NapisałaAdriana Sadkiewicz

Kosmetyczne Podróże: Ameryka Południowa – babassu, yerba mate i drzewo różane

Zabieram Was dzisiaj w podróż. Oj, daleką! Na drugi koniec świata, do Ameryki Południowej. Mam nadzieję, że Wam się tam spodoba, bo poznacie niezwykle szybki sposób na przemieszczanie się na ten odległy kontynent! A wystarczą: olej babassu, yerba mate i olejek z drzewa różanego!
Ciekawa jestem czy wszystkie te cuda już znacie? Jeśli nie, to gorąco polecam zaprzyjaźnienie się z nimi i to już na dobre. Taki chociażby olej babassu sama poznałam całkiem niedawno. Podesłała mi go szefowa z Blisko Natury. Olej ma ciekawą konsystencję prawie masła. Oznacza to, że w temperaturze domowej ma lekko stałą formę, jest bardzo miękki. Podczas upałów zamieni się w płyn, a w lodówce znowuż przeobraził się w twardą kostkę.
Palmy babassu porastają rozległe tereny Ameryki Południowej. Znana jest z nich chociażby Brazylia, gdzie dzielne kobiety zbierają twarde orzechy, a następnie młoteczkiem przedostają się do ich wnętrza. Olej jest niezwykle odżywczy, łagodny dla skóry, szybko się wchłania i mocno zmiękcza. Idealny dla osób, które lubią mieć prosty naturalny nawilżacz, od razu gotowy do użycia i bezzapachowy. Dodatkowo, jest emolientem, w kremach stabilizuje emulsję, więc doskonale połączy nam się dzisiaj z yerba mate!
Yerba mate od dłuższego czasu namiętnie pija mój mąż. Przyznam się od razu, że sama nie mogę przekonać się do jej charakterystycznego gorzkawego smaku. Nie zmienia to jednak faktu, że doceniam niezwykłe właściwości napoju, który pełen jest witamin, mikro i makroelementów. Ma silne właściwości przeciwutleniające, przeciwgrzybiczne i przeciwzapalne. Chroni serce, przeciwdziała nowotworom, obniża poziom złego
cholesterolu, pomaga w walce z nadwagą i zauważalnie
wspomaga trawienie. Co ważne, yerba mate stymuluje umysł, wzmaga koncentrację, poprawia pamięć, przywraca równowagę w stanach zmęczenia psychicznego i fizycznego. Działa tak m.in. zawarta w niej kofeina, nazywana tutaj mateiną.

Tą szczególną herbatkę zaparza się w specjalnych tykwach, przy użyciu bombilli – rurki z dziurkami do picia napoju. Z pewnością dostaniecie ją w większości herbaciarni czy na stoiskach z herbatami i zdrową żywnością. Yerba mate możecie oczywiście nie tylko pić, ale stosować również jako tonik do przemywania cery lub dodawać ja do kąpieli.

Trzecim elementem dzisiejszej podróży zagranicznej jest olejek z drzewa różanego. Jestem pewna, że wiele z was mylnie wierzy, że jest pozyskiwany z gałązek znanych krzewów z różami. Ano właśnie nie! Drzewo różane – rosewood lub Aniba rosaeodora – porasta lasy deszczowe Amazonii. Zapachem rzeczywiście delikatnie przypomina olejek różany i stąd też jego nazwa. W aromaterapii stosuje się go do ukojenia zmysłów i odprężenia. Przywraca równowagę psychiczną. Ma właściwości pobudzające regenerację tkanek, co korzystnie wpływa na stan cery zwłaszcza dojrzałej.
Co zrobimy z tak wspaniałych składników? Szybki i bardzo prosty balsam z babassu, yerba mate i drzewem różanym. O wspaniałym męskim drzewno-herbacianym zapachu, który długo utrzymuje się na skórze. Do jego wykonania przygotujcie:
  • łyżkę oleju babassu w temperaturze pokojowej
  • łyżeczkę naparu yerba mate również o temperaturze pokojowej
  • 4-6 kropelek olejku z drzewa różanego
Najlepsze jest to, że balsam ten możecie zrobić w kilka sekund, za każdym razem kiedy na przykład pijecie yerbę. Wystarczy w miseczce zmieszać wszystkie składniki i po prostu utrzeć je na jednolita masę. Nie trzeba nic roztapiać czy czekać, aż stwardnieje. Balsam gotowy jest od ręki! I jest też do natychmiastowego zużycia. Taka ilość powinna starczyć na całe ciało. Pozostanie ono nawilżone, odżywione, miękkie i pachnące!!

