NapisałaAdriana Sadkiewicz

Naturalnie w dobrej cenie – przegląd tanich kosmetyków naturalnych

Jednym z głównych zarzutów wobec kosmetyków naturalnych jest cena. No… może nie jest to nawet zarzut, ile spora bariera w przestawieniu się na naturalną pielęgnację. Często spotykam się z opinią, że to „przez tą modę na ekologię”. Że producenci wykorzystują okazję. Oczywiście w wielu wypadkach cena kosmetyku jest podyktowana marką i jej strategią promocyjną. To jasne, że jeśli coś jest drogie, to wierzymy, nawet jeśli tylko podświadomie, że jest lepsze. Towary luksusowe może nie sprzedają się w takiej ilości jak te codziennego użytku, ale dochód z nich i tak rekompensuje obniżoną sprzedaż. 
To jeden powód. Znacznie jednak tutaj istotniejszym jest fakt, że składniki kosmetyków naturalnych i organicznych są po prostu droższe. Począwszy od samego początku, od rolnika i jego poletka na którym rosną, dajmy na to, róże, nagietki czy aloes, nakłady na produkcję danego składnika znacznie się zwiększają. Rolnik musi dostosować uprawę do pewnych standardów, zrezygnować z niebezpiecznych nawozów i zdać się na naturę. Tak samo podczas „wyciągania” drogocennych ekstraktów z roślin. Takie chociażby oleje – dobrze, żeby były tłoczone na zimno, nierafinowane. Nie wspominając już o tym, że te wszystkie roślinki, nawet nie do końca ekologicznie wyrośnięte, są i tak droższe od chemicznych środków zastępczych. 
Producenci kosmetyków naturalnych często także zwracają uwagę na to, aby opakowanie było zdatne do recyklingu, papier już z niego pochądzący, produkcja odbywała się z wykorzystaniem ekologicznych rozwiązań. To wszystko kosztuje. I to wszystko ma wpływ na cenę końcową produktu. Dodatkowo, jeśli kosmetyki pochodzą spoza kraju, to dystrybutor musi ponieść takie koszty, jak chociażby ich transport, opłaty celne, jeśli są spoza UE oraz badania laboratoryjne, jeśli takowych nie posiadają. Takie drobiazgi, które cenę podnieść muszą. Dystrybutor też człowiek, też zarobić musi. Oddaje je więc do sklepów, które nakładają, w zależności od marki, kolejne 20-50% marży. Sklepy też ludzie, też muszą zarobić.
A co z Wami? Jeśli akurat nie możecie przeznaczyć za dużej kwoty na dobre kosmetyki? I jeśli sami nie robicie w domu własnych pielęgnacyjnych specyfików? Konsumenci też ludzie, też muszą coś kupić. Najlepiej coś całkiem przyzwoitego, ale żeby i starczyło funduszy do końca miesiąca.
Mam dla Was dobrą wiadomość – marek, które oferują kosmetyki naturalne w dobrej cenie, jest coraz więcej. I coraz ciekawszą przedstawiają ofertę. Gdzie ich szukać? Polecam oczywiście internet, ale też sklepy zielarskie.
Wielokrotnie już pisałam, że nie doceniamy sklepów zielarskich. Są na każdym chyba większym osiedlu, zawsze gdzieś za rogiem. Zazwyczaj z bardzo zaniedbaną witryną, która nie zachęca do odwiedzenia. A wewnątrz znajduje się tyyyle dobra! Nie wszystkie kosmetyki w takich sklepach są naturalne, ale zauważyłam tendencję do rozszerzania oferty o takie właśnie produkty. Znajdziemy w nich często znane naturalne marki, ale też ciekawe niszowe perełki. Wstąpcie do takiego sklepu wracając z pracy czy ze spaceru z dzieckiem. Na pewno coś kupicie!
W sklepach internetowych warto zwrócić uwagę na coraz popularniejsze kosmetyki rosyjskie i indyjskie. Te pierwsze dodatkowo zachwycają opakowaniami. W przypadku produktów z Indii opakowania raczej odstraszają, ale zawartość godna jest uwagi. Zachodnie niedrogie marki, które polecam to Neobio, Omia, Marilou BIO. Z polskich na pewno Sylveco i, nieco droższe, AA Eco. Polecam też rossmanową Alterrę. Wprawdzie mam wrażenie, że kiedyś jej kosmetyki miały certyfikat ekologiczny, a od jakiegoś czasu go nie widzę, to trzeba przyznać, że są bardzo atrakcyjną cenowo alternatywą dla sklepowej chemii. I chociaż z nóg nie powalają i czytałam różne o nich opinie (w większości pozytywne), to są to bardzo przyzwoite produkty, a odżywka z granatem do teraz jest jedną z moich ulubionych.
Coraz częściej też wyłapuję młodych polskich gniewnych! Chodzi o przedsiębiorcze dziewczyny, które ukochały sobie domowe kręcenie i o małe manufaktury, które wyrastają jak grzyby po deszczu. Na Zachodzie bardzo popularne jest Etsy.com, na którym znajdziemy tysiące ręcznie robionych kosmetyków. U nas coraz prężniej działa DaWanda, która ma osobny dział „pielęgnacja”, bardzo dobrze ukryty przed wzrokiem przechodniów, w dziale głównym „dom”. Dla ułatwienia skieruję Was o razu TUTAJ. Obserwujcie to miejsce. Jestem pewna, że coraz więcej z Was zacznie tam wrzucać coś wartościowego, co stanie się cennym znaleziskiem pielęgnacyjnym w przystępnej cenie.
Wybrałam Wam dzisiaj kilka kosmetyków, na które sama zwróciłam uwagę, z oferty marek, które Wam dzisiaj polecałam.

