Aksamitna pomarańczowa maska z kurkumą i miodem

To jeden z ciekawszych kosmetyków, które stworzyłam. Idealnie sprawdza się w przypadku mojej cery. No, w zasadzie tej pomarańczowej maski z kurkumą i miodem używam do całego ciała! Bardzo się polubiliśmy!

Czemu aksamitna? To jedyne słowo, które przychodzi mi na myśl, kiedy po nią sięgam. Maska wygląda, jakby była płynna, ale konsystencję ma pasty. Nabieram ją na dłoń właśnie jak pastę, a ona po sekundce znowu staje się miękka. A jeśli dłużej poczekamy, jeśli odrobinę bardziej zaschnie, wystarczy tylko lekko nawilżyć ją wodą pod prysznicem i znowu jest cudownie półpłynna.

 

Maska nadaje skórze blasku i energii. Odżywia ją, regeneruje i nadaje zdrowy koloryt. Delikatnie złuszcza i reguluje. Działa też odkażająco – to dzięki cudownym antybakteryjnym właściwościom miodu i kurkumy. Te dwa składniki bardzo poleca się w pielęgnacji cery problematycznej. Niwelują niedoskonałości i zapobiegają ich tworzeniu. Porządna dawka soku z pomarańczy leciutko nam skórę spulchni i przywróci jej piękny wygląd. Duża zawartość skrobi ziemniaczanej pomoże nam cerę zmatowić. A to wszystko w połączeniu z cudownym aromatem pomarańczy, który nie tylko sama skóra przyjmuje, ale i na nas działa energetyzująco i antydepresyjnie.

Sami przyznajcie, czego nam więcej trzeba?

Przygotowuję sobie taką porcję maski, kiedy szykuję się pod prysznic. Nakładam wtedy jej część na umytą buzie i pozostawiam na niej. Resztą myję skórę na całym ciele, dzięki czemu staje się ona maską do ciała. Uwielbiam!

 

Aksamitna pomarańczowa maska z kurkumą i miodem

Składniki:

  • ćwierć pomarańczy
  • 2 łyżki płynnego miodu
  • łyżeczka kurkumy
  • 5 kropelek olejku z pomarańczy
  • 4 łyżki skrobi ziemniaczanej

Do miseczki wlewamy miód i wyciskamy sok z ćwierci pomarańczy. Dosypujemy kurkumę, dolewamy olejek i mieszamy. Sukcesywnie dosypujemy skrobię, mieszając, aby nie powstały grudki. Dosypujemy jej około 4 łyżki lub do uzyskania konsystencji pasty, która pozostanie nam na buzi.

Maskę używamy jak wyżej, a jeśli wolicie nie być akurat pod prysznicem, to nałóżcie po prostu na czystą buzię. Maskę warto w trakcie używania spryskać wodą lub hydrolatem (podobnie jak z maseczkami glinkowymi). Po 10-15 minutach spłukujemy ją wodą i zmywamy żelem do mycia twarzy, aby dokładnie zmyć kurkumę. Maskę zużywamy najlepiej tego samego dnia – zawiera świeży sok.

Miłego używania!

 

Zauroczona: Seasons od Molistudio

Pierwszy raz zobaczyłam tylko fragmenty projektu Seasons na Pinterest. Najpierw jedno zdjęcie. Zaraz kolejne, no, nie mogłam przejść obojętnie. Bo jak tylko je zobaczyłam, przepadłam. Wiedziałam bowiem, że to dokładnie to, co mi w duszy gra. To dokładnie ta stylistyka, która podoba mi się najbardziej, którą podziwiam i która wciąż pozostaje jakoś poza mną.

Ach, muszę jeszcze przyznać, że byłam pewna, że są to prawdziwe zdjęcia pięknych wnętrz! Jakże się zdziwiłam, kiedy drążąc temat dotarłam do informacji, że to tak naprawdę wizualizacje 3D. No, przyznajcie, że świetne!

Seasons to projekt argentyńskiego studia designerskiego Molistudio, które ma siedzibę w Buenos Aires. To swoisty hołd oddany zmieniającym się porom roku.

 

Po lecie przychodzi jesień, potem zima, aż w końcu rozkwita wiosna. Pętla.

