NapisałaAdriana Sadkiewicz

Dwa wiosenne projekty

Chciałabym podzielić się z Wami moimi nowymi odkryciami… Będą to dwa wiosenne, cudowne projekty autorstwa  Brittany Watson Jepsen, która stworzyła je jako posty gościnne do Designe Sponge. Jest w tych całych wspaniałościach niestety jeden problem – pomysły te nie są tak łatwe jak w Lili lubię… Wymagają nieco więcej czasu i umiejętności. No… może umiejętności to można nabrać w trakcie, ale czasu to z pewnością potrzeba…. Ale sami przyznajcie, że efekt jest świetny!
 
Brittany zauroczyła mnie w szczególności swoim wykonaniem zawijaczka do zbierania kwiatów (bardzo, ale to bardzo starałam się znaleźć lepsze słowo i się nie udało…) oraz kosza piknikowego. Oba cuda idealnie sprawdzą się podczas majowych eskapad i rodzinnych wypadów. Oba są bardzo romantyczne i kobiece. W zawijaczku chętnie zagoszczą majowe bzy, a kosz piknikowy, ze specjalnymi kieszonkami na sztućce, może stać się pretekstem do miłego popołudnia z bliską sercu osobą. Do tego słomkowy kapelusz, zwiewna sukienka, sandały i…. jest pięknie.
 
 

 
 
W zawijaczku szczególnie ujęły mnie rączki, za które posłużyły zwyczajne gałęzie. Dzięki nim zawijaczek z kwiatami możecie też powiesić na ścianie! A koszyk… gdy już wykonacie jego płócienne wnętrze, może ono Wam posłużyć dwojako – także jako prosta torebka piknikowa! Bo na przykład nagle padnie deszcz i trzeba się będzie szybko zwijać. Zwróćcie też uwagę na niesamowite kolory. Wszystko zostało zafarbowane w uroczy sposób, nieco niedbale, a przez to… idealnie!

Dokładne instrukcje wykonania zawijaczka znajdziecie TUTAJ, a kosza TUTAJ.

Zdjęcia: zawijaczek TUTAJ, kosz TUTAJ, Designe Sponge by  Brittany Watson Jepsen

 

W roli głównej: ITALCHILE Delikatny żel do demakijażu

Kolejne małe cudo prosi i prosi. A ja wiem, że bardzo chce się Wam pokazać. I cieszy mnie to tym bardziej, że sama w uwielbieniu swym do niego wpadłam po uszy… Tym razem w roli głównej prezentuje się Delikatny żel do demakijażu ITALCHILE.
 

Delikatny to chyba najlepsze słowo, jakim mogłabym określić ten żel. Jednak z zastrzeżeniem, że przy całej swojej delikatności jest jednocześnie bardzo skuteczny.  Bo oczyszcza się nim twarz i oczy, standardowo – na płatku. Rano i wieczorem. Lub po prostu, żeby zmyć makijaż. Mam wrażenie, że jest to coś pomiędzy mleczkiem a tonikiem. Taki złoty środek.
 
Ma konsystencję żelową, ale dosyć płynną oraz prawie niezauważalny zapach. Ma certyfikat ekologiczny i 98,90% składników roślinnych pochodzenia organicznego. Ale co najważniejsze, ma bardzo ciekawy skład. Oparty jest na olejku z dzikiej róży, chabrze, rumianku i aloesie. Wszystkie cztery roślinki bardzo lubię. Chaber-bławatek ceniony jest jako środek do pielęgnacji oczu, co doskonale pasuje do tego typu produktów. Aloes  nawilża, koi, rumianek regeneruje, a róża doskonale odżywia, rozjaśnia i pozostawia skórę promienną. Wszystkie składniki doskonale ze sobą współgrają.
 
Opakowanie, rzekłabym, że jest typowe dla włoskich gustów. A to przecież kosmetyk włoski. Nie do końca pozostaje w mojej stylistyce, ale trzeba przyznać, że buteleczka wygląda uroczo. Zawiera 150ml żelu, który jest bardzo wydajny, więc starcza na naprawdę długo. Już mała jego ilość zaaplikowana na buzię ładnie ją oczyści.
 
Na koniec chciałabym jeszcze tylko zacytować właścicielkę sklepiku Ecosme.pl, z którego żel pochodzi –  „mam wrażenie, że panie rzadziej się na nie (kosmetyki oczyszczające) decydują i wolą inwestować w kosmetyki pielęgnacyjne, a ja chciałabym jednak je przekonać czy nakłonić do stosowania w pierwszej kolejności tych oczyszczających”. Bo dziewczyny kochane – bez odpowiedniego oczyszczania skóry nie ma pielęgnacji!

Zauroczona: Seventh Tree Soaps

Uwielbiam podglądać małe domowe zachodnie manufakturki kosmetyków. I uwielbiam przy tym marzyć o mojej własnej, przyszłej… Nic tak nie inspiruje jak ludzie pełni pasji i pomysłów! Bo w tych małych manufakturkach powstają prawdziwe cuda! I nie chodzi mi tu nawet o ich niesamowite kosmetyki i mikstury. Bo to swoją drogą… Ale ta cała wspaniała otoczka zachwyca. Opakowania, kształty, kolory, teksty… No właśnie…
 
Tym razem zauroczył mnie mały sklepik Seventh Tree Soaps z mydłami-sowami i kwiatami, z pięknymi zestawami prezentowymi i balsamami do ust. Cudne!
 