Marilou Bio Krem na dzień

Kiedyś, dawno temu, używałam go i byłam bardzo zadowolona. Lekki, o subtelnym zapachu i prostym składzie. Madam Natura, cena: 15,00zł
Węglowe mydło naturalne Mydlofaktura
Ręcznie wyrabiane naturalne mydło z węglem aktywnym. Węgiel aktywny jest
znany ze swoich właściwości adsorbujących toksyny, polecany do skóry z problemami, przetłuszczającej się lub
z trądzikiem. DaWanda, cena: 10zł
Lass Cosmetics Żel przeciwtrądzikowy
Prosto z Indii. Do miejscowego stosowania na problematyczne obszary skóry o
właściwościach przeciwzapalnych i przeciwbakteryjnych, usuwa bakterie
wywołujące wypryski i trądzik, zmniejsza pory. Iwos, cena: 17,50zł
OMIA Dermatologiczny płyn do higieny intymnej ALOE VERA
Składniki płynu poza zdolnościami antyseptycznymi i myjącymi (saponiny) mają też doskonałe właściwości przeciwzapalne, przeciwobrzękowe i przeciwbólowe. BeeEco, cena: 23zł
Glinka biała z kozim mlekiem
Jako maseczka, jako peeling, do twarzy, do włosów. Ma bardzo szerokie zastosowanie. Atelier Brocante, DaWanda, cena: 9,50zł

Hibiskusowy tonik do twarzy Sylveco
To jeszcze gorąca nowość marki. Delikatny tonik do twarzy przeznaczony jest do pielęgnacji każdego rodzaju cery. Zawiera ekstrakt z hibiskusa i aloes. ecoKraina, cena: 15,20zł 

Balsam z algami morskimi (na wagę, w kostce)
Maślano-oleisty natłuszczacz ciałka. Oparty ma maśle shea, kakaowym, oleju kokosowym, ze słodkich migdałów i ryżowym, Atelier Brocante, DaWanda, cena: 12zł
Scrub do ciała Craft’n’Beauty
Pachnące nowości koleżanek blogerek. Stosują one naturalne ścierniwa jak sól, cukier, suszone kwiaty. Całość zanurzona w
szlachetnych olejach i masłach pielęgnuje skórę, złuszcza martwy
naskórek i pozostawia jedwabiście gładkie ciało. DaWanda, cena: 25zł 
Alterra Odżywka do włosów Granat i aloes
Odżywka, którą polubiły moje włosy i do której regularnie powracam. Rossmann, cena: 9,50zł
Neobio Krem balansujący na dzień
Lekka konsystencja, oparta na bio-oleju z pestek moreli i hibiskusa, a jednocześnie intensywne działanie substancji aktywnych – bio-masła shea i bio-oleju sojowego. Skarbiec Natury, cena: 15,90zł

Organic Shop – delikatny peeling do twarzy BRZOSKWINIA I MANGO
I zwrot ku Rosji, choć to może mało politycznie teraz słuszne. Peeling enzymatyczny, delikatnie złuszczający i zmiękczający skórę. Pozostawia ją miękką i oczyszczoną. Triny, cena: 15zł
Natura Siberica – Maseczka do twarzy INTENSYWNA na NOC
Stworzona na bazie oleju z cedru syberyjskiego. Jej formuła promuje aktywną regenerację komórek, spowalniając proces starzenia się skóry. Triny, cena: 18,50zł

PS Grafika odzwierciedla doskonale mój dzisiejszy nastrój 🙂

Uśmiechamy się, bo mamy siebie – plakaty przypominające do druku!

