Obiecałam sobie…

Obiecałam sobie być dla siebie dobrą.

Nic wielkiego, prawda? A jakże to trudne…

Dzisiaj są moje urodziny. Kolejne. Już trzydzieste czwarte. Wpadam więc tutaj do Was dzisiaj w sumie na chwilę, przekazać pewną bardzo istotną wiadomość – szczęście wypływa z nas samych!

Nie jest to mocno oczywiste. Bardzo często spotykam ludzi, którzy sami sobie, nieświadomie, nie pozwalają być szczęśliwymi. Za każdym razem mnie to dziwi.

A jeśli trochę sobie odpuścimy. Sobie lub innym. Rozwiążemy ten węzeł, który ściska nam żołądek. Dostrzeżemy to, co dzieje się naokoło. Nie będziemy tacy spięci i sztywni. Tacy poważni i prozaiczni. Nauczymy się dbać o siebie i bliskich. Odczuwać ich i swoje potrzeby i zaspokajać je. Spokojnie i serdecznie. Z wyczuciem i wyrozumiałością. Z uśmiechem i dobrym słowem.

Wtedy będzie nieco łatwiej, prawda?

Dlatego też, na te moje urodziny obiecałam sobie, że będę dla siebie dobra. Bo wcale dobra nie byłam. Obiecałam sobie, że zadbam o siebie. Lepiej.

Nic wielkiego. Drobnymi kroczkami. Będę sobie gotować, zdrowo i kolorowo. A zwłaszcza lekko. Będę częściej biegać, bo tak bardzo to lubię. Będę robiła sobie wieczorne, niespieszne rytuały w łazience. Będę się wcześniej kładła, żeby mieć czas i chęci poczytać książki, a nie zasypiać nad nimi od razu. Będę popołudniami wyłączać internet i spędzać czas po prostu z dzieckiem (I psem. Męża nie ma na długo. No… może jeszcze z jakimiś znajomymi :D). Nie chcę odrywać się od chwili, która tak szybko mija. Będę sobie planować pracę, bo z tym wciąż mam problem. Będę się uczyć, co jakiś czas, czegoś nowego. Będę pić więcej ziółek, herbat i wody. Odstawię większą część cukru. Poza lodami, na które tak bardzo lubimy z Różą chodzić i sobie przy nich gawędzić.

Będę spoglądać w lustro i się uśmiechać.

A jeśli akurat nastrój będzie gorszy, a widok w lustrze taki jakiś… mniej przyjazny, będę się po prostu przytulać. Najpewniej do psa, bo dziecko zazwyczaj nie chce, a mąż wróci w lipcu… Ale pies za to wdzięczny i chętny.

Tak właśnie… obiecałam sobie być dla siebie dobrą 🙂

Miłego dnia!

W roli głównej: Annabelle Minerals

Znacie już Annabelle Minerals?

Pewnie sporo z Was zna. Ja właśnie poznałam. No… liznęłam, że tak powiem, ledwie.

Czy warto było?

 

Ot, trzy małe, niepozorne pojemniczki. Jak to bywa w przypadku kosmetyków mineralnych. Niewielkie, a od razu powiem – bardzo wydajne. A w nich -Puder rozświetlający, Róż mineralny Sunrise i Cień glinkowy Smoothie. Wszystkie mają bardzo niepozorne odcienie. Wręcz podobne, uzupełniające się. Wszystkie idealnie nadają się na co dzień. Do lekkiego makijażu, który delikatnie podkreśla naszą własną urodę. A wręcz – lekko ją zaczarowuje. Bo za każdym razem, kiedy mam je na twarzy, czuję się tak jakoś… ładniejsza.

 

 

Moim zdecydowanym faworytem został puder rozświetlający.

Producent pisze: „Rozświetlający puder mineralny Pretty Glow od Annabelle Minerals pomoże Ci uzyskać perfekcyjne wykończenie makijażu. Nadaje skórze świetlistego blasku, przez co sprawia, że cera wygląda na świeżą, wypoczętą i zrelaksowaną. Dedykowany jest wszystkim kobietom, które pragną zabłysnąć, ze szczególnym uwzględnieniem posiadaczek cer matowych, zmęczonych i z delikatnymi zmarszczkami.”

Jest to niezwykle praktyczny kosmetyk. Po nałożeniu na skórę staje się niewidzialny, co jest o tyle dziwne, że zapewnia bardzo komfortowe uczucie lekkiego krycia i zmatowienia. Cenię go sobie bardzo ze względu na moją przetłuszczającą się cerę – połączenie miki, tlenku cynku, jedwabiu i glinki działa cuda. Skóra świeci się, ale nie tą denerwująca tłustą warstewką, a… takim jakimś… dobrym blaskiem.