 

Projekt zawiera przepiękne aranżacje wnętrz, skupiające w sobie koncepcję zapętlania się pór roku, ale także szacunek i uznanie dla twórców i projektantów tworzących na przestrzeni minionych dekad.

 

The project was imagined and designed so that the four seasons coexist with each other; not giving the impression to be created at different stages and go separately. – Sebastian Dias via Eclectic Trends

 

Przyznajcie, że jest to coś niesamowitego! Podziwiam i zazdroszczę umiejętności i pasji!

 

 

Odsyłam Was więc do Molistudio – warto śledzić!

Official Site: molistudio.com
Portfolio: behance.net/moli

 

Kosmetyki, które używam zupełnie inaczej

Chyba każda z Was ma takie kosmetyki, których wcale nie używa zgodnie z przeznaczeniem, hmm? A może się mylę? Może trzymacie się dokładnie tego, co jest napisane na etykiecie?

Dzisiaj mam dla Was przykłady rodem z mojej łazienki (i torebki) na kosmetyki, które idealnie sprawdzają się w mojej codziennej pielęgnacji, stosowane zgoła inaczej niż to zaplanowali ich twórcy. Kosmetyki, które uwielbiam, choć stosuję przewrotnie. Bez których ciężko byłoby mi się już obejść.

Będą to więc nieco inne kosmetyczne porady, takie cosmetic hacks. Oby i Wam się przydały!

 

 

Suchy szampon bywa zbawieniem w przypadku moich przetłuszczających się niestety włosów. Uwielbiam też ten efekt podnoszenia i puszystości, które on zapewnia. Bardzo go polecam jednak wszystkim osobom, które cierpią katusze w ciepłych miesiącach związane z ocieraniem się skóry czy to podczas aktywności fizycznej czy nawet codziennych zajęć. Wystarczy spryskać nim newralgiczne miejsca, czyli np. pachy, pachwiny czy wewnętrzną stronę ud, aby zapewnić im matowość, poczucie suchości i dobrego poślizgu. Zabezpiecza nam on skórę, jak dobre posypki i zapobiega nieprzyjemnym otarciom. Genialnie się tu sprawdzają małe opakowania szamponów, które możemy trzymać po prostu w torebce i używać, kiedy tylko czujemy potrzebę. Pamiętajcie tylko, aby dokładnie całość wieczorem zmyć.

Co ważne, sięgajcie po szampony, które mają w składzie naturalną skrobię np. ryżową lub kukurydzianą, a nie aluminiową. Możecie też oczywiście wybrać domowy sposób i stosować skrobię ziemniaczaną, którą warto zamknąć w pojemniczku na posypki.

 

 

Dobra, naturalna odżywka do włosów to najlepszy „krem” do golenia nóg i pach. Kto raz spróbował, nigdy już nie sięgnie po piankę czy mydło. Odżywka cudownie wspomaga golenie, jest świetnym poślizgiem. Nie wysusza przy tym skóry, nie podrażnia jej, a wręcz przeciwnie – delikatnie odżywia i zapewnia uczucie komfortu po goleniu. Najbardziej tu polecam odżywkę Biolaven – sama stosuję na co dzień.

 

 

Mam teraz dwa ulubione olejki – ujędrniający Vianek o cudownym zapachu wiśni i cynamonu oraz orzeźwiający olejek Willow Organics, pachnący egzotyczną werben. Przyznam, że nie bardzo lubię stosować je tradycyjnie, do ciała. To nie dla mnie. Świetnie sprawdzają się wprawdzie jako poślizgi do masażu, ale akurat nie mam na długo męża… Oba więc olejki stosuję jako oleje do demakijażu! I tutaj są genialne! Masuję nimi wilgotną skórę, zmywając z niej makijaż, a potem domywam całość używając żelu do mycia twarzy. I delektuję się tymi niesamowitymi aromatami! Takie olejki doskonale rozpuszczają kolorowe kosmetyki, pozostawiając przy tym buzię miękką i gładką.