Każdy tak ma, że dopada go chandra. Lekki spadek nastroju, chwilowy, przemijający. Lub gorzej – totalna czarna przytłaczająca rozpacz. Jeden mail, złe słowo szefa, negatywny komentarz czy głupia uwaga starszej pani w sklepie potrafią zepsuć humor na długo. Do tego dochodzi zmęczenie, terminy w pracy, luty, smog, niedobór magnezu, mąż nie w sosie, dziecko, które nie spało drzemki, pies, który dorwał jakąś słoninę pod blokiem i ciężkie zakupy. 
Znacie to? Na pewno! Co wtedy zrobić? Usiąść. Na chwilę chociaż. Zamknąć oczy i przypomnieć sobie o tym, o czym zazwyczaj zapominamy. O czymś najoczywistszym. O tym ile mamy szczęścia, że mamy wokół siebie akurat tych ludzi. Że mamy to akurat najcudowniejsze dziecko (lub dzieci), tego męża, chłopaka, przyjaciółkę. Tego psa, kota i papugę. Docenić i nie dać się emocjom. Wytłumaczyć sobie, tak racjonalnie, że nie jest tak źle. Że to przejdzie. A oni pozostaną. Bo jakby ich zabrakło… Och, szkoda nawet myśleć.
Uśmiecham się, bo mam ich.
A żeby na pewno nigdy o tym nie zapomnieć, przygotowałam Wam specjalne przypominające plakaty. Mój zawisł przy biurku, bo to tutaj spędzam dużo czasu i tutaj zdarza mi się odpłynąć czasem w złym kierunku. Wystarczy wtedy rzucić okiem na wypisane imiona i powrócić na dobry kurs. Bo te maile, te uwagi, te terminy nie liczą się tak bardzo. Tak bardzo jak oni.
Plakaty zrobiłam w dwóch wersjach. W pierwszej to Wy sami możecie uzupełnić puste miejsce, wpisując imiona. Możecie poprosić bliskich, aby sami je Wam wpisali. Możecie dopisać też to, na co macie ochotę. Ważne, aby był to powód do uśmiechu! Wersja druga jest bardziej uniwersalna i rodzinna, bo w liczbie mnogiej. Uśmiechamy się, bo mamy siebie. 
Plakaty ściągnięcie klikając
W każdej linii, na końcu po prawej stronie, najeżdżamy na strzałkę i wybieramy opcję drukowania lub ściągnięcia.
Plakaty drukujemy, uzupełniamy, oprawiamy lub przybijamy pinezką gdzieś w zasięgu wzroku. I pamiętamy! I uśmiechamy się do siebie. I wynosimy te zakupy na któreś piętro z dzieckiem pod rękę. I odpisujemy na kolejny mail spokojnie i grzecznie. I nie dajemy się pogodzie!

Wieczór, pizza i 10 filmów

Zapraszam dzisiaj do spędzenia wieczoru w domu! Na spokojnie, na luzie. Bez specjalnych wyjść, bez pracy, bez zmartwień. Bo mam dla Was kilka moich ulubionych poleceń! Portal Foodpanda poprosił mnie o zestawienie 10 najciekawszych filmów do obejrzenia przy pizzy. A jak przy pizzy to musi być lekko, musi być ciepło i do tego koniecznie zabawnie! Celujemy więc w radosny humor, doprawiamy miłostkami i pięknymi widokami. 
Powiem Wam, że bardzo się ucieszyłam z możliwości przygotowania takiego przeglądu. Niedawno, w walentynki, kilka osób polecało mi swoje ulubione filmy na Facebooku. Myślałam o tym, żeby się odwdzięczyć. I oto jest mój wybór. Część z filmów oglądałam z moim mężem. Podobało mu się, więc spokojnie możecie zaplanować wieczór we dwoje. Polecam je jednak jako idealne czasoumilacze, gdy jesteście sami lub w gronie przyjaciół – na babski wieczór wręcz stworzone! Pizzę w końcu najprzyjemniej je się w towarzystwie!

Mamma Mia!

