fajne i warte polecenia produkty. Mam wśród nich swoich faworytów. Zdecydowanie wygrywa tu czarne marokańskie mydło savon noir konopne z trawą cytrynową. Kto miał okazje kiedyś po podobne sięgnąć, ten wie – albo się je kocha, albo nienawidzi. Osobiście je uwielbiam, nawet pomimo okropnego, charakterystycznego zapachu, do którego wmieszał się jeszcze aromat konopny. Jednak wersja z tym właśnie dodatkiem wydaje mi się najlepszą, z jaka miałam do czynienia. „Czarne mydło, czyli savon noir to stosowane od stuleci w tradycyjnym tureckim hammamie mydło, które powstaje w procesie połączenia zmydlonej oliwy z oliwek z pastą z czarnych oliwek. Ma konsystencję gęstej pasty, która w połączeniu z wodą zaczyna lekko się pienić i rozmydlać.” (fragment z bloga marki). Jest to wyjątkowy produkt, używany od wieków podczas rytuału hammam. Pozostawiony na skórze lekko ją złuszcza i odżywia. Sprawdza się jako poślizg do golenia, a także do mycia twarzy (pamiętamy o jej tonizowaniu po takim myciu!). Jest cenione i przez panie i przez panów. A takie niewielkie opakowanie 50 g idealnie nadaje się do zabrania w podróż.

 

 

Dzięki stosowanej technologii wyrabiania mydła „na zimno”, nasze produkty zawierają maksymalną ilość substancji aktywnych na granicy możliwości technologi bez użycia sztucznych utwardzaczy.

 

Niezwykle też spodobało mi się mydło w piance. Miałam mydło perłowe, z ekstraktem z pereł. Osobiście takie cuda, jak ekstrakty właśnie z pereł traktuję bardziej jako chwyty marketingowe. Producent jednak zapewnia, że jest to bogactwo białek, aminokwasów oraz składników mineralnych, które działają odżywczo, nawilżająco i przeciwstarzeniowo. Urzekła mnie sama konsystencja kosmetyku. Płyn zamienia się bowiem w przyjemnie tłustą i treściwą piankę. Nie jest to taki lekki puszek, którym trudno coś domyć, ale całkiem poważna mydlana piana o przyjemnym, choć delikatnym zapachu. Świetne na co dzień, na prezent i od święta. Całkiem też wydajne. A co najważniejsze – pozostawiające skórę oczyszczoną, ale nie wysuszoną czy napiętą. Polecam, choć niestety nie widzę tego dokładnie mydła na stronie marki…

Nieco mniejsze wrażenie zrobiło na mnie mydło w płynie z konopiami. Ma przyjemną gęstą konsystencję, ale pachnie dosyć charakterystycznie dla oleju konopnego. No… ciężko. To mydełko polecane jest osobom z problemami skórnymi, z łojotokiem, trądzikiem, łuszczycą czy azs. Zgadzam się z tym w pełni. Jest łagodne i pielęgnujące. Skóra je lubi i dobrze przyjmuje. Minusem jest opakowanie, z którego niestety ciężko to mydełko wydobyć…

Zacytuję tu producenta, bo warto: „Przekonaliśmy się „na własnej skórze”, że ekstrakt konopny posiada silne właściwości przeciwzapalne, przyspieszające regenerację skóry. Doskonale nawilża i ujędrnia. Ekstrakt konopny, którego używamy, pochodzi z polskich konopi (cannabis sativa) – to dla nas ważne i lubimy podkreślać, że konopie siewne są rośliną z naszej strefy klimatycznej. Ekstraktu nie zmydlamy dodatkowo w procesie tworzenia – łączymy go z bazą mydlaną i dzięki temu nie zmieniamy jego struktury chemicznej.”

Z płynnych mydełek mogę też polecić to z zieloną herbatą, które pachnie wprost cudownie. Całkiem przyjemne jest też to propolisowe. Te akurat miałam w małych buteleczkach, które wydają mi się idealnymi rozmiarami podróżnymi. Koniecznie się w nie zaopatrzcie przed wakacjami!

 

 

Najmniejsze wrażenie zrobiły na mnie mydła w kostkach. Używałyśmy razem z Różą tego z czarnuszką, konopnego i bursztynowego. Są to kolorowe kosteczki o niezbyt ciekawym zapachu. Brakuje im też tego czegoś, co sprawia, że chce się do mydła powracać, choć oczywiście muszę napisać, że są całkowicie przyzwoite. Najbardziej spodobało nam się mydełko z bursztynami, w którym zatopiono 3 większe kawałeczki bursztynu. Wydobywałam je specjalnie dla Róży i przez dłuższą chwilę miało dziecko uciechę. Lubie je też za bursztynowy puder, który delikatnie peelinguje skórę.

