NapisałaAdriana Sadkiewicz

Pasja, mydła i Veggie Bubbles

Tak się miło składa, że co jakiś czas mam okazję poznawać dziewczyny pełne pasji i pomysłów. Z kosmetycznym nastawieniem oraz wielkimi planami, do których dołącza ogrom wiedzy i umiejętności. Dziewczyny powoli dążą do spełniania swoich marzeń. Może nie od razu, może nie na szybko, ale konsekwentnie. Jeszcze pewnie nie raz o wielu z nich usłyszymy, bo kiedyś nagle się okaże, że nasza łazienka wypełniona jest cudami przez nie stworzonymi.
Chciałabym Wam te dziewczyny przedstawiać. Co jakiś czas. A zaczynamy od Uli.
Ula robi mydła. Ale jakie! Jakiś czas temu dostałam od niej maila, że chciałaby mi kilka tych swoich mydełek przesłać. Cóż, oczywiście, że się zgodziłam. Dawno to było, ale mydełka nie zniknęły gdzieś w czeluściach szafki łazienkowej. O nie! One sprawiły naprawdę dużo radości, bo musicie wiedzieć, że są to jedne z najlepszych mydeł, jakie używałam. Bardzo bardzo przyjemnie tłuściutkie, całkowicie naturalne i cudownie pachnące. Najbardziej urzekło mnie to o zapachu pomarańczy z cynamonem. Boskie.
Na mydła padło całkiem przypadkiem! Od dawna nie kupuję kosmetyków
testowanych na zwierzętach, więc eksperymentowałam z kremami domowej
roboty, peelingami, balsamami do ust, oliwkami do ciała i w końcu
sięgnęłam po receptury mydlane. Mydła to wyjątkowa dziedzina kosmetyki,
która jest połączaniem wypiekania łakoci, majsterkowania, domowego
laboratorium i tworzenia domowej sztuki – więc jest to mega przyjemne
kombo, ale, uwaga, bardzo silnie uzależniające!! Jeśli ktoś nie chce
oszaleć na punkcie domowych mydeł, nie powinien w ogóle zaczynać
wyrabiać ich samodzielnie 🙂 Zapewniam jednak, że warto dać się
ponieść, ponieważ mydło daje nieskończone możliwości tworzenia! 
Nie
przypadkiem natomiast padło na taki skład moich mydeł. Wszystko co wyrabiam
musi być jak najmniej szkodliwe dla skóry, zdrowia i środowiska.
Naturalnym więc kierunkiem stały się składniki, które wyrosły na
drzewach, krzakach, łodygach – wykiełkowały gdzieś z ziemi, bądź
powstały z niej – mam tu na myśli glinki kosmetyczne. Absolutnie odcinam
się od wyzysku zwierząt i dewastowania ich domów! Moje mydła są wegan
friendly, cruelty free i palm oill free (nie zawierają oleju palmowego w
żadnej postaci)!!! W tej dziedzinie w Veggie Bubbles nie ma
kompromisów! Surowce i półprodukty pochodzą od dostawców nie testujących
na zwierzętach. Tyczy się to absolutnie wszystkich składników, od
olejów bazowych, po zapachy i koloranty. 
I tu jest cały FUN! Składniki
roślinne są przepiękne, ale i kapryśne, lubią płatać figle i nie
przejmować się założeniami twórcy. Krojąc każdą porcję mydła tak
naprawdę nie wiem co znajdę w środku, jaki wzór, jak się pomieszają
kolory, jakie one będą po tym jak mydło dojrzeje.  
Jest jeszcze jeden aspekt, który bardzo przywiązuje do tego hobby – przy
mydłach się chodzi, jak przy pisklętach… Po wyrobieniu trzeba na nie
czekać kilka tygodni aby „dojrzały”, w tym czasie się je waży, przewraca
z boczku na boczek, dogląda czy mają dość powietrza, aby mogły równo
schnąć, czy nie leżą w miejscu zbyt jasnym, zbyt ciepłym, co mogłoby
zniszczyć kolor i zapach. Takie nasze trochę dzieci 🙂 
Mydła wyrabiane
ręcznie są po prostu cudowne!!! 
Gdyby ktoś mnie zapytał o marzenia, to musiałabym wygłosić swoisty
banał: marzę o tym, aby ludzie zaczęli czuć się elementem przyrody,
delikatnego łańcucha życia – a nie jej panami. Banał… Ale to jest moje
prawdziwe duże marzenie! Małym marzeniem jest to, że może uda mi się
jakoś do tego przyczynić, chociaż w ułamku procenta 🙂 Kiedy ktoś nie
zdający sobie sprawy z tego, jak podle działa przemysł kosmetyczny, ten
duuuuuży, reklamujący się w TV, poza którym niekiedy nie widać innych
rozwiązań, otrzyma taki produkt jak moje mydła i zacznie czytać: nie
testowane na zwierzętach, bez oleju palmowego, bez sztucznych
kolorantów, bez syntetycznych zapachów – to może uruchomi to w danej
osobie myślenie o tych arcyważnych sprawach. 
W przyszłości chciałabym
opowiedzieć troszkę więcej o składnikach których używam i dlaczego nie
używam innych, dlaczego kolorowe zioła i glinki, zamiast chemicznie
pozyskiwanych proszków? Ponieważ produkcja współczesnych pigmentów jest
ogromnie szkodliwa dla środowiska, wód gruntowych i dla nas samych.
Chciałabym aby choć jeden „ktoś” zatrzymał się w chwili refleksji, a
potem zaczął szukać informacji na temat tego, jak nas przemysł
kosmetyczny (i spożywczy) truje i robi w balona za nasze własne
pieniądze.

