NapisałaAdriana Sadkiewicz

Zauroczona: The Little Flower Soap Co.

Jak zapewne już wiecie, lubię wyszukiwać i podglądać małe, zachodnie, kosmetyczne i do tego naturalne manufaktury. I podziwiać je i jej twórczynie. Uczyć się i inspirować. Tym razem pokażę Wam jedną z ciekawszych, jakie widziałam – The Little Flower Soap Co. Zwróćcie uwagę na te dyskretne urocze opakowania. Jak dla mnie – idealne!
Najbardziej zaciekawiły mnie małe rescue balms czyli balsamiki ratunkowe w aluminiowych puszkach. Jeden na skórę, pełen dobroczynnych masełek i olejów, a drugi na mięśnie – z cynamonem i mentolem. Oba z dziurawcem i arniką. Ciekawa jestem bardzo ich receptur i pewnie kiedyś pokuszę się na przygotowanie podobnych. Z największą przyjemnością wypróbowałabym też te kuszące balsamy do ust, sole do kąpieli czy mydła. A jak pięknie wyglądają w zestawie, jako prezent!

Przed Wami więc The Little Flower Soap Co.

Zdjęcia The Little Flower Soap Co.

Wish list: Równowaga

Potrzebujemy równowagi. W duszy, w sercu i na skórze! Dzisiaj marzymy o kosmetycznym balansie!

Na zdjęciach:

Krem przeznaczony dla skóry mieszanej, suchej i wrażliwej. Kontroluje wydzielanie sebum oraz skutecznie nawilża skórę. Olej jojoba i masło shea, zawarte w kremie, wygładzają skórę, a aloes nawilża.
Love Me Eco, cena: 51,70zł
Z wyciągiem z malwy i czarnego bzu do cery mieszanej. Skoncentrowane składniki roślinne działają stymulująco na procesy gojenia i regeneracji skóry. Przywraca równowagę wodno-tłuszczową, redukuje wydzielanie sebum.
Skarbiec Natury, cena: 66,50zł
Krem z organicznym olejem z pestek moreli i hibiskusem do pielęgnacji
każdego typu cery. Kompleks składników organicznych: masła shea i olejku
sojowego, skutecznie odżywia i nawilża, przywracając skórze twarzy
odpowiedni poziom hydro-lipidowy.
Organeo, cena: 19,50zł
Z rokitnikiem. Pomaga przywrócić skórze równowagę, perfekcyjnie ją nawilżyć i pozostawić skórę wolną od wyprysków.
Biomania, cena: 147zł
Nawilżający krem-żel o lekkiej, nietłustej konsystencji, przeznaczony do
kompleksowej pielęgnacji skóry tłustej i mieszanej z nasilonymi
niedoskonałościami.
Phenomé, cena: 129zł
Wyrównuje cerę, łagodzi podrażnienia i regeneruje skórę dzięki ekologicznemu wyciągowi z nagietka, a nawilża, pielęgnuje i chroni masło mango.
Lavera, cena: 49,20zł

O szczęściu, jagodziankach i lodach morelowych

Moja Róża jest szczęśliwa, a ja to jej szczęście często podglądam. I zachwycam się nim. I zazdroszczę jednocześnie. Drobne rzeczy, lody, piaskownica, gołębie, sprawiają, że cała promienieje. Ale nie tak zwyczajnie, nie tak jak my. Ona promienieje całą sobą, zachwyca się i chłonie wszystko, co napotyka na swojej drodze. I zoo i łąkę, i osiedlowy plac zabaw, i las, i supermarket… Po czym w jednej chwili potrafi przejść ze stanu pełnego szczęścia do całkowitej beznadziei, aby po kolejnej krótkiej chwili znowu cieszyć się w najlepsze. I niby to kobiece i normalne, ale jest w tym coś… hmm… organicznego… naturalnego… prawdziwego. I pięknego. Też chciałabym tak intensywnie przeżywać każdy moment, być stale w ruchu, w zachwycie, w poznaniu (nie, nie – nie w Poznaniu!).
Róża śmieje się do rozpuku. Śmieszą ją doprawdy głupoty, ale jak się śmieje to cała, calutka. Każdą częścią swojego ciała. Głęboko, radośnie i z pasją. Nie pamiętam, kiedy ja się aż tak śmiałam… Choć nie, przepraszam, faktycznie – było tak, kiedy przyszły pierwsze upały i postanowiłam ulżyć nieco naszej kudłatej Misi. Chwyciłam więc za nożyczki i bardzo nieudolnie zabrałam się do strzyżenia. Kiedy już skończyłam i popatrzyłam na biednego zdziwionego psa i jego szramy i szlaczki i wystające gdzie nie gdzie kłaczki, wybuchłam tak wielkim śmiechem, że aż się popłakałam. I śmiałam się i śmiałam… Aż mój mąż nie naprawił wszystkiego maszynką do włosów. Ale kiedy, poza tą sytuacją, opanowała mnie taki śmiech? Nie wiem.
Chciałabym mieć w sobie tyle radości. I tak intensywnie emanować szczęściem.

