Nowe w portfolio: Zioła Obiecane Giławy 71

Pamiętacie Czary Marigold? Całkiem niedawno pisałam Wam o gospodarstwie ekologicznych nagietków i tworzonych tam cudnych nagietkowych maceratach i balsamach. Zajrzyjcie po więcej TUTAJ.

Trochę zmieniło się od tego czasu! Ba! Całkiem sporo!

Miałam bowiem przyjemność zadbać o stronę wizualną marki i dziś przedstawiam Wam pierwsze rezultaty naszych wspólnych działań.

Jest więc sporo nagietków z dawnej botanicznej ryciny, jest też czysto, współcześnie i przejrzyście.

Nowe logo i etykiety miały premierę niedawno na targach w skansenie w Olsztynku. Nagietki oblekły zarówno maceraty – czyli Czary Marigold, jak i Calenduloniki – czyli balsamy w kostce, a także nowość – Habemus Mus – puszysty mus do ciała. Może zaciekawi Was fakt, że Calenduloniki mają także swoją wegańską wersję!

 

Po więcej nagietkowych czarów odsyłam Was na Facebooka gospodarstwa – TUTAJ.

 

Zapraszam też do mojego portfolio:

>>> Lili Creative <<<

 

 

Poniżej zdjęcia nadesłane z Giław!

Before & (prawie) After: Nasza sypialnia

Nie należymy do minimalistów. Dobrze się czuję, kiedy otaczają mnie rzeczy. Aby było przytulnie, potrzebuję miękkich materiałów, ba – najlepiej puszystych, ale też tych takich moich, znajomych, naładowanych energią, która jednocześnie mnie uspokaja i stymuluje – dodatków. Uwielbiam ciemne sypialnie – w takich czuję się najlepiej (wcześniej mieliśmy całą brązową). Ogromną radość sprawiało mi zawsze podglądanie zdjęć sypialń w stylu boho, z dużą ilością roślin, ciemnego drewna, niebanalnych akcesoriów.

Nie mogło więc być inaczej!

Stworzyliśmy nasze granatowe gniazdko, w którym czujemy się wspaniale!

Jeszcze nie jest skończone, jeszcze potrzebuje kilku szlifów. Ale muszą to być dobrze przemyślane szlify. Wciąż poszukuję tej idealnej komody, być może szafki nocnej (aktualnie jej funkcję pełni nowa ławeczka z trawy morskiej, która ma stać w przedpokoju, tylko jeszcze nie ma tam na nią miejsca – wciąż jest pełno pudeł). Z drugiej strony łóżka planuję małą półeczkę – dla mnie, zamiast właśnie szafki nocnej. Musimy też wymyślić coś do przechowywanie wszystkich papierów i książek mojego męża. Wszystko to się jeszcze pojawi – z czasem. Na spokojnie.

Tymczasem cieszymy się już tą naszą sypialnią i z największa przyjemnością i Wam ją prezentuję.

Zaczynamy od zdjęcia z początków urządzania!

 

 

I jeszcze zobaczcie sypialnię w wizualizacji pracowni projektowej JOOKA.PL.

(Więcej wizualizacji TUTAJ)

 

 

A poniżej – jest i ona! Nasza granatowa sypialnia!

Nie jest to zwykła sypialnia. Pełni bowiem także funkcję „biurową” mojego męża. To tutaj, kiedy tylko jest w Polsce, kończy swoją książkę. Mamy więc w sumie nietypowe całe mieszkanie, bo w każdym pokoju ustawione jest biurko – moje, męża czy Róży.

Jej głównym punktem jest oczywiście łóżko. Dokładnie takie, jakie chciałam – drewniane, ciemne, proste, z pojemną szufladą. I niedrogie przy okazji (linki poniżej). Aby wykorzystać w pełni przestrzeń, oraz abym mogła się opierać o ścianę podczas nocy, kiedy mój mąż jest daleko (tak jakoś muszę), przysunęliśmy je do okna. Śpi się cudownie! Pod drugim oknem stanęło wielkie biurko męża. Tuż obok, w ścianie, której nie widać na zdjęciach, bo nie jest jeszcze w pełni skończona w moim odczuciu – znajduje się duża szafa wnękowa.