To, co jest najbardziej warte uwagi, to dołączony do mydeł specjalny woreczek. No że tez nikt na to wcześniej nie wpadł? Choć może wpadł, ale ja o tym nie słyszałam… Albo czemu sama tego nie wymyśliłam? Do takiego woreczka chowa się mydełko na tak zwanym wykończeniu. Takie wiecie – połamane, co się często już wyrzuca. I ono tam odżywa! Myjemy się bowiem tym woreczkiem, co jest samo w sobie świetne – tworzy nam bowiem rodzaj mydlanej rękawicy do peelingu. No genialne!

 

Ogólnie więc przyznaję marce duży plus, wciąż jednak wydaje mi się, że musi ona popracować nad czymś ekstra. Czymś co całkowicie skradnie serca.

 

Wszystkie mydła dostępne na tradycyjnemydlo.pl

 

Wnętrzarskie aktualności i zachwyty 02

Zbiera mi się… Oj, zbiera mi się szybko i dużo pięknych rzeczy, które tak bardzo chcę Wam pokazać!

Nadeszła więc pora na kolejne wnętrzarskie aktualności i zachwyty. Dziś w głównej mierze te drugie, ale także coś niecoś z naszych własnych planów też znajdziecie.

Oto więc to, na co się natknęłam i przejść obojętnie nie mogłam…

 

1.Bajkowe krzesła Dinner Lounge od Nordal / Loftbar

2. Stolik Kawowy BELLING 50 / Super Studio

3. Stolik Kawowy BELLING 75 / Super Studio

4. Zawieszka Tondo od BLOOMINGVILLE / Loftbar

5. Geometryczny gazetownik / Oliver Bonas

6. Marmurowo-mosiężny świecznik / Oliver Bonas

7. Czyż nie genialna lampa Flyder Ceiling Lamp / Oliver Bonas

8. Cudne plakaty ze złotym nadrukiem, które planuję zawiesić w naszej granatowej sypialni / Złote Plakaty

9. Piękna komoda Emi S Bizotto / Meble.pl

10. Lampa stojąca Black & Brass MADAM STOLTZ / Loftbar

11. Bardzo ciekawe, choć nieduże lustro / H&M Home

12. Niesamowite lustro Ayo Mirror by Justina Blakeney / Jungalow

13. Zestaw stolików kawowych, lite drewno mango / VidaXL

14. Wzorzysty talerzyk / H&M Home

15. i filiżanka do kompletu / H&M Home

16. Stolik kawowy z szufladami, drewno mango / VidaXL

17. Krzesło TEO C teal / Exitodesign

18. Krzesła do jadalni z czarnym wykończeniem / VidaXL

19. Zestaw naklejek Wielka podróż nocą – śliczne! / Dekornik

Zmysłowo walentynkowo

Walentynki już jutro, nie mogłam się więc oprzeć i… oto mamy walentynkowy wpis! Ale nie przesłodzony, o nie! Zmysłowy wręcz!

Znalazłam Wam trochę niezwykłych rzeczy, które wprowadzą Was w odpowiedni nastrój.

DOo wykorzystania oczywiście nie tylko w Walentynki! Najlepiej na co dzień!

(ja czekam na Męża!)

 

1.Bajkowy Zmysłownik – zupełnie unikatowe dzieło, stworzone z myślą o wrażliwych na wysmakowaną estetykę czytelnikach KUKBUK-a. Każdy miesiąc zdobi wyjątkowy kolaż autorstwa Aleksandry Morawiak, a także garść inspiracji wokół przyjemności płynących z sezonowości. / KUKBUK

2. Widzieliście już całkowicie piękną biżuterię Byrska? / Pakamera

3. Świeca Zmysłowa do masażu No. 18  ALBA 1913 o zapachu ylang ylang – uważanym za afrodyzjak, pomaga wyostrzyć zmysły / ShowRoom

4. Bosko czekoladowe Triple Chocolate Devil’s Food Cupcakes, do zrobienia! / Sprinkle Bakes

5. Ashley Warlick, Smaki miłości, wyd. Chilli Books, Pełna pasji opowieść o kobiecie, która nie bała się spełniać swoich pragnień / Znak.com.pl