Dziękuję za cierpliwość i zapraszam do nas na www.facebook.com/VeggieBubbles
Całuję Was mocno!
Ula 

Diamenty i rubiny

Pozostaniemy na chwilę w temacie biżuterii. Jak już zaczęliśmy, to od razu idziemy na całość! W drogocenne struny uderzamy! W najlepszych przyjaciół kobiet! W diamenty i rubiny! A co tam!
Z tym, że wracamy do źródeł, czyli dzisiaj post jest kosmetyczny. Kamienie nasze szlachetne to nic innego jak małe urocze mydełka. Zupełnie nie naturalne, ale jakże śliczne! Ozdobią każdą łazienkę i dodadzą jej blasku. Mogą stać się specjalnymi mydełkami dla gości, albo wspaniałym prezentem. A mogą cieszyć też tylko Was, bo przecież każda kobieta w skrytości ducha o prawdziwym diamencie czy rubinie marzy. No… tu mamy prawie prawdzie… ale przynajmniej praktyczne, bo myją!

Do wykonania  diamentowych i rubinowych mydełek przygotujcie:
  • diamentową foremkę silikonową (moja z Empiku)
  • bazę mydlaną glicerynową (z EcoFlores)
  • barwnik kosmetyczny czerwony (też z EcoFlores)
  • olejek zapachowy – ja wykorzystałam truskawki ze śmietanką (z BliskoNatury.pl)
  • mikę błyszczącą Snowflakes (z Kolorówka.com)

Celowo nie podaję wielkości. Mydełka możecie spokojnie zrobić na oko, dostosowując ilość składników i zapach do własnych potrzeb i do własnej foremki. Bazę glicerynową kroimy na mniejsze kawałki, szacując mniej więcej jej wielkość względem pojemności foremek. Roztapiamy ją w ceramicznej miseczce w kąpieli wodnej lub w mikrofali, co chwilę mieszając i nie dopuszczając do wrzenia. Roztopi się bardzo szybko. Moja foremka zawierała 6 kamieni. Podzieliłam ją więc na połowę i zrobiłam 3 rubiny i 3 diamenty. Do tych pierwszych, do roztopionej bazy dodałam 3 kropelki barwnika, łyżkę miki i kilkanaście kropelek zapachu. Do bazy diamentowej po prostu nie dodałam barwnika. Ważne, aby wszystko mieszać sprawnie i szybko przelać bazę do foremek. Zastyga po niedługiej chwili, ale lepiej odłożyć foremkę w chłodne miejsce i odczekać pół godziny zanim wyciągniemy nasze kamienie.
I gotowe! Nie martwcie się – ten błyszczący pigment nie osadza się na skórze. Zmywa się z niej wraz z mydłem.

Biżuteria czyli Lili in the garden

Kochani, muszę się z Wami podzielić moja najnowszą pasją. Zawładnęła mną całkowicie. Pewnie te z Was, które biżuterię same robią, wiedzą co to za uczucie. Taka ogromna chęć tworzenia! Siedzę teraz wieczorami i jak nie dłubię w Photoshopie, nie wymyślam jakiejś kąpielowej babeczki, to ślęczę przy stoliku, w koralikach, różyczkach i łańcuszkach. I ciągle chcę więcej!
Takie kwiatowe naszyjniki widziałam dawno dawno temu. Zauroczyły mnie kompletnie. Pozostały w głowie i czekały na swój czas. I w końcu musiały z niej wyjść.
Poniżej kilka moich mały dzieł. Mój kwiatowy ogród. 
Może jakiś mały sklepik nawet sobie z nimi otworzę 🙂

 

 

 