 

 

Mam też swój własny sposób na serum olejowe! Pod krem zazwyczaj wybieram te lżejsze, nietłuste, np. eliksir Vianka lub serum z kwasem kojowym z Ecospa.pl. Te olejowe jednak uwielbiam i nie wyobrażam sobie, żeby ich nie stosować do… oczyszczania cery. Bo o ile wyżej wspomniane olejki do demakijażu najchętniej stosuję wieczorem pod prysznicem, o tyle prawie codziennie, popołudniu czy wczesnym wieczorem sięgam po prostu po wacik z płynem micelarnym, który skrapiam kilkoma kropelkami olejku i taką mieszaniną przemywam skórę. Jeszcze nie na wieczór, jeszcze nie do spania, ale po to, aby ją odświeżyć i ściągnąć nadmiar sebum, zanieczyszczeń i makijażu, a potem pobyć jeszcze takim odświeżonym w domu. Bardzo tu polecam sera Iossi i Vianka!

 

 

Powiem Wam, że kremy pod oczy Vianka mają po prostu genialne opakowania, aby trzymać je… w kosmetyczce w torebce! Oczywiście zmieniają wtedy swoją funkcję z kremu pod oczy na krem do zastosowania wszelakiego, do czego świetnie się nadają. Są niewielkie i podłużne, mieszczą się więc zawsze i wszędzie. Nieraz mnie ratowały, kiedy trzeba było szybko zrobić czy odświeżyć makijaż lub nadać mu odrobinę blasku – wystarczy wtedy odrobinę kremu wklepać w skórę, nad kości policzkowe i na czoło. Od razu lepiej! Służy mi też w potrzebie za krem do rąk czy do ust. Bardzo polecam!

 

 

Pisałam Wam już kilka razy o soli Epsom. To takie wcale nie słone, a wręcz gorzkie cudo magnezowo-siarkowe, które świetnie się sprawdza, jako dodatek do kąpieli. Zwłaszcza dla osób o problematycznej skórze. U mnie na wannie stoi zawsze kilogramowy pojemnik z taką solą. Owszem, dodajemy ją czasem po prostu do wody, najczęściej jednak jest moim ekspresowym, najlepszym pod słońcem peelingiem! Biorę garść soli w dłoń i w zależności od nastroju i potrzeby, dodaję do tego trochę żelu pod prysznic, łagodnego mydełka w płynie, soku z limonek lub pomarańczy albo olejku do ciała, a potem masuję mieszaniną skórę (to peeling do ciała, nie do twarzy!). Doskonale oczyszcza skórę, zapobiega wrastaniu włosków po depilacji, działa też antybakteryjnie i odkażająco. Polecam!

Wnętrzarskie aktualności i zachwyty 01

Spędzam ostatnio dużo czasu w internecie, poszukując idealnych rozwiązań, mebli i dodatków do naszego nowego mieszkania. Przy okazji znajduję sporo rzeczy, w których całkowicie się zakochuję, choć niestety bywają poza moim zasięgiem. Wszystkie nasze domowe aktualności i nieosiągalne zachwyty postanowiłam więc pokazywać Wam w nowej serii, którą niniejszym otwieram i podpinam pod projekt Nasze Miejsce.

Będę co jakiś czas pokazywać Wam wszystkie te perełki, na które się natykam, a także coraz to bardziej aktualne pomysły na nasze własne cztery kąty – przystępniejsze cenowo i… geograficznie. Mam nadzieję, że i Wy znajdźcie w tym wszystkim coś dla siebie albo zainspirujecie się na przyszłość!

 

1.Cudowna, oryginalna, ręcznie robiona drewniana toaletka, autorstwa Gérarda Rigot, wykonana w latach 1980-90 we Francji, sprzedana na aukcji Bukowskis. Ach, gdyby taką mieć… Zupełnie zwariowaną, zupełnie nierealną! I tak co rano przeglądać się w bajce… / Bukowskis via Miss Moss

2. Mosiężny księżyc, który świetnie pasowałby do sypialni. Gdyby tylko nie pochodził aż z Australii… Lampa też całkowicie do zakochania! / Pop & Scott

3. Piękne lustro Half Moon z drugiego końca świata / Pop & Scott

4. Moskitiera – baldachim do pokoju Róży „Celeste Rosa” w złote gwiazdki. Nie mogłam się oprzeć i już kupiłam! / Westwing