Czy istnieje bardziej słoneczny i ciepły film, który nawet najzimniejszą zimą wyczaruje wakacje? No… nie! Uwielbiam go za widoki, za humor, za piosenki Abby i za cudowne role Colina Firtha i Pierca Brosnana.
Czas na miłość
Nasz najnowszy hicior! Kto oglądał, ten wie czemu. Piękna, wzruszająca historia o miłości, przepełniona brytyjskim humorem. Zaznaczam, że nie tylko o damsko-męskim kochaniu tu mowa. Jest tu też o dzieciach i rodzicach. Film, po którym jest ciepło w sercu przez następny tydzień!
Notting Hill
To już klasyka. Cudna kreacja Hugh Granta i znowuż moje ulubione brytyjskie poczucie humoru. Można oglądać w kółko.
Pamiętnik
Jedna z najpiękniejszych historii miłosnych. O tym, jak starszy pan czyta pamiętnik pewnej starszej pani. Czyta o dwojgu ludzi, którzy się kochali tak mocno, że nie mogli bez siebie żyć. Ach…
Totalna magia
To film, który sprawił, że zainteresowałam się kosmetyką naturalną. Magiczny. O kobietach. Czarujących. I o miłości oczywiście.

Wojna domowa

Zabawna komedia o pewnej angielskiej arystokratycznej rodzinie i jednej nowoczesnej Amerykance, dziejąca się niedługo po I wojnie światowej. Ze świetnym Colinem Firthem i Jessicą Biel.
Francuski pocałunek
Mocne lata 90-te, z uroczą Meg Ryan. Film zabiera w podróż po Francji, od Paryża, przez małe wiejskie winnice, aż po Lazurowe Wybrzeże. Marzenie!
Był sobie chłopiec
Znowu genialny brytyjski humor i znowu Hugh Grant. Ciepła historia przyjaźni małego chłopca z nieco starszym. Stanowczo jeden z moich ulubionych filmów.
O północy w Paryżu
Ten lub inne filmy Woodego Allena! Wybrałam akurat O północy w Paryżu, bo widzieliśmy go niedawno i bardzo nam się podobał. Jak zwykle nieco nierealne sytuacje, jawa miesza się ze snem, rzeczywistość z nierzeczywistością. I ten Paryż w tle…
Dźwięki muzyki
Na koniec polecam Wam totalną klasykę. Musical z 1965 roku o dziewczynie-przyszłej zakonnicy, która przyjeżdża do pewnego barona by zaopiekować się jego siedmiorgiem dzieci. A wszystko w Austrii, na początku wojny. I wszyscy tam tak pięknie śpiewają 🙂
Znacie te filmy? A może polecicie coś nowego?
Post powstał we współpracy ze, skądinąd bardzo ciekawym, portalem Foodpanda, który oferuje możliwość zamówienia jedzenia (w tym pizzy) online, gdziekolwiek jesteście, z jednej z licznych restauracji, również poprzez aplikację mobilną.

Ananasowo-marchewkowa kuracja cery pozimowa

Luty. Szaro. Ani to zima, ani wiosna. Szaro. Wszędzie. Za oknami (choć trzeba przyznać, że czasem słońce wyjdzie) i na twarzy. Mamy poszarzałą, wymęczoną, wyblakłą cerę, poszukującą odrobiny słońca…

Mam dzisiaj dla Was na to radę! Bardzo prostą i skuteczną ananasowo-marchewkową kurację cery!

Bo samo słowo „maseczka” to stanowczo za mało. To cała kuracja, która widocznie poprawia koloryt skóry. Wykorzystałam tu dwa składniki, które z łatwością zdobędziecie w każdym sklepie spożywczym! Ananasy są teraz w dosyć dobrej cenie, warto więc od czasu do czasu uraczyć się tropikalnym smakiem. Przy okazji wykorzystamy go kosmetycznie. W ananasie znajduje się naturalny enzym o nazwie bromelaina. W łagodny i bezpieczny sposób podziała nam on jak peeling enzymatyczny. Jednocześnie przyspieszy gojenie się drobnych ranek czy krwiaków. Do tego dodamy marchewkę, która pełna jest beta-karotenu i witaminy A, które są świetnymi antyoksydantami, dzięki czemu niwelują procesy starzenia się skóry. Doskonale także poprawiają jej kolor. Całość uzupełnia odrobina odżywczej i wygładzającej oliwy z oliwek. Brzmi dobrze?