Nakładam go zazwyczaj na lekko koloryzujący krem Cosnature z nagietkiem, który działa jak nawilżający krem BB. Takie połączenie – krem plus puder – genialnie sprawdza się na co dzień, długo trzyma i sprawia, że po prostu dobrze się czuję.

 

 

A jeszcze lepiej się czuję, po nałożeniu różu. I ponownie – ten od Annabelle Minerals bardzo lubię, choć ma doprawdy delikatny odcień. A może w tym tkwi jego siła. Przyznam wręcz, że czegoś takiego szukałam. Czegoś, co lekko muśnie policzki i zaraz na nich zniknie, pozostawiając jedynie wrażenie dotkniętych wschodzącym słońcem rumieńców.

Naturalnie i subtelnie. Jest przy tym, jak z resztą i pozostałe produkty, łagodny i bezpieczny, nawet dla trudniejszych cer.

 

 

I na koniec równie delikatny Cień glinkowy Smoothie. To jeden z tych jasnych, bardzo uniwersalnych cieni, które – ponownie – w jakiś magiczny, niewidoczny sposób rozjaśniają spojrzenie. Nakładam go na wewnętrzne krańce powieki, czasami też tuż pod brwi. On także, jak poprzednie kosmetyki, jakby znikał, ale nie pozostawia nas samym sobie. On tam jest, ale zwyczajnie wpasowuje się w skórę, w spojrzenie.

„Marka Annabelle Minerals czerpie z natury to, co najlepsze. Stworzyła kolekcję 10 cieni, których składy opierają się na delikatnych glinkach kosmetycznych. Cienie nie tylko nadają spojrzeniu wyrazu, ale też pielęgnują skórę powiek. Kolekcja Soft Cocktail to cienie do oczu w kolorach nude. Stworzone z myślą o dziennym makijażu oczu. Zapewniają matowe, eleganckie wykończenie. Odcień Smoothie to mleczno-brzoskwiniowy kolor, przywodzący na myśl owocowy koktajl. Smoothie to bardzo uniwersalny odcień, który pasuje do większości typów urody. Szczególnie polubią go osoby o niebieskich oczach, ponieważ odcienie delikatnie pomarańczowe uwydatniają kolor jasnej tęczówki.”

No czyż nie pasuje do moich niebieskich oczu? 🙂

Jedynie czego mogę się przyczepić, choć to zapewne kwestia ustawień monitora, to fakt, ze kosmetyki wydają się bardziej przygaszone w rzeczywistości, niż na zdjęciach producenta. Może to utrudniać wybór, ale cóż – tak to jest w przypadku kolorówki – najlepiej dobrać ją osobiście.

Wszystkie trzy kosmetyki bardzo polecam. Za ich trwałość, naturalność – zarówno w składzie, jak i w efekcie, który dzięki nim uzyskuję. Trzymają się długo, nie brylują się, dbają o skórę, pozwalają jej oddychać. A co najważniejsze – pozwalają mi się uśmiechać do swojego oblicza w lustrze.

Kosmetyki dostępne na Annabelle Minerals.

Zrobiłam sobie doniczkę!

Tak właśnie – zrobiłam sobie doniczkę!

Moją pierwszą, własną doniczkę. Na nóżkach, a co! Niechaj będzie modnie i boho, niechaj pasuje do mojej nowej sypialni! Chwilo zamieszkuje ją mały las, ale w zamierzeniu planowałam posadzić w niej sukulenty. I to i to pasuje tu idealnie.

A jak zrobić sobie taką doniczkę?

Otóż…

 

…najlepiej wybrać się do pracowni ceramiki Muskam i zdać się na fachowe oko Kingi!

Dzisiejszy wpis jest właśnie małą relacją z mojej wizyty w tak niezwykłym miejscu. Bo ceramikę uwielbiam od dawna, w każdej niemal postaci, najwyższa więc pora była zrobić coś samemu, prawda?

Okazja do tego przytrafiła się nie byle jaka. Kinga, dla której całkiem niedawno stworzyłam identyfikację wizualną (zobaczcie TUTAJ), ruszyła pełną parą z warsztatami ceramicznymi, a i pierwsze kroki stawia jej sklepik na DaWwandzie (TUTAJ). A że znamy się już trochę czasu, zaprosiła mnie na wspólne lepienie!