 

 

A w sypialni

 

 

 

1. Materac PlanPur Life

Tego bałam się najbardziej. Wybór materaca wydawał mi się jedną wielką czarną magią. Wiedziałam tylko, że jest ich na rynku cała masa, że te ich przekroje na rysunkach bywają tak strasznie skomplikowane. Że jak źle wybiorę, to będzie doprawdy klops, bo oboje z mężem mamy problemy z kręgosłupem. Odkładałam więc ten problem wciąż i wciąż, aż przypadkowo natrafiłam w internecie na sklep z materacami PlantPur. Wtedy też odkryłam, że jest coś takiego jak materac ekologiczny! Choć też nie ukrywam, że na samym początku to najbardziej spodobało mi się logo 🙂 Takie zboczenie zawodowe 🙂

A potem przeczytałam, że materac zawiera olej kokosowy i już wiedziałam, że to nie jest taki zwykły materac i że muszę zgłębić temat. Mamy najtwardszy materac Life, który składa się z dwóch pianek wysokoelastycznych z dodatkiem właśnie oleju kokosowego (substancje ropopochodne do 50% zostały zastąpione naturalnymi olejami roślinnymi). Co ciekawe, bok materaca został wytworzony z dzianiny celulozowej, nasączonej ekstraktem oliwy z oliwek, a pokrowiec jest pokryty „mikrobiologiczną, pro-biotyczną warstwą Freshe, która skutecznie zwalcza bakterie, grzyby i roztocza, działając antyalergicznie.”

Najważniejsze jednak, że śpi się na nim wybornie! Że aż wzywa do łóżka 🙂 I tak jakoś… idealnie wpisuje mi się w to nasze miejsce – swoją filozofią, jakością i wygodą.

Po więcej zajrzyjcie na PlantPur.

2. Te poduchy to już Wam obie od jakiegoś czasu pokazuję, no ale kocham je zwyczajnie miłością czystą 🙂 I co wieczór się mocno do nich przytulam (do męża też czasem). Ta tutaj – poducha African Mask / Komfort

3. A tą zachwycam się najbardziej, bo (jak już pewnie wiecie) tak świetnie pasuje mi do tapety w przedpokoju. A od niedawna także do donicy! / H&M Home

4. Kupiłam sobie dwie takie osłonki na kaktusy lub sukulenty, bo tego dnia akurat kosztowały 6,80 zł (!). Teraz czekają na te swoje kaktusy lub sukulenty i tak świetnie wpisują się we wnętrze! / H&M Home

5. No powiedzcie… – czyż mogłabym przejść obok tej donicy obojętnie? Przecież to od razu było pewne, że to będzie właśnie nasza donica na naszą własną palmę! (czy tam dracenę…) / H&M Home

6. Regał Happy Barok

Pokazywałam Wam już niedawno ten całkowicie przepiękny regał z kolekcji Plum z mosiężną półką z Happy Barok (autorstwa Katarzyny Jasyk). Pasuje wprost idealnie do naszej sypialni. Jest jednym z tych wyjątkowych mebli, które nadają wnętrzu charakter. Które swoimi detalami (mosiężna półka i kulka na nodze) przyciągają uwagę i poprawiają nastrój.

Koniecznie zajrzyjcie do Happy Barok – bo tam piękne nowości!

7. Pościel White Pocket

Kolejne cudo, które tak świetnie wpisało się w naszą sypialnię! Cudo, cudo! Śpię bowiem w paprociach! Otulają mnie i kołyszą do snów!