Do wykonania kuracji przygotujcie:

  • plaster ananasa
  • małą marchewkę (mniej więcej tyle samo ananasa ile marchewki)
  • łyżkę oliwy z oliwek extra vergine
Obierzcie marchewkę i ananasa, pokrójcie na drobniejsze kawałki. Zmiksujcie wszystko wraz z oliwą na możliwie jednolitą papkę.
Gotowa masę zabierzcie w miseczce do łazienki. Oczyśćcie twarz i lekko namoczcie. Masujcie twarz masą powolnymi kolistymi ruchami przez 3-4 minuty. To, co zostało na skórze pozostawcie jeszcze na 15 minut. Po tym czasie zmyjcie maskę. Doskonale ją uzupełnicie, jeśli pozostałą część ananasa i kilka marchewek zjecie zamiast kolacji. Taki zabieg wykonujcie dwa razy w tygodniu. Idealnie nadaje się on też do pielęgnacji całego ciała. Masujemy je wtedy w wannie lub pod prysznicem przez kilka minut i spłukujemy.
Pamiętajcie, że maskę należy wykorzystać w ten sam dzień, w którym ją zrobicie. Za każdym razem musi być świeżo przygotowana.

Po-Weekendowe Cuda no67

Lubię takie proste, a urocze rysunki z kilkoma celnymi słowami (1). Idealne na plakat. Autorstwa Juliet Grace.
Czy mamy tutaj jeżo-lubnych? Zestaw dla nich idealny (2)! Bardzo podoba mi się pomysłowe i słodkie połączenie. A jeże sama lubię 🙂 proj. BAVIKA.
Zabawny roślinny design (3). Z przyjemnością postawiłabym sobie taką roślinkę przy biurku! Zaprojektował Matteo Cibic.
Najpiękniejsze tapety na komputer/tablet/telefon jakie widziałam (4)! Tą z „create” sama sobie ustawiłam i zachwycam się nią codziennie. Codziennie mnie motywuje! Z Cocorrina.
I jedno z najpiękniejszych zdjęć jakie widziałam (5) (nie znam autora)!
Świetny pomysł na prezentację miodów z całego świata (6). Sama chciałabym je wypróbować.
Zauroczyły mnie te zasłony (7). Coś w nich jest. Niebanalne, oryginalne i z ptakami 🙂
1509 – to olejki zapachowe zaklęte w niesamowitych butelkach (8). Dla niego i dla niej. Na początku zachwyciły mnie wizualnie, a potem całkowicie zadziwiły. Wyczytałam bowiem, że w tym dla kobiet znajduje się też „soft essence of babys breath”. Esencja dziecięcego oddechu? Nic  tych rzeczy – chodzi o roślinkę o polskiej nazwie łyszczec. Uczy się człowiek 🙂
Podglądałam sobie ostatnio zdjęcia z lat 30-tych National Geographic. Te trzy chciałam i Wam pokazać- radosne kanadyjskie dzieci (9, maj 1939, Howell Walker), uśmiechnięte dziewczyny wyglądające z za bramy (10, marzec 1939, B.Anthony Stewart) i młode kobiety na wybrzeży jednej z wysp na Hawajach (11, listopad 1937, Richard Hewitt Stewart).

Potrzebujecie chwili relaksu, aby nabrać sił na nowy tydzień – zobaczcie filmik! Taki… spokojny i piękny.


The Bubble from A Common Future on Vimeo.

Cudownego tygodnia!