 

(poniżej sama twórczyni Muskam – Kinga Cyganik)

 

Wybrałam się więc pewnego chłodnego jeszcze dnia do pracowni. Wtedy warsztaty odbywały się jedynie w krakowskiej Nowej Hucie, teraz zawitały także do centrum miasta, na ulicę Makuszyńskiego 4. Dotarłam do pracowni bez większych problemów, choć Krakusy wiedzą, że Huta takim kierowcom jak ja nie sprzyja 🙂 I weszłam w inny świat!

W pomieszczeniu znajduje się bowiem i pracownia ceramiczna Kingi i malarska, koleżanki. Całość tchnie kreatywnym, artystycznym klimatem. Takim, w który można się zanurzyć wieczorami i tworzyć. Chyba właśnie o to chodziło 🙂

Zasiadłam do pracy, wspomożona merytorycznym wstępem, dobrymi radami i czujnym okiem twórczyni Muskam. I lepiłam, lepiłam i lepiłam. Dolepiałam i śmiałam się. Kinga w tym czasie robiła swoją, podobną doniczkę. Moja wyszła nieco bardziej koślawo… Ale w sumie co mi tam – jest dokładnie taka jak ja 🙂 W każdym razie mi się podoba!

 

 

W pracowni Muskam znajduje się wielki piec. Piec pełen małych dzieł sztuki. I spora kolejka następnych ceramicznych maleństw, które czekają do wypieku. To twórczość nie tylko samej Kingi, ale też wszystkich jej podopiecznych. I tych większych uczestniczek warsztatów i tych malutkich – przedszkolaków, które ceramiką bawią się od czasu do czasu. Totalny twórczy misz masz. Masa serca i talentu. Wierzcie mi – wygląda to doprawdy uroczo.

W tym właśnie piecu w końcu wylądowała i moja doniczka.

Trochę trwało, zanim trafiła w moje ręce. Musiała odpocząć, wyschnąć, wypalić się i poszkliwić. Ale na to co najbardziej wartościowe, warto czekać, prawda?

 

Polecam bardzo takie twórcze popołudnia. Polecam na spotkania przy winie z przyjaciółkami i wieczory panieńskie (wszystkie opcje tu są możliwe). Polecam wszystkim zapracowanym, którzy potrzebują wytchnienia. Glina uspokaja, jej dotyk koi. Sama tego doświadczyłam!

A może planujecie urządzanie domu i marzą Wam się Wasze osobiste mozaikowe kafle? Albo ceramiczna umywalka? Albo zastawa do sushi?  Zróbcie je!

No… albo poproście Kingę. Z pewnością chętnie Wam sama zrobi!

 

Zajrzyjcie koniecznie na profil ceramiki Muskam na Facebooku (znajdziecie tam wszystkie informacje o aktualnych kursach i warsztatach) i do sklepiku na DaWandzie.

Kinga prosiła jeszcze, aby dodać, że warsztaty dla dorosłych odbywają się  w poniedziałki (18:30 – 20:30) oraz piątki (20:00 – 22:00) na ul. Makuszyńskiego 4 (Kraków). Poznacie różne techniki modelowania gliny oraz szkliwienia. Zaprasza także rodziców z dziećmi o 10:00 i 12:00 w soboty (zajęcia trwają 1,5 godziny).

 

  

 

Zauroczona: Surrealistyczne domy Matthiasa Junga

Ja tu się nie zauroczyć?

Już kiedyś natknęłam się na te niesamowite surrealistyczne domy autorstwa Matthiasa Junga, ale kiedy ostatnio znowu na nie natrafiłam, nie mogłam oderwać wzroku. Każdy jeden kolaż jest niezwykłym dziełem. Jest osobnym światem, wyjętym jakby ze snu. Patrzysz na dom, a wyobraźnia pracuje – widzisz jego mieszkańców, widzisz siebie w środku, zupełnie odrealnione życie.

Magia!

Niemiecki artysta, Matthias Jung, swój projekt rozpoczął jeszcze w dzieciństwie, w pracowni fotograficznej ojca. Tradycyjnie, z nożyczkami i klejem w ręku. Ponoć te nowe kolaże nie różnią się bardzo od tamtych, choć tym razem wspomożone są przez możliwości Photoshopa. Obrazują fascynację architekturą ich twórcy.

 

Collages are like dreams, or maybe dreams are like collages.

– Mathias Jung, The Guardian

 

Projekt zaczął powstawać w styczniu 2015 roku. Kolaże dostępne są do zakupu na stronie artysty: shop Zabadu

Więcej domów na Zabadu.de

Kulinarnie: wiosenna zapiekanka z bakłażanów

Jesteśmy ogromnymi wielbicielami bakłażanów! Oj, uwielbiamy je bardzo, w każdej postaci. Choć chyba stanowczo wygrywa tutaj mussaka. Przepis na nią pokażę Wam w Lili na pewno, tylko trochę później. Teraz, z okazji pojawienia się w końcu pysznych, soczystych, pachnących, kolorowych pomidorów przesyłam Wam prosty i smakowity pomysł na inne z naszych dań – zapiekankę bakłażanową!

