NapisałaAdriana Sadkiewicz

Zauroczona: Cubbylove

Czasem trafiam na małe niesamowite sklepiki, które potrafią zauroczyć mnie od pierwszej chwili. Może nie posiadają szerokiej oferty, ale w każdym z oferowanych produktów widać pasję, radość, uśmiech i miłość do tego, co się robi. Cubbylove jest jednym z takich sklepików. Nie u nas. Daleko, w Australii. Ale stanowi dla mnie ogromną inspirację. Każda z tych cudownych niezwykłych rzeczy, które są tu dostępne, jest unikatowa, wykonana ręcznie i z pomysłem. Dodaje pozytywnej energii i koloru. Każdą chętnie zaadoptowałabym u siebie. I każdą spróbowałabym też zrobic sama. Może kiedyś…

Tymczasem zapraszam Was na moje nowe zauroczenie i małą wędrówkę po Cubbylove!

 

Zdjęcia Cubbylove

Podpatrzone: Kostki peelingujące kawa kokos

Wypatrzyłam Wam i podpatrzyłam też, coś bardzo prostego, a zarazem cudnego! Polecam Waszej uwadze dzisiaj kostki peelingujące kawa-kokos. Cóż… możemy je też nazwać babeczkami-scrubami, które skórę wygładzają, odżywiają, zmiękczają i jeszcze działają antycellulitowo.
Pomysł pochodzi z Henry Happened i tam tez Was odsyłam po więcej ciekawych inspiracji.
Antycellulitowo, bo to kofeina przecież, która pobudza krążenie i pomaga usuwać toksyny. Kosteczki mogą więc stać się ciekawszą wersją tradycyjnego kawowego peelingu. Wyglądającą przy tym bardziej estetycznie i nadająca się idealnie na prezent. No i wzbogaconą o cudne właściwości pielęgnacyjne oleju kokosowego. Wybierzcie ten świeży, dziewiczy, nierafinowany, o intensywnym zapachu kokosa. Olej wnika głęboko i szybko w skórę, działa antyseptycznie, dezodorująco, odżywczo, przyspiesza regenerację i świetnie nawilża.
Przepis jest banalnie prosty. Potrzebujecie jedynie tyle samo oleju kokosowego ile mielonej kawy (na przykład po pół szklanki). Olej najlepiej wcześniej zmiękczyć, delikatnie go rozgrzewając, np. w mikrofali lub kąpieli wodnej. Całość mieszacie i przelewacie do foremek na muffinki. Odstawiacie w chłodne miejsce do zastygnięcia i po godzince wyciągacie. Olej kokosowy pod wpływem ciepła dłoni będzie się delikatnie roztapiał, więc scruby w użyciu będą przyjemne. Kosteczką wymasujcie ciało, zwłaszcza w newralgicznych miejscach – na udach i pośladkach. Uważajcie, kawa może zabrudzić łazienkę. Kostki przechowujcie w lodówce, zamknięte w woreczku, ale i w temperaturze pokojowej olej będzie dosyć twardy.
Autorka Henry Happened poleca stosować podobną mieszaninę także na twarz. Myślę, że na pewno warto taką maskę wypróbować. Zmieszajcie 1/4 szklanki greckiego jogurtu, łyżkę oleju kokosowego, dwie łyżki mielonej kawy i sok z połowy cytryny. Całość wmasujcie w twarz i pozostawcie na niej przez 10-15 minut. Po tym czasie zmyjcie maseczkę, delikatnie peelingując cerę. Mocne pobudzenie gwarantowane!
Zdjęcia Henry Happened