5. Lustro oko – świetne! Nie wiem tylko, czy mój mąż by je przeżył 🙂 / H&M Home

6. Śliczny stojak na biżuterię Poise / Fabryka Form

7. Przepiękne pufy w różnych kolorach aksamitu. Cudowne! / Westwing

8. te krzesła aktualni królują w mojej głowie. Oczyma wyobraźni właśnie je widze przy naszym jadalnym stole. Te niebieskie dokładnie. / Allegro

9. Zegar, który chciałabym mieć na półeczce w łazience Cross Table / Fabryka Form

10. Marmurowa deska do krojenia / Duka

11. Chyba na dokładnie taką lampę zdecyduję się do kuchni! Żeby było jasno! / Ikea

12. Lampa, którą widzę w przedpokoju, zwłaszcza, że jest w dobrej cenie – Sticks od Nowodvorski / Światło-Cienie.pl

Małe manufaktury: Willow Organics

Rzadko kiedy aż tak podoba mi się pomysł na markę. I to markę, którą została stworzona z marzeń. Malutką markę pewnej przemiłej blogerki (Le Bleuet), która postanowiła zaryzykować i wypuścić w świat trzy, na razie, szczególne kosmetyki. Nazwała tę swoją markę Willow. Czemu? Opowie Wam sama poniżej. A potem pięknie przyzdobiła ją identyfikacją wizualną, która wybitnie porusza moje serce. Uwielbiam tego typu motywy botaniczne! Z pełnym przekonaniem polecam więc Waszej uwadze tę uroczą manufakturę i jej kosmetyczne dzieła.

 

Każdy produkt Willow to nasze małe, spełnione marzenie zamykane w szklanym opakowaniu. Kosmetyki od początku do końca przygotowywane są ręcznie. Z sercem i pasją ich autorki.

 

 

W ofercie Willow znajdziemy Balsam do twarzy i ciała Fruity Mousse, Peeling do ciała Fruity Sugar Scrub oraz Olejek do ciała Yellow Rose Buds. Wszystkie pachną całkowicie i totalnie energetyzująco, a to za sprawą olejku may chang – werbeny egzotycznej. Jest to bardzo charakterystyczny, cytrusowy zapach, w którym łatwo się zakochać. Mi osobiście kojarzy się bardzo pozytywnie, wypełnia umysł dobrą energią i chęcią do działania. Szczególnie więc polecam kosmetyki Willow zimą, zwłaszcza, że wszystkie bazują na masłach i olejach, których zimą skóra wybitnie potrzebuje.

 

Nasze kosmetyki powstają z zamysłem, by wspierać naturalne funkcje ochronne i regeneracyjne skóry. Są czyste i surowe – pozbawione niepotrzebnych substancji syntetycznych.

 

 

Najbardziej do gustu przypadł mi owocowy mus. Ma leciutką, przyjemną konsystencję musu właśnie i słoneczny kolor.  Składa się w głównej mierze z masła mango, shea i olejów z krokosza i moreli. Uwielbiam nabierać go na dłonie i rozsmarowywać na skórze. Koniecznie – po kąpieli lub prysznicu. Chyba, że akurat poczuję, że mam spierzchnięte usta. Albo moje dłonie potrzebują ratunku. Zawsze można po niego sięgnąć. Ze względu na swoją tłustą formuję, jest bardzo wydajny. Przyznaję, że nie używam go twarzy, mam problematyczną cerę, ale jest zawsze w pobliżu i ratuje mnie w potrzebie. Jedyny minus – po pewnym czasie tworzą się w nim drobne grudki, co jest wprawdzie częste w przypadku naturalnych połączeń maseł i olejów o różnej temperaturze topnienia, ale odrobinę utrudnia aplikację. Niemniej jednak ten właśnie mus uważam za jeden z najciekawszych kosmetyków na rynku.

 

Nasze formuły są Self-Preserving. Swoją trwałość zawdzięczają antybakteryjnym właściwościom olejów, maseł i olejków eterycznych. Dzięki temu nie stosujemy konserwantów.