Będzie to w sumie coś podobnego do tych bakłażanowych piramidek (TUTAJ), które nauczyłam się robić we Włoszech, ale jakby szybsze i prostsze. Nie wymaga misternego ustawiania wszystkiego po kolei, a i porcja od razu wychodzi dla całej rodziny.

Jest więc aromatycznie, kolorowo i zwyczajnie – przepysznie!

 

 

Wiosenna zapiekanka z bakłażanów

  • 2 średnie bakłażany
  • 6 czerwonych pomidorów śliwkowych
  • 6 żółtych pomidorów śliwkowych
  • 3 kulki mozzarelli
  • nieco oleju
  • świeża bazylia
  • cebulka dymka – sam szczypior
  • garstka ziaren słonecznika
  • tymianek, sól, pieprz

Bakłażany myjemy, odcinamy końcówki i tniemy na plasterki grubości 5-8 mm. Każdy zasypujemy hojnie solą i odstawiamy na godzinę, aby wydobyć z nich goryczkę. Kiedy puszczą sok, myjemy je w wodzie i osuszamy ściereczką lub papierowym ręcznikiem.

Patelnię grillową rozgrzewamy i lekko nawilżamy olejem za pomocą pędzelka. Plasterki bakłażanowe grillujemy do miękkości z obu stron. W razie potrzeby ponownie dodajemy pędzelkiem olej na patelnię.

Na spód naczynia do zapiekania lejemy około łyżkę oleju i rozprowadzamy go na całej powierzchni. Mozzarellę kroimy na plasterki lub rwiemy na drobne kawałki. Pomidory myjemy i kroimy na plasterki.

W naczyniu do zapiekania układamy warstwowo – spód z bakłażanów, następnie nakładamy warstwę mozzarelli i pomidory – najciekawiej naprzemiennie czerwone i żółte. Całość posypujemy tymiankiem, świeżą bazylią, lekko solą i pieprzem. Na to układamy ponownie warstwę bakłażanów, sera i pomidorów. Wierzch posypujemy przyprawami i ziarnami słonecznika.

Zapiekankę wstawiamy do piekarnika na ok. 25 min na 180 stopni, aż ser się rozpuści, a pomidorki lekko podpieką. Gotową zapiekankę posypujemy na talerzach szczypiorem z cebulki dymki.

 

Portfolio: EkoSfera – Targi Kosmetyków Naturalnych

Z radością donoszę, że miałam ostatnio wielką przyjemność zadbać o stronę wizualną całkowicie nowego wydarzenia!

EkoSfera – Naturalny Kosmos to Targi Kosmetyków Naturalnych, które odbędą się niedługo, bo 12 maja w Zajezdni Dąbie – Czasoprzestrzeń we Wrocławiu!

A to nie wszystko! Zostałam także patronem honorowym targów. Z tym większą więc przyjemnością serdecznie Was na nie zapraszam!

Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie Marika, twórczyni marki Willow Organics, z zaproszeniem do współpracy przy nowym projekcie, którym sama była mocno podekscytowana. Zgodziłam się bez namysłu. Tym bardziej, że Marice chodziło o coś w stylu Lili, a czegóż to ja mogę chcieć więcej? Poszalałam więc kosmicznie i kwiatowo, chcąc wytworzyć klimat nieco magiczny, nieco oderwany od ziemi, mocno kobiecy, przyciągający uwagę i zachęcający do zapoznania się z samymi targami.

Zaczęłam od poszukiwania inspiracji…

 

Źródła: Pinterest

 

 

Potem znalazłam idealny kwiat i kosmiczne tło…

 

 

I zaczęłam się bawić! Tworzyć i kombinować! Najpierw nieco mrocznie…

 

 

Aby w końcu znaleźć odpowiedni klimat i barwy. Taki, który odpowiada i organizatorom i mnie!

 

 

Nie może Was więc zabraknąć 12 maja na targach!

Po więcej szczegółów zajrzyjcie na Facebook:

fanpage targów EkoSfera (TUTAJ)

oraz

na wydarzenie targowe (TUTAJ),

w którym już pojawiają się informacje o wystawcach i atrakcjach!

 

 

Zapraszam też do mojego portfolio – Lili Creative!

Facebook