Na koniec Kochani chciałabym podzielić się z Wami pewnym nowym faktem. Otóż małżonek mój osobisty postanowił w końcu pokazać szerszemu gronu swoje rozliczne talenty i założył swojego bloga. Dopiero raczkuje, dopiero będziemy nad nim pracować, ale już teraz zapraszam na pierwszy post. Ponownie ruszamy w podróż – tym razem do Afganistanu!!

Lili Alfabet Roślinny

Tak mi w głowie utkwił pomysł zrobienia własnego roślinnego alfabetu… i świdrował… i świdrował… że się w końcu wczoraj zmobilizowałam i przygotowałam pierwszą wersję:) Jeszcze nie idealną, ale za to bardzo słoneczną i kolorową. I już wiem, że będę dalej kombinować! A potem będę sobie pisać…
Jak Wam się podoba mój mały roślinny alfabet?

Po-Weekendowe Cuda no41

Która z nas, kobietki drogie, nie byłaby zachwycona, gdyby  ktoś na wypełnił całego przedniego siedzenia Waszego samochodu kwiatami (1)? Cudnie!
Roślinne literki wyglądają uroczo (2). Moje nowe wyzwanie! 🙂
Zaprosiłabym takie lampki grzyby do siebie do domu (3). I to nie tylko do pokoju Róży. Sama taką chce przy łóżku!!
Pomysł na dekoracje stołu? Nie, to pomysł na stół (4). Po prostu. Z trawą 🙂 Jak dla mnie bomba, choć zapewne w mojej wersji po środku byłoby sianko…
To zdjęcie (5) mnie zahipnotyzowało. Kompilacja startów samolotów na lotnisku w Hannoverze. Niesamowite! Autorstwa Ho-Yeol Ryu.
Podglądam sobie ostatnio begaja art na decobazaar. I tak na przykład ta patera indiańska (6) skradła moje serce! 
Bardzo prosty sposób na stworzenie rustykalnej traperskiej świecy dla Waszego faceta (7). Sama może zrobię:)
Moja miłość do wszelkich silikonowych foremek właśnie się dosyć mocno odzywa! I wzywa! I serce kwili, bo zobaczyło te babeczkowate kształty (8)… A przecież już w tym miesiącu kupiłam i robaczki i lody-plastry miodu… Poczekam…
Na koniec… czasami marzenia, które się spełniają to te, o których istnieniu nie miałeś pojęcia.(9)

Wyniki + Jakość warsztatu

Najwyższa pora na ogłoszenie mydełkowych zwycięzców Uśmiechniętego Konkursu! Wspaniali jesteście wszyscy – śmiałam się całym sercem i całą sobą czytając Wasze komentarze. Wybrałam jednak w końcu cztery zwycięskie, a oto ich autorzy i ich nagrody:
  1. Mydło marsylskie Winni’s + Soapylove Mydlane lody na patyku Flower Power – Paulina Gad
  2. Mydło marsylskie Winni’s + Soapylove Perfumki w roll-onie Berry Blossom – Niciutka
  3. Mydło marsylskie Winni’s + Soapylove Perfumki w roll-onie Sugared Vanilla – Agnieszka Matysek
  4. Mydło marsylskie Winni’s + Soapylove Mydlane lody na patyku Citrus Twist – dezemka
Dziewczyny – poproszę o dane do wysyłki nagród na lilinatura@lilinatura.pl!!!! Dziękuję!
A teraz coś niecoś warsztatowego. Wiecie zapewne, że prowadzę czasem warsztaty kosmetyki naturalnej. Lubię je bardzo, choć trzeba przyznać, że często wymagają dużo pracy włożonej zarówno w przygotowania materiałów i półproduktów, ale też tych całych godzin spędzonych na douczaniu się pod temat warsztatu. Nie zmienia to jednak faktu, że zawsze dają mi ogromnego kopa do dalszego działania. Wracam całkowicie nakręcona, a jednocześnie jakby wypompowana, bo całą energie wkładam w warsztat. Choć i tak nie jest już źle, bo kiedyś, na początku, dawno temu, jak wracałam po warsztatach to kładłam się na łóżku i nie mogłam ruszyć 🙂 
Tymczasem, przeglądając ostatnio ulubione amerykańskie blogi natknęłam się na relację z warsztatu florystycznego organizowanego przez autorkę DesignLoveFest. Swoją drogę – świetną dziewczynę, którą wręcz uwielbiam 🙂 W każdym razie – pomyślałam sobie, że tak właśnie powinny wyglądać warsztaty. Taką jakość mieć powinny. Tak dopracowane powinny być szczegóły, otoczenie, miejsce. A do tego taki być powinien catering – smaczny, uroczy, prosty, ale z klasą.
Zawsze staram się, aby moje warsztaty były jednocześnie atrakcyjne, pełne różnorodnych półproduktów, ale też stosunkowo tanie. Tymczasem marzą mi się takie spotkania, jak to na zdjęciach. Z przerwami na pyszne jedzonko. I zakończone niespieszną kawą z uczestniczkami. W niezwykłym otoczeniu, z pięknymi opakowaniami, miseczkami, tekstyliami. Tylko czy nas aby stać? Czy byłybyście chętne na coś bardziej… fancy?