A to dzięki pościeli „Paprocie” naszej małej, polskiej marki White Pocket, która co rusz zauracza mnie sowimi nowościami (ostatnio pokazywałam Wam pościel w grzybki). Pościel uszyta jest ze 100% bawełny satynowej, a zdobi ją autorska grafika. Sprzyja wyciszeniu, relaksowi i jest tak przyjemna dla skóry! / White Pocket

8. Firanki – nie sądziłam, że aż tak spodobają mi się firany Bergitte z Ikei! Nie są to typowe firanki – to nieco grubszy materiał, jakby ze starodawnej bielizny. Jest czymś pomiędzy firankami a zasłonami. Tworzą bardzo przytulny nastrój. / Ikea

9. Mamy już dwie takie sztuczne skóry – obie szare. Jedna w sypialni, drugą u Róży. Obie uwielbiam, obie pasują i jednocześnie łączą pomieszczenia. Na obie tak przyjemnie rano się wstaje. / Jysk

10. Czy ja już Wam wspominałam, ze zostałam patronem medialnym książki?

Tak tak! To ciepła, prosta, ale przyjemna historia. Pełna ciepła i miłości. W sam raz nie tylko na lato, na plażę czy do pociągu. Myślę, że równie przyjemnie będzie się ją czytało także w długie, jesienne wieczory! Polecam Lato utkane z marzeń, Gabrieli Gargaś / Wyd. Czwarta Strona

11. Nie mogło się obyć bez wyjątkowych grafik, co? I koniecznie z elementami złota – jak to w całej sypialni. Mój wybór ponownie padł na Złote Plakaty (widzieliście już jeden w kąciku pracy, zobaczycie i u Róży w pokoju). Tak ładnie mienią się tą swoją złotą folią! Wybrałam Plakat Gray Beige Pastel White Circle / Złote Plakaty

12. oraz Plakat Gray Beige Pastel Stripes / Złote Plakaty

 

I jeszcze…

ŁÓŻKO

Zdecydowaliśmy się na proste, ale piękne i solidne łóżko sosnowe w kolorze orzecha. Dobraliśmy do niego pojemną szufladę w tym samym kolorze. Bardzo polecam! Przyszło ekspresowo, pachnie drewnem i jest bardzo wygodne! / Meble Pęczek

ŚCIANY / FARBA

Oj, pisałam już wielokrotnie – kolor jest po prostu cudowny! Dokładnie taki, jaki chciałam. Głęboki, intensywny, kojący. Ten odcień nazwya się „Granat pierwsza klasa”, a marka – Dulux.

LAMPY

Kinkiety to Spot Light Olivia (tylko kabelki im dorobiliśmy) / ŚwiatłoiSTyl.pl. Natomiast lampę wiszącą kupiłam na wyprzedaży w Castoramie i niestety już jej na stronie nie widzę.

 

I jeszcze kilka obrazków na koniec!

 

 

W przygotowaniu wpisu i oczywiście naszej sypialni, pomogły mi marki PlantPur, White Pocket, Złote Plakaty, Dulux i Happy Barok. Bardzo dziękuję!

Pamiątka z wakacji

Lato chyli się ku końcowi. Smutno?

Nic z tych rzeczy!

Namawiam Was dzisiaj na sprawienie sobie pamiątki z wakacji. Niekoniecznie takiej faktycznie wakacyjnej, niekoniecznie wielkiej. Musi to być coś miłego, ładnego, kolorowego. Coś naładowanego po brzegi tym energetycznym ładunkiem lata. Coś, co pomoże przetrwać trudne, szare miesiące. Na co wystarczy wtedy popatrzeć i od razu zrobi się przyjemniej. Coś co będzie na co dzień z Wami lub po co sięgnięcie w chwili potrzeby.

Sprawmy sobie taką pamiątkę z wakacji!

A oto moje kolorowe propozycje!

 

 

1.Pin Kabriolet projektu Anny Bond ze studia Rifle Paper Co. / Rzeczownik

2. Zestaw ołówków „liście” / Rzeczownik

3. Zestaw ołówków „malowane kwiaty” / Rzeczownik

4. Zestaw 6 gumek do gumowania Rex London Ice Cream / Bonami

5. Piękna mydelniczka Orzeł Zen Ceramics for Olivia Plum / Olivia Plum

6. ENVY Miseczka turkusowa / Homla

7. A taką właśnie uroczą latarenkę, jaką zawsze chciałam mieć, kupił mi mąż w tym roku nad morzem. Stoi teraz koło mnie i już przywołuje dobre wspomnienia! / Allegro