Strachy na lachy

Może i panikarą nie jestem, ale bardzo często się w życiu boję. Co ciekawe – boję się, że za często się boję. Nie wiem czy to skutek naszej polskiej mentalności, babskiej natury, wychowania czy szalejących hormonów? Zapewne mix tych rzeczy. Wypadkowa wszystkich moich dotychczasowych doświadczeń, intensywnie wzmacniana doniesieniami medialnymi, które, co jak co, ale strach potrafią w człowieku wywołać. 
Mam wrażenie, że kiedyś inaczej się żyło, bo mniej się wiedziało. Matki mniej bały się o dzieci spędzające całe dnie na podwórku czy w lesie i podające rękę obcym, bo nie atakowały nas ze wszech stron informacje o czyhających pedofilach i mordercach. Nie to, żeby takie rzeczy miejsca nie miały. Po prostu słyszano tylko o jednym przypadku na sto, gdzieś tam, daleko. Tymczasem dzisiaj boję się nawet do szpitala pójść, bo zapewne czyhać tam na mnie będą niekompetentni, pijani lekarze, którzy na pewno zrobią jakiś błąd i w najlepszym przypadku, zaszyją w nerce jakąś szmatkę. Strach się bać!
Moje największe strachy przyszły do mnie, kiedy zaszłam w ciążę. Wcześniej nie było tak źle. Obwiniam tu hormony właśnie i instynkt pierwotny macierzyński. To od tego momentu płakać mi się chce na reklamach, wzruszają mnie byle historie, małe słodziutki dzieci, pieski, ptaszki i inne stwory. Płaczę na filmach i fabularnych i przyrodniczych. Płaczę oglądając głupie filmiki na youtubie i kampanie społeczne. Już teraz wiem, że może i Kamienie na szaniec okażą się dobrym filmem, ale ja nie mogę na niego iść, bo ta historia zawsze tak bardzo mnie wzruszała, że ryczeć będę już, jak pojawi się na ekranie tytuł. 
Ja nawet zdaję sobie sprawę z tego, że reklamy tworzone są specjalnie w ten sposób, żeby wzruszać. Pokazują córeczki i ich poświęcające się, zabiegane, zapracowane mamy, którym wszystko wynagradza złoty medal dziecka na olimpiadzie. Albo kiedy kobieta pokazuje mężowi buciki. Albo jak do śpiących o poranku rodziców przychodzą dwie małe dziewczynki, trzymające się za rękę, w koszulkach nocnych. No… nawet jak to piszę, to się wzruszam. I wiem, że ma to na mnie wpływać w ten sposób, że ma wywołać pozytywne skojarzenie z marką i wzmocnić chęć zakupu konkretnego produktu, ale i tak się wzruszam.
Najgorsze są kampanie społeczne i filmiki z nowo narodzonymi, przytulającymi się do mam, dziećmi. Oj, to potrafi wywołać mocny efekt. Kojarzycie niedawny krótki film o dziewczynce, Brytyjce, która przeżywa początek wojny? Z hasłem „to, że to nie zdarzyło się tutaj, to nie znaczy, że w ogóle się nie zdarza”? To jeden z moich największych strachów…
 A jakie są te moje strachy w ogóle?
  • Najbardziej, panicznie, okrutnie boję się o Różę. I to tak mocno, że czasem to we mnie eksploduje i wybucham płaczem. Nagłym i niepohamowanym. Po chwili przychodzi opamiętanie, ale ten strach we mnie siedzi głęboko.
  • Boję się idiotów. Boję się zwłaszcza idiotów, którzy wsiadają za kierownicę po pijaku. Boję się pędzących w BMW idiotów, którzy pozbawieni są jakiejkolwiek wyobraźni. Boję się, bardzo się boję, że kiedyś taki pijany idiota odbierze mi wszystko, co mam. Moją rodzinę.
  • Boję się, że sobie nie poradzimy. Że przyjdzie załamanie, ciężki okres, kryzys gospodarczy, bezrobocie i beznadzieja. Że zabraknie na chleb, na dach nad głową. Że nie będziemy w stanie ogarnąć rzeczywistości.
  • Zważywszy na ostatnie wydarzenia na Ukrainie, coraz bardziej boję się wojny. Boję się tego, że kiedyś w jednej chwili wszystko to, co znamy może legnąć w gruzach. Przyjdzie ogień, ciągły strach, głód…
  • To z tych strachów największych. Ale jest też całkiem sporo mniejszych. Boję się startu samolotu. Przeraża mnie ten moment, kiedy maszyny zaczynają pracować pełną parą, robi się nagle straszny huk, a samolot rozpędza się na pasie startowym. Uspokajam się dopiero wysoko w powietrzu. Katastrofa lotnicza to jeden z moich koszmarów sennych…
  • Boję się jeździć po mieście. A najbardziej boję się parkować w centrum Krakowa. Jeśli kiedyś próbowaliście, to może wiecie o co chodzi… Tam w ogóle nie ma miejsca!
  • Boję się wchodzić sama do piwnicy. Z za każdego rogu łypią na mnie jakieś potwory…
  • Boję się chodzić po ciemku po naszym osiedlu, a już zwłaszcza po okolicznym parku. A nie powinno tak być!
  • Boję się za szybko jeździć na nartach. Za mało mam umiejętności i nie do końca wychodzi mi hamowanie.
  • Boję się piorunów. Kiedy przychodzi burza, oglądam ją, jak najbardziej, ale z za zamkniętego okna.
  • Boję się pająków, węży i jaszczurek.
  • Boję się odgłosów wyłaniających się z ciszy, kiedy śpimy w domku rodziców na wsi. Tam jest inaczej, tam wszystko trzeszczy, wiatr szumi, duchy chodzą…
  • Boję się być sama nocą. Kiedy zdarzają się takie wieczory (bardzo rzadko), muszę mieć chociaż włączony cały czas telewizor. Jako substytut czyjejś obecności.
  • Boję się, kiedy ktoś dzwoni do mnie późnym wieczorem. Boję się złych wiadomości.
  • O! A kiedy mój mąż był na misji w Afganistanie nade wszystko bałam się dzwoniącego dzwonka domofonu/drzwi, kiedy nikogo się nie spodziewałam. Za każdym razem myślałam, że dostanę zaraz zawału…
  • I boję się, że ta cała lista to tylko wierzchołek góry lodowej moich strachów…
No i cóż pozostaje… Albo gruntowna terapia, albo żyć z tym 🙂
 