 

 

Z pewnością spodoba Wam się olejek wypełniony prawdziwymi pąkami róż. Olej je konserwuje, więc o nic nie musicie się martwić. Najbardziej spodobało mi się tu nieoczywiste połączenie mniej znanych, ale świetnych i cennych olejków – z nasion bawełny, z krokosza i moreli. Jest to idealny olejek do romantycznego masażu, którego zadaniem jest także poprawić nastrój i pobudzić. Sama używam go także jako olejek do demakijażu, myjąc nim twarz, a następnie zmywając go żelem do mycia twarzy. Pomijając już fakt, że po prostu pięknie się prezentuje w łazience!

Na koniec peeling! Bardzo przyzwoity, dobrze ścierający scrub, którego używanie to czysta przyjemność. Jest to jeden z tych tłustszych peelingów, które pozostawiają na skórze tłuściutką warstwę. Samo w sobie bywa to zbawienne i wiele osób już na tym kończy, ciesząc się ochroną i nawilżeniem. Mi jednak najlepiej tego typu peelingi sprawdzają się, jeśli zmyję je potem naturalnym żelem pod prysznic. Skóra nadal pozostaje odżywiona, ale pozbywamy się tłustości. Sami musicie znaleźć najlepszy sposób dla siebie. Dodam tylko, że piękny zapach pozostaje, a skóra jest oczyszczona i po prostu – odżywa!

 

 

Warto więc, oj warto wypróbować Willow!

Na deser mam jeszcze dla Was kila słów od Mariki – twórczyni marki:

Wiedziałam, że w pewnym momencie będę chciała zacząć własny biznes. Marzyła mi się produkcja kosmetyków, ale nie sądziłam, że dam radę przebrnąć przez wszystkie regulacje, więc postrzegałam to raczej w kategoriach bardzo odległych. Pierwszorzędnym planem było założenie salonu groomerskiego, z miłości do futrzaków. W ostatnim momencie stwierdziłam jednak, że wolę przedrzeć się przez stosy zapisów prawnych, niż ogarnąć swoją panikę wobec perspektywy nieumyślnego uszkodzenia jakiegoś piesa 😀 Poza tym pomyślałam, że jak nie teraz to pewnie nigdy! Tak oto powstało Willow!

Dlaczego Willow (ang.wierzba)? Bo od początku mojej fascynacji pielęgnacją naturalną wpadłam po uszy w ziółka i roślinki. Od tego się zaczęło, więc chciałam, żeby i nazwa marki jakoś nawiązywała do tego etapu, żeby było roślinnie.  A wierzba, prócz tego, że można ją wykorzystywać w pielęgnacji, dodatkowo kojarzyła mi się przemiło – nie wiem czy widzieliście kiedyś film Willow? 😀 Zresztą miałam takie swoje przyjemne miejsce, pod wierzbą właśnie, w rodzinnym mieście… No i pięknie brzmi po angielsku!

Moje wytwarzanie kosmetyków rozpoczęło się od balsamu. To jedyna rzecz, która pomogła mojej wiecznie przesuszonej skórze na tyle, że obecnie nie miewam z tym już kłopotów! Uznałam więc, że skoro mi pomógł, to być może i dla kogoś innego będzie pomocą! Podobnie było z peelingiem i olejkiem – to wyniki mojego zmęczenia codziennym balsamowaniem ciała. Powstały dla urozmaicenia codziennej pielęgnacji i zwiększenia jej skuteczności. Wszystko z olejkiem May Chang, który dodatkowo nastraja pozytywnie 😀 Zakochałam się w nim od pierwszego spotkania! Więc.. tak. Wszystko to tworzyłam na potrzeby swojej dość wymagającej skóry, ale na rynek wprowadzałam już z myślą o osobach w podobnej sytuacji i wszystkich tych, którzy cenią sobie prostotę i pełną naturalność składów. I choć nie jest to największa grupa odbiorców.. ten drugi aspekt pozostanie regułą!

Zapraszamy na stronę Willow Organics.