8. No cudo! Big shell necklace /gold plated / KOPI

9. A może jedna muszelka? Mini shell necklace /gold plated / KOPI

10. To będzie hit kolejnego sezonu! Torba wiklinowa Hrabianka Medium Biała z motywem kwiatowym / Och Pastel

11. Termos Gift Republic Wild Flowers / Bonami

12. Notatnik memo Kwiaty / Rzeczownik

13. Torba Jumbo – Letni ogród / Makutra

14. Mata plażowa/ogrodowa różowa Bloomingville / Miluni.pl

15. Cudownie kobiecy plakat Och Chic / Och Pastel

Pocztówka z wakacji

Wybraliśmy się w tym roku w Polskę. Ot, po prostu – w Polskę. Daleko, na północ. Na chwilę ledwie. Na nasze polskie wakacje.

W sumie pierwsze nasze polskie wakacje. I choć pozostaję fanką mórz południowych, donoszę grzecznie, że było wspaniale. I nawet nie wiedziałam, jak mi tych polskich wakacji brakuje. Jakaż to była sentymentalna podróż przez całe dzieciństwo! Jak cieszyłam się tym klimatem, tymi widokami i nawet tymi deszczami i komarami. Wszystko było dokładnie tak, jak miało być. A Róża nawet stwierdziła, że to były jej najlepsze wakacje!

Zabraliśmy dwa maluteńkie namioty, w tym jeden kupiony na chybcika dzień przed wyjazdem. Nagle się bowiem okazało, że jednak w jednym może być stanowczo za ciasno. Tak to jest, jak się nie planuje. A z nami to właśnie planować się nie da. Wszystko okazuje się nagle, w ostatniej chwili niemalże. Nie pozostaje więc nic innego, jak mieć te dwa namiociki, pożyczyć u przyjaciół materac, wygrzebać z czeluści szafy śpiwory i karimaty, wrzucić w koszyk znalezione jakimś cudem plastikowe talerzyki, nóż i deskę do krojenia i… ruszyć w drogę!

Tak naprawdę  pojechaliśmy nad morze, bo mojemu mężowi wypadło tam pilne spotkanie. W planach było zahaczenie najpierw o Warmię i Mazury, ale skoro nadarzyła się nadmorska okazja – czemu nie?

Po kilkugodzinnych poszukiwaniach znalazłam kemping, który okazał się być dokładnie takim, jaki chciałam. Miał mieć tę szczególną atmosferę mojego dzieciństwa, czyli mocny wkład PRL-u, miał być zalesiony, blisko plaży i Trójmiasta, no i możliwie spokojny. Udało się! Trafiliśmy na kemping 69 na Wyspie Sobieszewskiej i pomijając fakt, że w pobliżu stacjonowało 15 tys. harcerzy – było świetnie. Co rano maszerowałam do sklepiku po kawę, świeże bułki i jagodzianki. Róża szalała na placu zabaw. I nawet łazienki były całkiem ok.

Spędziliśmy tam kilka dni pełnych nadmorskich atrakcji. Tych bardziej i mniej komercyjnych. Było plażowanie, choć tutaj pogodowo akurat trafiliśmy kiepsko, były promenady, lody i gofry, było mini zoo i wędrówki szlakami, był prawdziwy poszukiwacz skarbów poniemieckich, był w końcu i przepiękny Gdańsk i Sopot.

Potem zwinęliśmy nasz mały dobytek i przez Malbork (o jejuniu jakie tłumy!), pojechaliśmy do przyjaciół na Kujawy. Tam, w zasadzie przestałam robić zdjęcia. I choć teraz żałuję, wtedy było mi dobrze. Nawet bez aparatu, który bardzo lubię, bez internetu, bez komputera. Były jeziora, spokój i śmiechy, ogniska, ciepłe noce i spadające gwiazdy. Czego chcieć więcej?

Piękna ta nasza Polska.

Dobre to były wakacje.

