Na plażę w dawnym stylu

Dzisiaj będzie troszkę sentymentalnie… Ale każe piękne są ostatnio akcesoria i ubrania plażowe w dawnym stylu! Wraca na nie moda, co cieszy mnie bardzo.

Cofamy się więc w lata 60-te i 70-te i czerpiemy z nich to, co najlepsze. Ze szczyptą współczesności!

 

 

1.Szorty Bold / Parfois

2. Top bralette z haftem / Zara

3. Dla plażowego wyglądu włosów – Morska mgiełka – sól morska w sprayu z lawendą / John Masters Organic

4. Paris+Hendzel Handcrafted Goods, Kapelusz Biscuit Bolero / Showroom

5. Okulary typu kocie oczy / Zara

6. Bardotka wiązana na plecach CHAKA / RUSHES / Bodymaps

7. Wzorzysty kostium kąpielowy z wiązaniem / Zara

8. Najmodniejszy koszyk 70 VINTAGE BASKET / WOOD / Bodymaps

9. Jednoczęściowy kostium BIANCA / STARFLOWERS / Bodymaps

10. Opaska typu turban / Zara

11. SWEET LIFE Mus do ciała – ponoć pachnie jak beztroska i wakacje – malinowe chwile zapomnienia i porzeczkowe tajemnice / Be The Sky Girl

12. Peeling do ciała-pomarańczowy sorbet / Nacomi

13. Plakat „Play with shapes” 3, Aleksandra Morawiak / liquid memory collages / Rzeczy Same

14. Wzorzysta saszetka / Promod

15. Torba shopper z siateczką / Oysho

16. Sukienka Africa Total Look / Parfois

17. Ręcznik Zajęte 2018 / Pan Tu Nie Stał

Zauroczona: Norse Interiors

Ponoć to globalny koncept. Chętnie adaptowany przez kolejne marki i kolejne kraje. Trudno się dziwić, bo mi osobiście pomysł ten bardzo się podoba. O co chodzi?

Otóż bierzemy oto najpopularniejsze szafki i komody Ikea i dodajemy do nich to coś. A tym czymś są zupełnie nowe fronty, uchwyty i nogi. W naszych polskich internetach mogę Wam od razu polecić FRØPT z pięknymi kolorami frontów oraz nieco mniej zaawansowane, bo jedynie z nogami i gałkami Little Form Studio.

W pełni jednak i najbardziej zauroczyło mnie amerykańskie Norse Interiors.

To marka stworzona przez Szwedkę Lottę Lundaas, która w 2013 roku przeprowadziła się do Stanów. Tam odkryła, że meble, które są wyjątkowe i wysokiej jakości niestety nie są dostępne cenowo dla większości. Wybierała więc to, co dobrze znała – ofertę Ikei. Dzięki jednak swoim stolarskim umiejętnościom i pasji do mebli, przekazanej jej przez dziadka i tatę, potrafiło wszystko sama zmodyfikować i zmienić. Wkrótce odkryła, że to jest to, co che robić – łączyć skandynawski design z amerykańskimi wytwórcami i wprowadzić na rynek coś, co jednocześnie jest piękne i dostępne cenowo.

Sama pisze, że zamienia meble Ikei w dzieła sztuki. Trudno się z nią nie zgodzić!

Wzory jej frontów zyskały nazwy od imion wybitnych kobiet, które zmieniały świat. Mamy więc serię Astrid Lindgren, Eleanor Roosevelt, Rosę Parks, Marię Curie (piękny polski akcent i cudowny wzór), Fridę Khalo, Evę Peron i Amelię Earhart.  Do wzorów dobieramy jeden z modnych siedmiu kolorów, proste, ale zachwycające uchwyty i piękne, zgodne z trendami nóżki.

Który wzór podoba Wam się najbardziej? Sama przyznam, że trudno się zdecydować. Zajrzyjcie więc koniecznie na Norse Interiors i znajdźcie ten idealny.

Uratował jej życie

Mam kolegę bohatera.

Siedzimy wszyscy na werandzie. Na końcu końca światów. Albo inaczej – w samym środku polskiej wsi. Tu kończy się droga. Tu, jak okiem sięgnąć, pola, lasy i miedze. Opuszczone stodoły, rumianki, nagietki i jaskółki. Spokój… I na zewnątrz i ten wewnętrzny. Śmiejemy się z tych samy żartów od lat. Dzieci biegają samopas. Podglądają żabę, podjadają borówki. Brudne i szczęśliwe.