Przy okazji Różanych refleksji naszła mnie jeszcze jedna. A mianowicie taka, że wiele szczęśliwych chwil obraca się wokół jedzenia. A samo jedzenie jest jedną z najprostszych, a jednocześnie największych radości. Najprzyjemniej wspominam kosztowanie nowych smaków na wakacjach czy zapiekanki na Kazimierzu po spotkaniu z przyjaciółmi. Pamiętam jak jednego lata, kiedy byłyśmy jeszcze z siostrą małymi dziewczynkami i spędzaliśmy trzy tygodnie w domkach kempingowych, rodzice kupli największe, jakie do tej pory widziałam, hot dogi. Kukurydza wysypywała się na plastikową tackę, a keczup i majonez irytująco brudziły ubrania. Jakże one smakowały…
Z innych wakacji pamiętam jagodzianki. Trzeba było biec po nie rano, przed śniadaniem, do budki w ośrodku wczasowym. Szybko się kończyły, więc nie często udawało się je zdobyć. I nigdy później nie jadłam już tak dobrych jagodzianek, tak pełnych jagód, tak puszystych. Choć pewnie nieco koloryzuję, bo dzieckiem wtedy byłam…

Zrobiłam więc te jagodzianki w końcu sama. Pierwszy raz, dla Róży. Takie mini jagodzianki. Żeby jej też się z wakacjami kojarzyło. I z mamą. Pierwszą turę pochłonęłam głównie ja, ale tak to już jest, jak człowiek jest z siebie dumny i poszukuje smaków dzieciństwa. I lody postanowiłam sama robić. Takie kombinowane, z produktów, które akurat mnie zainspirują. Mam w końcu bzika na punkcie foremek wszelakich, więc jak zauważyłam nową biedronkową dostawę, musiałam się zaopatrzyć w takie w kształcie plastrów miodu. Ktoś też je kupił? No, a jak już te pszczółki były na nich obecne, to i lody musiały być z miodem. I z morelami, bo sezon przecież. I Róża była taka szczęśliwa!

Mini jagodzianki
Składniki:
  • dwie garście jagód
  • 2-3 łyżki cukru
  • pół opakowania drożdży
  • 150 ml mleka
  • 3 szklanki mąki
  • cukier puder
  • 2 łyżki miękkiego masła
W wysokim naczyniu mieszamy rozdrobnione drożdże z mlekiem (które powinno mieć temperaturę pokojową), łyżeczką cukru oraz mąką – do konsystencji śmietany. Całość odstawiamy w ciepłe miejsce i przykrywamy suchą ściereczką, aż mniej więcej podwoi swoją objętość. Wtedy przelewamy drożdżową mieszaninę do dużej miski i stopniowo dodajemy mąkę oraz około 2-3 łyżki cukru pudru, wyrabiając ciasto. Kiedy jeszcze lekko się lepi do rąk, dokładamy miękkie masło i ponownie wyrabiamy, aż powstanie zwarta kula. Ciasto w misce przykrywamy ściereczką i ponownie odstawiamy do urośnięcia w ciepły kąt. Jagody mieszamy z cukrem. Wyrośnięte ciasto przekładamy na stolnicę wysypaną mąką, rozwałkowujemy na grubość około pół centymetra i wykrawamy nieduże koła. Lepimy małe pierożki z nadzieniem z jagód z cukrem, które odkładamy na blachę wyłożona papierem do pieczenia. Wstawiamy do piekarnika na 180 stopni, aż się lekko zarumienią – około 20 minut. Gotowe posypujemy obficie cukrem pudrem.
Lody morelowo-miodowe
Składniki: 
  • 5-6 moreli
  • duży serek waniliowy
  • 2-4 łyżki miodu – do smaku
Morele myjemy i wyciągamy z nich pestki. Miksujemy je razem z miodem na owocowy mus. Część wylewamy na spód foremek, a resztę mieszamy z serkiem waniliowym i uzupełniamy mieszaniną foremki. Gotowe ostawiamy na kilka godzin do zamrażalnika. Kiedy stwardnieją, lody są gotowe i… pyszne!

W roli głównej: Femi Owocowy Peeling Enzymatyczny

Czekał w kolejce grzecznie, zużywał się powoli i oto nadszedł jego czas. Choć nieco kontrowersyjny, warto go przedstawić. Przed Wami dzisiaj zatem Owocowy Peeling Enzymatyczny od Femi!