 

ZOBACZ WIĘCEJ – KLIKNIJ PONIŻEJ

Nowa era kosmetyków uzdrowiskowych

Nie są to kosmetyki naturalne. Wyjaśnijmy to sobie na początku. Jest to zupełnie osobna kategoria, szerzej znana jako kosmetyki uzdrowiskowe, bardziej wtajemniczonym coś więcej zdradzi nazwa „pelokosmetyki”. Skąd to „pelo”? To od borowiny, która, razem z solanką jest flagowym składnikiem Pelokosmetyków Uzdrowisko Ustroń. Borowina jest bowiem peloidem, (z greki pelos, znaczy błoto). I za doprawdy genialne posunięcie uważam wykorzystanie dóbr z polskiej ziemi w kosmetykach, które wychodzą poza stereotypowe, niestety wciąż kojarzone jako przaśne, produkty naszych uzdrowisk.

Poproszono mnie o zrecenzowanie tej całkowicie nowej linii kosmetyków. Przyznam, że zaraz po wejściu na stronę producenta powstało we mnie całkiem przyjemnie uczucie pozytywnego zaskoczenia. Pierwsze, co pomyślałam, to że nastąpiła nam nowa era kosmetyków uzdrowiskowych.

 

 

Co widzimy na początek? Nowoczesną, jasną, przejrzystą stronę, zachęcającą do dalszego wgłębienia się w temat. Dobrej jakości, profesjonalne zdjęcia szeregu intrygujących produktów. Współczesną i trafioną identyfikację wizualną, nawiązującą barwami do ziemi właśnie, a swą czystością do specyfiki uzdrowiska. Podoba mi się uzdrowiskowe logo. Jest świeże, a jego przesłanie kojarzy mi się z angielskim słowem „care” – polski odpowiednik mi tu nie odpowiada.  Zadbano o szczegóły i te wizualne i dotyczące samych produktów. Mamy więc modne, zgodne z trendami nazwy i koncepcje – „dwufazowy” czy „eliksir”.

Ogólnie więc – duży plus za wykonaną pracę i ciekawą wizję marki. Powstały produkty, które widzę nie tylko w uzdrowiskowych sklepikach, nie tylko w samym uzdrowiskowym Medical & Spa, gdzie zapewne prezentują się godnie. Są to produkty, które stanowczo mogą wyjść poza samo uzdrowisko.

 

 

Zajrzyjmy do środka….

Jak już wspominałam, najistotniejszymi składnikami kosmetyków, którymi się szczycą i które je wyróżniają, są borowina i solanka. Doczytałam już, że stężenie solanki jodkowo-bromowo-chlorkowej z Ustronia, która poprawia kondycję skóry, wynosi około 12,5%. Uważa się ją ponoć, za jedną z najlepszych w Europie. Borowina natomiast to jedno z naszych najcenniejszych dóbr .  Powstała w wyniku długotrwałych procesów biologicznych i geologicznych, z obumarłej roślinności bagiennej, nawet  10 tys. lat p.n.e.  Jej złoża w Polsce cechują się wysoką czystością i jakością, a zabiegi z użyciem borowiny zaczęto wykonywać w 1858 roku w Krynicy Górskiej.

Kąpiele, okłady i inne zabiegi borowinowe mają działanie ujędrniające, antycellulitowe, przyśpieszających redukcję tkanki tłuszczowej, neutralizuje działanie wolnych rodników, co w konsekwencji przeciwdziała starzeniu się skóry. Pozostawiają skórę gładką i odżywioną. Borowiną wspomaga się także leczenie stanów zapalnych czy dolegliwości mięśni, stawów i kości.

Koncept połączenia dwóch wielkich dóbr uzdrowiska Ustroń jest więc wielce chwalebny.  Poza tym, w każdym z kosmetyków znajdziemy szereg ekstraktów roślinnych – z hibiskusa, aronii, głogu, dzikiej róży, melisy i lawendy. W każdym jest sporo cennych naturalnych olejów, takich jak olej migdałowy, awokado, macadamia, oliwa z oliwek czy masło shea.

 

 

Mnie osobiście zauroczył zapach wszystkich kosmetyków! To energetyczny, lekki, orzeźwiający i kojący zmysły cytrynowy aromat (aromat, dokładniej, trawy cytrynowej, ale w składach mamy też prawdziwe olejki eteryczne z cytryny i rozmarynu). Dodany do kąpieli, zwłaszcza tej po długim, bardzo upalnym dniu – cudownie odświeża i relaksuje. Zapach uważam, ze jedną z najmocniejszych stron całej serii. Jest naprawdę świetny!