I wtedy ją zauważamy…

Usiadła na barierce naszej werandy. Zmęczona, bez sił, śnięta. Zapytałam, czy umiera. Wyglądało, na to, że tak…

Pszczoła, która do nas doleciała, nie miała już sił na powrót do ula. Pogoda była wietrzna, burzowa. Może zbłądziła, może wiatr nie pozwalał jej wrócić do domu. W każdym razie przystanęła obok nas w tym swoim niemym okrzyku rozpaczy.

Wtedy kolega zorganizował pomoc. Taką, która niestety mi samej nie przyszłaby do głowy.

Poprosił o łyżeczkę, zmieszał na niej nieco cukru z wodą i postawił przed pszczołą. Od razu się na nią rzuciła. Piła i piła. Zbierała siły. Powoli powstawała. Zrobiła się bardziej ruchliwa. Podchodziła do łyżki i odchodziła nie dalej niż na 1-2 centymetry.

Obserwowaliśmy ją dłuższą chwilę. Widzieliśmy, jak odzyskuje siły. Jak podnosi swoje skrzydełka.

Jak odlatuje.

Mam kolegę bohatera. Ocalił istnienie.

Jeśli więc zauważycie taką pszczółkę, albo po prostu – z myślą o nich, wystawiajcie łyżeczki z cukrem lub wodą z cukrem.

Niechaj nam żyją!

 

Kulinarnie: Placuszki z cukinii i halloumi

Zaczęło się od tego, że dostałam od teścia cukinię. Wyrosła mu w ogródku, razem z innymi warzywami. Wzięłam chętnie i od razu pomyślałam, że zrobię z niej placuszki, których już wieki nie jadłam.

I kiedy właśnie za te placuszki się zabierałam, kiedy otworzyłam lodówkę, aby zabrać z niej jajka… mój wzrok padł na ser halloumi, który kupiłam z myślą o sałatce. To cypryjski ser, za którym przepadam od czasu naszej wyprawy na Cypr właśnie. Gęsty, słony, zwarty, z mleka owczego z dodatkiem koziego i krowiego. Idealnie nadaje się do grillowania. Cudownie potem świszczy czy skrzypi w ustach. Najczęściej taki grillowany dodaję do sałaty, kiedyś Wam na pewno wrzucę tu mój ulubiony przepis.

Tym razem jednak coś mnie tknęło… Uznałam, że idealnie połączy się z cukinią i nie byłam w błędzie. Powstała bowiem najlepsza wersja placuszków cukiniowych, jaką do tej pory jadłam!

Zróbcie je więc koniecznie na szybki obiad, kiedy macie mniej czasu, kiedy cukinie rosną Wam w ogródkach lub zalewają okoliczne stragany warzywne! Ser halloumi znajdziecie teraz bez problemu we wszystkich lidlach i biedronkach 🙂

 

 

Placuszki z cukinii i halloumi

Składniki:

  • 1 niewielka cukinia
  • 1 opakowanie sera halloumi – 220 g
  • 2 jajka
  • 2 duże łyżki mąki
  • sól, pieprz
  • łyżeczka suszonego tymianku lub macierzanki
  • olej do smażenia

 

Cukinię myjemy i ścieramy na tarce o dużych oczkach. W ten sam sposób ścieramy ser. W dużej misce łączymy cukinię, ser, jajka i mąkę. Przyprawiamy do smaku – pamiętajcie tylko, że ser jest mocno słony i nie trzeba dużo solić. Mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji. Smażymy na rozgrzanym oleju, formując niewielkie placuszki, do uzyskania złotego koloru z obu stron. Podajemy ze śmietaną i szczypiorkiem, z sosem tzatziki lub sosem czosnkowym. Proste i pyszne!

 

 

Czary Marigold

Kasia, mam wrażenie, nigdy nie należała do tego świata. Kasia bowiem zawsze zdawała się należeć do świata, do którego mi nie dane było trafić. Choć próbowałam. Kasię zawsze widziałam oczami wyobraźni tańczącą z nimfami, biegającą z elfami lub poszukującą zapomnianych ścieżek z leśnymi wróżkami.

Miałam to szczęście chodzić z Kasią do klasy w liceum i być może jeszcze większe, że wciąż utrzymujemy kontakt. Utrudniony mocno, bowiem Kasia, moi drodzy, znalazła swoje miejsce daleko… Jakiś czas temu postanowili z mężem zakupić gospodarstwo na Warmii. I tam, słuchajcie, posiali nagietki! Intensywne, czyste, szczęśliwe wręcz nagietki. Ekologiczne i pełne warmińskiego słońca. Postanowili, że to nagietki staną się ich sposobem na życie, choć sprawdzają także inne rośliny.