Zdjęcia DesignLoveFest, woodnote photography

O masażu igłami na bóle kręgosłupa

Oboje z mężem mamy problemy z kręgosłupem. Mnie na szczęście (odpukać!) od jakiegoś czasu (lub chwilowo) nie dokucza za bardzo. Staszek niestety od kilku miesięcy boryka się ze stałym bólem. Kiedy więc zaproponowano nam serię masaży wieloigłowymi wałkami i matami, pomyślałam od razu o nim. W sumie z dwóch powodów – żeby mu nieco ulżyć, ale też dlatego, że mnie osobiście te igły przerażały.
Wspominałam Wam już o wałeczku do twarzy (TUTAJ), który polubiłam i który używam sobie od czasu do czasu. Tutaj w grę wchodziło jednak znacznie więcej igieł i znacznie więcej ciała… A że męża mam dzielnego, to się zgodził. Nawet z chęcią, bo akurat kończył mu się urlop i z tym bólem miał wracać do pracy. Muszę też zaznaczyć, że razem wypróbowaliśmy już wiele metod rehabilitacji – od masaży po krioterapię.
Pierwsze pozytywne wyniki igłowej kuracji mąż zaczął odczuwać już po kilku zabiegach. Kiedy zbliżała się do końca, był już niemal zachwycony efektami. Wtedy to postanowiłam, że o tym dziwie niesłychanym napiszę w Lili, co podchwyciła Pani Irena – dystrybutor aplikatorów i namówiła mnie na masaż. Żeby poczuć to na własnej skórze. Żeby wiedzieć o czym pisać.
Poszłam więc, a przyznam, że szłam prawie jak na skazanie, bo wiedziałam już mniej więcej czego się spodziewać. Zabieg bowiem zaczyna się od 20 minutowego leżenia na wieloigłowej dużej macie, ułożonej, w moim przypadku, głównie na dole pleców. Zastanawialiście się kiedyś jak się czuje fakir? Ja już wiem! Położenie się na tych igłach boli. I ból ten trzeba wytrzymać przez pierwszych kilka minut, po czym przestaje… Tak jakoś magicznie. Najpierw przechodzi w dziwne rotacyjne wibrowanie, a następnie po ciele rozchodzi się ciepło. Wszystko byłoby już dobrze, gdyby nie fakt, że zejście z tej maty boli bardziej niż położenie się na niej…
Potem jest już tylko lepiej. Masaż wałeczkami z igłami wcale nie jest straszny, a następujące po nim naciski masażerem ręcznym to już czysta przyjemność. Tak samo jak końcówka zabiegu – masaż ręczny aromaterapeutyczny. Wybrałam do niego olejek bergamotowy i długo jeszcze ten energetyzujący zapach unosił się wokół mnie.
Ciężko mi samej stwierdzić efekty po jednym masażu w chwili, gdy w zasadzie bardzo ten kręgosłup mi nie dokucza. Może o nich zaświadczyć jednak mój mąż, którego przestały boleć plecy. A męczyły go już bardzo… Przeszedł on serię takich zabiegów i sam na ból spowodowany naciskiem na maty bardzo nie narzekał. Stwierdził wręcz, że można się do igiełek przyzwyczaić. A ja stwierdzam, że igiełki naprawdę coś w sobie mają! I jak mnie znowu dopadnie, to się do Pani Ireny zgłoszę 🙂

Maty i wałeczki dostaniecie w Zdrowolandia.pl

A wszelkie pytanie polecam kierować do dystrybutora –  Aplimedica.

Kilka letnich porad

Wszystkie kosmetyczne pomysły, które akurat krążą mi po głowie wymagają obniżenia temperatury. I nie tylko one, bo tak samo moje chęci do pracy kuchennej. Postanowiłam więc dzisiaj zaserwować Wam coś bardzo na czasie – kilka prostych letnich porad. Mam nadzieję, że się przydadzą! Choć pewnie już je wszystkie znacie 🙂

Facebook