Pelokosmetyki idealnie nadają się do domowego SPA. Sama raczyłam się nim z przyjemnością ostatnimi czasy. Testując przy okazji nową łazienkę. I muszę Wam powiedzieć, że było mi bardzo przyjemnie. Olejek do kąpieli jest delikatny i lekki, a zawarta w nim betaina tworzy wspaniałą pianę. Mocno błotny peeling jest mieszanką składników ścierających, głównie cukru, sporej ilości borowiny i olejów. Dla mnie osobiście jest nieco nazbyt tłusty, ale wystarczy po jego użyciu umyć skórę. Najważniejsze – dobrze oczyszcza, a skóra pozostaje gładka i miła w dotyku. Balsam, a dokładniej eliksir do ciała szybko się wchłania i przyjemnie nawilża. Pozwala pozostawić ten cudowny zapach na skórze na dłużej. Dwufazowy olejek, z kolei, świetnie nadaje się do masażu bliskiej osoby po ciężkim dniu.

Muszę też pochwalić lekki krem do twarzy. Obawiałam się go, przyznaję, bo znajdujemy w nim składniki odbiegające od naturalnej pielęgnacji. Muszę jednak zauważyć, że faktycznie jest lekki, a skóra przyjmuje go dobrze, nawet w te ciężkie upały.

Tu jednak pojawia się wątpliwość. W dobie tak dużej mody na naturalne kosmetyki i coraz większej świadomości konsumentów, uważam, że marka zrobiłaby znacznie lepiej, że powiększyłaby istotnie swój rynek docelowy, gdyby postawiła na w pełni naturalne składy. Bo co z tego, że mamy tu sporo naprawdę dobrych składników, jeśli pomiędzy nimi znajdujemy te, które są kontrowersyjne. Naturalni producenci udowodnili, że można tworzyć produkty w podobnych cenach, zachowując czystość składu.

Pozostawiam więc ten temat pod rozwagę  – i Wam, i producentowi.

Po więcej, wpadnijcie na stronę Pelokosmetyki.pl

Zwłaszcza, że do 9 września 2018, z kodem „lilinatura_pelo9” macie zniżkę 15% na wszystkie produkty, z wyjątkiem tych, które są w promocji, czyli zestawów.

 

Dajcie znać, jak się u Was sprawdziły!

 

Zauroczona: Otherland

Ach, odkryłam kolejną perełkę!

I wyjść mi z głowy nie może! I podziwiam! I podglądam! I tak bardzo, och jak bardzo, ciekawa jestem zapachów świec Otherland!

Na tę amerykańską, młodą markę świec zapachowych spoglądam pod kątem marketingowym. Być może też dlatego tak bardzo jestem zauroczona. Wszystko tu do siebie pasuje, jest świetnie osadzone we współczesnych trendach. Mamy prosty, ale porywający storytelling, mamy piękną, pełną pasji twórczynię marki, mamy lokalny patriotyzm i dbałość o szczegóły, mamy naturę i dobrą energię, mamy świeżą grafikę i wibrujące kolory, mamy modne kolaże i oryginalne zdjęcia produktowe.

Zajrzyjcie koniecznie na stronę Otherland, wejdźcie na kilka podstron produktowych. Każda jest tak świetnie i zaskakująco dopieszczona. Każdą, zwyczajnie, chce się oglądać. Każdy opis świecy, jej zapachu, jest genialnie sugestywny i intrygujący.

Nic tylko podziwiać!

Podziwiajcie więc i Wy, nacieszcie oczy. I spróbujcie wyobrazić sobie, jak te świece pachną!

Ja wciąż próbuję!

Zajrzyjcie na Otherland.

 

Świeca MatchPoint  / zapach Tennis Ball Cut Grass Cucumber

Świeca FreshWater Pearl / zapach Sea Crystal Salt Water Crushed Shells

Świeca Stone Fruit / zapach Beach Plum Peach Skin Brown Sugar

Facebook