6. Perfumy w olejku Swawolny Sandał Shamsa – o za­pa­chu, któ­ry znie­wa­la… Naj­pierw wy­raź­nie i in­ten­syw­nie, aby po kil­ku mi­nu­tach od roz­ma­so­wa­nia na skó­rze, wo­kół rozchodzi się za­pach zmy­sło­we­go drze­wa san­da­ło­we­go z lek­ką nu­tą drze­wa ce­dro­we­go i świe­żym ak­cen­tem ge­ra­nium. Po­łą­cze­nie iście uwo­dzi­ciel­skie i zy­sku­ją­ce na zmy­sło­wo­ści z każ­dą ko­lej­na minu­tą / Skarbiec Natury

7. Olejek do masażu ciała Miłość – pachnie owocami i orientem. Pachnie zmysłowo, pobudzająco i przyjemnie. A wszystko to dzięki olejkom eterycznym: grejpfrutowemu, patchouli i ylang-ylang / Mydlarnia Cztery Szpaki

8. Lubrykant BIOglide wiśniowy – z naturalnym zapachem wiśni łączy długą zdolność poślizgu z naturalnymi, certyfikowanymi komponentami. Całkowicie wolny od syntetycznych substancji zapachowych, konserwujących i barwników / Ecco Verde

9. Farfalla Płyn do kąpieli ” Noc miłości” – to sen o kąpieli z pianą, tak zmysłowy i miękki jak jego zapach! Odświeżający aromat jaśminu, tuberozy, róży girlandowej i drzewa sandałowego otwiera i rozpieszcza serce i zmysły / Ecco Verde

10. Czyż nie genialne? Wypróbuję na pewno! Strawberry Rose Tarts / Sugar Hero

11. Orientalne perfumy w olejku Jadoo Mohani – kobiece, słodkie i zmysłowe. Zapach łączy w sobie nuty jaśminu i lotosu. Nuty goździków i cynamonu uwalniają się wraz z biegiem czasu i czynią zapach cieplejszych, bardziej korzennym i otulającym. / Skarbiec Natury

 

 

Akceptacja zimy

Dużo ostatnio myślę. Nie wiem czy to zdrowo, czy nie. Ta zima, nieco nazbyt szara i monotonna w Krakowie napawa mnie melancholijnie. Sporo wieczorów spędzam sama z psem w nogach i dalekim oddechem śpiącego dziecka. Tęskniąc za mężem, za ciepłem, za liśćmi. Za letnia nocą, spędzoną z przyjaciółmi w ogrodzie.

W każdym razie wymyśliłam że prawdziwe szczęście następuje wtedy, kiedy udaje nam się uzyskać coś, co określiłabym mianem równowagi pomiędzy akceptacją i marzeniami.

Wierzę, że akceptacja jest kluczem do szczęścia, a to właśnie o nią tak trudno. Zaakceptować siebie, swój nieidealny wygląd, równie nieidealny charakter, swoje całkowicie zwyczajne życie, szerokość geograficzną itp. Ale nie tak bezmyślnie. Nie, to wcale nie o to chodzi, żeby utknąć w miejscu.

Stąd ta równowaga z marzeniami. Bo to one sprawiają, że chce się nam codziennie wstawać. Plany, chęci zmiany, potrzeba rozwoju – to wszystko musi się pogodzić z akceptacją.

Jakoś.

Podobnie jest z zimą.

Udaje mi się ją zaakceptować zawsze jakoś za późno (no, może z wyjątkiem okolic Świąt). A dopiero kiedy ją zaakceptuję, mogę czerpać z niej radość. Mając gdzieś z tyłu głowy, że i tak, zanim się obejrzymy, nastanie wiosna.

Obserwuję Różę. To, jak cieszy ją śnieg, jak nie przeszkadza ubieranie w milion warstw. I ten jej optymizm, to jej uwielbienie zimy i na mnie przechodzą.

I wtedy aż chce się jechać do lasu. Tak pięknego. A potem wrócić na ciepłą zupę i gorącą herbatę.

Nie jest ta zima wcale taka zła…

 

Ałunowo-aloesowy płyn po depilacji

Czy Wy też męczycie się z podrażnioną skórą po depilacji? A może macie w domu pana, który ma tak po goleniu?

Mam dzisiaj dla Was bardzo fajny przepis, na płyn, który towarzyszy mi na co dzień i który naprawdę uwielbiam!