 

 

 

 

Zdjęcia Seventh Tree Soaps

Kwiaty inaczej

Krótka cisza w Lili… Mam ostatnio pewne małe kłopoty, które odcięły mnie od mojego magicznego komputera pełnego zakładek, pomysłów, linków i programów graficznych. Ale mimo to mam coś dla Was! Temat kwiatów jadalnych bardzo Was zainteresował. Piszecie, pytacie, dzielicie się pomysłami. Mam zatem kilka nowych ciekawych możliwości wykorzystania tych darów natury! Przed Wami kwiaty! Nieco inaczej…

Na serkach – inne nieco od moich serków, fantastyczne, kolorowe
Na ciasteczkach – jako nieziemska dekoracja
Jako lody – pomysł uroczy, choć mało praktyczny
W lizakach – już je Wam kiedyś pokazywałam, ale są tak cudne, że warte powtórzenia
Spring Rolls – czyli sajgonki rodem z rajskiego ogrodu
W kostkach lodu – niezwykle prosty pomysł, który zawsze zadziwi Waszych gości!

A wspaniała kwiatowa czcionka jest autorstwa Anne Lee Designs

Po-Weekendowe Cuda no27

Już widzę siebie, za kilka lat, na werandzie w małym domku, siedzącą z Różą na takiej oto huśtawce (1), opierającą się o takie ważkowe-robalowe poduchy (2) i wysłuchującą zwierzeń o nowym koledze lub teatrzyku w szkole. Ech…
Zauroczył mnie amerykański sklepik Urban Outfitters (3), który wysyła też do Polski – gdyby ktoś był zainteresowany. Szczególnie spodobały mi się szklane pojemniczki na biżuterię, pudełeczka-makaroniki oraz laboratoryjne wazony!
Cudny pomysł na biżuterię dla kobiet i dziewczynek ma nowa (chyba) polska marka PĄPĄ by KIUIK (4). Bardzo Wam polecam te pomponiaste naszyjniki i breloczki!
Piękna melamina ze sklepiku Z potrzeby piękna zawsze przykuwała moje oko. Tym razem urzekły mnie kubeczki i taca w kurki (5).
Pawiany wchodzą na ściany, żyrafy wchodzą do szafy (6)… Proste, zabawne… świetne! Plakaty projektu One Mug a Day.
Pnie brzozy w sypialni (7)? Wyglądają genialnie jako zagłówek łóżka! Odrobina lasu w domu!
Kto miał już zaręczyny ręka do góry? Kto planuje mieć? Polecam pod rozwagę taki oto cudny pomysł na zaręczynową sesję fotograficzną (8)! Ja przepadłam…

Krakowski Kazimierz

Korzystając z wolnego popołudnia i z prawdziwego kwietniowego lata, odwiedziliśmy krakowski Kazimierz. W zamyśle miała to być wycieczka tramwajami… Dla Róży, bo reaguje na nie wręcz euforycznie, a ostatnio miała przyjemność podróżowania komunikacją miejską jakoś rok temu. Skończyło się jednak na miłym spacerze i obiedzie. I wiecie co – czułam się całkowicie wakacyjnie! Przemierzałam wąskie uliczki, w sandałach i okularach przeciwsłonecznych na nosie i robiłam zdjęcia. Posiedzieliśmy wśród obcojęzycznego tłumu, delektując się pysznym obiadem. Wystawialiśmy twarze do słońca i cieszyliśmy się chwilą.
A Kazimierz… Jak zawsze niezwykły. Swoiste połączenie gorzkiej historii, obskurnych kamienic i ciemnych zaułków z kwitnącym centrum turystycznym z całą masą kawiarni i klubów, pięknymi odnowionymi muzeami i hotelami, uroczymi sklepikami i oczywiście – okrąglakiem z najlepszymi na świecie zapiekankami. Bardzo się rozwinął Kazimierz ostatnimi laty. Stanowi teraz obowiązkowy punkt podczas zwiedzania Krakowa. 

A dla mnie? Dla mnie to miejsce, gdzie wychodzi się wieczorem na piwo z przyjaciółmi. Gdzie zawsze znajdzie się jakaś nowa knajpka do odkrycia. Gdzie żydowskie dziedzictwo miesza się z krakowską atmosferą bohemy. Gdzie obskurność bywa zaletą. Gdzie klimat jest tak specyficzny, że nie wierzę, aby jeszcze gdziekolwiek na ziemi mógł się powtórzyć. Choć przyznajmy szczerze – przydałoby się wszystko w końcu porządnie odrestaurować!

 Ulica Szeroka – wizytówka Kazimierza, pełna żydowskich restauracji, napisów i oczywiście – z synagogą.

Obiadek w jednej z bardzo turystycznych knajpek. W ogródku. W cieple. Wśród, o dziwo, uśmiechów i sympatycznie zagadujących ludzi.

Plac Nowy. Największe skupisko klubów i kawiarni. Tutaj zawsze coś się dzieje. Tutaj zawsze gwarno i wesoło. A co najważniejsze – tutaj stoi okrąglak z najlepszymi zapiekankami! Cudownymi zwłaszcza, kiedy się je zjada w środku sobotniej nocy, wracając do domu!

Na Starowiślnej są najsłynniejsze w  Krakowie lody. Kolejka do nich miewa nieraz i ponad 100m! Wracając postanowiliśmy się na nie skusić, a i wydawało się, że czekania nie będzie dużo. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy już prawie przy wejściu do lodziarni okazało się, że lody się skończyły… Ech…

Facebook