 

 

Czym kierowaliśmy się, wybierając mieszkanie

Nasz przyszły domek, nasze nowe mieszkanko, rośnie jak na drożdżach. No… w zasadzie to jest już prawie gotowe, prawie w stanie, za który zapłaciliśmy. Kończy się jednak jeszcze budowa pozostałych mieszkań na naszym nowym kameralnym osiedlu. Czekamy też na otoczenie – na wyrównanie, na drogi, kostki brukowe, ogrodzenia i w końcu – na trawę.

Mam tu dla Was kilka zdjęć, pokazujących, jak wszystko się zmienia, jak pięknieje, jak staje się coraz przypominające te domy, które widnieją na wizualizacji. Cieszy mnie to bardzo, ale jednocześnie zaczyna przerażać, bo wielkimi krokami zbliża się czas, w którym rozpoczniemy prace wykończeniowe. Nie będzie lekko, ale chyba ogarniemy…

 

 

 

Czym kierowaliśmy się, wybierając właśnie to miejsce, właśnie to nasze małe osiedle? Jestem pewna, że bardzo wiele z Was staje właśnie przed podobnym wyborem. Albo czeka Was podejmowanie tak trudnych decyzji w przyszłości. Bo nie da się ukryć, że jest to jedna z największych i najtrudniejszych decyzji w życiu. Zależy od niej tak wiele! To, czy będzie nam się dobrze żyło? Czy tak, jak sobie to wymarzyliśmy?

Poszukiwania naszego mieszkania rozpoczęliśmy już dawno, choć tak na poważnie zajęliśmy się tym wczesnym latem zeszłego roku. Wcześniej raczej z ciekawości przeglądaliśmy oferty w internecie i podpytywaliśmy znajomych. Od czerwca jednak zaczęliśmy jeżdżenie po budowach.

Jakie były nasze założenia?

Po pierwsze, chcieliśmy zamieszkać pod Krakowem, a nie w mieście. Z kilku względów. Począwszy od tego, że oboje lubimy bardziej klimaty wiejsko-podmiejskie, niż życie w zakorkowanym mieście, poprzez fakt, że razem z mężem mamy w tym momencie prace, do których nie musimy dojeżdżać – ja pracuję w domu, mąż wyjeżdża na kontrakty w świat. Poza tym, co chyba równie istotne – mieszkania pod Krakowem, są o niebo tańsze niż te w Krakowie.

Mimo wszystko, zależało mi na dosyć łatwym dojeździe do miasta i pozostaniu w tych regionach, które znamy, w których oboje żyjemy od zawsze. Chciałam mieć bliski dostęp do autobusu podmiejskiego i proste połączenie drogowe do centrum. Spośród więc wszystkich podkrakowskich gmin, zdecydowaliśmy się wybrać te południowo-wschodnie, które akurat przeżywają boom budowlany, a ceny mieszkań są bardzo korzystne. Poza tym kilkoro naszych znajomych par zdecydowało się na zakup domów czy działek właśnie w tej okolicy, co jest sporym, dodatkowym atutem (jeśli się uda, to nawet Róża będzie chodziła do szkoły z synkiem naszych przyjaciół z liceum).

 

 

Wiele osób namawiało nas na inwestycję w dom. Rozważaliśmy to, ale zdecydowaliśmy jednak, ze nie chcemy brać tak dużego kredytu, którego z resztą nie wiadomo czy byśmy dostali. Poza tym, zważywszy na fakt, że mojego męża sporo czasu nie ma, musiałabym sama ten dom ogarniać i czuć się w nim pewnie i bezpiecznie, a chyba jeszcze nie jestem na to gotowa. Cóż, całe życie mieszkałam w blokach. Dom więc poczeka. Tymczasem opcja szeregówki z niewielkim ogródkiem wydała nam się tą najlepszą!

Mamy sześcioletnią córeczkę, ogromnie więc istotne było, aby w pobliżu była szkoła. Zależało mi też na spokojnym dostępie do porządnego sklepu – maksymalnie dłuższym spacerem. No i ten przystanek autobusu podmiejskiego! Idealnie by było, aby nasze mieszkanie położone też było w bliskiej odległości od stacji kolejki podmiejskiej, która w Krakowie działa coraz sprawniej i jest mega praktycznym sposobem na dojazd do centrum miasta. Po rozeznaniu w temacie, zdecydowaliśmy się szukać mieszkania na parterze szeregówki z dostępem do ogródka, z trzema pokojami.