I wiecie co? Te nagietki właśnie, ta ich pomarańczowa soczystość i zapomniana nieco moc, one właśnie tak bardzo mi do Kasi pasują.

Dzisiejszy post jest jedynie wstępem do nagietkowego tematu. Chciałabym bowiem pokazać Wam, co takiego z tych nagietków Kasia potrafi wyczarować. Ale spotkamy się z nimi zapewne jeszcze nie raz. Bardzo chciałabym zawitać w tym roku na nagietkowej farmie i na własne oczy zobaczyć całe pomarańczowe pole!

Gospodarstwo Kasi to Zioła Obiecane Giławy 71. Strona dopiero w budowie, zajrzyjcie więc koniecznie na fanpage na Facebooku i śledźcie poczynania Kasi. Osobiście wróżę nagietkową rewolucję!

 

A co to tu mamy?

Dwa cuda! Cudeńka! W których nie tylko znajdziemy oleje i olejki, nie tylko to, co najlepsze z nagietka… Mam wręcz nieodparte poczucie, że w tej niepozornej buteleczce i w aluminiowej puszeczce, w której schowany był balsam w kostce, dodano jakieś czary (o czym z resztą mówi nam sama etykieta). Może jakąś tajemną alchemiczną energię? Może jakiś kosmiczny pierwiastek? Może ducha warmińskich lasów i jezior?

No coś ewidentnie w nich jest!

To, co wiem na pewno, to w tym uroczym maślanym nagietku, w obsypanym nagietkowym suszem balsamie w kostce, który zachwyca wizualnie i odurza (ale pozytywnie) zapachem, mamy masło shea, wosk pszczeli, macerat z ekologicznego nagietka oraz olejki eteryczne z bergamotki, pomarańczy, cytryny, limonki, paczuli. Trzeba przyznać, że nie przyszło by mi samej do głowy połączyć nuty cytrusowe z intensywnym paczuli, ale to naprawdę działa! Aromat pozostaje na skórze do następnego dnia, intryguje i kusi.

W buteleczce natomiast mamy macerat z nagietka w oleju sezamowym z domieszką olejków z cytryny, pomarańczy i bergamotki. Zapach zniewala. Mam wrażenie, jakbym pachniała… ciasteczkami! Energetyzującymi ciasteczkami z ukrytą mocą.

Jak stosujemy te cuda? Wsmarowujemy w wilgotną skórę po kąpieli. Spokojnie, powolnymi ruchami, nie warto tu się spieszyć. Delektujmy się! Odrywamy kawałeczek balsamu, roztapiamy go w dłoniach i masujemy skórę. Macerat można także zmieszać z ulubionym balsamem lub dolać łyżkę do kąpieli. Balsam w kostce jest cięższy, gęstszy, dłużej go czuć na skórze, ale to właśnie domena maseł z woskiem. Jeśli wolicie coś lżejszego, sięgnijcie po olejek. Oba wspaniale koją, odżywiają i zmiękczają skórę. Jest przyjemna w dotyku i zdrowsza. Nagietek pielęgnuje, wspomaga regenerację i łagodzi podrażnienia.

I cały czas ma się uczucie, jakby tu faktycznie było coś jeszcze… Ten tajemniczy składnik, magiczny pierwiastek, którego nie umiem ani nazwać ani zrozumieć.

Maceraty i balsamy dostępne są na razie poprzez fanpage Zioła Obiecane Giławy 71 na Facebooku, warto także zaglądać na sobotni targ w Jezioranach. Strona internetowa i sklep jeszcze są w budowie. Z pewnością Was poinformuję, jak zaczną działać!

Wnętrzarskie aktualności 09

Pora na kolejną dawkę aktualności z naszego mieszkania. Teraz, w końcu, zmiany są coraz lepiej i szybciej widoczne. Powoli, bardzo powoli, oswajamy sobie to miejsce. W ten weekend dopiero, kiedy skręcaliśmy meble u Róży, po praz pierwszy jedliśmy tam posiłek (pizzę oczywiście), piliśmy herbatkę i spędziliśmy całe popołudnie. I dopiero wtedy poczułam, że to tutaj będę tak naprawdę mieszkać. I to było bardzo dobre uczucie.

Być może śledzicie zmiany w mieszkaniu na Facebooku czy Instagramie. Jeśli nie, to powiem Wam od razu – mamy kolory! I to ta najbardziej zauważalna zmiana! Mamy tez już lampy – kilka z nich pokażę Wam dzisiaj. Jest trochę mebelków u Róży. Dzieje się, dzieje!