Misz Masz 6

Kolejny misz masz czyli kilka rzeczy, zupełnie ze sobą nie związanych, którymi chciałabym się z Wami podzielić!
1. Znalazłam w końcu pierścionki idealne. Takie, które od dłuższego czasu gdzieś tam siedziały sobie w głowie i nie mogły z niej wyjść i nagle się zmaterializowały! Dokładnie takie chciałam, proste, nieduże, delikatne, złote, z małymi geometrycznymi oczkami w odcieniach różu i szarości. No i trzy w komplecie do dowolnego dobierania. Uwielbiam je! A wynalazłam je w jednym ze sklepów I am za całe 24,90zł :):):) (Więcej w kwestii biżuterii, która stała się moim nowym hobby, jeszcze w tym tygodniu przeczytacie!)
2. Rzadko piszę na tym blogu o kosmetykach innych nie te naturalne. Bo i nie temu on służy. Czasami jednak muszę się podzielić małymi moimi zachwytami. Jako, że teściowa moja jest konsultantką Avon, skusiłam się niedawno na taki zestaw na dzień kobiet. I był to strzał w dziesiątkę! Przyznam się… decydującą rolę w decyzji odegrało tu to cudne kwiatowe pudełeczko… Ale co tam opakowanie! W środku za 29zł znalazł się genialny soczysty lakier w truskawkowym odcieniu (chwilowo mój ulubiony; i szybko schnie), tusz do rzęs, który naprawdę sprawia, że są jakieś takie dłuższe i większe oraz buteleczka 30ml perfum Little Black Dress. Ten zapach przypomina mi coś z młodości, z czasów liceum, czego nie potrafię określić. Ale jest to coś naprawdę miłego 🙂 Polecam!
3. Pozostając w temacie kosmetyków… Znowuż, staram się nie opisywać żeli o nie za bardzo naturalnych składach, ale i o tym nie mogę nie wspomnieć! Wszystko przez zapach! I pomysł martketingowców The Body Shop, którzy z okazji walentynek podesłali mi nowy jagodowy żel pod prysznic i film „Jagodowa miłość”. Wprawdzie przez film ledwo przebrnęłam… Ale zapach żelu jest niesamowity! Bardzo jagodowy! Soczysty i smakowity.
4. Nie wspominałam Wam jeszcze o pewnych zmianach w moim życiu. Ponad dwa tygodnie temu rozpoczęłam pracę dla sklepu BliskoNatury.pl. Może znacie? Jeśli nie, to polecam, bo oferta tam jest ciekawa. Dla mnie jest to wspaniała możliwość realizacji kilku pomysłów oraz łączenia pracy z opieką nad dzieckiem – pracuję zdalnie, z domu. Co ważne, rozkręcam się graficznie, uczę się, tworzę swoje pierwsze etykiety drukowane. Ileż to satysfakcji daje!
5. Never Give Up – taki plakat wygrałam kilka dni temu u Magdy na blogu My Pink Plum. Leży mi teraz koło biurka i cieszy oczy. Jak tylko jest trochę smutno, to patrzę na niego i myślę sobie, że ta Magda to dokładnie wiedziała czego mi trzeba! A jej blog polecam Wam chyba co chwilę w Po-Weekendowych Cudach. Tak pełen jest dobrej energii i artystycznej wizji świata.
6. Róża miała w tłusty czwartek swój pierwszy w życiu bal przebierańców w naszej Akademii Maluszka. Ile emocji przy tym było! Ile radości! Postanowiła zostać królewną, ubrałam ją więc w kwiecistą suknię i dokupiłam koronę z pierścionkiem, klipsami i naszyjnikiem. Biżuteria ponoć po kwadransie się znudziła, a do zdjęć udało mi się ją złapać jak już wszyscy z sali wyszli. Ale co tam! Zawsze coś! A o balu do teraz opowiada!
7. Dostałyśmy niedawno dla Różyczki taką cudowną torebkę (proj. Anny Murzyn) z jednym z cudownych ptaszków Wróblewny, które już Wam kilka razu pokazywałam. Kasia, która te ptaszki szyje, to koleżanka moja i po prostu nie mogę Wam kolejny raz jej prac nie polecić! Miałam wprawdzie zrobić jakąś specjalną stylizację, ale poczekam tu chyba do wiosny, jak już kurtka zimowa zniknie nam z oczu. A po ptaszki zajrzyjcie koniecznie do sklepiku – TUTAJ.
Zrobiłam kiedyś takie oto kolaże z moich przepisów, a jeszcze ich nie publikowałam, więc nadrabiam! W tym tygodniu pokażę Wam też mydlane diamenty i rubiny. Świetne wyszły! 

Linki do przepisów oczywiście w zakładce z przepisami

PS Musiałam włączyć weryfikację obrazkową w komentarzach bo ilość spamu przeszła jakiekolwiek granice…

W roli głównej: Phenomé Nawilżający olejek do twarzy REPLENISHING

Mam przyjemność przedstawić Wam dzisiaj kolejną gwiazdę naszego cyklu! Tym razem, w roli głównej, zaprezentuje się Wam Nawilżający olejek do twarzy REPLENISHING marki Phenomé!