Zawsze będzie ktoś lepszy

Zawsze będzie ktoś lepszy. Odkrywam to wciąż i wciąż na nowo. I za każdym razem tak samo mnie to dołuje. Na chwilę. Na dzień, dwa. Potem mija. Bo potem dochodzi do mnie prosta prawda – ale co z tego?
Dużo czasu spędzam w internecie. Pozwala mi to co rusz poznawać (choć głównie tylko wirtualnie) nowych ludzi, ich pomysły, twórczość, działania. Zazwyczaj ogromnie mnie te nowe poznania inspirują. Odkrywam inne sposoby postrzegania świata. No… uczę się po prostu. Co jakiś jednak czas zaskakuje mnie bardzo nieprzyjemne uderzenie w głowę. Nagły atak okropnej zazdrości. Ukrytej głęboko zawiści i zapewne przyczajonych, wyniesionych z dzieciństwa kompleksów. Tak się domyślam, że to o to chodzi. Bo my w Polsce mamy dużo kompleksów, a mało wiary w siebie. 
Zdarza się to wtedy, kiedy odkryję, że ktoś jest lepszy w tym, co sama robię. W dziedzinach, na których mi zależy i w których sama staram się być najlepsza. Tak, tak. Próbuję i próbuję od dawna, a ciężko powiedzieć, że jestem choć dobra 🙂 Staram się, wymyślam, kombinuję, a wychodzi jak zawsze. Samo staranie. Kiedyś się mówiło, że to też się liczy, ale w dzisiejszym świecie tylko efekty są ważne. To one decydują czy osiągniesz sukces czy nie. Czy utrzymasz się w branży, którą sobie wybrałeś, czy nie.
Nadal nie do końca wiecie o co chodzi? Opowiem Wam dokładniej. Dwa przykłady. Pokazywałam Wam niedawno Ziołowy Zakątek. Blog pełen pięknych zdjęć, ciekawostek i praktycznej wiedzy, również z zakresu przygotowywania domowych kosmetyków i aromaterapii. Pisałam też, że Klaudyna właśnie jest w trakcie spełniania jednego z moich marzeń – pisze książkę o kosmetyce naturalnej. Właśnie kiedy o tym przeczytałam to dopadł mnie powyższy potwór. Bo ja już od dawna mam pomysł na tę książkę i w głowie wiele już poukładane, a tu ktoś jest lepszy. I pierwszy (no, może nie pierwszy, ale wcześniejszy). I tak przykro się zrobiło. Przeszło, jak zawsze, nazajutrz, kiedy sobie powiedziałam „ale co z tego?”. Trzymam teraz za Klaudynę kciuki i czekam na premierę jej dzieła. Bo przecież sama mogę się z niego wiele nauczyć.
Co jakiś czas prowadzę warsztaty kosmetyki naturalnej i aromaterapii. Głównie dla firm, podczas imprez integracyjnych. To naprawdę świetna sprawa. Można coś niecoś pozwiedzać, poznać ciekawych ludzi i oczywiście zarobić. Nie mam niestety tak wielu zaplanowanych eventów, jak chciałabym mieć. No i właśnie… Niedawno zadzwoniła do mnie moja „konkurencja” z Warszawy (bardzo miła skądinąd), że ma tak dużo zleceń, że już nie daje rady. Że terminy zaczynają jej się pokrywać i nawet nie ma kiedy oferty nowej przygotować. Klęska urodzaju. No i znowu… Trach. I znowu przeszło. Bo jakżeby inaczej. Bo przecież mogę pomóc, podrzucić swoją propozycję i obie na tym skorzystamy.
Wiecie jak to jest. Staracie się bardzo. Przygotowujecie specjalny projekt, aplikujecie na wymarzone stanowisko, tworzycie coś własnego, a i tak znajdzie się ktoś lepszy. Nie wspominając już o blogosferze, w której lepszych dziesiątkami można wymieniać. Ktoś kiedyś powiedział, że choćbyś nie wiem w jakiej dziedzinie się wyspecjalizował, jak dobrze coś umiał, jak szybko i sprawnie coś robił, to i tak zawsze znajdzie się jakiś nastolatek w Chinach, który będzie od ciebie lepszy. Być może chodziło tu o sport albo elektronikę… nie pamiętam dokładnie, ale dobrze to pokazuje problem.
Co robić? Popadać w czarną rozpacz, tracić grunt pod nogami, zapaść się głęboko pod ziemię lub pod kołdrę i zacząć się cofać?
Nie. Robić swoje. Najlepiej jak się da. I całe szczęście, że zawsze ta potrzeba do mnie w końcu wraca. 
Zazdrość nie jest zła. Taka umiarkowana oczywiście. To jest zwykłe ludzkie uczucie. Nie możemy tylko dać jej nami zawładnąć. Jeśli  nam się to uda, to zazdrość wyjdzie nam na zdrowie. Ona bardzo motywuje. Pcha do przodu i sprawia, że chcemy być lepsi. Jest więc przyczynkiem rozwoju. A rozwijać się trzeba, żeby nie popaść z rezygnację i monotonię.
Zawsze będzie ktoś lepszy. Ale co z tego? Ty możesz być odrobinę inny od tego ktosia. Może kiedyś go prześcigniesz. Kto wie? To byłoby piękne i trzymam za to kciuki. Ale na razie jesteś tu i teraz. Rób więc swoje, rozwijaj się i brnij do przodu. Najlepiej jak potrafisz. I konsekwentnie.
Tak sobie tłumaczę. Zawsze działa 🙂
Ach… post ten nie dotyczy sfery uczuciowej! W tym przypadku mam ogromną nadzieję, że dla kogoś jesteśmy wyjątkowi i zawsze najlepsi!
Facebook