Ach, niestety dzisiaj specjalnych zachwytów, czyli części z moimi internetowymi wyszukaniami, nie będzie, bo ostatnio najwięcej energii poświęcałam jeżdżeniu na budowę. Ale nic się nie bójcie, będzie ich jeszcze w Lili zapewne sporo!

Przypominam też, że wszystkie posty wnętrzarskie, całe zmiany, zachodzące w naszym mieszkaniu, możecie śledzić w specjalnej zakładce:

>>> NASZE MIEJSCE <<<

Zajrzyjmy więc do mieszkania!

 

 

Jestem wprost ogromnie zadowolona z pięknego, głębokiego granatu w sypialni! Jest dokładnie taki, jaki miał być! Intensywny i przytulny. To właśnie ten odcień, który sobie wymarzyłam! I naprawdę – nie jest tam za ciemno! Mamy w sypialni dwa okna, które dobrze ją doświetlają. A cóż, my po prostu tak lubimy!

Może też od razu napiszę, które kolory, gdzie wylądowały!

Te piękne odcienie to sprawka partnera naszej wnętrzarskiej akcji – marki Dulux, a konkretne barwy i nazwy farb – poniżej:

  • Cała ściana w salonie – Różowy a brąz – kolor roku Dulux
  • Hol – Różany na test
  • Przedpokój – brąz z palety przytulnego domu – z mieszalnika D2.11.43
  • W pokoju Róży – Kolory Świata Różane Perfumy
  • Na pozostałych ścianach Róży – Easy Care – Niewzruszona szarość
  • W sypialni – cudny– Granat pierwsza klasa
  • Biała – kuchnia i łazienka Easycare oraz Nieskazitelna biel Easy Care

 

Pojawiły się tej już szafy wnękowe. Mamy trzy takie – w pokoju Róży, w przedpokoju całą przeszkloną i właśnie w sypialni – poniżej. Jak już wspominałam na Facebooku, nie podobają mi się jedynie te duże drzwi przesuwne, choć bardzo doceniam ich praktyczność. Kiedyś więc coś na nich wyląduje! Jak tylko znajdę idealną tapetę!

 

A tak odbijam się w narożniku! W bieli i w kolorze roku Dulux – Różowy a brąz. Ten właśnie kolor spodobał się od razu nie tylko mi, ale i mojemu mężowi i w zasadzie od razu zdecydowaliśmy się umieścić go na całej ścianie w salonie.

 

 

A tu poniżej, nieco szalone zdjęcie z równie szalonego mieszkania, z widokiem na jedną z lamp, które najbardziej mi się podobają! Pasuje tam idealnie!

Tę i te z przedpokoju znajdziecie w Castoramie.

 

 

I kolejne moje zakochanie od pierwszego wejrzenia – lampa do kuchni! Miedziana tym razem, bo w kuchni mamy miedziane dodatki. Wpasowała się idealnie! Potrzebuje jeszcze lekkiego oczyszczenia, jak cała kuchania. I całe mieszkanie 🙂 / Lampa Italux Emerald, ŚwiatłoiStyl.pl

 

 

A oto i największa bohaterka tego mieszkania! A w każdym razie salonu! Długo wyczekiwana lampa, która także skradła moje serce bardzo szybko – lampa Modern Orchid ze Step Into Design.

Na razie jej trochę smutno, brakuje jej ładnego towarzystwa… ale nic się nie martwcie – pracujemy nad tym! Co z resztą widać na zdjęciach, bo na pierwszym choćby narożnik jeszcze w pudłach, na drugim, skrywa się już nieśmiało złożony pod nimi!

 

 

Charakteru nabiera także przedpokój! Ma już wielką czekoladową ścianę, ma lustrzaną szafę wnękową i, a jakże – lampy! Z tych także jestem ogromnie zadowolona!

 

 

Wielkie zmiany zaszły też w pokoju Róży! Piękna różowa ściana czeka jeszcze na złote koła-naklejki. Bardzo ładnie współgra z delikatną szarością. Zobaczcie sami – poniżej jeszcze bardzo roboczo…

 

A poniżej – już z większością naszej dziewczęcej podstawy – czyli z szaro-różową bazą, do której teraz będziemy dobierać nieco kolorowych dodatków!

 

W pokoju:

1. Łóżko Luna z materacem / Allegro

2. Lampa wisząca EMMA 1037 Milagro / mlamp

3. Sztuczna, szara, owcza skóra / Jysk

4. Biurko Luna / Allegro

5. Szara narzutka na łóżko – z jednej strony patchwork, z drugiej szare różyczki / Jysk

A jeśli nie pamiętacie pięknych wizualizacji pokoju Róży autorstwa biura projektowego JOOKA, to zapraszam TUTAJ!

Facebook