I zaczęło się jeżdżenie… Objechaliśmy kilka budów, przeszukiwaliśmy także rynek wtórny. Chodziliśmy na spacery i objeżdżaliśmy okolice, poznając przy okazji trochę nowych miejsc. Zazwyczaj z góry wiedzieliśmy, że to nie to. Nie podobała nam się lokalizacja, same mieszkania lub ich natłok w jednym miejscu, przy wąziutkiej drodze wyjazdowej. Zauroczyło nas jedno miejsce, tuż pod lasem, z pięknymi wizualizacjami. Trochę droższe niż planowaliśmy, ale nawet można by to rozważyć… gdyby nie fakt, że akurat wszystkie te parterowe mieszkania niedawno sprzedano…

I wtedy znalazłam nowe ogłoszenie. Bardzo ciekawe ogłoszenie. Pojechaliśmy tam w któryś weekend, nikogo nie było na budowie. Weszliśmy do naszego (już teraz) mieszkania i od razu, oboje poczuliśmy, że to jest to! I do teraz to uczucie we mnie trwa!

 

 

Pozostało wszystko sprawdzić. Wszystko! I zdecydować się na wybór mieszkania na osiedlu.

Każde z mieszkań kosztowało tyle samo, a cena wpisywała się idealnie w zaplanowany budżet.  Te parterowe, na których nam zależało, mają 72 m², czyli w sumie więcej niż zakładaliśmy. Każde ma jedno miejsce parkingowe przypisane i jedno rotacyjne. Różniły się powierzchnią ogródka i położeniem względem stron świata. I sąsiadów. Wybraliśmy stronę zachodnią, żeby było słonecznie popołudniami. I koniecznie musiało to być mieszkanie narożne. Przy takich założeniach okazało się, że zostało tylko jedno wolne i to dokładnie to, które zwiedziliśmy na początku. Ze znacznie większym ogródkiem, niż w innych szeregówkach, które oglądaliśmy (mamy narożny, w kształcie litery L).

Poza tym – szkoła jest praktycznie tuż obok. Tak samo jak ewentualne na kiedyś – przedszkole. Obok nich dom kultury z różnymi zajęciami i biblioteką oraz boiska do wszelakiej aktywności. Troszkę dalej jest duży sklep ze wszystkim, apteka i przystanek autobusu podmiejskiego. Od naszego obecnego miejsca zamieszkania jedzie się tam jakieś 7-10 minut. Do kolejki podmiejskiej mamy 2 kilometry – niestety więc bez szału, ale zawsze można podjechać. Okolica jest spokojna, pełna zadbanych domów jednorodzinnych. Sprawdziliśmy też, na ile się dało inne istotne rzeczy – plany zabudowy, tereny zalewowe czy samego dewelopera.

 

 

Są też wady… Brakuje mi choćby bliskiego dostępu do większych terenów zielonych czy parku. Droga dojazdowa czeka na zrobienie przez gminę i bardzo się już o to prosi. Ów wspomniany autobus podmiejski jeździ raz na godzinę. Troszkę tego jest, ale idealnie to chyba nigdy nie będzie. Trzeba po prostu wybrać opcję, która w danym momencie wydaje się tą najlepszą.

W końcu więc podjęliśmy decyzję! Dosyć w sumie szybko, w lipcu ubiegłego roku, ale zdążyliśmy się na tyle zorientować w rynku, że wiedzieliśmy, że jeżeli już coś jest fajne, to może szybko zejść. Z resztą pozostałe mieszkania na osiedlu także dosyć szybko się posprzedawały.

Jak nam się tam będzie mieszkać? Nie wiem. Ale nie mogę się już tego doczekać. I cieszę się tym, jak dziecko! Czy wybór faktycznie był trafny okaże się po zamieszkaniu. Albo pięć lat później.

Jestem jednak dobrej myśli!

 

(wizualizacje dewelopera)

 

Zapraszam na inne wpisy z serii Nasze Miejsce – moje pomysły na aranżację wnętrz!

>>> NASZE MIEJSCE <<<

 

Facebook