Czego Wy się boicie? Co Was przeraża? Te większe sprawy czy codzienne drobnostki?

Sosenka do szafy

Pogoda sprzyja pierwszym wiosennym spacerom. Dzisiaj polecam Wam obrać kierunek na las, najlepiej taki duży, dziki i gęsty. Nieco dalej od miasta. Czysty i naturalny. A jak już się w nim znajdziecie, odetchnijcie szeroko. Wdychajcie. Inhalujcie się. I weźcie trochę leśnego aromatu do domu. Zbierzcie nieco gałązek sosny, bo dzisiaj będziemy ten cudowny leśny aromat wprowadzać do naszych szaf!
Uwielbiam leśne olejki. Już Wam kiedyś pisałam, że są idealne w okresach przeziębień. Ustawiamy sobie zawsze wtedy kominki z olejkiem z sosny, jodły i świerku. Dzisiaj jednak skupimy się na tej pierwszej. Polecam Wam bowiem proste woreczki zapachowe, które nadadzą lekkiej leśnej świeżości Waszym szafom i mieszkającym w nich ubraniom.
Specjalnej filozofii tu nie mamy. Zbieramy w lesie małe gałązki sosny, lekko je zwijamy i wkładamy do bawełnianego lub lnianego woreczka. Przed jego zamknięciem, wlewamy jeszcze do środka kilkanaście kropelek olejku sosnowego. Dla wzmocnienia efektu. Ja jeszcze dodałam stempelkami i farbą mały napis. I gotowe. Woreczek wieszamy na wieszaku lub wkładamy do szuflady. Kiedy olejki się ulotnią, wystarczy nieco dolać.
Co takiego w tej sośnie jest? Zapraszam do mojego dawnego posta o sośnie w kosmetyce TUTAJ. Sam olejek otrzymuje się w procesie destylacji igieł sosnowych, młodych gałązek i szyszek. Te najlepsze pochodzą z dalekiej północy. Tam jest po prostu najczyściej. Określa się je mianem syberyjskie, ale w rzeczywistości produkowane są w głównej mierze w Finlandii. Te najpopularniejsze olejki przywędrowały do nas z odmian szkockich i norweskich.
Już sam Awicenna stosował olejek sosnowy. Przepisywał go przy zapaleniach i infekcjach płuc. Rzeczywiście idealnie sprawdza się w nieżytach górnych dróg oddechowych. Poleca się go do inhalacji parowych oraz dodaje do olejków antyprzeziębieniowych, służących do nacierania skóry w okolicach klatki piersiowej. Ma działanie wykrztuśne i antyseptyczne. Pomaga także na katar i ból gardła. Szczególnie często łączy się go z olejkiem eukaliptusowym.
Olejek ma działanie odświeżające, dezodorujące, stymulujące i znoszące bóle mięśniowe. Świetnie sprawdza się po dużym wysiłku, polecany dla sportowców i osób pracujących fizycznie. Warto zmieszać 6-8 kropelek olejku z dwiema łyżkami oleju bazowego i dodać do rozgrzewającej kąpieli. Pamiętajcie tylko, aby nie dodawać go nigdy do wody bez uprzedniego rozcieńczenia – może podrażnić skórę, która będzie lekko piec i swędzieć.

Czujecie już ten las?