To naprawdę sama przyjemność, przedstawiać Wam ten olejek. Z czystym sumieniem powiedzieć muszę, że jest to jeden z najlepszych olejków do twarzy jakie znam. Ot, po prostu! Schowany w małej szklanej, brązowej buteleczce z kroplomierzem. Z bardzo charakterystyczną dla Phenomé etykietą, przypmina starodawne lekarstwo. Coś w rodzaju kropli żołądkowych dziadka. Choć nie ukrywam, że taka akurat estetyka w mój gust trafia.
Dopiero w środku odnajdujemy nasz drogocenny olejek. Lekki, o pomarańczowej barwie i fantastycznym cytrusowym zapachu. To właśnie ta nuta cytrusów, z mandarynką na czele, sprawia, że samo używanie kosmetyku jest zwyczajnie przyjemne. Zapach ma duże znaczenie. Ten jest energetyzujący, słoneczny, dodający chęci do działania. 
Olejek oparty jest na frakcjonowanym oleju kokosowym. Oznacza to, że przybiera formę tzw. suchą. Jest olejem, owszem, ale wchłania się ekspresowo i nie pozostawia tłustej warstwy na powierzchni skóry. Pozostaje po nim jedynie unoszący się wokół aromat i miła w dotyku skóra. 
Dodano do niego inne, bardziej wysycone odżywczymi składnikami oleje, takie jak: arganowy, jojoba, ze słodkich migdałów, makadamia, awokado, oliwę z oliwek i buriti. A także nowość dla mnie – olej z cibory jadalnej. No, pierwsze słyszę! Zacytuje więc dla ciekawych: „Olej z cibory jadalnej jest ceniony w przemyśle kosmetycznym ze względu
na szereg zalet. Znajduje się on w składzie wielu różnych produktów do
pielęgnacji skóry i włosów. Słynie ze swoich własności nawilżających –
rozprowadzony na skórze zapewnia odpowiednie nawilżenie, które utrzymuje
się nawet przez 24 godziny. Skóra staje się miękka i przyjemna
w dotyku. Olej z cibory wchodzi ponadto w skład wielu produktów do
pielęgnacji włosów, ponieważ zwiększa puszystość włosów i nadaje im
blask, a także ułatwia ich układanie”.
Olejek, jako serum, stanowi idealne uzupełnienie codziennej pielęgnacji. Pomimo tego, że nie jest tłusty, stosuję go jedynie na noc, pod krem. Cera staje się widocznie miękka, mocno nawilżona i, mam wrażenie, że uspokojona. Olej koi i łagodnie regeneruje. Jeśli dodamy do tego ten cudowny zapach, nie pozostaje nic innego, jak się od niego uzależnić!

Olejek z Phenomé 

Po-Weekendowe Cuda no68

Weekend należał do jednego z tych bardziej intensywnych. Cuda więc odrobinę są okrojone, ale mam nadzieję, że i tak się spodobają!

Nastrój mam już bardzo wiosenny i coraz częściej zwracam uwagę na kwiaty. Ten wazonik w kształcie ptaka (1) świetnie do nich pasuje. Cóż… w zasadzie jest cudny! Wpisuje się też w moje uwielbienie dla ceramicznych ptaszyn 🙂
Już Wam kiedyś pokazywałam ten żyrandol. Tak mi się wydaje. Ale natrafiłam na niego ponownie i przypomniałam sobie też moje niedawne probówkowe wazoniki. I musiałam i Wam raz jeszcze pokazać – projekt PaniJurek (2).
Lubię piękne, a proste formy. Dlatego zachwycił mnie ten mały komplet – cukiernica i dwie czarki Barbary Śnieguli (3).
Jak krok po kroku przygotować uroczą kwiatową aranżację – 4. Zdjęcia Paula Player Photography | stylizacja Mimi Nicole Events.
Blueberry Cafe w Południowej Afryce i jej piękne naturalne wnętrza (5).
Cudowne półki z morskich toni (6)! Jestem zachwycona samym pomysłem wykorzystania drewna z morza, jak i sposobem aranżacji. Idealnie pasują do małych nadmorskich chałupek. Czujecie ten klimat wakacji? Z Ocean Swept.
Do zrobienia, koniecznie, podstawki na biżuterię ze zwierzaczkami (7)! Z LuLu*s.
Pomysł na rodzinne popołudnie – karmnik dla ptaków z gliny (8). Proste to to, ładne i funkcjonalne. Z Henry Happened.
Warzywniakowe jabłkowe skarpetki (9) całkowicie podbiły jeden z ostatnich dni. Boskie!

Miłego tygodnia! Wiosennego!

Facebook