Zrobimy dzisiaj łagodny, ale skuteczny ałunowo-aloesowy płyn na podrażnioną skórę po depilacji! Będzie miał dwufazową formułę, zależało mi bowiem na tym, aby pozostawić skórę leciutko odżywioną i od razu nawilżoną. Zamknęłam więc w płynie odrobinę oleju lnianego, który ostatnio uwielbiam (i bardzo polecam, bo dostępny jest w każdym supermarkecie – choćby Kujawski wypuścił niedawno świetny zimnotłoczony olej) oraz nawilżającej gliceryny. Z tą gliceryną to wiem, że różnie bywa, ale ja ją bardzo lubię i polecam. Tutaj też świetnie się sprawdza!

Podstawą naszego płynu jest roztwór ałunu. O tym krysztale pisałam Wam TUTAJ. Dodam więc tylko, że ma on silne właściwości antyseptyczne i ściągające. Pomaga goić się drobnym rankom i tamuje krwawienie przy zacięciach (tutaj najlepiej przyłożyć po prostu sam kryształ, jak to niegdyś golibrody czynili). Do tego dodałam hydrolat rozmarynowy, który także cenię, za antybakteryjne właściwości, ale polecam tu też bardzo hydrolat oczarowy, słynący ze swych mocy ściągających i kojących. Nie mogło zabraknąć olejku tymiankowego, ale jego także możecie zastąpić np. lawendowym czy z drzewa herbacianego. Całość uzupełniłam kojącym sokiem z aloesu, który w tego typu kosmetykach wydaje się niezbędny. Musimy bowiem załagodzić naszą podrażnioną goleniem skórę.

Z tego wszystkiego wyszła lekka formuła praktycznego płynu, który w zasadzie jest wielozadaniowy. Pozostawia skórę zabezpieczoną, odkażoną, ukojoną i przyjemnie nawilżoną. Bardzo polecam!

 

 

Łagodzący płyn po goleniu

Składniki na 100 ml:

  • 30 ml przegotowanej ciepłej wody
  • 10 g ałunu w proszku (z Maroko Sklep)
  • 20 ml hydrolatu rozmarynowego
  • 30 ml soku z aloesu
  • 5 ml oleju lnianego (lub innego ulubionego)
  • 5 kropelek oleju eterycznego naturalnego np. tymiankowego, lawendowego, z drzewa herbacianego
  • 5 ml gliceryny roślinnej
  • 10 kropelek eko konserwantu (Ecospa)

 

Do zlewki wlewamy ciepłą wodę, potem dosypujemy ałun.  Mieszamy, aż ten się rozpuści. Dolewamy po kolei kolejne składniki. Całość mieszamy i przelewamy do buteleczki. Płynem przemywamy miejsca po goleniu i depilacji. Przed użyciem należy wstrząsnąć, aby fazy się połączyły. Przechowujemy 4-6 tygodni, najlepiej w lodówce.

 

W granacie

Granat to taki mój czarny. Dobrze się w nim czuję, często go noszę. Jest dla mnie bardzo komfortowym kolorem, ale nie chowam się za nim. Czy też w nim. Lubię łączyć go z mocniejszymi dodatkami i ze złotymi akcesoriami.

Zabrałam Wam dzisiaj kilka bardzo ciekawych granatowych rzeczy, a wśród nich moje dwie zdobycze z wyprzedaży – śliczna sukienka ze złotą palemką i lekka kurtka z pięknymi aplikacjami na jednym rękawie. Cieszę się z ich bardzo, bo obie są dokładnie takie… moje!

 

Piękny obraz z nocnymi pływakami – Helo Birdie

 

1.Lejąca sukienka ze złota aplikacją / Mango

2. Sweter ze skórzanymi detalami / Uterque

3. Piękne długie kolczyki / Mango

4. Kurtka z lekkiej tkaniny / Reserved

5. Bluzka z baloniastymi rękawami / H&M

6. Bluzka Winter – Muses / Showroom

7. Wełniany płaszcz Patrizia Pepe / Zalando

8. Kolczyki Honey Stones / Parfois

9. Sukienka koktajlowa J.Crew / Zalando

10. Długie kolczyki / Zara

11. Duża chusta / Promod

12. Torebka typu city / Zara

13. Granatowa koszula damska LAMBERT / Wólczanka

14. Lejąca bluzka / Simple

Facebook