W roli głównej: BIO szampon z olejkiem arganowym i masłem shea AVEBIO i Warsztaty kosmetyki naturalnej

Dzisiaj mamy dwie gwiazdy. Pierwsza, ta bardziej tradycyjna, pragnie Wam ukazać swoje wdzięki i niezwykły aromat. Druga gwiazda jest wydarzeniem, które już niedługo zawita do kilku miast w Polsce. Zaczynamy jednak od BIO szamponu z olejkiem arganowym i masłem shea AVEBIO.

Założę się, że niewiele z Was słyszał o AVEBIO, a zapewne jeszcze mniej miało okazję wypróbować kosmetyk marki. A szkoda, bo oferuje produkty zaiste zacne. W głównej mierze są to czyste masła, oleje, wody kwiatowe, sole czy błota. Ja jednak zwróciłam uwagę na coś odrobinę bardziej skomplikowanego. Piszę „drobinę”, bo składy gotowych kosmetyków też są bardzo proste. I w tej prostocie tkwi ich siła.
Pokusiłam się na szampon z olejkiem arganowym i masłem shea. Przyznam, że skusiła mnie tu nuta zapachowa. A bardziej zaintrygowała. Coś mi mówiło, że połączenie kwiatu gorzkiej pomarańczy – neroli z cytryną i pomarańczą to będzie strzał w dziesiątkę. I nie myliłam się. Zapach uwielbiam. Jest bardzo naturalny, ciepły, kwiatowo-cytrusowy. Nie tak mdły jak samo neroli, nie za bardzo owocowy. Oj, zapach to bardzo mocna strona szamponu.
Ale zapach to tylko jedna strona wykorzystanych tutaj olejków eterycznych. Zacytuję za producentem: Olejek cytrynowy jest silnym środkiem antyseptycznym i przeciwzapalnym. Olejek Pomarańczowy działa antybakteryjnie i oczyszczająco na skórę
głowy, łagodzi wszelkie podrażnienia. Olejek Neroli słynie ze swoich właściwości odmładzających i odżywczych. Doskonale
normalizuje wydzielanie sebum. Regeneruje skórę głowy i zapobiega
wypadaniu włosów. Wspomaga również walkę z łupieżem.
Poza tym zależało mi na intensywnej regeneracji włosów, które na przełomie zimy i wiosny nie prezentują się szczególnie dobrze. O regenerację dbają tutaj wspomniane już masło shea i olejek arganowy. Nie dodają wcale tłustości kosmetykowi, ale ich obecność jest wyczuwalna na włosach. Nie muszę każdorazowo stosować odżywki, a i tak są odżywione i błyszczące.
Szampon jest biały, gęsty. Dobrze się rozprowadza na włosach i pieni. No, nie tak bardzo jak te drogeryjne szampony, ale jak na naturalny, całkiem całkiem. Czasem prosto po umyciu włosy są bardzo zmierzwione, ale jestem mu to w stanie wybaczyć. Zastrzeżenia mam też do etykiety, która ewidentnie nie jest przystosowana do codziennego moczenia i bardzo szybko się niszczy, przez co szampon nie wygląda specjalnie estetycznie w łazience. Poza tym, kosmetyk jest naprawdę przyjemny i doskonale sprawdza się przy częstym stosowaniu. Polecam!