Peeling ten zaliczyłabym do kategorii kosmetyków ciekawych, a uczucia względem niego określiła jako… nieokreślone. Lub dwojakie… Peeling ma bowiem swoje zalety, ale też wady, które mogą przeszkadzać w jego używaniu….
Po pierwsze – zapach. Tak samo jak w przypadku olejku, który już opisywałam (TUTAJ), jak i kremu, który próbowałam, peeling ma zapach… hmm… charakterystyczny. I choć przy olejku Cocoa Samba byłam w stanie się do niego przekonać, tak tutaj za każdym razem stwierdzam, że to jednak nie moje nuty zapachowe. Nie potrafię niestety go opisać, ale mam wrażenie, że za każdym razem jest to ta sama rodzina aromatów. Sama nie wiem…
Kosmetyk jest peelingiem enzymatycznym, czyli nie ma żadnych drobinek, które w sposób mechaniczny ścierałyby naskórek. Ma gładką, kremową konsystencję i żółtą barwę. Swoje działanie opiera na naturalnych enzymach występujących w papai i ananasie. Zacytuję producenta: „Bromelaina i papaina to enzymy proteolityczne, które stosowane na skórę w odpowiednim stężeniu, mają zdolność rozpuszczania martwych, zrogowaciałych komórek naskórka. Enzymy te wygładzają i delikatnie pilingują naskórek, działając tylko na jego powierzchni, bez wnikania do wnętrza skóry, dzięki temu nie powodują podrażnienia i są odpowiednie dla każdego typu cery cery, która nie toleruje złuszczających kwasów lub peelingów mechanicznych. Aktywność enzymów została tak dobrana, aby zapewnić skuteczne a jednocześnie łagodne i bezpieczne działanie na skórę.” W peelingu znajdziemy także wyciąg z lukrecji, allantoinę i D-pantenol.
Peeling nakłada się na twarz, tak jak maseczkę i odczekuje kilka minut. I tu pojawia się druga wada – po nałożeniu kosmetyku skóra bardzo szczypie. Po chwili trochę się przyzwyczaja, ale mam wrażenie, że osoby o wrażliwszej niż ja cerze miałyby naprawdę duży kłopot. Jest to niestety dosyć niekomfortowe i po prostu nieprzyjemne. Pomna jednak na efekty nie zrażam się wcale!
Efekty bowiem są zauważalne! Skóra po zmyciu peelingu jest jakby bielsza, bardziej promienna, oczyszczona i ewidentnie wygładzona. Lepiej wchłania lekki krem. Po takiej małej kuracji pozostaje uczucie głębokiego nawilżenia, a cera pozostaje elastyczna i miękka.
Co więc o peelingu myśleć? Podoba mi się to jak działa i jak się po nim czuję, ale z drugiej strony pozostają te małe nieprzyjemności w trakcie jego używania. A może któraś z Was go już stosowała? Jakie miałyście odczucia?

Peeling dostępny jest TUTAJ.

Po-Weekendowe Cuda no40

Sernik bez sera (1)? Nie wymyśliłabym! Ten tutaj brzmi bardzo dobrze! Z mnóstwem orzechów, olejem kokosowym, miodem i lawendą. Do wypróbowania!
A tu (2) może zacytuję: „Me’amoore prezentuje nową kolekcję
biżuterii ZEADES – „Taupe”. Znak rozpoznawczy marki to połączenie stali
szlachetnej oraz delikatnej, barwionej skóry. „Taupe” to kolejna
zaskakująca kompozycja, w której jedną z głównych ról odgrywa
szarobrązowy odcień.” Śliczne!
Sukienki z mapami i rycinami (3) przykuły moje oko 🙂 Oryginalne, choć przyznam, że nie wiem czy skusiłabym się na taką dla Róży… Moje serce geografa jednak ku nim podąża!
Cudne retro radio (4)! Bo nowoczesność tez może mieć elegancję i atmosferę tamtych lat!
Kto powiedział, że sprzęt turystyczny musi być nudny i zawsze w tych samych kolorach (5)? W takim namiocie z pewnością śpi się przyjemniej, a i można zabłysnąć na campingu 🙂
Bambusowe rurki do napojów (6) – genialne! Ekologiczne, wielorazowe i po prostu – ładne!
Czy ta spódnica nie jest boska (7)????
Pomysł na piknik w stylu prowansalskim (8). Piszę się choćby zaraz 🙂

A na koniec zeszyt w sam raz dla mnie (9)! Chyba sobie sprawię… 🙂

Zauroczona: Vyrobeno Lesem

Imponują mi ludzie z pasją i talentem. I z ogromną wyobraźnią. Na takich właśnie natknęłam się niedawno w internecie. Niedaleko mieszkają, bo w Czechach. Choć dokładniej to chyba w czeskim lesie. Stworzyli niezwykły projekt o ładnej nazwie Vyrobeno Lesem, a z angielska Made by Forest. Poprzez swój koncept starają się przenieść atmosferę lasu do codziennych przedmiotów, kreując w ten sposób specyficzny leśny design. No… czyli coś, co tygryski lubią najbardziej!
Niesamowite jest, jak gorące jeszcze szklane wazy i naczynia umieszczają na konarach, gałęziach czy na szyszkach, tworząc w ten sposób specjalne kształty i tekstury. Zauroczyły mnie leśne pojemniczki i buteleczki. Lampki wyglądają cudownie! A zmiotki z igłami sosny wydają się być zabawną i uroczą alternatywą.
Zwiedzanie leśnego świata polecam rozpocząć od obejrzenia filmiku o pracy twórców projektu. Potem zobaczcie sobie na zdjęcia i wpadnijcie na ich stronkę – Vyrobeno Lesem.


Vyrobeno Lesem from Petr Krejčí on Vimeo.

 Zdjęcia Vyrobeno Lesem.

Facebook