Szampon z AVEBIO.

Pora na naszą drugą gwiazdę i na małe zaproszenie. Już niedługo w Krakowie, Poznaniu, Szczecinie, Trójmieście, Warszawie i Wrocławiu rusza 29. Rozwojowy Festiwal dla Kobiet Progressteron. Zapraszam Was na stronę Dojrzewalni Róż (TUTAJ). Znajdziecie tam informację na temat oferty warsztatowej w Waszym mieście. 
Ja zapraszam do Krakowa! Tutaj bowiem odbędą się po raz kolejny moje warsztaty –  W świecie zapachów – warsztat kosmetyki naturalnej i aromaterapii (TUTAJ). W sobotę, 12 kwietnia, godz. 15:00-17:00, w Centrum Sztuki Współczesnej Solvay. Mam nadzieję, że się tam spotkamy!

Więcej inspirujących krakowskich warsztatów znajdziecie TUTAJ!

Po-Weekendowe Cuda no69

Jednocześnie doniczka i dekoracja. Coś w stylu geometrycznej nowoczesnej rzeźby w naturalnym wydaniu i z żyjącym akcentem. Bardzo mi się taka forma na sukulenty podoba (1) Z RawOriginals.
Cudowny pomysł na syropy smakowe, jako dodatki do babeczek. Koniecznie do wypróbowania! (2 – Sprinkle Bakes).
Idealna kolorowa półka do kreatywnej pracowni marzeń (3, Raul De La Cerda).
Do ściągnięcia i skorzystania – opakowania na mydła (4, Funkytime). Na prezent idealne.
Oj, spodobały mi się bardzo te kolorowe naczynia z Pt, (5). Pastelowe, geometryczne, ciepłe.
Pamiętacie moje ostatnie diamentowe mydełka? Te tutaj, w wersji pastelowej, też są cudowne (6)!
Zawsze chciałam zrobić ziołowe kadzidło. Może najwyższa to pora! Szałwiowe z Poppytalk (7), autorstwa The Merrythought.
Niedługo rozpocznie się sezon na rowery. Znalazłam Wam do nich idealne kosze (8, yogi babu projekt)!
A także równie wiosenne metalowe donice w kolorach wcześniejszych miseczek ze Scandi Shop (9).
Na koniec niezwykle klimatyczne płatki mydlane z Lulu Living (10).
Choć to jednak nie koniec. Na koniec mam dla Was wspaniały filmik. O rodzinie, o życiu, o momentach. Bardzo polecam.


Kinfolk – Pacific Rhythms from We Are The Rhoads on Vimeo.

A na sam koniec mała zapowiedź moich dalszych biżuteryjnych eksperymentów! Tym razem kolekcja Night Sky 🙂

Cudownego tygodnia!

Facebook